[HP] Cierpienia młodego Pottera

Teksty mające wiele lat, wycofane z forum, porzucone, niepoprawione bądź z innych powodów przeniesione do Szuflady.
Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

[HP] Cierpienia młodego Pottera

Post#1 » 16 lip 2010, o 12:59

Khm, UWAGA! OSTRZEŻENIE! (żeby nie było, że nie było ;P). Jest to lekki slash, paring: Albus Potter/Scorpius Malfoy. Toteż, jeśli ktoś nie znosi slashy albo na samą myśl o tej parze dostaje wysypki, może lepiej niech ominie ten tekst ;) Poza tym, to mój pierwszy w życiu slash... ale starałam się xD
Tekst rozgrywa się w realiach stworzonych przez Grzechy ojców, które w skrócie wyglądają tak: Albus i Scorpius są w Slytherinie, Rose w Ravnclawie, cała trójka się przyjaźni od samego początku.
To tyle wyjaśnień, pozostaje mi życzyć miłego czytania :D


Cierpienia młodego Pottera

Albus przemierzał korytarze Hogwartu powolnym krokiem, najwyraźniej głęboko się nad czymś zastanawiając. Z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni, melancholijnym spojrzeniem kontemplował układ płytek posadzkowych. Sprawiał wrażenie człowieka, który odkrył we wzorze podłogi odpowiedzi na wszelakie tajemnice życia i ostatecznie stwierdził, że nie są tak porywające, jak zawsze przypuszczał.
Tak zatopiony w myślach, nie zauważył ani nie usłyszał Rose, która wołała go, siedząc na ławce jednego z wielu małych, rzadko uczęszczanych dziedzińców wewnętrznych. Ocknął się dopiero, gdy zagrodziła mu drogę, opierając rękę na biodrze i spoglądając na niego niezadowolonym wzrokiem.
— O… hej, Rose — uśmiechnął się do niej słabo i już miał ruszać dalej, gdy kuzynka chwyciła go za rękaw.
— Coś taki zamyślony? Zakochałeś się może? — spytała.
— No, właśnie… Przypuszczam, że nie — odparł enigmatycznie, na co Rose odpowiedziała jedynie uniesieniem brwi.
— Chodź, opowiesz mi wszystko — zażądała, prowadząc go w stronę kamiennej ławy. Nie stawiał specjalnych oporów, wiedząc, że Rose i tak wyciągnie z niego wszystko, co będzie chciała, a tak przynajmniej stanie się to w miarę bezboleśnie.
Życie uczuciowe Albusa Severusa Pottera wybuchło dość dziwacznie, bo niemalże w dzień jego szesnastych urodzin. Jakby nagle postanowił, że pora na poważnie zacząć szukać sobie dziewczyny i stworzyć swój pierwszy, dłuższy związek. Owego fenomenu nie rozumiał nikt i właściwie nie dało się go w żaden logiczny sposób wytłumaczyć. Rose jednak przypuszczała, iż miało to coś wspólnego z serią dziwnych listów od matki Ala, w których wciąż powtarzała, że czas najwyższy, by się zakochał, opisując równocześnie wszelakie pozytywy owego stanu, a także zamieszczając wskazówki przydatne przy szukaniu odpowiedniej partnerki. Do tego wszystkiego dołączył jeszcze James, który swoją nową dziewczyną chwalił się każdemu, kto choćby na niego spojrzał, a jego rozmowy z Alem sprowadzały się do zachwytów nad tym, jakie to wspaniałe uczucie. Rose miała więc wrażenie, iż Albus rzucił się w wir randek chociażby po to, by się od niego wreszcie odczepili.
Z drugiej strony, musiała przyznać, potraktował sprawę dość poważnie. Swoje dawne zauroczenia wieku wczesnonastoletniego najwyraźniej puścił w niepamięć, co najwyżej mentalnie odhaczając fakt pierwszego w życiu pocałunku, mimo że wyznał kuzynce, iż właściwie nie zrobił na nim wrażenia. Ze znajdowaniem kandydatek nie miał problemu, gdyż cieszył się naprawdę sporym powodzeniem. Wyrósł na przystojnego chłopaka, o sportowej sylwetce i ujmującym uśmiechu, dzięki któremu trudno mu było czegokolwiek odmówić. Jednak, chociaż dziewczyny niemal ustawiały się w kolejce, by się z nim umówić, Albus wciąż nie wydawał się zadowolony.
— To jak tam twoja randka z Charlize? — zagaiła Rose, gdy już usadowiła go na ławce, tak, aby razie czego nie mógł uciec.
— Właśnie tak jakoś… dziwnie — wzruszył ramionami, wbijając wzrok w czubki trampków. — Fajnie nam się gadało, ale myślę, że raczej zostaniemy przyjaciółmi.
— Coś poszło nie tak? — spytała, pozornie obojętnie, choć tak naprawdę już się spodziewała, jak może brzmieć odpowiedź.
— Od początku było nie tak! — Machnął ręką, poirytowany. — Zacząłem normalnie, od skomplementowania jej wyglądu, a ona…
— Czekaj, co dokładnie powiedziałeś? — przerwała mu Rose, unosząc palec.
— No, że ładnie wygląda. I że ma świetne buty — odparł z prostotą. — Bo były świetne! — dodał, widząc, jak Rose próbuje ukryć uśmieszek. — Potem poszliśmy do Miodowego Królestwa, ale rozmawialiśmy ze sobą… ja wiem, chyba bardziej jak rodzeństwo niż potencjalna para.
— Przykro mi, Al — powiedziała, klepiąc go pocieszająco w kolano.
— No. Szkoda — westchnął ciężko. — Miała ładne włosy. Blond, chyba nawet naturalny —zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał. — Choć mogłyby być odrobinę jaśniejsze, takie bardziej…
— …platynowe? — zaproponowała niewinnie Rose.
— Właśnie! O to mi chodziło.
— Co ty nie powiesz… — mruknęła, ale Alsev najwyraźniej nie dosłyszał.
— Wiesz co, pójdę już — oznajmił, wzdychając ciężko. — Może zajmę się czymś konstruktywnym…
— To znaczy, że kończysz z maniakalnym randkowaniem? — spytała słodko.
— No, nie wiem. Chyba spodobałem się Lisie Parker — odparł niepewnie, kładąc dłoń na karku. — A ona ma takie ładne oczy.
— Czekaj, nie mów. Czyżby szare? Wręcz stalowe?
— Tak, skąd wiedziałaś? — ożywił się. — Znasz ją?
— Nie, zgadywałam — odparła Rose zmęczonym tonem.
— To ja lecę. Do zobaczenia — kiwnął głową, po czym z powrotem wsadził ręce do kieszeni i na nowo pogrążony w myślach, opuścił dziedziniec.
Gdy tylko jego kroki ucichły, zza jednej z kolumienek obiegających wąski krużganek, wyszedł Scorpius i usiadł obok Rose, wzdychając ciężko.
Scorpius Malfoy. Największa towarzyska zagadka Hogwartu. Jako, że Malfoyowie zawsze potrafili doskonale dobierać geny, powiedzieć o Scorpiusie, że był przystojny, to jak stwierdzić, że południa na Saharze są dosyć ciepłe. Gdyby żył w piętnastowiecznej Florencji, Leonardo da Vinci i Michał Anioł stoczyliby o niego pojedynek na pędzel i dłuto. Ale Score, wbrew jawnemu uwielbieniu żeńskiej… a także części męskiej społeczności Hogwartu, nie interesował się nikim. A przynajmniej tak mogłoby się wydawać.
— Błagam, powiedz, że nie czekam na takiego idiotę… — jęknął i położył głowę na ramieniu Rose, która poklepała go współczująco po plecach.
— Och, nie martw się. Wydaje mi się, że wbrew pozorom, wszystko znajduje się na dobrej drodze — stwierdziła pewnie.
— Żartujesz?! — Scorpius spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby właśnie wyrosła jej druga głowa. — Przecież on jest… — zamachał rękami. — Sama widzisz!
— Spokojnie, Score, spokojnie — odparła Rose, kładąc mu rękę na ramieniu. — Po prostu trzeba podjąć bardziej… stanowcze kroki.
— Czyli? — Scorpius popatrzył na nią zszokowany.
— Nie mam pojęcia, co ci przyszło na myśl, ale z pewnością nie o to mi chodziło — spojrzała na niego znacząco. — Musisz dać mi trochę czasu. Zobaczysz, wszystko się ułoży.
— Taa… — westchnął, niespecjalnie przekonany. — Dlaczego nie mogłem zakochać się w kimś innym? Na przykład w tobie?
— We mnie? I myślisz, że miałbyś jakieś szanse? — parsknęła. — Za wysokie progi, mój drogi — odparła, uśmiechając się zawadiacko. — Chociaż… czekaj. To jest pewna myśl.
— Rose… Oczywiście, jesteś piękna oraz inteligentna, i kocham cię jak siostrę, której sam nigdy nie miałem, ale…
— Na Merlina, wy naprawdę jesteście siebie warci — westchnęła, wywracając oczami. — Nie, młotku. Po prostu spróbujmy najpierw klasycznie. Od wzbudzenia zazdrości.
— Myślisz, że się na to złapie? — spytał powątpiewająco Scorpius. — Przecież wie, że się przyjaźnimy.
— Och, ale teraz będziemy się przyjaźnić bardziej — odparła z naciskiem. — Jutro wpadnę do was, do Pokoju Wspólnego. W jego obecności zaprosisz mnie do siebie. Potem zaczniemy się razem pokazywać, starając się jak najbardziej wchodzić mu w drogę. Zobaczysz… musi się udać.
— Jak znam Ala, to jeszcze się zdziwisz — stwierdził Scorpius z przekąsem. — No, ale dobrze. Spróbujmy.

[center]* * *[/center]

O dziewczynach ze Slytherinu mówi się różne rzeczy. Zazwyczaj, że są próżne, wyniosłe, ambitne, zaś złośliwi dodają także, że taniej je wyżywić niż ubrać, a mężczyzn traktują jak osobiste marionetki, nie zakochując się w nich, lecz w stanach ich kont. Jednak tak naprawdę, kwintesencją charakteru Ślizgonek jest umiejętność szybkiej oceny sytuacji oraz wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji. Jako pierwsze rozpoznały przypadek Albusa Severusa Pottera i jako jedyne natychmiast przestały próbować się z nim umawiać, zamiast tego traktując go jak wspólnego brata, a przede wszystkim, konsultanta do spraw wyglądu.
Ponieważ właśnie zbliżał się weekend, Rose i Scorpius nie byli jedynymi osobami siedzącymi w Pokoju Wspólnym i czekającymi, aż Al wróci do dormitorium, więc póki co nie mieli szans na udawanie jakiejkolwiek bliższej zażyłości. Rose mogłaby po prostu przyjść później, lecz stwierdziła, że za żadne skarby nie chce przegapić zbliżającego się „przedstawienia”.
Kilka dziewcząt rozsiadło się wygodnie na fotelach i kanapach w Pokoju Wspólnym, z pozorną nonszalancją wymieniając uwagi. Gdy Albus wszedł do środka, z początku udały, że go nie zauważyły, by zaraz przywitać się z nim serdecznie, oczywiście stosownie zaskoczone.
— Hej, Al. Słuchaj, mam do ciebie pytanko. — Jako pierwsza, z pozorną obojętnością, odezwała się wysoka brunetka, której imienia Rose nawet nie potrafiła skojarzyć. — Zastanawiałam się, czy nie ściąć włosów. Jak sądzisz, ładnie by mi było?
— Bo ja wiem… — wzruszył ramionami i przekrzywił głowę. — Co najwyżej parę centymetrów. Możesz za to wycieniować, będą ładnie układać się wokół twarzy. Powinnaś za to spróbować jakiejś fryzury z grzywką.
— Och, o tym nie pomyślałam. Dzięki — uśmiechnęła się i wybiegła z Pokoju Wspólnego, zapewne, by szybko znaleźć jakieś lustro.
— Al, który kolor lepiej do mnie pasuje? — ognistowłosa Amanda podeszła do niego z dwoma buteleczkami lakieru do paznokci i okropnie nieszczęśliwą miną. — Bo nie mogę się zdecydować — dodała, rozpaczliwie wydymając wargi.
Albus spoglądał na to na jedną, to na drugą fiolkę nieco nieobecnym wzrokiem.
— Jadeitowa zieleń — zadecydował w końcu. — Pasuje do twoich oczu — dodał z uśmiechem. — I do tego cienia do powiek.
—Hm, masz rację. Jesteś kochany. — Amanda cmoknęła go w policzek i rozsiadła się w jednym z foteli. W powietrzu od razu rozszedł się zapach lakieru do paznokci. Rose westchnęła dyskretnie.
— Al, słuchaj… — tym razem odezwała się Coreen, która siedziała obok Krukonki, trzymając na kolanach dwie sukienki, przyniesione oczywiście zupełnie przypadkiem. — W sobotę mam randkę z Michaelem. W której mi będzie lepiej? — spytała wprost, przykładając je na zmianę.
— W amarantowej — rzucił Albus po chwili zastanowienia, a Coreen spojrzała spanikowanym wzrokiem na Rose.
— Po lewej — szepnęła tamta usłużnie.
— Och! Dzięki, Al! — dziewczyna uśmiechnęła się promiennie.
— Nie ma sprawy — odparł, wzruszając ramionami. — Cały czas jednak nie rozumiem, dlaczego zwracacie się z tym do mnie… — zaczął, lecz nagle jego wzrok spoczął na siedzącej przy kominku blondynce. — Lynn, koniecznie wyrzuć ten błyszczyk, upiorny odcień — stwierdził, a dziewczyna zaczerwieniła się, odruchowo przykładając dłoń do ust.
— Oj, Albus, przecież to oczywiste — stwierdziła Amanda, podziwiając paznokcie. — Po prostu w całym Hogwarcie nie ma lepszego znawcy kobiet — wyjaśniła, szczerząc zęby i wywołując tym zbiorowy chichot.
— No cóż… Pewnie macie rację — odparł nieskromnie, a Rose ledwie powstrzymała się, by nie parsknąć śmiechem.
— Oczywiście. I dlatego cię uwielbiamy. — Amanda uśmiechnęła się radośnie i zajęła się paznokciami prawej dłoni.
Dopiero wtedy Albus dostrzegł Rose, choć zanim zdążył do niej podejść, został zmuszony do udzielenia jeszcze trzech porad.
— Cześć — rzucił, siadając na oparciu fotela. — Chciałaś czegoś ode mnie?
— Szarmancki jak zwykle — skwitowała Rose, mrużąc lekko oczy. — Nie przyszłam do ciebie, ale do Scorpiusa.
— Och… — Albus nagle się zmieszał. — Tylko?
— Tak. Tylko — odparła z naciskiem. — Mamy parę… prywatnych spraw do omówienia — dodała, uśmiechając się kącikiem ust.
— Prywatnych? — zdziwił się Albus, spoglądając ponad jej ramieniem na Scorpiusa, który pokiwał głową.
— Owszem — powiedziała z wyższością i także zwróciła się do Malfoya. — Score, może pójdziemy do ciebie? — zaproponowała, już całkowicie ignorując Ala.
— Jasne — odparł. Z kurtuazją podał jej ramię, która ona przyjęła uśmiechając się wdzięcznie, po czym oboje oddalili się w stronę dormitoriów.
Albus spoglądał na nich z półotwartymi ustami, niepewny jak powinien nazwać uczucie, które właśnie w nim zaczęło kiełkować. I dlaczego była to właśnie zazdrość.

[center]* * *[/center]

Albus zapomniał o planowanej randce z Lisą Parker. Właściwie, w ogóle zapomniał o swoich niedawnych rozterkach dotyczących dziewcząt, z którymi się spotykał, czy też dopiero miał zacząć się spotykać. Jego myśli, podobnie zresztą jak większości Hogwarckiej społeczności, całkowicie zdominowało pytanie, czy Scorpius rzeczywiście chodził z Rose, czy po prostu Al źle coś interpretował. Owszem, zauważył, że przyjaciel spędza coraz więcej czasu z jego kuzynką. Widział, jak często ze sobą rozmawiają i co chwila natykał się na nich, gdy wybierają się gdzieś sam na sam albo spacerują pod rękę na błoniach. Albus wprawdzie nie widział jeszcze, żeby się całowali, czy chociaż czulej obejmowali, ale na samą myśl o czymś takim, robił się dziwnie nerwowy.
Kiedyś zapytał Scorpiusa, dlaczego daje kosza wszystkim dziewczynom, a potem także chłopakom, którzy chcieli się z nim umówić. Malfoy spojrzał na niego zagadkowym wzrokiem i stwierdził, że po prostu jest już kimś zainteresowany. Nie chciał jednak zdradzić, o kogo mu chodzi. Zamiast tego jedynie uśmiechnął się enigmatycznie, zapewniając, że Al dowie się w swoim czasie.
W końcu Alsev postanowił, iż ów „jego czas” właśnie nadszedł.
Pokój Wspólny okazał się niemal pusty. Większość Ślizgonów, szczególnie ze starszych roczników, w soboty wieczór znikała gdzieś w poszukiwaniu bardziej romantycznych, albo po prostu ciemniejszych zakątków Zamku.
Scorpius jednak, co Al spostrzegł z trudną do wytłumaczenia ulgą, nie dołączył do ich grona i zamiast tego siedział w fotelu, zajęty czytaniem książki. Na widok przyjaciela od razu ją odłożył.
— Ty wciąż tutaj? O tej porze? — spytał, unosząc brew. — Czyżby przerwa między randkami?
Albus zignorował jego pytania, próbując się psychicznie przygotować na zadanie własnego. Chciał je sobie jakoś ładnie ułożyć, lecz im dłużej się zastanawiał, tym głupiej brzmiało.
— Od kiedy masz te „prywatne sprawy” z Rose? — w końcu wypalił prosto z mostu.
— Och? Od… jakiegoś czasu — odparł Scorpius, nieco zmieszany.
— Mogłeś mi powiedzieć — Al, z bliżej nieznanego sobie powodu, nie potrafi zapanować nad poirytowaniem.
Scorpius przez chwilę spoglądał na niego, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym pokręcił głową, parskając głośno.
— Może jeszcze zapytać o pozwolenie? — spytał, splatając ręce na piersi.
— Nie, po prostu myślałem, że… — zaczął Al, lecz nagle się zawahał.
— Że? — Scorpius patrzył na niego wyczekująco.
— Nie, nic — wymamrotał Albus, czując, jak się czerwieni.
Nie mówiąc nic więcej i starając się nie patrzeć na Malfoya, odwrócił się na pięcie, po czym zwyczajnie wyszedł z Pokoju Wspólnego.
Przemierzając bez celu korytarze Hogwartu, Al analizował tę rozmowę, sekunda po sekundzie. Każda kolejna myśl, która pojawiła się w tamtym momencie, wydawała mu się bardziej absurdalna od poprzedniej. To logiczne, że nie był zazdrosny o kuzynkę. Traktował Rose jak drugą siostrę i nawet sugestia myślenia o niej w inny sposób wywoływała u niego obrzydzenie. Wiedział też, że ona i Scorpius przyjaźnią się od dawna i taki związek, to właściwie najlepsze, co mogło się w tym wypadku przytrafić. Problem w tym, że gdy tylko o tym pomyślał, coś w nim głośno zaprotestowało, odmawiając prawa do Scorpiusa komukolwiek, łącznie z Rose.
Czuł, że znowu się czerwieni. Na Merlina! Omal nie powiedział czegoś w stylu: „Po prostu myślałem, że nigdy się z nikim nie zwiążesz. Czułbym się komfortowo.”
Jęknął rozpaczliwie. Teraz czuł się wyjątkowo niekomfortowo. Postanowił więc jak najszybciej pójść na tą nieszczęsną randkę z Lisą i udawać, że nic się nie stało.

[center]* * *[/center]

— Umówił się z Parker — oznajmił Scorpius, zanim jeszcze Rose zdążyła otworzyć usta.
Siedział nad jeziorem, wpatrując się zrezygnowanym wzrokiem, jak słońce połyskuje w zmarszczkach tworzących się na jego tafli. Rose usiadła obok i delikatnie położyła mu rękę na ramieniu.
— Wiesz, wczoraj myślałem, że może… — zawahał się, ale zaraz zrezygnowany pokręcił głową, nadal na nią nie patrząc. — Ale to chyba nie ma sensu, Rose — powiedział cicho.
Wyglądał tak nieszczęśliwie, że Rose miała ochotę znaleźć Albusa i stłuc go tak, jak to zrobiła, gdy mieli po sześć lat. Zamiast tego, postanowiła jednak dać mu ostatnią szansę.
— Daj spokój, Score — uśmiechnęła się pocieszająco. — Co z twoją zasadą niepoddawania się?
— To nie o to chodzi — westchnął. — Może po prostu tak będzie lepiej. Dla niego… Znajdzie sobie w końcu jakąś dziewczynę i… i tyle — wzruszył ramionami, wbijając wzrok w ziemię.
— Sam wiesz, że nie — parsknęła. — Póki co, może być tylko coraz bardziej nieszczęśliwy. Nadszedł więc czas na terapię szokową — postanowiła.
— Co masz na myśli? — Scorpius spojrzał na nią niepewnym wzrokiem.
— Zapewne znowu coś zupełnie innego niż ty — odparła z przekąsem. — Zwołam konsylium — oznajmiła z dumą.
— Konsylium?
— Musisz mi pomóc tylko w jednej rzeczy…


[center]* * *[/center]

Randka z Lisą kompletnie się nie udała. Tym razem nawet go to nie dziwiło. Nagle jakoś nie miał śmiałości spojrzeć jej w oczy, a rozmowa się nie kleiła, bo wciąż błądził myślami przy tematach, do których teoretycznie miał nie wracać, ale niestety okazały się silniejsze od jego postanowień.
Za to, co go naprawdę zdziwiło, to widok wszystkich dziewczyn, z którymi się do tej pory spotykał, zebranych w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Na samym środku, w fotelu, niczym królowa… albo raczej matka chrzestna jakiejś mafii, siedziała Rose Weasley, otoczona znajomymi Ślizgonkami. Wszystkie wyraźnie na kogoś czekały, a Al nie był aż tak głupi, żeby pytać, na kogo.
— Em… witajcie? — powiedział niepewnie, na wszelki wypadek pozostając jak najbliżej wyjścia.
— Witaj, Albusie — zaczęła Rose oficjalnym tonem. — Właściwie, to miałam ochotę cię sprać, lecz stwierdziłam, że na dłuższą metę to nic nie da. — Albus cofnął się nieco pod ścianę. — Zaprosiłam więc tutaj te wszystkie dziewczęta, abyś coś sobie uświadomił.
— Zaraz, zaraz! — Alsev przyjął wojowniczą postawę i spiorunował wzrokiem całe zgromadzenie. — Zanim ktokolwiek nazwie mnie draniem, pragnę zauważyć, że każdą z was traktowałem jak damę i z każdą rozstałem się w przyjaźni — powiedział wyzywającym tonem.
— Och, Al, oczywiście, że w przyjaźni — roześmiała perliście się Charlize, Krukonka o jasnych blond włosach, spiętych w kok. — Żadna z nas nawet nie potrafiłaby się na ciebie gniewać, jesteś tak słodko nieświadomy…
— Nieświadomy czego?
— Z tego, co wiem, z żadną z nas nie spotkałeś się więcej niż dwa, trzy razy — podjęła Olivia, szczupła Gryfonka o kasztanowych włosach oraz dużych, szarych oczach. — Z każdą z nas rozmawiało ci się świetnie, ale… — zawahała się i zwróciła się do reszty dziewcząt, jakby szukając podpowiedzi.
— …nie mogłyśmy się pozbyć wrażenia, że żadna z nas cię nie pociąga — dokończyła za nią nieśmiało Catherine, wysoka, elegancka Krukonka o krótkich, jasnych włosach. — Pamiętasz, kiedy mnie pocałowałeś? Naprawdę nie mam ci tego za złe, ale… nie sprawiałeś wrażenia specjalnie zachwyconego.
Albus już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz zrezygnował, zwyczajnie nie wiedząc, jak to wytłumaczyć. To prawda. Nie poczuł niczego szczególnego, gdy całował Cath. Albo Olivię. Czy Jessicę. Jednak zawsze sądził, iż to jakiś problem dotyczący tak często wspominanej w listach Ginny, „tej jedynej”. Wydawało mu się, że cokolwiek poczuje dopiero, kiedy trafi na „tą jedyną”, więc do tej pory pozostawał obojętny, bo po prostu na nią nie trafił… W tym momencie, śledząc własny tok rozumowania, Al zaczął podejrzewać, że matka wyprała mu mózg metodą korespondencyjną.
— Za to bardzo ładnie komplementowałeś nasze ubrania — odezwała się nieśmiało Charlize. — I kolczyki.
— Zaraz, zaraz — Albus czuł się coraz bardziej zagubiony, choć gdzieś w głębi duszy rodziło się w nim pewne dziwne przypuszczenie. — Co wy właściwie chcecie powiedzieć?
— Wiesz, Al, gdyby w tej smutnej szkole ktoś kiedyś ogłosił konkurs na najlepiej ubrany Dom, Slytherin wygrałby w przedbiegach, tylko dzięki tobie — powiedziała Coreen. — No daj spokój, nawet ja nie widziałam, jaki to kolor amarantowy — dodała, gdy spostrzegła, że Alsev nie ma pojęcia, do czego zmierzała.
— Ale… co w tym złego, że wiem jak wygląda kolor amarantowy? — obruszył się. — Jak byłem mały, uczyłem się malować. Miałem nazwy na pudełku z farbami — wytłumaczył się niechętnie.
— Na tym samym pudełku było napisane, żeby przy pierwszym spotkaniu z dziewczyną najpierw zwracać uwagę, czy jej buty pasują do torebki? — Rose spojrzała na niego sceptycznie.
— Mam wysokie wyczucie estetyki! — oburzył się, szczególnie że właśnie zrozumiał, co próbują mu zainsynuować. — Nie jestem gejem!
— Słonko, nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby bardziej gejem niż ty — stwierdziła spokojnie Amanda, próbując się uśmiechnąć pocieszająco.
— Ale nigdy nie podobał mi się żaden facet!
— Do tego jeszcze wrócimy — mruknęła Rose. — Dobrze. Niech ci będzie — Albus spojrzał na nią podejrzliwie. — Zresztą, póki co, nie to jest najważniejsze. Powiedz mi tylko, czy, tak naprawdę, podobała ci się którakolwiek z nich? — spytała, wskazując dłonią dziewczyny.
— Oczywiście! — zapewnił hardo, wciąż pod wpływem niedawnego wzburzenia. Jednak spojrzał na nie i zawahał się. Poczuł, że to nie czas na półprawdy, a one prawdopodobnie i tak już wiedzą wszystko. Albo nawet jeszcze więcej, znając możliwości indoktrynacyjne Rose. — To znaczy… Podobały mi się w was… różne rzeczy, tak pojedynczo… najczęściej — przyznał z ociąganiem.
Przez chwilę spodziewał się zbiorowego oburzenia, lecz one tylko spoglądały na siebie porozumiewawczo. Zaś Rose podeszła do niego i wcisnęła mu w rękę kawałek pergaminu oraz pióro
— A teraz notuj — zaleciła, głosem nieznoszącym sprzeciwu. — Co podobało ci się u każdej z nich. Osobno.
— No… dobra — kiwnął niechętnie głową, po czym westchnął ciężko. — Więc…Charlize, piękne blond włosy, powinnaś je częściej rozpuszczać — dodał odruchowo. — Olivia, jej śliczne szare oczy. Sandra, piękna cera, o takim jasnym odcieniu. Jessica, wzrodzona elegancja. Catherine, jasne włosy i arystokratyczne maniery, nawet myślałem, że coś z tego będzie — mruknął.
— Dobrze, wystarczy — przerwała mu Rose, chodząc w tę i z powrotem po Pokoju Wspólnym. — U pozostałych dziewcząt kierowałeś się takimi samymi kryteriami? — spytała rzeczowo.
— No… To nie tak — jęknął. — To się działo jakoś tak podświadomie, nie zdawałem sobie sprawy… — tłumaczył się rozpaczliwie.
— Ależ nic nie szkodzi — Rose machnęła ręką — Teraz tylko złóż sobie te cechy w całość i zastanów się, czy ktoś konkretny nie przychodzi ci na myśl.
Albus wpatrywał się w kartkę tępym wzrokiem. Blond włosy, szare oczy, jasna cera, arystokratyczne maniery, wrodzona elegancja…Nie, z pewnością nie znał żadnej takiej…
— I pamiętaj, to nie musi być dziewczyna — zwróciła uwagę Rose, jakby czytała w jego myślach. Chciał spojrzeć na nią gniewnie, lecz niestety zapomniał, że ona zawsze była w tym lepsza.
Skupił się z powrotem na liście. Bez sensu, ale niech jej będzie… Blond włosy, hm, właściwie tak naprawdę, najbardziej podobały mu się platynowe, o takim wręcz srebrzystym odcieniu. Szare oczy… nie, zdecydowanie wolał raczej stalowe, o przenikliwym spojrzeniu. Jasna cera… ale nie blada. Cera jak alabaster, właśnie. Wyczytał gdzieś takie porównanie i bardzo mu się spodobało. Arystokratyczne maniery, wrodzona elegancja tak, w jakiś sposób go to pociągało, dodawało życiu smaku. Cóż, gdyby dopisać do tego wszystkiego jeszcze inteligencję, poczucie humoru, odrobinę złośliwości, a także pewność siebie, nie pozbawioną jednak swego rodzaju delikatności, powstałby Albusowy ideał. Ale przecież nie znał nikogo… takiego…
Al zamrugał panicznie wpatrując się w skrawek pergaminu, jakby miał nadzieję, że dzięki temu zniknie, a wraz z nim wszystko to, co właśnie sobie uświadomił.
— …Merlinie — wyszeptał, czując jak kolana się pod nim uginają.
— Accio fotel. — Rose zdążyła w ostatniej chwili, dzięki czemu Al, zamiast runąć na podłogę, zapadł się w miękkie, zielone poduszki, rozpaczliwym wzrokiem wciąż patrząc w kartkę.
— Ale ze mnie kretyn… — wyszeptał w końcu, chowając głowę w dłoniach. Dziewczyny powoli wychodziły z Pokoju Wspólnego, na pożegnanie pocieszająco klepiąc go w ramiona. — Rose, co ja teraz zrobię?! Przecież to mój przyjaciel! — jęknął rozpaczliwie. — Po co to zrobiłaś! Lepiej, gdy żyłem w mojej… słodkiej nieświadomości — parsknął. — Przecież jeśli on się dowie, to mnie znienawidzi! Albo nawet gorzej, zacznie mi współczuć!
Ale Rose tylko uśmiechnęła się promiennie i zmierzwiła kuzynowi czuprynę.
— Widzisz, Al. Twój największy problem to ten, że rzeczywiście, straszny z ciebie kretyn…

[center]* * *[/center]

Al zapukał do drzwi Scorpiusa, w głębi duszy mając nadzieję, że go nie zastanie. Rose wprawdzie zapewniała, że nie musi się martwić, jednak… no cóż, musiał. Powinna była zostawić mu chociaż trochę czasu na ochłonięcie i oswojenie się z sytuacją. Szczególnie, że teraz, gdy usłyszał zza drzwi ciche „proszę”, serce podskoczyło mu do gardła.
Scorpius leżał wyciągnięty na łóżku i czytał, opierając podbródek na dłoni. Odkąd odkrył w sobie tę chorobliwą miłość do książek, chyba nie była dnia, żeby Albus go z jakąś nie zastał. Nie narzekał jednak, lubił towarzyszyć Scorpiusowi, kiedy tamten czytał i jakoś się wtedy nie nudził, nawet jeśli sam niczego nie wziął. Mógł za to po prostu…
Och.
Al zacisnął zęby. Cóż, teraz znacznie lepiej rozumiał, dlaczego tak często przyłapywał się na bezczelnym gapieniu się na pogrążonego w lekturze Score’a. Całe szczęście, że Malfoy był zawsze zbyt skupiony na książce, by to zauważyć.
Tymczasem, Scorpius właśnie skończył stronę i powoli usiadł na łóżku, spoglądając na Albusa podejrzliwie.
— Al, coś się stało? — spytał marszcząc brwi. — Wyglądasz jakoś dziwnie.
Alsev wbił jadowicie zielone spojrzenie w Scorpiusa i odetchnął głęboko. Score poruszył się niespokojnie na łóżku, cofając się nieco głębiej.
— Albusie? — odezwał się niepewnie.
Al przygryzł lekko wargę. Poświęcił pół godziny na dokładne ułożenie sobie tego, co chciał powiedzieć Scorpiusowi, ale teraz, gdy już stanął przed nim i mógł wreszcie spojrzeć mu w oczy, wszystko gdzieś wyparowało. Bał się, że zanim sobie cokolwiek przypomni, to Score pomyśli, że Albus oszalał, a zaraz potem znokautuje go i ucieknie. Właściwie, już wyglądał, jakby miał zamiar to zrobić.
Dobrze. Raz kozie śmierć, pomyślał w końcu. Jeśli Rose ma racje, nie skończy się źle, jeśli nie ma… Cóż, wtedy może będzie miał szczęście i nie przeżyje.
Próbując nie zwracać uwagi na to, że jego serce najwyraźniej usiłuje wyskoczyć z piersi, Al dwoma zdecydowanymi krokami podszedł do łóżka zszokowanego Scorpiusa i, zanim tamten zdążył jakkolwiek zareagować, zdecydowanym ruchem wziął jego twarz w swoje dłonie, po czym, niemal desperacko, wpił się w jego wargi.
Scorpius był początkowo zbyt zaskoczony, by zrobić cokolwiek. Zaraz jednak westchnął delikatnie i, wplatając dłonie we włosy Ala, rozchylił usta, oddając pocałunek.
Ostatnim, o czym Albus zdążył pomyśleć, zanim w ogóle stracił do tego zdolność, to że jego matka chyba miała rację. Wprawdzie „ta jedyna” okazała się „tym jedynym”, jednak Al w tej jednej chwili uświadomił sobie, iż tak naprawdę przez cały czas nie pragnął niczego ani nikogo innego. Żadnych innych ust niż te, tak słodkie i miękkie, ani dłoni, delikatnie, choć stanowczo przyciągających go bliżej. I nigdy, nikogo… Ale zawsze… tylko…
Gdy Scorpius nagle przerwał pocałunek, Al miał wrażenie, jakby wraz z oddechem uderzyła w niego rzeczywistość, a czas na nowo ruszył z miejsca. Co wcale mu się nie podobało. Popatrzył pytająco na Scorpiusa, przy okazji spostrzegając, że nawet nie zorientował się, kiedy przewrócił go na łóżko.
— Um, wybacz — wymamrotał, czerwieniąc się i próbując podnieść się niezgrabnie.
Scorpius jednak natychmiast chwycił go za ramię i spojrzał mu prosto w oczy. Al nie przypuszczał, że to w ogóle możliwie, ale od jego wzroku zrobiło mu się jeszcze goręcej.
— Od tej pory, żadnych więcej… — wyszeptał Score.
— Żadnych — zapewnił Al. Wprawdzie teraz zgodziłby się dosłownie na wszystko, byle tylko Scorpius pozwolił mu kontynuować, ale zaraz uśmiechnął się lekko. W końcu, nie musiał już nikogo szukać. Właściwie, to nigdy nie musiał. Ale był kretynem.
Scorpius odpowiedział uśmiechem i przyciągnął go z powrotem do siebie.
Szczęśliwym kretynem.

[center]* * *[/center]

Albus odetchnął głęboko, napawając się słonecznym zapachem kolejnego złotego popołudnia na błoniach Hogwartu. Scorpius leżał oparty wygodnie o jego uda, znów zaczytany w jakimś starym, opasłym tomiszczu, które tak pachniało kurzem, że Al kategorycznie zabronił otwierania go w zamkniętych pomieszczeniach. W ramach akcji wietrzenia książki, obaj korzystali więc z cieplejszych dni, a Albus, jak zawsze zresztą, korzystał z okazji, obserwując jak wiosenne słońce krzesze srebrno—złote iskry we włosach Scorpiusa albo jak Score marszczy brwi trafiając na jakiś wyjątkowo interesujący fragment tekstu, albo też…
— Widzę, że niektóre rzeczy jednak się nie zmieniły. — Scorpius nagle zatrzasnął książkę i spojrzał na Ala rozbawionym wzrokiem.
— Co masz na myśli? — Alsev zmarszczył brwi.
— Że znowu niczego przy tobie nie przeczytam — westchnął, odkładając tomiszcze na trawę. — Myślisz, że łatwo się skoncentrować na czymkolwiek, kiedy tak się wpatrujesz?
— To ty… wiedziałeś? — Albus zaczerwienił się. — Nigdy nie zwróciłeś mi uwagi. Zawsze sprawiałeś wrażenie całkowicie zatopionego w lekturze.
— No cóż, starałem się — odparł Scorpius z powagą. — Ale nie rozumiałem ani słowa, z tego, co czytałem. Musiałem ćwiczyć siłę woli.
— Siłę woli? — parsknął Al, wciąż nic nie pojmując.
— No, tak. Niełatwo tak cały czas się powstrzymywać…
— Powstrzymywać? Przed czym?
— Miałem nadzieję, że zapytasz — Scorpius uśmiechnął się przewrotnie, po czym podniósł się, popchnął Albusa na trawę i natychmiast pocałował. Zaś Al cieszył się, że w tym momencie jego niedomyślność nareszcie się na coś przydała.
Jego zadowolenie jednak momentalnie prysło, gdy zza pobliskich krzaków rozległo się przeciągłe, wielogłosowe „Oooooch!”, a Scorpius odsunął się od niego, wybuchając śmiechem. Albus zmełł w ustach przekleństwo i podniósł się, mierząc zarośla wściekłym wzrokiem. Dopiero po chwili wyłoniło się zza nich parę dziewcząt z różnych Domów, po czym, próbując uśmiechać się niewinnie, cofnęły się powoli, odwróciły na piętach i uciekły, popędzane gniewnym spojrzeniem młodego Pottera.
Tak, kiedy „najbardziej zjawiskowa para Hogwatu”, przestała być źródłem czarnej rozpaczy i myśli samobójczych ze strony uczniów na zabój zakochanych w obu jej połówkach, zyskała wiele rozszalałych fanek. A także kilku fanów. Nie dotyczyło to, niestety, profesor McGonagall, która, nakrywszy obu chłopaków całujących się na korytarzu, trafiła do Skrzydła Szpitalnego, a następnie na oddział pozawałowy w Św. Mungu. Profesor Longbottom zaś, zawsze patrzył na nich jakimś takim przerażonym wzrokiem, przechodzącym potem w zdumienie, a na koniec skonfundowanie, z którym to zwykł odwracać się i odchodzić, mamrocząc coś do siebie.
— Kiedyś się naprawdę wścieknę — wycedził Al, wciąż patrząc w ślad za uciekającymi dziewczynami.
— Nie martw się, przejdzie im — stwierdził Scorpius, siadając i opierając się o jego ramię. —Właśnie, a propos. Mam ci to przekazać — wyjął z książki złożony pergamin.
— Co to takiego? — spytał Al, spoglądając podejrzliwie na przełamaną pieczęć Malfoyów.
— Och, to tylko list od mojego ojca. Bardzo prosił, żebym ci go dał — wyjaśnił Scorpius. — Opisał w szczegółach, co ci zrobi, kiedy cię następnym razem zobaczy. Tylko nie czytaj tego przy jedzeniu — ostrzegł.
— To takie… miłe z jego strony — Albus spojrzał na pergamin, jakby on także mógł go zaatakować.
— Nie przejmuj się, jemu też przejdzie. Moja matka i twój ojciec jakoś go przekonają — Score machnął ręką. — Oczywiście, kiedy znudzi im się drażnienie go tym — dodał po chwili, wzdychając ciężko. — Zresztą, myślę, że już się powoli łamie, bo na drugiej stronie wymienił też wszystko, co ci zrobi, jeśli mnie kiedykolwiek zranisz. I, muszę przyznać, tu postarał się nawet bardziej.
— No to mnie pocieszyłeś — mruknął Al.
— Mogę cię pocieszyć jeszcze inaczej — zaproponował niewinnie Score.
— Tu jest napisane, że będę umierał powolną, bardzo bolesną śmiercią — odparł Al, pobieżnie przeglądając list. Zaraz jednak uśmiechnął się lekko, spoglądając na Scorpiusa. — Więc będziesz musiał się bardzo postarać.
— Hm… — Score uniósł brew. — Skoro tak… Chyba powiem ojcu, żeby częściej ci groził.
— Wariat.
— Kretyn.
— Tworzymy idealną parę.
— Od początku wiedziałem, że tak będzie.
— Czyżby?
— Oj, zamkniesz się już, czy mam ci pomóc?
— A jak myślisz…?
I żyli długo i szczęśliwie. I było im srebrno i zielono.
…choć Alowi nigdy nie udało się przeforsować zmiany odcieni.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5019

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#2 » 16 lip 2010, o 14:49

Słooooodkie!
Chyba zostanę fanką Albusa i Scorpiusa, nawet nie tylko w slashach, ale ogólnie, bo, jakby nie patrzeć, są udoskonalonymi wersjami kolejno Harry'ego i Draco, którzy u Jo zdecydowanie mieli daleko do ideału - zresztą wiele postaci jej nie wyszło - a tutaj naprawdę jest za co ich wielbić.
Naprawdę uroczy tekst.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#3 » 19 lip 2010, o 10:36

Naprawdę nie powinnam czytać slashy. Pisać slashy. Kochać slashy. Um. Taaak. Ja może i dostaję wysypki na myśl o slashu, ale to raczej pokrzywka wywołana fangirlizmem. xDDD
Ale jeeej. Oni są niesamowicie, powalająco uroczy razem! Naprawdę! A Al jest tak samo uczuciowo nieuświadomiony jak każdy Potter. W końcu Harry łaził za CHANG. To naprawdę musi być genetyczna usterka. Pomijam to jak boski jest Scorpius, o tym nie trzeba wspominać. No, trzecim geniuszem jest tu jeszcze Rose, mistrzyni manipulacji. Chciałoby się mieć przyjaciela geja tylko po to, żeby go z kimś uroczym zeswatać. XD

Malfoy jak Malfoy w sumie. Ale Ginny by dostała zawału, na pewno. Na łóżko do sali obok Minerwy. Która niekoniecznie wylądowała tam przecież z powodu uprzedzeń, zawał mógł mieć też drugi powód, czemu od razu wysnuwamy wnioski...

Podobało mi się i chcę ich więceeej!
Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell,
And where hell is, there must we ever be.

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#4 » 19 lip 2010, o 18:05

Naprawdę nie powinnam czytać slashy. Pisać slashy. Kochać slashy. Um. Taaak. Ja może i dostaję wysypki na myśl o slashu, ale to raczej pokrzywka wywołana fangirlizmem. xDDD

Ech, człowiek raz w to wpadnie i potem nie da się z tego wyjść ;) Chociaż moim "gwoździem do trumny" byłby chyba jednak oglądane dla śmiechu Przygody Merlina. A potem okazało się, że to ma takie pokłady nieświadomej slashowatości, że nie da się obok nich przejść obojętnie...

A Al jest tak samo uczuciowo nieuświadomiony jak każdy Potter. W końcu Harry łaził za CHANG.

A potem jeszcze ożenił się z Ginny. Ja nie wiem, Potter senior jest jakiś emocjonalnie upośledzony. Dobrze, że chociaż Ala można naprostować ;P

A Al i Scorpius są dla siebie stworzeni. Słyszałam, że ludzie mają jakieś dziwne pomysły typu Scorpius/Rose, ale nienienie...
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Szarl
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 759

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#5 » 21 lis 2010, o 11:23

Przeurocze opowiadanie :). Podoba mi się stylizacja; lekka, ze szczyptą ironii, taka pół-żartem pół-serio. Wprawdzie, nie gustuję w yaoi/yuri, ale tu zrobię wyjątek :).
"I'm not a bitch. I am THE Bitch. And for you I'm Ms. Bitch!"

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5019

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#6 » 6 sty 2011, o 14:32

Hm, a tak ogólnie... możemy liczyć na takie rozwinięcie Alb/Scorp w Grzechach? :D
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Re: [Z][HP]Cierpienia młodego Pottera

Post#7 » 6 sty 2011, o 14:45

Grzechy planuję zamknąć w tym jednym roczniku, potem już raczej nie będzie sensu tego ciągnąć, a nie chcę stoczyć się w operę mydlaną. Więc nie. Ale i tak są na siebie skazani ;P
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

AlvinTheCreator
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 4

Cierpienia młodego Pottera

Post#8 » 18 sie 2015, o 17:55

Świetne ! Kiedyś to już gdzieś czytałam i bardzo mi przypadło do gustu. A jeżeli to ty napisałaś ,,Grzechy Ojców" to bije przed tobą pokłony. Moim zdaniem bardzo trafnie przedstawiłaś tu Ala - niezauważający oczywistości Potter (czy po tym nazwisku trzeba mówić więcej ?), z uporem maniaka dążący do "przystosowania się" (bo tak odebrałam jego starania w znalezieniu dziewczyny) oraz Scorpiusa, który wydaje się wręcz rozbawiony manierą panującą w domu Malfoyów i absolutnie nie zamierza już kontynuować wojenki pod tytułem ,,Kto zwycięży - szlamy czy arystokracja ?". Dodatkowo wszystko opisane z sensem i humorem. Jeśli chodzi o pisanie fanfiction to jesteś jedną z moich idolek, brawo !

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Cierpienia młodego Pottera

Post#9 » 20 sie 2015, o 21:39

Jej, dziękuję, nie przypuszczałam, że ktoś to jeszcze wygrzebie i w dodatku będzie się podobało xD I, zgadza się, mój Albus jakoś zawsze usilnie stara się przystosować, do tego stopnia, że w pewnym momencie w zasadzie przestał być tego w pełni świadomy. I pewnie tylko dla tego Score był w stanie tak długo cierpliwie czekać ;)
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Cierpienia młodego Pottera

Post#10 » 24 sie 2015, o 09:15

Faktycznie, do diaska, bardzo, bardzo, no, bardzo dobrze napisane - bez dwóch zdań.

Wróć do „Szuflada prozatorska (formy krótkie)”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości