Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

"Houston, po problemie" [wersja 2.0]

Stare teksty z działu Fantastyka.
Fenrir
redaktor prowadzący Fantazmatów
Posty: 121

"Houston, po problemie" [wersja 2.0]

Post#1 » 9 wrz 2015, o 20:22

UWAGA - opowiadanie napisane niemalże od nowa.

– Poczekaj, pozwól im wykonać część roboty za nas. ¬¬– Mike położył mi dłoń na ramieniu. – Obiją sobie mordy, będą osłabieni, a wtedy spokojnie wkroczymy i zrobimy to, za co nam płacą.
Fakt, może i nie dało się nazwać tego przykładnym pełnieniem obowiązków, ale nikt nie wynagradzał nam odniesionych obrażeń. Co za różnica, czy zrobimy to sami, czy z czyjąś – nawet jeśli nieświadomą – pomocą?
Tymczasem na środku stołówki mieliśmy niczego sobie widowisko. Lewy prosty, prawy sierpowy, uderzenie z byka… Innymi słowy, dość gwałtowna dyskusja o podłożu, jakżeby inaczej, ideologicznym.
Podobne incydenty miały miejsce średnio kilka razy w tygodniu, choć raczej rzadko kończyły się rękoczynami. Zatrudnienie na Arce – ogromnej latającej ekosferze stworzonej dla nuworyszy by mogli egzystować z dala od ziemskich problemów z zanieczyszczeniem, hałasem i niestabilną pogodą, a także od surowości Marsa, nie wydawało mi się obecnie dobrym pomysłem.
Musiałem jednak przyznać, że odrobina rozrywki z tego wynikająca nie była też taka zła. Co potwierdziły radosne okrzyki, gdy po kolejnym ciosie jeden z mężczyzn poleciał metr do tyłu.
– Dobra, bierzemy ich, nie chcę potem tłumaczyć się w raporcie – powiedziałem i zacząłem przepychać się przez tłumek zebranych w stołówce. – Koniec przedstawienia, nie macie nic do roboty?!. – Mówiłem na tyle głośno, by każdy mógł mnie usłyszeć i zrozumieć prosty przekaz: „Chcesz utrudniać? Karcer jest dobry na wszystko”.
Przez zebranych przetoczył się niechętny pomruk, ale tłum zaczynał powoli rzednąć.
– Przyślijcie medyka do tego tutaj. – Wskazałem ruchem głowy znokautowanego, trzymającego się za krwawiący, prawdopodobnie złamany, nos. – Potem odeślijcie do aresztu. Ten drugi pójdzie z nami.
– Pierdol się. – Zwycięzca splunął na podłogę krwią. Zły pomysł – jego ciało przeszył prąd o natężeniu setek amperów, gdy Mike trafił go paralizatorem.

***

– Kurwa mać, czy w tym pomieszczeniu można spędzić tydzień bez żadnej awarii?! – ryknął Mike, gdy w połowie drogi do jego stanowiska światła zamigotały i zgasły. – Technicy zapewniali, że instalacja jest sprawdzona i nie będzie żadnych problemów!
– To samo mówili miesiąc temu, gdy okablowanie się usmażyło – mruknąłem, cierpliwie czekając, aż system uruchomi dodatkowe zasilanie.
– Następnym razem po prostu ich zatłukę – warknął Mike.
Zasilanie wróciło dokładnie wtedy, gdy chwycił oparcie swojego biurowego fotela – archaicznego mebla używanego na Ziemi jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Odruchowo zmrużył oczy, uwydatniając sieć zmarszczek na twarzy.
Cóż, jedno trzeba było mu przyznać – był zatwardziałym konserwatystą i jeśli nie musiał korzystać z dobrodziejstw nowoczesnej technologii, po prostu tego nie robił. Operacje plastyczne i kuracje rewitalizujące? Hedonizm i epikureizm. Wygodne fotele dopasowujące kształt do ciała użytkownika? Marnotrawienie zasobów. Loty turystyczne w Układzie Słonecznym? Jakby dało się tam zobaczyć coś ciekawego.
Można było nazwać ironią losu to, że ten pierdziel, miłośnik starego porządku, wylądował wraz ze mną tutaj, w kosmicznej enklawie, która nie miała nic wspólnego z jego poglądami. Dało się to jednak znieść, szczególnie w świetle oferowanych zarobków, nieopodatkowanych zarówno według stawek ziemskich, jak i marsjańskich.
Ot, zaprzedanie duszy diabłu na okres kontraktu, by wrócić do domu z odpowiednią ilością zer na koncie.

***

Satelity w końcu wykonały cotygodniowy zrzut danych, a ja mogłem zapoznać się z najnowszymi wieściami ze świata.
Zanieczyszczenie, zamieszki, ubóstwo, wojny o surowce – nic nowego. Zacząłem się zastanawiać nad swoją posadą adwokata diabła. Kontrakt gwarantował mi pieniądze, których niemalże nie miałbym szansy zdobyć zarówno na Ziemi, gdzie dochody były opodatkowane osiemdziesięcioprocentową stawką, jak i na Marsie, gdzie działalność ruchów separatystycznych zaczynała zbierać żniwo, a ziemian witano równie chętnie jak trędowatych.
Posada oficera bezpieczeństwa na Arce z pewnością nie była wymarzonym zajęciem. Ukończyłem z wyróżnieniem akademię floty i jeszcze jako młody absolwent widziałem przyszłość w różowych barwach. Rząd światowy pompował ogromne pieniądze w eksplorację kosmosu – zarówno w poszukiwaniu nowych światów zdatnych do kolonizacji, jak i skupisk asteroid, które mogły dostarczyć bezcennych surowców.
Na Ziemi nie było już nic do odkrycia – kto zatem nie marzył o poznawaniu nowych światów?
Niestety, brutalna rzeczywistość szybko pokazała prawdziwe oblicze – bez odpowiednich znajomości i koneksji nie mogłem liczyć nawet na posadę technika najniższego sortu w którejkolwiek jednostce badawczej.
Moje powieki robiły się coraz cięższe i pewnie w końcu udałoby mi się spokojnie zasnąć, po raz pierwszy od dość dawna, gdyby nie przeciągły, irytujący dźwięk interkomu. Wymamrotałem pod nosem przekleństwo i uderzyłem pięścią w panel komunikatora, by odebrać połączenie.
– Gdzie jesteś? – Głos Mike’a. Już miałem odpowiedzieć, że w miejscu z którym się połączył, ale przypomniałem sobie, że dwa tygodnie temu zmodyfikowali system i teraz komputer automatycznie namierzał adresata.
– U siebie. Jest trzecia w nocy według uniwersalnego, ktoś umarł?
– Zabawne, że o to pytasz, bo niewiele brakowało – mruknął Mike.

***

– Jak to, kurwa mać, kamery bezpieczeństwa niczego nie nagrały?! – wrzasnąłem, nerwowo kręcąc się po ambulatorium. – Mamy gościa podziurawionego jak durszlak i nie wiemy nawet, co i jak się stało?!
– Mówię ci tylko to, co widziałem w systemie. – Mike zapalił.
¬– Krótko mówiąc, mamy gnoja biegającego z nożem i dźgającego ludzi. Zdobył ostry kawał stali i albo ma dostęp do systemu, by wymazać nagrania, albo wie, jak uniknąć kamer. Zajebiście. Czy tylko ja mam wrażenie, że to przypomina jakiś stary kryminał? Grupa osób zamknięta w metalowej puszce pośrodku niczego i jeden kryminalista. Nikt nie wie, kto nim jest.
– Chorstie, Chirstie, jakoś tak – odpowiedział Mike, zaciągając się dymem. Może i nie był wielkim miłośnikiem literatury, ale lubił od czasu do czasu zapoznać się z jakimś klasykiem.
– Poczekajmy, aż ten tutaj ¬– wskazałem głową na stół operacyjny – się obudzi i powie nam, co się stało. Bez jego zeznań będziemy szukać po omacku, a nie możemy pozwolić sobie na oficjalne śledztwo, jeśli nie chcemy wszczynać paniki, że mamy na pokładzie szalonego nożownika.
Westchnąłem w duchu. To musiał być piątek trzynastego.
Podszedłem do automatu i wcisnąłem duży, czerwony przycisk. Kilka sekund buczenia i miałem w ręku plastikowy kubek z kawą. A raczej kofeiną, bo tę lurę trudno było nazwać kawą. Przełknąłem kilka łyków, krzywiąc się, jakby zaserwowano mi sok z cytryny, a nie namiastkę napoju bogów.
– Alice, ile czasu będziecie jeszcze go zszywać? – rzuciłem, kierując pytanie do naszej pokładowej sztucznej inteligencji. Kto, do jasnej cholery, nazwał komputer „Alice”?
– Operacja zajmie jeszcze około kwadransa, wyjście z narkozy przewiduję na trzydzieści do czterdziestu pięciu minut.
– Powiadom mnie, gdy będziemy mogli z nim porozmawiać – powiedziałem, po czym rzuciłem kubek do pojemnika na odpady medyczne i skierowałem się ku drzwiom.

***

– Podsumujmy: nic nie usłyszałeś, nie widziałeś też napastnika?
Technik tylko powoli pokręcił głową – mówienie sprawiało mu niemały ból. Nic dziwnego, skoro jeden z ciosów minął jego tętnicę szyjną o kilka milimetrów.
– Wysłałem prośbę o prześwietlenie go w bazach danych, priorytetem, powinniśmy mieć odpowiedź do ośmiu godzin – powiedział Mike, gdy wyszedłem z sali pooperacyjnej. – Chyba wolałem, jak załatwiali sprawy między sobą za pomocą mordobicia.
– Kto go znalazł?
– Ja, komputery niemal natychmiast poinformowały o niestabilności funkcji życiowych, dwie sekundy namierzania i mamy naszą zgubę, leżącą na podłodze i krwawiącą. Sprawcy: brak. Narzędzia: brak. Zapisów na kamerach: brak. Wygląda mi to na zaplanowaną robotę, nie przypadkowe porachunki.
– Włącz w to bezpieczniaków, mają większe uprawnienia niż my ¬– odpowiedziałem, przeciągając dłonią po twarzy. Bezpieczniakami nazywaliśmy służbę bezpieczeństwa Arki, która w hierarchii stała dwa szczeble wyżej niż my, oficerowie bezpieczeństwa. Jeśli na statku trzeba by znaleźć pchłę, to pytali tylko „na kiedy?”. – Mniejsza, na razie nic tu nie zrobimy. Pobrałeś już dane z dzisiejszego rzutu?
– Ta – mruknął Mike. – Wracaj do siebie i weź na dziś wolne, dorwę kogoś z gówniarzy na przymusową służbę.
Podziękowałem mu skinięciem głowy. Naprawdę zaczynałem marzyć o odrobinie nieprzerwanego snu.

***

Do początku mojej służby zostały dwie godziny, co zasygnalizował komunikator na nadgarstku. Westchnąłem ciężko i wstałem, aby udać się do centrum dowodzenia, jak pieszczotliwie nazywaliśmy pokój ochrony.
Był środek nocy, więc szedłem pustymi korytarzami – mijałem co najwyżej samotne postaci zmierzające do swoich pokojów. Czasami ktoś pozdrowił mnie skinięciem głowy, jednak większość pracowników znałem najwyżej z widzenia i raczej nie starałem się zmieniać tego stanu rzeczy.
W pomieszczeniu znalazłem Mike’a. Czasami zastanawiałem się, czy on w ogóle śpi, czy też może wstrzykuje sobie kofeinę w żyłę, niczym przedpotopowy ćpun.
– Mamy jakieś informacje na temat naszego pociętego? – zapytałem, próbując stłumić ziewanie.
– Ziemianin, większą część dorosłego życia spędził na Marsie. Był obserwowany dzięki swoim kontaktom z fundamentalistami, jednak brak zapisów o tym, by zaczął popierać ich działania.
– Jakieś ślady napastnika?
Mike wzruszył ramionami. Faktycznie, głupie pytanie – nawet jeśli góra miała jakieś dane, to my otrzymamy je na samym końcu.
Na razie musieliśmy zatem mieć oczy dookoła głowy i modlić się, by był to odosobniony przypadek.
Drzwi nagle się rozsunęły, a do środka wszedł Jacques, jeden z techników. Zrobił krok do przodu, ale stanął w miejscu, gdy tylko nas zobaczył.
– O, sorry, myślałem, że będzie pusto. Mam zgłoszenie o awarii serwera, chciałem się szybko uwinąć. Dacie mi kwadrans?
¬– Pewnie, bierz się do pracy – powiedziałem, po czym popatrzyłem na Mike’a i kiwnąłem głową w kierunku drzwi. – Był tu odpowiednio dwa i trzy tygodnie wcześniej, każdorazowo z „awarią serwera”, sprawdzałeś te zgłoszenia? ¬– zapytałem kumpla, gdy tylko znaleźliśmy się na korytarzu.
– Ta, autoryzowane w systemie, faktycznie ostatnio coś nawala – mruknął. ¬– Coś podejrzewasz?
– Zastanawiam się tylko, czy technik ma wystarczające uprawnienia, by manipulować systemem kamer.
– Nic z tego, trzykrotnie rzuciłem okiem, w systemie nie ma śladów, nie byłby w stanie wykasować logów systemu. Nie ten trop. – Uśmiechnął się smutno. – Pieprzyć to, chodźmy po coś do żarcia.
Stołówka świeciła pustkami, a telebim zawieszony pod sufitem nadawał już chyba tylko dlatego, że nikomu nie chciało się go wyłączyć.
– Z dnia na dzień rośnie agresja marsjańskich grup separatystycznych. Pomniejsze placówki handlowe na tej planecie zawiesiły tymczasowo wymianę z Ziemią w wyniku niszczenia znaczących części zapasów przez wrogo nastawionych członków załogi. Przewiduje się, że kryzys będzie narastał, wojskowi są także zaniepokojeni możliwością… – Przestałem słuchać, reporterka była znużona bardziej niż nasza dwójka. A przynajmniej tak można było wnioskować z jej mechanicznego, wypranego z emocji głosu.
– Pierdoleni debile. – Mike odchylił się w fotelu i założył ręce za głowę. – Widzisz tu gdzieś logikę? Niszczyć niezbędne na Marsie zaopatrzenie w myśl jakiejś pieprzonej ideologii?
Faktycznie, mimo że separatyści na Marsie mieli coraz większe poparcie, to prawda była taka, że Ziemia nie mogła obyć się bez Marsa, a Mars bez Ziemi. Ta pierwsza miała bogatą biosferę i żywność, drudzy zaś Marsjanie bogate złoża metali i problemy z wydajnością rolnictwa na tej czerwonej, jałowej planecie. Taka planetarna symbioza.
Mike był jednak odmiennego zdania i wolałby widzieć te dwa ekosystemy działające niezależnie od siebie.
Usiedliśmy przy jednym ze stołów z miskami pełnymi białkowej brei, tutejszego odżywczego „luksusu”.
¬– Jak myślisz, kiedy w końcu Ziemia postanowi przywrócić kolonistów do porządku siłą? – zapytałem, patrząc smętnie w zawartość naczynia.
– Pewnie niedługo, mało to było w historii walk o pokój do ostatniego naboju? Zaczyna nam się robić międzyplanetarny burdel, a rządzący nie bardzo wiedzą, jak z niego wybrnąć. A kto na tym cierpi? Zwykli ludzie, bo ktoś tam na górze postanowił unieść się honorem i pokazać tym drugim środkowy palec – warknął Mike.
Popatrzyłem na niego uważnie. Co w ogóle wiedziałem o tym zramolałym tetryku? Praktycznie nic – nie wspominał nigdy nawet o swojej rodzinie.
Spojrzałem na zegarek – kwadrans właśnie mijał, Jacques powinien był już uporać się z robotą.
W istocie – gdy wróciłem do centrum dowodzenia, technik wypinał właśnie jakieś kabelki z konsoli. Dziwne, zazwyczaj nie potrzebował fizycznego połączenia, ale może tym razem awaria wymagała bardziej radykalnych kroków.
– Wszystko powinno już grać, ale jakby coś ponownie się spieprzyło, to dajcie znać.
– Okej, miejmy nadzieję, że nie zobaczymy się zbyt szybko – odpowiedziałem, siadając przed konsolą.
Miałem nadzieję, że szykuje się nudna noc, bez żadnych niepożądanych przerywników.

***

– Nie… odsłaniaj… lewego… boku! – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, gdy trafiłem Wladimira w szczękę. Mężczyzna cofnął się kilka kroków, jak gdyby zaskoczony tym, że udało mi się go dosięgnąć.
– Ćwiczyłeś w wolnym czasie! – Wycelował oskarżycielsko rękawicę w moją stronę.
– Nie, to ty popełniasz ciągle te same błędy. – Wyszczerzyłem zęby, bo wiedziałem, że Wlad miewał problem z przyswojeniem wiedzy o swoich pomyłkach. A gdy ta trudna sztuka już mu się udawała, najczęściej pojawiały się kolejne – przeciwnik idealny, wystarczyło znaleźć tylko jego słabe strony. – Ciągle się odsłaniasz i zostawiasz mi pole do manewru, naucz się trzymać tę gardę.
– Dobra, poćwiczę. Mów lepiej, co ciekawego dzieje się na Arce. – Wlad zarzucił sobie ręcznik na szyję. Obaj mieliśmy już dość.
– Nic, o czym byś nie wiedział od kogoś innego. Parę obitych gęb, kilku aresztowanych, jeden z techników wyleciał za ćpanie…
– A ten wasz pocięty?
Stanąłem jak wryty. Ta informacja była tajna – skąd Wlad miał o nim informacje? Musiałem być ostrożny.
– Bez zmian, szukamy sprawcy. Wśród plotek załogi nie było czegoś, co mogłoby nam pomóc? – zapytałem, ale Wlad wzruszył ramionami.
– Załoga nie plotkuje, chyba nawet o nim nie wiedzą – byłem w ambulatorium i spotkałem tam twojego kumpla, Mike’a. Chyba próbował coś wyciągnąć od pociętego, bo był nieźle wkurwiony. Wyszedł bez słowa, gdy mnie zobaczył.
– Kiedy byłeś w ambulatorium? – zapytałem, chwytając ręcznik. Mike nie wspominał, że wybiera się na ponowne przesłuchanie.
– Dziś rano. Myślałem, że obaj zajmujecie się sprawą, o ofierze wiem tylko tyle, ile usłyszałem z ust Mike’a przez te kilka sekund.
Cholera, byłem pewny, że sprawę przejęła już góra, a my mamy tylko czekać na sygnał lub informacje potrzebne nam do działania.
Czyżby Mike próbował znaleźć sprawcę na własną rękę?

***

– Co słychać u naszej ofiary? – rzuciłem pozornie beztrosko, wchodząc do pomieszczenia z kubkiem parującej kawy w ręku. Wydawało mi się, czy Mike zastygł na ułamek sekundy?
– Nadal nic nie wie, a przynajmniej tak utrzymuje. Miałem nadzieję, że może coś sobie przypomniał albo zmienił zdanie, ale nic z tego. – Machnął ręką.
– Myślałem, że przekazujemy to wewnętrznym?
Ponowne machnięcie ręką, poprzedzone wzruszeniem ramionami.
– Ta, ale prędzej czy później to znowu my będziemy na pierwszej linii, miałem nadzieję, że uda się z niego coś wyciągnąć, jakiś fakt, o którym zapomniał… ¬– mruknął Mike, przeglądając logi na ekranie.
Cóż, brzmiało to wiarygodnie. Rzeczywiście prędzej czy później brudna robota spadłaby na nas, taka uroda tej profesji. Mimo to wolałbym, gdyby Mike konsultował swoje ruchy ze mną, nie lubię być zaskakiwany.
– Oho, chyba właśnie zmieniamy klasyfikację śledztwa… – powiedział, odrywając wzrok od konsoli. – Mamy denata.
Osłupiałem. Jakim, kurwa, cudem, skoro jego stan był stabilny i był monitorowany przez najnowocześniejsze urządzenia medyczne?! Prędzej uwierzyłbym w informację, że trafił go przelatujący gdzieś obok meteor niż w to, że wyciągnął kopyta w ambulatorium.
Zajebiście, do tony papierkowej roboty dołożymy kolejne dwie tony. Trzy tony biurokracji o poranku.
– Idę tam – powiedziałem i wyszedłem z pomieszczenia, kierując się prosto do skrzydła medycznego.
Dotarłem do śluzy ambulatorium i próbowałem wejść, jednak drzwi pozostały zamknięte. Zrobiłem krok do tyłu, czujniki nadal nie reagowały. Jedynie skaner biometryczny świecił zachęcającą zielenią – najwyraźniej system miał awarię i musiałem autoryzować wejście ręcznie.
– Alice, co się, do cholery, dzieje? – rzuciłem w przestrzeń. Odpowiedziała mi jednak cisza. – Alice! – warknąłem. Zaczynałem tracić cierpliwość. Gdy nadal nie słyszałem odpowiedzi, sprawdziłem system na swoim komputerze – offline, najwyraźniej mieliśmy większą awarię.
Cudownie, technologia zawodziła zawsze wtedy, gdy była potrzebna.
Wstukałem kod autoryzacji, dopiero za trzecim podejściem udało mi się wbić poprawną sekwencję – niemalże zapomniałem ciągu cyfr. Nic dziwnego, skoro do tej pory użyłem go tylko raz, podczas ćwiczeń.
– Ponowna inicjalizacja systemu – padło z głośników. Twardy reset, świetnie.
– Alice, co jest, do kurwy nędzy? – zapytałem, wchodząc do ambulatorium.
– Nieznany błąd systemu spowodował kilkominutowy przestój w mojej pracy. – Pada spokojna odpowiedź.
– Raport na temat trupa – powiedziałem, zaciskając pięści.
– Brak informacji w systemie.
Że co, kurwa?
– Jeszcze raz: wszystkie dane z ostatniej godziny na temat tego, jak mu tam… ¬– pstrykam palcami w powietrzu, próbując przypomnieć sobie imię – Bolivara.
– Brak informacji w systemie.
– Zacięła ci się płyta?! – wrzeszczę, uderzając zaciśniętą pięścią w ścianę. – Ostatnie logowanie do systemu.
– Mike Chabilsky, siedemdziesiąt dwie minuty temu.
W jednej chwili wątpliwości zostały rozwiane – ktoś wyczyścił system, jeśli ten nie zanotował żadnych innych aktywności chwilę temu. Wszystko zaczynało mi tu śmierdzieć – nie wiedziałem tylko, gdzie szukać źródła smrodu.
Westchnąłem ciężko i podszedłem do łóżka, na którym leżał trup. Na dłoniach zdążyły się pojawić plamy opadowe – najwyraźniej wykitował dłuższą chwilę temu.
– Zarządź sekcję zwłok, chcę w ciągu godziny znać przyczynę zgonu – powiedziałem i wyszedłem. Musiałem odpocząć i pomyśleć.

***

– System padł na godzinę, logi są czyste, wygląda mi to na krecią robotę. – Obracałem w dłoniach kubek z kawą, jakbym miał nadzieję znaleźć na nim rozwiązanie zagadki. – Pytanie, kto miałby możliwość wyczyścić wszystko bez pozostawienia żadnych śladów?
Jacques podrapał się po brodzie i przez kilka sekund wpatrywał się w jakiś punkt za moimi plecami.
– Wszyscy z fizycznym dostępem do serwerowni.
Uniosłem pytająco brwi.
– Technicy i ochrona, czyli wy. Ile osób wiedziało o ofierze?
– Ja, Mike, teraz ty. Wlad widział go przypadkiem w ambulatorium, ale nie posiada odpowiedniego dostępu, można więc raczej wykluczyć, nie podejrzewam go też o plotkowanie.
– Technicy nie mają dostępu do waszych spraw. Jakie są procedury obejmowania śledztwa? – Jacques upił łyk kawy.
– Konkretną sprawą zajmują się oficerowie, którzy byli akurat na służbie, reszta nie ma do tego dostępu. Względy bezpieczeństwa – mruknąłem, jednocześnie przypominając sobie, że w momencie napaści byłem w kajucie – oficjalnie nie powinienem mieć zatem możliwości zajmowania się tą sprawą.
Uroki biurokracji.
– Krótko mówiąc, zostaje nam wąskie grono – ty i twój kumpel, Mike – powiedział, patrząc na mnie wymownie.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że Mike jest zamieszany w to całe gówno? – parsknąłem śmiechem. Mike od zawsze znany był mi jako zatwardziały służbista, który prędzej dałby sobie opiec stopy nad palnikiem, niż jawnie złamałby regulamin, a co dopiero popełnił przestępstwo. – Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, spróbuj znaleźć jakiekolwiek ślady manipulacji przy systemie, może gdzieś tam będzie nić, która doprowadzi nas do kłębka.
– Na razie nie mam dowodów, ale uważaj na niego. Jak mówię, grono podejrzanych jest raczej wąskie – jestem gotów zaryzykować miesięcznymi poborami, że system został wyczyszczony, i nie jest to wina awarii.
– Od mojej forsy z daleka. Sprawdź to i daj znać, jeśli coś odkryjesz. – Dopiłem kawę i wyszedłem.

***

Kolejne dni były raczej nudne. O ile można użyć tego słowa w odniesieniu do stanu podwyższonej gotowości – korytarzami stacji przechadzał się morderca. Był jednocześnie na wyciągnięcie ręki, jak i kurewsko nieosiągalny. Pieprzony impas.
Śledztwo utknęło w martwym punkcie – Jacques milczał, bezpieczniaki milczały, nawet Wlad nie doniósł o czymkolwiek, co mogłoby nam pomóc. W kosmosie nikt nie usłyszy twoich narzekań na robotę.
Chyba po raz setny przyglądałem się raportowi z sekcji zwłok – dużo medycznego bełkotu, z którego wynikało tylko tyle, że Bolivar wyciągnął kopyta przez zawał. Drań bynajmniej nie starał się pomóc nam w pracy.
W centrum dowodzenia byłem sam – Mike zatruł się jakimś nieświeżym żarciem na stołówce i więcej czasu spędzał na wpatrywaniu się w ściany kibla, niż w monitory.
– Kurwa! ¬– krzyknąłem, uderzając pięścią w klawiaturę. Byłem wściekły – jeśli zwaliliby się nam na głowę bezpieczniaki, mielibyśmy przesrane. Gdyby udowodnili nam zaniedbanie obowiązków, to cały legion prawników postarałby się, by jeszcze nasze prawnuki spłacały karę.
Jakby w odpowiedzi urządzenie zabuczało, a na ekranie pojawił się obraz… wyciągniętego w moim kierunku środkowego palca.
Co jest, kurwa? W żarciu były prochy czy z nerwów zaczynałem mieć halucynacje?
Przetarłem oczy, ale obraz bynajmniej nie znikł. Otrząsnąłem się i spróbowałem zalogować do systemu – nic z tego.
Wpisałem kod dostępu ponownie, tym razem bardzo uważnie. Ciągle nic. Przesunąłem rękę, by włączyć interkom i spróbować połączyć się z technikami, jednak zapomniałem, że kilka minut wcześniej położyłem w tamtym miejscu kubek z kawą. Naczynie z brzękiem spadło na podłogę, a ja natychmiast schyliłem się, by je podnieść.
Zjawiskowy, brązowy kleks z kawy był z pewnością nową rzeczą w pomieszczeniu. Podobnie jak przypięty do konsoli od spodu tajemniczy mechanizm, na którym widniał cyfrowy zegar odmierzający czas.
00:00:13…
00:00:12…
00:00:11…
00:00:10…
Zerwałem się z podłogi, boleśnie uderzając głową o krawędź panelu. Raczej wątpliwe, by ktoś postanowił zrobić mi psikusa i zamontować pierdolony budzik.
Eksplozja nastąpiła w momencie, gdy wybiegałem z pomieszczenia. Siła eksplozji zdmuchnęła mnie jak szmacianą lalkę.
Ostatnie, co zapamiętałem, to zbliżająca się niebezpiecznie szybko do mojej twarzy ściana.

***

– …wprowadzamy stan wyjątkowy, mamy tu pierdolonego terrorystę…
– …chuja tam, a nie mieliście pod kontrolą… jebana bomba… trzy trupy… odcinamy jakąkolwiek komunikację zewnętrzną i monitorujemy wewnętrzną…
– …macie zakaz poruszania się bez broni… jeśli zauważycie coś podejrzanego – najpierw strzelajcie, potem zadawajcie pytania…

***

Krótkie przebłyski świadomości nie pozwalały mi złożyć elementów układanki w sensowną całość – głosy, których nie potrafiłem dopasować do właścicieli, strzępki informacji, znajome imiona, moje własne.
Nagle dość silne uderzenie w twarz.
– Artur? Artur, do jasnej cholery, nie pora na drzemki.
Ponowne uderzenie, i jeszcze jedno. Z trudem otwarłem oczy. Nade mną stał Jacques.
– Co… co jest? – wymamrotałem. Nawet mówienie było dla mnie niemal nadludzkim wysiłkiem.
– W skrócie? Ktoś postanowił pomóc ci się rozerwać, dosłownie. – Gorzki śmiech. – Oprócz tego kilku załogantom została podana trucizna o opóźnionym działaniu. Mamy tu burdel na całego i cały oddział sił bezpieczeństwa pod bronią.
– Macie… sprawcę?
Mężczyzna wyraźnie się zasępił.
– Nie, nawet cholernych poszlak. Bomba w waszym centrum schadzek nie była jedyną – serwery sieci bezpieczeństwa poszły w pizdu, sprawca zadbał także o wymazanie wszystkich kopii zapasowych. Od kilku dni jesteśmy dosłownie ślepi, góra jest wściekła, a każdy podejrzewa każdego. Pierdolona psychoza, każdy jest brany za potencjalnego terrorystę.
– Co dalej? – wymamrotałem.
– Oczy dookoła głowy i jak najszybsze przywrócenie systemom sprawności, prawdopodobnie już zbierają oddział, który dostarczą tu w ramach „misji stabilizacyjnej”. – Jacques skrzywił się, wypowiadając ostatnie słowa. – Ale najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że mamy cholerne dwa obozy wśród załogantów – ci z Marsa chcieliby przegryźć Ziemianom gardła, ci drudzy zatłuc pierwszych gołymi rękoma.
Gdybym mógł, ukryłbym twarz w dłoniach – jakby życie w wielkiej dryfującej bryle metalu nie było już wystarczająco trudne.
– Jak wyglądają prognozy?
Jacques popatrzył na monitor obok mojego łóżka i, nie odrywając od niego wzroku, powiedział:
– Nieźle cię szprycują, system przewiduje, że powinieneś być na nogach w czasie od 72 do 108 godzin.
Za długo.
– Zwiększ dawkę – rzuciłem.
– Ale…
– Zrób to, nic mi nie będzie – warknąłem. Technik mruknął coś pod nosem i wcisnął kilka przycisków na panelu sterującym, by zwiększyć ilość podawanych mi syntetyków.
– Na twoją odpowiedzialność – powiedział, gdy skończył przeprogramowywać sprzęt. Gdyby systemy funkcjonowałyby sprawnie, to Alice zapewne urwałaby mi łeb, gdyby miała odpowiednią parę mechanicznych ramion. Ale teraz jej moc obliczeniowa była skupiona istotniejszych zadaniach. – Około trzydziestu godzin do osiągnięcia… pełnej sprawności – zawiesił głos, jakby sam nie był pewien, czy po takiej dawce w ogóle stanę na nogi.
Cóż, jeśli nie spróbujemy, to się nie dowiemy.
– Masz jakieś podejrzenia? – zapytał technik. – No wiesz, kto mógłby podłożyć ładunki – dodał, widząc moje nierozumiejące spojrzenie.
– A skąd mam, do cholery, wiedzieć? – próbowałem się roześmiać, ale udało mi się tylko wzbudzić atak kaszlu przeszywającego moje obolałe ciało bólem.
Jacques uśmiechnął się od ucha do ucha i sięgnął do kieszeni. Nie zdążyłem dowiedzieć się, co chciał zrobić – w ambulatorium rozległ się ogłuszający huk wystrzałów, a na piersi technika wykwitły trzy krwawe plamy. Jacques spojrzał z niedowierzaniem na ślady po kulach i osunął się na ziemię.
Z trudem obróciłem głowę, by ujrzeć Mike’a opuszczającego broń.
– W końcu popełnił błąd – mruknął, podchodząc bliżej. – Przyłapałem tego skurwiela – powiedział, trącając ciało nogą – jak grzebał pod pulpitami, kilka godzin przed eksplozją. Nie sprawdziłem tego dokładnie, a potem nie miałem dowodów, że mógł za tym stać, teraz jednak zdążyłem. – Schylił się i uniósł strzykawkę, którą wyjął z kieszeni kombinezonu Jacquesa. – Chciał wstrzyknąć ci to cholerstwo, spowodowałoby zatrzymanie pracy serca, tak jak w przypadku Bolivara. Prawdopodobnie zaatakował go na korytarzu, ale ktoś lub coś go spłoszyło i nie zdążył zadać śmiertelnego ciosu – mówiąc to, rzucił strzykawkę na podłogę i roztrzaskał zgniótł ją butem.
Chciałem coś powiedzieć, dowiedzieć się, jak do tego wszystkiego doszło, ale nie zdążyłem – organizm postanowił się oszczędzać. Nawet nie pamiętałem, kiedy usnąłem.

***

– Alice? – jęknąłem, gdy odzyskałem świadomość. Odpowiedziała mi cisza, najwyraźniej SI nadal była niedostępna w tym sektorze. A to znaczyło, że uszkodzenia, o których mówił Jacques tuż przed próbą wysłania mnie na tamten świat, były poważniejsze, niż początkowo przypuszczałem.
Spróbowałem podnieść się na łokciach, ale mięśnie natychmiast zaprotestowały bólem – skutki nagłej i wymuszonej regeneracji.
Wziąłem kilka głębszych oddechów i powoli zacząłem wstawać. Ciało nadal protestowało, ale z pewnością słabiej niż przy próbie wykonywania gwałtownych ruchów.
– O kurwa… – jęknąłem, pocierając skronie. Gdy dudnienie pod czaszką ustało, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Byłem sam i nawet nie wiedziałem która godzina.
Chwyciłem komputer leżący na metalowym stoliku obok łóżka i rzuciłem okiem na wyświetlacz. Wieczór.
Spróbowałem odłożyć urządzenie, ale źle oceniłem odległość dzielącą mnie od stolika i upuściłem je na podłogę. Klnąc na czym świat stoi, przetoczyłem się na bok, by podnieść zgubę. Próbowałem namacać tablet dłonią, ale natrafiłem tylko na coś małego, w kształcie sześcianu – chwyciłem tajemniczy przedmiot w palce i uniosłem go.
Nośnik pamięci – najwyraźniej komuś wypadł, trzeba będzie sprawdzić, do kogo należał.
Ledwo zdołałem schować kostkę w kieszeni, gdy do pomieszczenia wszedł Mike. Przypatrzył mi się uważnie i podszedł bliżej, by podnieść leżący na podłodze sprzęt.
– Tego szukałeś? – zapytał, patrząc na czarny ekran.
– Tak, dzięki – odpowiedziałem, gestem dłoni pokazując mu, by odłożył go na stolik. – Co udało ci się ustalić na temat działań Jacquesa?
– Niewiele – zasępił się Mike. – Ponoć kilka miesięcy temu zaczął sympatyzować z separatystami, ale w aktach nie ma żadnej informacji, która wskazywałaby na jawny związek z jakąkolwiek organizacją terrorystyczną. Bezpieczniaki z góry przyjmują, że musiał mieć wspólnika, teraz prześwietlają każdego na stacji. Mamy stan wyjątkowy, będą analizować nawet zawartość kibla.
– Dobra, rozumiem. – Machnąłem ręką. – Ile ofiar?
– Kilku techników, którzy akurat znajdowali się w serwerowni w czasie wybuchu, odłamki praktycznie ich poszatkowały.
– Kurwa… – warknąłem. Jeśli eksplozje naprawdę były dziełem Jacquesa, to żałowałem, że zginął stosunkowo szybko – załoganci z pewnością wymyśliliby ciekawszą formę egzekucji. – Do czego nas oddelegowano? – zapytałem. Pełnienie funkcji oficera ochrony w obecnej sytuacji nie miało chyba sensu.
– Normalka – wspomagamy bezpieczniaków w śledztwie i staramy się nie dopuścić do podłożenia kolejnych ładunków.
– Dobra, potrzebuję dwóch godzin na doprowadzenie się do porządku, dam ci znać, gdy będę na nogach.
Mike popatrzył na mnie zdumiony, ale nic nie powiedział. Ja z kolei wolałem nie zdradzać mu, że jeśli nie zajmę czymś myśli, to chyba oszaleję przez świadomość, że zdradził człowiek, który jeszcze nie tak dawno temu pomagał mi szukać mordercy.
Zaciągnij się, mówili…

***

O kostce przypomniałem sobie dopiero wtedy, gdy opinałem się pasem z bronią i moja dłoń natrafiła na wypukłość kieszeni. Wydobyłem nośnik ze spodni i przyjrzałem mu się uważnie.
Zwyczajna, standardowa kość pamięci – żadnych oznaczeń pozwalających na szybką identyfikację właściciela. Było to o tyle dziwne, że każdy posiadacz takich kości starał się wyróżnić je na tyle, by nie musiał przeglądać ich po kolei w przypadku, gdy miał więcej niż jedną sztukę.
Kostka z cichym kliknięciem wskoczyła w slot, a komputer rozpoczął odczytywanie danych. Nie minęła minuta, gdy na ekranie pojawiła się naprawdę długa lista plików.
Jęknąłem w duchu – znalezienie właściciela w takim gąszczu informacji mogło być syzyfową pracą.
Otwarłem pierwszy plik z brzegu, oznaczony tajemniczym „07m”.
„Spieprzyłeś, kretynie. Miałeś wykonać robotę czysto, a nie potrafiłeś zabić nawet jednego cholernego Ziemianina?! Lepiej postaraj się, by kolejna część planu odbyła się bez zakłóceń, inaczej osobiście wypierdolę cię przez śluzę!”
Wiadomość nie była podpisana, a jej treść nie wskazywała ani na konkretnego nadawcę, ani na odbiorcę.
Pomyślmy… Dane zapisano na kostce, najprawdopodobniej nie zostały wysłane siecią wewnętrzną – w innym przypadku nie istniałaby potrzeba tak prymitywnej archiwizacji. Przewinąłem listę plików – każdy był oznaczony równie niezrozumiale, „10m”, „29k”. Co mogły oznaczać te skróty?
Otworzyłem wiadomość oznaczoną jako „18m”. Jeśli dobrze pamiętałem, był to dzień po zamachu.
„Znowu skrewiłeś – to miała być czysta robota, tymczasem generujesz trupy i rannych! W ciągu doby będziemy mieć tu całą armię, gotową najpierw strzelać, a potem zadawać pytania, która przy okazji zajrzy nam do dup! Spierdoliłeś kluczowy punkt planu, kretynie!”
Jacques. Odbiorcą wiadomości był Jacques, jednak z kim korespondował w ten intrygujący sposób?
Sposób komunikacji był pomysłowy – wiadomości nie przechodziły przez sieć, więc nie pozostawał po nich żaden ślad. Sama kostka była tak mała, że można było ją przekazać z ręki do ręki niemal niezauważalnie, nawet przy mijaniu się na korytarzu. Cwane.
Miałem w ręku klucz do rozwiązania zagadki i ujęcia tego, kto zamordował członków załogi. Musiałem uważnie prześledzić wszystkie wiadomości – może wspólnik Jacquesa zdradził się jakimś szczegółem?
Niemniej na razie musiałem odłożyć to na później – miałem pomóc Mike’owi.
Dopiero za kilka godzin miałem chwycić sznurek i rozpocząć poszukiwanie kłębka.

***

– Zapasowa serwerownia, mostek, maszynownia – całą dobę stacjonują tam uzbrojeni po zęby strażnicy, nie wejdziesz bez dokładnego przeszukania i zdania broni – relacjonował Mike. Akurat przechodziliśmy obok stołówki, patrolując korytarze, na wypadek, gdyby ktoś postanowił zrobić komuś kuku. – Na komputerze Jacquesa odkryli całą dokumentację techniczną ładunku wybuchowego, skubaniec stworzył coś z niczego; wykorzystał jedynie dostępne materiały, a i tak osiągnął piorunujący efekt. Na Ziemi wciąż szukają jego powiązań z separatystami, najwyraźniej bardzo dobrze się maskował.
– Jego współpracownicy? – zapytałem, opierając się o ścianę. Przyspieszona kuracja nie dawała o sobie zapomnieć między innymi za sprawą zawrotów głowy.
– Podobno czyści, ale i tak wszyscy ich unikają, na wypadek gdyby wywiad jednak się mylił.
Mike nagle zatrzymał się i położył mi dłoń na ramieniu. Zza zakrętu dochodziły do nas stłumione, podniesione głosy.
– Trzymaj się z daleka, jebany Marsjaninie! ¬– krzyknął ktoś, a w ślad za głosem rozległ się odgłos uderzenia i głośne stęknięcie.
– Robota – mruknął Mike, po czym podszedł do załomu korytarza. Podążyłem za nim, a naszym oczom ukazała się grupka kilkunastu techników, wyraźnie podzielonych na dwa obozy. Jedni doskakiwali do drugich z zaciśniętymi pięściami i chyba tylko cudem nie mieliśmy tu jeszcze regularnej bitwy.
– Spokój! – ryknął Mike, kładąc dłoń na rękojeści broni. – Rozejść się, jeśli ktoś z was nie chce spędzić paru dni w ambulatorium.
Zgromadzeni spojrzeli w naszą stronę, a powietrze przeszyły złowrogie szepty.
– Bo co, kurwa, wystrzelacie nas wszystkich, jebańce?! – Jeden z mężczyzn wystąpił do przodu, zadzierając brodę do góry. Mike wyszarpnął broń z kabury i wycelował w klatkę piersiową agresora. To najwyraźniej nie ostudziło jego zapędów, bo zrobił kolejne dwa kroki do przodu, jakby nie zauważając wylotu lufy.
Mike nie odezwał się ani słowem – po prostu nacisnął spust, a ciasny korytarz wypełnił się hukiem wystrzału. Dwie kule trafiły w ramię agresora, targając nim jak szmacianą lalką. Chęć do bójki nagle wyparowała, a technicy bardzo szybko zaczęli się wycofywać, nie chcąc podzielić losu kolegi.
– Wezwij kogoś z ambulatorium – powiedział Mike, nie odwracając się do mnie, cały czas wpatrując się w leżącego i syczącego z bólu mężczyznę. – Jeśli mówię, że masz być grzeczny, to jesteś grzeczny, rozumiesz?
– Ty pierdolony… skurwielu! – warknął postrzelony.
– No! Wyrażaj się! – Mike pomachał ostrzegawczo bronią. – Poczekaj spokojnie, zaraz ktoś cię zabierze. Jak cię trochę naszprycują, to nauczysz się kultury – mruknął.
Zacisnąłem usta, ale nic nie powiedziałem – owszem, w przypadku zagrożenia mogliśmy otworzyć ogień, ale czy nieuzbrojony, nabuzowany idiota nie mógł zostać po prostu obezwładniony?
Chciałem ominąć poszkodowanego, ale w chwili gdy stawiałem kolejny krok ten złapał mnie za kostkę i pociągnął. Nie zdążyłem złapać się czegokolwiek i poleciałem na spotkanie twardej, metalowej podłodze, boleśnie uderzając w nią całym ciałem. Kątem oka zobaczyłem, jak z kieszeni po wewnętrznej stronie rękawa wypada znaleziona w ambulatorium kostka. Mike już wyciągał dłoń, by pomóc mi wstać, ale na widok kostki zamarł na ułamek sekundy, by podnieść ją na wysokość oczu.
– Coś ci wypadło – powiedział, oglądając uważnie przedmiot..
– Dzięki. – Odebrałem od niego nośnik po chwili, gdy stałem już na nogach i sprzedałem leżącemu gnojkowi porządnego kopniaka w żebra. Mężczyzna skulił się z bólu.
– Pieprzona menda. – Moje współczucie do postrzelonego wywietrzało w jednej chwili. Obmacałem żebra, na wypadek, gdyby któreś z nich postanowiło pęknąć w czasie upadku. Na szczęście wszystko było chyba na swoim miejscu.
Oprócz kostki.
Wyciągnąłem dłoń w kierunku Mike’a, który oddał mi przedmiot.
– Nie zgub jej – mruknął.

***

Mike wcale nie przesadził, relacjonując zakres kontroli wprowadzonej przez bezpieczniaków – naprawdę niewiele brakowało, by wchodzili za nami do kibli. Przez kolejne kilka dni wolny czas wypełniały mi dokładnie dwie rzeczy – próba napisania wiadomości do Elizabeth oraz przeszukiwanie kostki w poszukiwaniu śladów drugiego spiskowca. Wiadomości nie dawały żadnego punktu oparcia – najwyraźniej Jacques i jego wspólnik mieli jeszcze inny kanał komunikacji. Miałem ochotę przekazać kostkę bezpieczniakom, ale powstrzymały mnie resztki instynktu samozachowawczego.
Już widzę, jak uwierzą mi w bajeczkę, że znalazłem to na podłodze. Oczywiście, z pewnością uścisną dłoń i podziękują za przykładną postawę.
Prędzej wpakują mi kilogram ołowiu w łeb, za samo podejrzenie o terroryzm. Tu, na Arce, raczej nie będą się przejmować jurysdykcją ani ziemskiego, ani marsjańskiego rządu.
Miałem cholernie dziwne wrażenie, że rozwiązanie zagadki jest tuż za rogiem. Tylko którym?
Z bezsilności uderzyłem pięścią w ścianę.
I znów.
I jeszcze raz.
Ból mnie odblokował. W ułamku sekundy przypomniałem sobie, gdzie należało szukać odpowiedzi.
Nie, inaczej – znalazłem odpowiedź. Teraz tylko musiałem dopasować ją do twórcy.
Ale to nie stanowiło już dla mnie najmniejszego problemu.

***

– Zrozumiałem, ruszamy. – Mike odwrócił się w moim kierunku, gdy skończył odbierać komunikat przez umieszczony w uchu odbiornik. Rzuciłem mu pytające spojrzenie. – Od godziny nie mają raportu od strażników maszynowni, podejrzewają, że padła łączność, ale mamy to sprawdzić. – Wymownie poprawił kaburę na biodrze.
– Ilu ich tam jest?
– Sześciu uzbrojonych po zęby komandosów, lepiej nie patrz krzywo, jeśli nie chcesz zostać mielonką – uśmiechnął się krzywo.

***

– Nikogo nie widzę – powiedziałem, rozglądając się po pomieszczeniu. Nazywaliśmy je „maszynownią” ze względu na brak lepszego określenia na zbiorowisko reaktorów zimnej fuzji, które zapewniały Arce niezbędną energię. Jej lwią część zużywano na bieżące korekty kursu – obiekt takiej wielkości nawet w skali kosmosu był niczym wrota stodoły, a nikt nie chciał, by mieszkańcom zwaliło się na głowę kilka miliardów ton kosmicznej skały, która przelatywała akurat gdzieś w pobliżu.
Nic więc dziwnego, że na stałe przebywało tu zawsze przynajmniej trzech ludzi uzbrojonych jakby zamierzali pokonać całą kompanię wroga bez żadnej pomocy.
Teraz jednak ogromna hala była po prostu pusta. Jedynie szum pracujących urządzeń zakłócał niepokojącą ciszę.
– Góra? Jesteśmy na miejscu, ale nie widać nikogo – powiedziałem do nadajnika na nadgarstku, ale z odbiornika w uchu wydobyły się tylko trzaski. Spróbowałem ponownie kogoś wywołać, lecz bez skutku. Faktycznie, coś działo się z systemami.
Za moimi plecami rozległ się odgłos odbezpieczanej broni. Zastygłem w bezruchu, po czym zacząłem powoli się odwracać.
Tylko po to, by spojrzeć w wylot lufy broni Mike’a.
– To miłe, że w końcu postanowiłeś się ujawnić – rzuciłem cierpko. – Jak długo zamierzałeś odgrywać ten teatrzyk?
– Tak długo, jak byłoby to potrzebne – odpowiedział, uważnie śledząc moje dłonie, na wypadek, gdybym postanowił stawiać opór. – Przyznaję, że przez chwilę bałem się, że odkryłeś moje plany, gdy ujrzałem kostkę w twoim posiadaniu. Myślałem, że to nienajgorsza metoda komunikacji, ale zdradziła mnie nieuwaga – po prostu ją zgubiłem – zaśmiał się sucho. – Jacques był niedorajdą i kretynem, ale trzeba przyznać, że zrobił kilka dobrych rzeczy. Między innymi odciągnął ode mnie wszelkie podejrzenia – w końcu to nie ja miałem dostęp do miejsc, w których eksplodowały ładunki.
– I po co to wszystko? – Zatoczyłem ręką łuk; lufa pistoletu drgnęła zauważalnie. Mike najwyraźniej nie do końca czuł się panem sytuacji. – Chcesz wziąć kilku nuworyszy dla okupu? Śmiało, jest ich tu kilka milionów, do wyboru, do koloru. Zgaduję, że masz kumpli, którzy pomogą ci przejąć Arkę siłą? Najlepiej całą armię?
Na twarzy Mike’a pojawił się szeroki uśmiech. Chyba nie spodoba mi się to, co miał zwiastować.
– Owszem, początkowo taki był plan – przejąć kontrolę nad kluczowymi systemami Arki i sprowadzić posiłki. Moglibyśmy żądać praktycznie każdych pieniędzy, które wspomogłyby naszą sprawę. Och, oczywiście, że nie wiesz, o co konkretnie walczymy, wszak do tej pory byłeś karmiony rządową papką i propagandą. – Mike udał smutnego. – Urodziłem się na Ziemi, ale moi rodzice pochodzili z Marsa. Nie będę próbował ci wyjaśniać, jak bardzo nienawidzę twojej planetki. Jak bardzo dusiłem się przez kilkanaście lat w jej zatrutej atmosferze i podziwiałem – splunął – zniszczoną faunę i florę. Jak długo zajęłoby wam doprowadzenie Marsa do takiego upadku, gdyby terraformacja została zakończona? Pokolenie? Dwa? Trzy? Nawet gdybyśmy polecieli na drugi koniec Galaktyki, to kwestią czasu byłoby rozpoczęcie maksymalnie eksploatującej ekosferę gospodarki. Pierwotny plan był taki, by przyłożyć wam ostrze na szyi i przejąć Arkę. Postanowiliśmy go jednak odrobinę… zmodyfikować. Jacques i Charles, ten pocięty, którego wolałeś traktować jak bezimiennego, chcieli się wycofać i nas wydać. Charles chyba do końca wierzył, że wyjdzie z tego cały, skoro nie zaczął sypać – westchnął teatralnie.
– I co zamierzcie w związku z tym? – zapytałem, próbując grać na czas.
– Chyba obejrzałeś za dużo starych filmów, w których czarny charakter zawsze zdradza swoje plany podboju świata – mruknął Mike. – Czas umierać, Arturze. Miło było cię poznać – pewnie nawet pozwoliłbym pożyć ci kilka dni dłużej, ale, sam rozumiesz – wzruszył ramionami – nie mogę ryzykować, że nam przeszkodzisz – powiedział i nacisnął spust.
Kliknięcie. Kolejne. Seria kliknięć.
Wyszarpnąłem broń z kabury i tym razem to ja mierzyłem w swojego dawnego współpracownika.
– Gdybyś wpakował mi kulę wtedy, w ambulatorium, to pewnie nie miałbyś teraz problemu z fałszywą amunicją. Popełniłeś jeden błąd – nie wspominałem, że bomba zamontowana była pod pulpitem – Jacques mógł tylko grzebać w systemie, prawda? Twoja kostka okazałaby się bezużyteczna, najwyżej mogła naprowadzić na fałszywy trop. Jednak stanowiła poważny argument przetargowy w rozmowie z bezpieczniakami – w końcu podmiana amunicji w wydawanej broni nie wymaga dużego nakładu pracy, a istniała przecież niewielka szansa, że mam rację, prawda?
– Ty skurwie…
Nie dokończył – jego czaszka eksplodowała fontanną kawałków mózgu, kości i krwi, a ciało upadło bezładnie na podłogę. Przerwałem jedno z ogniw łańcucha, czas zająć się kolejnymi.
Skierowałem się do wyjścia, próbując nawiązać kontakt z bezpieczniakami, jednak bez skutku. Chciałem pobiec, ale nie zdążyłem – fala uderzeniowa rzuciła mną o ścianę, a odgłos eksplozji ogłuszył.
Nie wiem, jak długo leżałem na podłodze, oddychając ciężko i łapczywie. Może sekundy, może minuty, może godziny. Nie miałem pojęcia, gdzie zdążyli podłożyć ładunki, ale jeśli zrobili to w maszynowni, na sto procent nie urządzili sobie pokazu fajerwerków.
Z trudem wytoczyłem się na korytarz, by wpaść na uzbrojonych żołnierzy biegnących w moim kierunku. Zaalarmował ich albo brak kontaktu ze mną i kumplami, albo odgłos eksplozji; nie dbałem o to, ważne, że nadeszła pomoc.
Teraz mogłem pozwolić sobie na omdlenie.

***

Pierwsze co usłyszałem to odgłos wrzasków zza sąsiedniej ściany. Ktoś był mocno wkurzony, i raczej nie zachowywał się cicho.
– Jak to: „nie ma możliwości zainstalowania dodatkowego napędu”?! Ten system miał być niezniszczalny, potrojona elektronika i mechanizmy, pada jeden zestaw, natychmiastowo zastępuje go drugi! Nie wspominam o jebanej modułowości! A wy mówicie mi, że nie macie technicznej możliwości podłączenia reaktora, który zapewniłby ciąg?! – Ostatnie słowo zostało wywrzeszczane z podwójną siłą. Najwyraźniej działo się coś złego.
Zwlokłem się z pryczy, na której leżałem, i natychmiast złapałem za głowę – ból wewnątrz czaszki był nieznośny.
– Nasz obrońca uciśnionych się obudził – mruknął ktoś, kto wszedł do pokoju. – Nie rób zbyt gwałtownych ruchów, i tak miałeś szczęście, że eksplozja o tej sile nie rozsmarowała cię na ścianie. Jesteś w stanie chodzić? – zapytał właściciel głosu, a ja tylko pokiwałem niemrawo głową.
– Co się dzieje, skąd to zamieszanie? – mówiłem z wyraźnym trudem, starając się nie brać zbyt głębokich wdechów. Dwa zamachy bombowe na przestrzeni kilkunastu dni to jakaś pieprzona pomyłka losu.
Mężczyzna zasępił się.
– Twój były kumpel i jego kolesie poważnie uszkodzili rdzenie fuzyjne. Wybrali doskonały moment, gdy dryfowaliśmy w kierunku Ziemi, by ominąć asteroidę. Innymi słowy – mamy dryf i nie jesteśmy w stanie go wytracić, włączenie reaktorów sprawi, że jebnięcie będzie widoczne w Andromedzie.
Chwilę trwało, nim dotarło do mnie znaczenie tych słów.
– Czekaj – lecimy w kierunku Ziemi i nie możemy zatrzymać?
– Na to wygląda, na powierzchni planety trwa właśnie nadzwyczajne posiedzenie światowego rządu, a jajogłowi próbują wymyślić sposób na zapobieżenie katastrofie. Zostało nam jedenaście godzin na zrobienie czegokolwiek. Po tym czasie osiągniemy punkt krytyczny i po prostu spadniemy.
Chciałem się podnieść, ale głowa i żebra natychmiast dały o sobie znać. Opadłem z jękiem na pryczę i spojrzałem na przeciwległą ścianę. Sobota.
Najwyraźniej tydzień zaczynał się w sobotę. Nie widziałem innego wytłumaczenia.

***

– Majorze, musimy podjąć decyzję, czas ucieka! – powiedział nerwowo jeden z żołnierzy do dowódcy opierającego się o stół.
– Niby co mam zrobić? Najbliższe jednostki pozwalające przynajmniej na częściową ewakuację Arki znajdują się osiemdziesiąt godzin drogi stąd, a i to przy założeniu, że wycisną z siebie tyle, ile fabryka dała. Montaż nowego reaktora przy założeniu, że wykorzystamy istniejący i przywieziemy go sobie z Ziemi? Miesiąc wytężonej logistyki. Naprawienie naszych jednostek fuzyjnych? Niemożliwe. Powiedzcie mi zatem, sierżancie – jakie mam wyjście? Przystawić sobie pistolet do łba i strzelić?! Inżynierowie cały czas liczą i mają nadzieję znaleźć ilość mocy, która pozwoli na chociaż minimalne wytracenie pędu, bez rozpieprzania całej Arki na kawałki, ale na razie gówno z tego wychodzi! – ryknął major.
Chyba wdepnęliśmy w coś znacznie gorszego niż początkowo się wydawało.
Oszołomiony wyszedłem na korytarz. Dopiero teraz, z kilkuminutowym opóźnieniem, docierało do mnie, że gdybym zareagował wcześniej, to Mike i spółka zapewnie nie wysadziliby rdzeni. Nie dbałem już o wspólników Mike’a – jeśli nie wyłapali ich wszystkich, to teraz nie robiło to już żadnej różnicy.
Nawet nie zauważyłem, kiedy dotarłem do swojego pokoju i zwaliłem się ciężko na łóżko.
Byliśmy w dupie. Bardzo głębokiej dupie.

***

Nie wiedziałem, kiedy dokładnie mieliśmy osiągnąć punkt krytyczny, jednak wspomniane jedenaście godzin upływało z każdą sekundą. Popłoch i plotki na korytarzach były oznaką, że najwyraźniej nie udało się opanować sytuacji, a bezpieczniaki nawet nie wystosowali oficjalnego komunikatu. No tak, po co wzbudzać panikę na skazanej na zagładę stacji kosmicznej.
Nie musiałem być jajogłowym, by przewidzieć skutki spadnięcia na planetę obiektu ważącego kilkanaście miliardów ton. Szansa trafienia w ocean była ogromna, a jednostka o takiej objętości po prostu wywoła serię kataklizmów, którym nic się nie przeciwstawi.
Wyciągnąłem z kabury broń, której nie zdołali mi odebrać, i wkroczyłem szybko do pomieszczenia kontroli rdzeni – to tutaj można było uzyskać bezpośrednią kontrolę nad maszynami.
Jeden z żołnierzy próbował zastąpić mi drogę, ale nawet się nie zatrzymałem – po prostu wpakowałem mu dwie kule w klatkę piersiową. Zgromadzeni w pomieszczeniu inżynierowie odwrócili się w przestrachu, słysząc huk wystrzałów.
– Podejrzewam, że nie macie żadnych prognoz? – zapytałem. Odpowiedziała mi cisza. – Kto ma bezpośredni dostęp do systemu? – Wycelowałem w najbliższego mężczyznę w białym kitlu.
– Wszyscy tu obecni… Co chcesz… – zaczął mówić, ale przerwałem mu machnięciem broni.
– Zaloguj się i odsuń się od pulpitu.
Inżynier otworzył usta, by zaprotestować, ale kula wystrzelona nad jego głową skutecznie przywróciła go do porządku. Na drżących nogach podszedł do panelu i przyłożył dłoń do skanera. Po porównaniu odcisków z rekordem w bazie ekran rozświetlił się na zielono..
Podszedłem bliżej, cały czas trzymając na celowniku swojego przymusowego pomocnika, i rzuciłem okiem na niezrozumiałe menu.
– Zainicjuj pełną moc rdzenia – poleciłem, ponownie celując w mężczyznę. Pozostali obecni w pomieszczeniu aż się zatchnęli. Szybko jednak zrozumieli, że efekt tego, co planowałem zrobić byłby identyczny, gdyby postanowili czekać.
Prawie identyczny – opcja druga niosłaby za sobą śmierć kilkudziesięciu miliardów ludzi i sprawienie, że Ziemia praktycznie przestanie nadawać się do życia.
Jak to powiedział tamten gość? „…włączenie reaktorów sprawi, że jebnięcie będzie widoczne w Andromedzie.” Mogłem więc zakładać, że z Arki zostanie na tyle mało, że większość po prostu spali się podczas wejścia w atmosferę.
Wskaźnik na ekranie zaczął rosnąć, pokazując powolną reaktywację rdzeni. Uszkodzona maszyneria próbowała wrócić do pracy. Zostało nam może kilkadziesiąt sekund, nim moc wymknie się spod kontroli.
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak to jest zostać zbawcą ludzkości i jednocześnie mordercą milionów.
Na szczęście nie miałem długo żyć z tą świadomością.

Tagi:

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

"Houston, po problemie"

Post#2 » 9 wrz 2015, o 20:24

Daj to w większej czcionce, bo oczy wypala.
Teraz jest cudnie. Marzenie każdego czytelnika.

Fenrir
redaktor prowadzący Fantazmatów
Posty: 121

"Houston, po problemie"

Post#3 » 9 wrz 2015, o 20:50

Chyba lepiej.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

"Houston, po problemie"

Post#4 » 9 wrz 2015, o 21:32

Fenrir pisze:– Następny razem po prostu ich zatłukę

Zjadłeś "m" - następnym.

Fenrir pisze:Blade, sztuczne światło zalało pomieszczenie

Ten "Blade" tutaj jakby filip z konopi.

Fenrir pisze: do swojego fotela.

Fenrir pisze: gdy mężczyzna chwytał oparcie swojego fotela na kółkach

Jakby nie było powtórzenie. Ogólnie nie czepiam się powtórzeń dla samego czepiania, ponieważ czasami są one konieczne, ale w tej sytuacji nie za bardzo ładnie wyglądają.

Fenrir pisze:Nic to,

Trochę archaiczne.

Całego opowiadania nie dam rady przeczytać od razu, ale na pewno przeczytam, bo lubię astronomię.

Fenrir
redaktor prowadzący Fantazmatów
Posty: 121

"Houston, po problemie"

Post#5 » 9 wrz 2015, o 21:37

Astronomii to tam praktycznie nie ma. :P
Za uwagi odnośnie błędów dzięki, chochliki umknęły, zamorduję w wolnej chwili.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

"Houston, po problemie"

Post#6 » 10 wrz 2015, o 06:52

Na razie doczytałam do "nowy wspaniały świat".
W drugim fragmencie rzuciło mi się w oczy jedno powtórzenie: "co i rusz", ale nie chciało mi się drugi raz wodzić oczami po tekście i szukać, żeby zacytować.
Niewątpliwie styl masz bardzo przyzwoity. Interpunkcja, stylistyka, gramatyka itd. na bardzo wysokim poziomie, ale jakoś tak zawiało nudą, może później będzie ciekawiej.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

"Houston, po problemie"

Post#7 » 11 wrz 2015, o 13:04

– Technicy, kurwa jebana ich mać, zapewniali, że instalacja jest sprawdzona i nie będzie żadnych problemów! – wrzasnął zirytowany mężczyzna.
Hm, myślę, że w tym przypadku można by śmiało zrezygnować z "wrzasnął zirytowany mężczyzna" - bo mamy i wykrzyknienie, i wulgaryzmy, więc zirytowanie i krzyk zawiera się już w samej kwestii, po co dookreślać?

Przez głowę przelatywały mi setki myśli – ludzki mózg najwyraźniej od zarania dziejów sądził, że najlepszym czasem na rozmyślanie jest chwila, gdy próbuje się bezskutecznie usnąć.
Prawda i tylko prawda :D

– Pędzi na nas planetoida?! – powiedziałem, starając się jednocześnie walczyć z ziewaniem.
Powiedział, skoro zapytał?

Ich motywacja nie jest do tej pory znana, jednak pracownicy zaatakowanych obiektów wskazują, że ich celem była tylko infrastruktura,, dotychczas nikt nie został ranny lub wzięty na zakładnika.
Przecinki się rozmnożyły.

Hm, jest trochę zamieszania z interpunkcją; nie wypisywałam, bo zazwyczaj tego nie robię, ale jeżeli byś chciał, mogę je wyłapać. Jest też "być-ioza", bo w zasadzie w prawie każdym akapicie są przynajmniej dwa być-ie. I zapis dialogów też kuleje momentami.
Początkowo doczytałam do "NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT" i odłożyłam tekst, bo jednak mnie osobiście męczy czytanie czegoś w tak dużej czcionce; moim zdaniem niepotrzebnie dałeś ten tekst w cytat. To trochę niezdrowo, że znów czytałam na raty, obiecuję poprawę od następnego tekstu ;))

Jeżeli chodzi o fragment do "NOWEGO WSPANIAŁEGO ŚWIATU" było rzeczywiście trochę nudn... nie, nie nudno, też nie nużąco - monotonnie najbardziej by tu pasowało, ale w jakiś dziwny sposób pasuje mi to do tekstu; wisimy razem z bohaterami gdzieś w próżni, bezwładni, dookoła cisza i nic. Czuć znużenie bohatera, przebłyski gniewu i chęci zemsty Mike'a. Nie wiem, czy to zamierzone, ale czuć tę udrękę i samotność w ogromie kosmosu.
Finalnie - dobry tekst. Tragiczny koniec. Jest i akcja, i melancholia, i problem natury etycznej, i dramat. Jeżeli chodzi o elementy, które mnie nie przekonują, to relacja bohatera z narzeczoną - nie czuć miłości, jest papierowa. Dlatego jego decyzja jest trochę nieprzekonująca w sensie emocjonalnym, choć jak najbardziej zrozumiała.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 188

"Houston, po problemie"

Post#8 » 11 wrz 2015, o 19:46

Fajne opko, dobry, kosmiczny klimat. Trochę nadużywasz słowa metal i trochę za dużo McGyvera w tym techniku, ale ogólnie świetnie się czytało. Wolałbym, żeby akcja potoczyła się dłużej i nie urwała w zalążku, ale to twoja decyzja. Nakreśliłeś dojrzały, realistyczny świat i dałeś sporo charakteru postaciom. Pisz więcej i dłużej jeśli łaska ;)

Fenrir
redaktor prowadzący Fantazmatów
Posty: 121

"Houston, po problemie"

Post#9 » 13 wrz 2015, o 21:58

Dzięki za feedback, prace nad poprawioną wersją trwają.

Fenrir
redaktor prowadzący Fantazmatów
Posty: 121

"Houston, po problemie" [wersja 2.0]

Post#10 » 2 lis 2015, o 01:02

Aktualizacja tekstu, praktycznie napisane na nowo na tym samym szkielecie fabularnym. Ale więcej przepisywać go nie będę. :P

Wróć do „Szuflada fantastyczna”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość