Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

[Doctor Who] Trenzalore

Stare teksty z działu Fantastyka.
Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

[Doctor Who] Trenzalore

Post#1 » 6 wrz 2013, o 20:12

Trenzalore

Mistrz (Lai)


Umierające pole bitwy miało w sobie pewne piękno, któremu nie potrafił zaprzeczyć. Wprawdzie jego krokom nie towarzyszyły jęki dogorywających, jednak wciąż słyszał krzyki masowej agonii, odbijające się echem po całym kosmosie. Czuł swoistą dumę, iż w jakiś sposób udało mu się do tego przyłożyć rękę, nawet jeśli niemal od razu wszystko wymknęło się spod kontroli i utonęło w chaosie wojny, która, co przyznawał niechętnie, przerosła nawet jego.
Doktor siedział oparty o drzwi zniszczonej TARDIS, wydającej ciche, rzężące dźwięki, niczym człowiek krztuszący się własną krwią. Jego włosy były w całkowitym nieładzie, a twarz nosiła wyraz, który Mistrzowi przywiódł na myśl jego samego podczas tego feralnego grudnia na Ziemi, gdy oszalał do tego stopnia, iż przez chwilę naprawdę chciał powrotu Władców Czasu. Wciąż jednak żył, a Mistrza irytowało, że w ogóle niepokoił się, iż może nie zdążyć na czas. W końcu zawsze udawało im się odnaleźć w odpowiednim momencie. Czy tego chcieli, czy nie.
- Trochę ci to zajęło – sapnął Doktor, podnosząc wzrok. – Nie mogłeś się zdecydować, co na siebie włożyć?
Przez chwilę miał ochotę odpowiedzieć, że, niestety, jego oficjalne szaty Prydonu utknęły w pralni na Gallifrey, lecz na twarzy Doktora gościł delikatny uśmiech i Mistrz zrozumiał, że to już nie czas na tego typu złośliwe przytyki.
- Narobiłeś sobie sporo wrogów – odparł, siadając obok i pozwalając, by głowa Doktora opadła na jego ramię. – Utknąłem w kolejce.
- Mogłeś powiedzieć, że masz pierwszeństwo. Zawsze byłeś tym najlepszym – szepnął Doktor, i, nie czekając na pozwolenie, ułożył się wygodniej, wtulając twarz w pierś Mistrza i otaczając się jego ramieniem. Siedzieli przez chwilę w kompletnej ciszy, pośród ruin i wciąż płonących zgliszczy. TARDIS za ich plecami zamilkła na dobre, a Mistrz nie był pewien, czy Doktor nie zauważył, czy po prostu postanowił nie dopuścić do siebie tego faktu aż do samego końca.
- Umieram w twoich ramionach. Zadowolony? – odezwał się nagle Doktor, parskając śmiechem. Mistrz wywrócił oczami.
- Jeśli masz zamiar tak się zachowywać, mogę sobie pójść – warknął bez przekonania, zaskoczony, gdy Doktor natychmiast wpił palce w jego koszulę.
- Nie, proszę, nie. Zostań – szeptał panicznie, a Mistrz objął go mocniej i odgarnął włosy opadające mu na czoło. Doktor patrzył na niego przerażonym wzrokiem, on zaś z trudem powstrzymywał się, by nie odwrócić głowy.
- Żartowałem – powiedział uspokajająco, lecz to spojrzenie nadal wpijało się w niego z desperacką intensywnością. - Tyle razy ci przecież obiecywałem, że będę patrzył na twój koniec. Głupio by było, gdybym teraz tak po prostu cię tu zostawił – dodał, siląc się na lekki ton.
- No, tak. Przynajmniej jeden z nas wciąż jest w stanie dotrzymywać obietnic –stwierdził gorzko Doktor.
- Przestań. - I, o dziwo, umilkł posłusznie, wsłuchując się w bicie dwóch serc Mistrza, podczas gdy jego własne stawały się coraz słabsze.
Oczywiście, nie trwało to zbyt długo.
- Pamiętasz, jeszcze w Akademii, kiedy Ushas wyjechała na jakąś ekspedycję na kilka tygodni, a my się upiliśmy i postanowiliśmy włamać się do jej laboratorium terraformalnego, żeby podlać rośliny? – odezwał się nagle.
Mistrz nie miał pojęcia, skąd ten nagły zwrot. Nie myślał zbyt często o Akademii, nie pozwalał sobie na to, lecz to wspomnienie sprawiło, iż uśmiechnął się mimo woli.
- Tak, a kiedy wróciła była tak wściekła, że po raz pierwszy na poważnie próbowaliśmy ukraść TARDIS, tylko po to, żeby przed nią uciec. Przez następny tydzień jedliśmy tylko to, co sami przygotowaliśmy, aż w końcu stwierdziłem, że wolę umrzeć w agonii, niż nadal skazywać się na twoją kuchnię – dokończył opowieść, kręcąc lekko głową, lecz Doktor znów wpadł w ponury nastrój, a Mistrz nagle zrozumiał, dlaczego.
- Powiedziałem, przestań – warknął niecierpliwie, po czym zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wiedział, co Doktor tak naprawdę chciał usłyszeć i teraz, w tym miejscu, w tym momencie, po setkach lat napędzanej zranioną dumą i złamanym sercem nienawiści, Mistrz wreszcie mógł to powiedzieć i nawet w to uwierzyć.
– Ja… wybaczam ci – szepnął, usiłując zignorować ściśnięte gardło.
A Doktor spojrzał na niego z takim zdumieniem i taką wdzięcznością, że przez chwilę miał ochotę błagać, by jednak nie umierał, nie zostawiał go samego, bo może wciąż istnieje szansa, żeby wszystko naprawić i spróbować jeszcze raz. Jednak z ich dwóch, wbrew pozorom, pod tym względem to zawsze on pozostawał realistą. Taki koniec był im pisany, nikt i nic nie mogło tego zmienić.
Żaden z nich nie powiedział nic więcej, jednak z ust Doktora nie zniknął ani spokojny, błogi wyraz, ani delikatny uśmiech. Zaś gdy zamknął oczy, a jego serca w końcu przestały bić, wyglądał, jakby wreszcie, wreszcie pozwolił sobie odpocząć.
Mistrz wziął go w ramiona i zaniósł do cichego, ciemnego wnętrza martwej TARDIS, po czym położył przy zniszczonej konsoli. Nie wzniósł mu stosu, bo biorąc pod uwagę ich historię, wyglądałoby to niczym ponura kpina. Wiedział, iż zajmie się tym kto inny, ktoś, kto ma do tego większe prawo i więcej determinacji.
On sam czuł się zbyt zmęczony. I pusty. Przypomniały mu się słowa, które, wciąż zagubiony we własnym umyśle i obcym ciele, bezmyślnie wypowiedział dawno temu przed Radą Władców Czasu. Słowa, których ta nienawistna, napuszona banda nie miała prawa słyszeć, a których nie mógł cofnąć.
Kosmos bez Doktora wydaje się nie do pomyślenia.
Wyszedł z TARDIS i ruszył przed siebie, nie wiedząc, co dalej począć. Odejdzie z hukiem, czy zostanie po cichu zapomniany, nie miało już znaczenia.
Przed nim rozciągała się pustka.

[center]River (Lira)[/center]

Zawsze wiedziała, że nadejdzie taki dzień, gdy znajdzie się tutaj, na polach Trenzalore, w ostatnim miejscu spoczynku Doktora. Ich życia były splątane ze sobą od początku do końca, od narodzin do śmierci. Jej przyszłość była zapisana w rozpadających się ścianach dookoła. Jej przeszłość, rozdarta na strzępy, ginęła w samym sercu planety. Nie powinna tutaj być, ale prędzej czy później musiała się tu znaleźć. Stojąc wśród setek ciał i płonących ruin umierającej TARDIS, River starała się nie patrzeć na boki.
Ani ona, ani Doktor nigdy nie zdołali uciec przed Trenzalore.
Znalazła go przy konsoli, której rozbite fragmenty chrzęściły pod obcasami jej butów. Uklękła obok, pochylając się nad nim i całując chłodne i sine wargi, zamknięte powieki. Wygrał, lecz to nie było już teraz ważne. Na jego ustach wciąż gościł uśmiech, ale nie zmieniało to nic. W ręce zaciskał śrubokręt, który nadal błyszczał pulsującym, zielonym światłem, kiedy w nim samym nie pozostała nawet iskra życia.
River delikatnie odgięła jego palce i ostrożnie schowała śrubokręt wśród swoich własnych rzeczy. Jego śmierć dla wielu oznaczała koniec świata, całe systemy słoneczne już teraz pogrążone były w żałobie. Ona nie miała na to czasu. Nawet teraz miała zadanie do wykonania. Ciało Władcy Czasu było cudem, efektem wielowiecznych eksperymentów. Żywe czy martwe, zawierało w sobie sekret spadkobierstwa Rassilona - tajemnicę regeneracji, jądra symbiotyczne, pozwalające na utrzymanie więzi z TARDIS i dosyć energii czasowej, by zniszczyć wszechświat. Nie mogła pozwolić, by wpadło w niczyje ręce. Delikatnie odgarnęła z jego czoła przydługą grzywkę. Po tylu latach biegu, wreszcie miał szansę odpocząć.
Była przygotowana na to, co musiała zrobić. W całkowitym milczeniu, na planecie pełnej śmierci i zniszczenia, własnoręcznie zbudowała jego stos pogrzebowy. Owinęła ciało w szkarłat i złoto, po czym uniosła je z trudem, po raz ostatni trzymając go w swoich ramionach. Patrzyła w płomienie, aż ich obraz wypalił się w jej wspomnieniach. Gdy wreszcie dogasły, pozostawiły po sobie jedynie pył. Jej własny nagrobek ustanowiła wejściem do jego grobu. Kalecząc palce, zebrała rozsypane odłamki konsoli, całkowicie pozbawione dawnej energii.
Gdy nie pozostało jej nic innego, ruszyła naprzód, nie pozwalając sobie na patrzenie w tył. Tak jak on, wiele lat temu, nauczyła się uciekać przed przeszłością, koszmarami, które mogły dopaść ją tylko wtedy, kiedy nie była wystarczająco uważna. Jego śrubokręt ciążył w jej kieszeni, ale do samego końca nie pozwoliła sobie na łzy. Od Demon’s Run do Trenzalore. Zawsze wiedziała, że ta rola będzie należeć do niej.
Następnym razem spotkali się w Nowym Jorku, a ona znów nie mogła powiedzieć mu nic.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Tagi:

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Trenzalore

Post#2 » 6 wrz 2013, o 20:26

Nie jestem pewna, jak konstruktywny będzie mój komentarz do Twojej części, Lai, bo rozkłada mnie przy każdym czytaniu na łopatki, niezależnie od tego, jak bardzo jestem przyzwyczajona i jak uwielbiam angst. Przyznaję się bez bicia, że Doctor/Master to nie jest temat, który znam w 100% z kanonu - wszystko jeszcze przede mną - ale już ich uwielbiam i to całkowicie Twoja wina.

Podoba mi się strasznie, bo ten tekst nie jest gorzki, chociaż nadal jest niesamowicie smutny. Widać w nim żal, ale ginie pod samymi charakterami postaci, które zdecydowanie uchwyciłaś aż za dobrze. Pomimo tego, że walczyli ze sobą przez wieki, ta scena jest dokładnym przeciwieństwem tej z Last of the Time Lords, gdzie Master odmówił regeneracji (chociaż to prawdopodobnie była po prostu wina 10, wiem). Tutaj Doctor umiera, ale nie na złość swojemu wrogowi/przyjacielowi (i nie tylko, nie oszukujmy się), ale raczej dlatego, że jego droga dobiegła już końca. I umiera, wbrew pozorom, szczęśliwy, a przynajmniej usatysfakcjonowany tym, co przeżył, chociaż nie zawsze było przecież dobrze. Najbardziej bolesne jest tutaj wspominanie Akademii (jak zawsze), bo to przypomina jak bardzo ich marzenia różniły się od rzeczywistości. (I nadal się cieszę na Ushas, boru, co ze mną internet zrobił.) Twoje Trenzalore jest właśnie takie, jakie dla Who powinno być, chociaż szanse na to są marne. A szkoda, bo jest idealne. Master, Doctor i TARDIS - tak jak miało być od początku.

Cudo! Naprawdę, jestem zachwycona, że mój tekst może wisieć obok Twojego. :D Więc jak, próbujemy przejąć show z rąk BBC przed Trenzalore II? XD
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Trenzalore

Post#3 » 6 wrz 2013, o 23:24

Oczywiście, że tak. Bez nas wszystko zepsują. Oddadzą to RTD lub jego mentalnym spadkobiercom, którzy wezmą, zapewne osiemdziesięcioletnią już, Billie Piper, zafarbują z powrotem na blond z odrostami, wbiją w dresy i na koniec okaże się, że była wszystkimi companionami, łącznie z K-9 :P

Naprawdę, to byłoby cudne zakończenie, bo to chyba dwie postacie, które znają i rozumieją Doktora najlepiej. Rola River, jaką tu przedstawiłaś, wydaje się gorzka i niewdzięczna, ale dla niej idealna. Bo nawet, jeśli akurat nie było jej przy nim, to zawsze czuwała, zawsze była blisko. I, powiedzmy sobie szczerze, tylko River byłaby na tyle silna, żeby temu sprostać, żeby mimo przytłaczającej ją żałoby (bo nawet, jeśli teoretycznie była na to przygotowana, czym innym jest stanąć przed faktem śmierci ukochanej osoby), była w stanie zachować na tyle jasny umysł, by samotnie zorganizować mu pogrzeb. Co gorsza, dla niej nie ma odpoczynku, dla niej to nie jest koniec drogi, spotka go znowu, z pełną świadomością jego końca.

Jej, osiągnęłyśmy nowy poziom angstu. Jestem z nas taka dumna xD
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Capitano L
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 104

Trenzalore

Post#4 » 8 wrz 2013, o 06:55

Generalnie wolę, jak Doktor i Mistrz walczą przeciw sobie zamiast się godzić, ale ich emocje i uczucia zostały w mojej opinii oddane świetnie. No i wspomnienie Ushas alias Rani...Uwielbiam tę panią :) A i fragment z River nie był słabszy. Strasznie mi się spodobało to zdanie:
Następnym razem spotkali się w Nowym Jorku, a ona znów nie mogła powiedzieć mu nic.
Jedna drobna uwaga:
Żywe czy martwe, zawierało w sobie sekret spadkobierstwa Rassilona
Czy nie powinno być "dziedzictwa"?
Jak się nie ma, co się lubi
To nie lubi się i tego, co się ma


Andrzej Poniedzielski

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1339

Trenzalore

Post#5 » 8 wrz 2013, o 10:42

Iii, wszyscy kochają Ushas (wtedy)!
Capitano L pisze:Jedna drobna uwaga:
Żywe czy martwe, zawierało w sobie sekret spadkobierstwa Rassilona
Czy nie powinno być "dziedzictwa"?

Nie wiem jakie jest oficjalne polskie tłumaczenie, przyznaję, że legacy = dziedzictwo i oba pasują. Jakoś spadkobierstwo mi w tym kontekście lepiej oddaje zamierzenie, bo dziedziczenie mimo wszystko kojarzy mi się bardziej z przekazywaniem materiału genetycznego potomstwu; spadek jest czymś bardziej materialnym. A z tego, co ja wiem, to działało na zasadzie podawanego konkretnej osobie wirusa, dlatego wybrałam spadkobierstwo.

Dziękuję bardzo za komentarz. :D
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

Trenzalore

Post#6 » 10 wrz 2013, o 10:26

Bardzo cierpiałam, czytając ten tekst. Najlepsze jest to, że zrobiłyście to celowo - stężenie angstu powala na kolana.

Oba teksty są bardzo klimatyczne, przejmujące i dopracowane w szczegółach i , ale jednak bardziej chwycił mnie pomysł Lai - już nie wspomnę, kto mnie zaraził taką wizją relacji Mastera i Doktora :> Bardzo podoba mi się w tym fragmencie, że zarówno Master, jak i Doktor, potrafią przełknąć swoją dumę i na moment zapomnieć o urazie oraz wzajemnej walce. To bardzo ładna scena, z jednej strony rzewna, ale jednak nie ckliwa, nie ma niesmacznego płakania nad życiem, które mija, tylko, hm, obaj bohaterowie są z tym pogodzeni, wiedzą, że tak ma i powinno być, i to rzutuje na obraz całości.


W historii River najbardziej przejmujące jest to, że nie może sobie pozwolić na chwilę słabości oraz rozpaczy i że mimo wszystko śmierć Doktora nie jest ostatnim spotkaniem z nim. Nie wyobrażam sobie posiadania takiej świadomości (zresztą drugi raz), wiedzy, kiedy i jak zginie własny mąż. Dla River zaczyna się żałoba i jedno, że przeżywać ją będzie stale, podczas gdy jednocześnie spotyka się z jego młodszą wersją, a drugie, że nie może dać sobie chwili na zatrzymanie się i nostalgię; zaraz po odnalezieniu ciała, musi chłodno kalkulować i podejmować decyzje. Uch, zdecydowanie za dużo angstu.

A! Jednak najlepsze jest to, że obie wersje mogą współegzystować.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Tardis
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 278

Trenzalore

Post#7 » 13 lis 2013, o 11:52

Ja ogólnie nie lubię fanfików o Time War czy War Of Trenzalore. One zawsze są sprzeczne z moimi wyobrażeniami.
Tu natomiast, ujrzeliśmy nie samą wojnę, lecz moment śmierci Doktora. Ta rozmowa z Mistrzem wypadła świetnie.
Część z River też. Mam tylko jeden zarzut.

"Tego feralnego grudnia na Ziemi, gdy oszalał do tego stopnia, iż przez chwilę naprawdę chciał powrotu Władców Czasu''
jakoś wolałbym by było więcej o wydarzeniach z classica niż z new who. Z wyjątkiem tego zdania wszystko mi grało.
Zastanawiające jest to, które to było wcielenie Doktora ;P

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Trenzalore

Post#8 » 13 lis 2013, o 21:52

Tardis pisze:
"Tego feralnego grudnia na Ziemi, gdy oszalał do tego stopnia, iż przez chwilę naprawdę chciał powrotu Władców Czasu''
jakoś wolałbym by było więcej o wydarzeniach z classica niż z new who. Z wyjątkiem tego zdania wszystko mi grało.

W Classicu, jakkolwiek niezrównoważony, Master nie był jeszcze aż tak maniakalnie szalony jak w EoT - to zdanie pojawiło się tylko i wyłącznie w celach porównawczych. Jestem pewna, że jeśli kiedykolwiek wróci, będzie udawał, że tamto nigdy się nie wydarzyło, a już na pewno nie zafarbował się przy tym na blond, nie chodził w bluzie i nie zjadał bezdomnych ;)
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Wróć do „Szuflada fantastyczna”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość