Pakt z diabłem - część II

Teksty mające wiele lat, wycofane z forum, porzucone, niepoprawione bądź z innych powodów przeniesione do Szuflady.
ŁK
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 31

Pakt z diabłem - część II

Post#1 » 8 kwie 2015, o 10:26

Wasyl mamrotał gniewnie, próbując na oślep wymacać wyłącznik budzika. Gdy w końcu urządzenie umilkło, mężczyzna zdał sobie sprawę, że już nie zaśnie – „Szlag by to trafił”. Spojrzał na zegar – dziesiąta, czasu planetarnego – za dwie godziny planował wypełnić swoją część kontraktu, ale nie chciało mu się. „Nie dziś, nie chcę mi się, mam dość” – powiedział do siebie siadając na łóżku. Teoretycznie nie dostał żadnego konkretnego terminu, ale jego pracodawca powoli zaczynał go dręczyć wiadomościami. „Trzeba skończyć tę farsę…” – podniósł się z łóżka – „…do końca tygodnia. Ani dnia dłużej… ale na pewno nie dziś”.
Na miękkich nogach skierował się do łazienki. Stanął naprzeciw lustra, z którego przyglądał mu się mężczyzna w sile wieku – wysoki, dobrze zbudowany, zielonooki, potomek Venturinaki i Terranina. Wasyl pogładził się po eleganckim zaroście i ułożył fryzurę – „Dzień, może dwa i zetnę te kłaki… znów będę wyglądał normalnie” – mamrotał, poprawiając nieposłuszną grzywkę.
Skierował się do kuchni. Z lodówki wyciągnął kartonik z napisem „Papka proteinowa” – skrzywił się na samą myśl o tym, że zaraz zje zawartość opakowania. Po pozbawionym smaku i apetycznej konsystencji śniadaniu, Wasyl postanowił ubrać się w sposób pasujący do roli, w którą chciał się wcielić i teczki leżącej przy śluzie. Chwilę później miał już na sobie białą koszulę, której kołnierz i mankiety zdobił motyw kół zębatych, czarne dość luźne spodnie, stylizowaną kamizelkę kuloodporną, długi płaszcz – „Chyba tak się ubierają terrańskie gryzipiórki”. Podniósł teczkę, cięższą niż mogłoby się zdawać i wyszedł na portową kładkę. Gdy już był na stałym lądzie obrócił się by spojrzeć na swój statek. „Dagon”, tak przynajmniej głosił lekko zatarty napis na burcie, miał już swoje lata i zasługiwał na mały remont, który Wasyl odkładał od co najmniej roku. „Jeszcze będziesz lśnił” – rzucił na odchodne i skierował się w stronę miasta.
Ragnarek był typową ludzką kolonią, składającą się z trzech rodzajów dzielnic. Pierwszą z nich była tak zwana dzielnica bogaczy – serce miasta, wypełnione luksusowymi wieżowcami, w których mieściły się siedziby firm i arystokratycznych rodów. Centrum było otoczone kamienicami, gdzie mieszkali średniozamożni obywatele. Zewnętrzną "warstwę" stanowiła dzielnica przemysłowa – wypełniona slumsami z kontenerów mieszkalnych, elektrowniami i fabrykami. Większość budynków została wzniesiona w stylu terrańskiego gotyku – koła zębate z białego kamienia zdobiły fundamenty, a szczyty konstrukcji wieńczyły pozłacane, dwugłowe ptaki … nawet w slumsach znajdowały się imitacje tych ornamentów.
Port, w którym zadokował Wasyl, znajdował się w centrum jednej z uboższych dzielnic – jego zdaniem, miało go to uchronić przed wścibskim wzrokiem innych osób… dopiero po opuszczeniu murów doków zdał sobie sprawę jak bardzo się mylił. Budynek ze wszystkich stron był otoczony prowizorycznym rynkiem, przepełnionym gwarem i mniej lub bardziej przyjemnymi zapachami. Jednak hałas i swąd były niczym w porównaniu z obchodnymi sprzedawcami, którzy otoczyli Wasyla jak wataha głodnych psów. „Nie!” – z uporem powtarzał, odpychając kolejną osobę, która ni to zachwalała swój towar, ni to żebrała o jałmużnę. W końcu wyrwał się z tłumu i od razu sprawdził kieszenie. Odetchnął z ulgą gdy upewnił się, że niczego mu nie ukradziono. Ruszył dalej, w kierunku najbliższej stacji kolei miejskiej.
Po drodze Wasyl mijał spokojnym krokiem piętrzące się wszędzie kontenery. Zatrzymał się nagle, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś go śledzi. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył jakiegoś nieludzkiego gówniarza wspinającego się na kontener. Rozejrzał się dokładnie by zdać sobie sprawę, że został otoczony przez młodociany gang. Z tłumu szybko wyłowił potencjalnego przywódcę – dziewczynę w lekko znoszonej masce z dziobem. „Nie chce mi się z wami bawić!” – krzyknął i błyskawicznie dobył ukrytego pod płaszczem pistoletu. Strzelił w kierunku liderki chybiając o milimetry i robiąc przy tym minę osoby, która nie ma nic do stracenia. „Dobrze i tak ma być” – uśmiechnął się do siebie, patrząc jak jego prześladowcy rozbiegają się w popłochu.
W końcu dotarł do zejścia na stację. Mimo iż była częścią slumsów, sprawiała wrażenie zadbanej – sterylnie białe kafelki na podłodze i ścianach, delikatne światło sączące się z sufitu oraz działające ekrany interaktywne. Z tłumu wyróżniali się Ludzie w płaszczach z przesadnie wysokimi kołnierzami, złotymi guzikami u mankietów i carskim orłem wyhaftowanym na plecach, którym towarzyszyła uzbrojona obstawa w lekkich pancerzach. Widząc te mroczne indywidua, Wasyl porzucił plan jazdy bez biletu – „Konduktorat, jeszcze ich tu brakowało” – mruknął do siebie. Ludzie w płaszczach byli przedstawicielami urzędu zajmującego się komunikacją cywilną na terenie Caratu, dbali o bezpieczeństwo i porządek oraz łapali gapowiczów… czasem brutalnie, z użyciem pocisków ogłuszających. Wasyl nie lubił konduktorów, bo choć nie piastowali żadnego znaczącego stanowiska, to większość z nich pyszniła się swoją „władzą” – zawsze odważni i „dowcipni” w towarzystwie swoich ochroniarzy. Po kilku minutach oczekiwania stację zalała fala białego dymu, z którego wyłoniła się lokomotywa, na czole której znajdował się wszechobecny dwugłowy ptak – „Jeszcze jeden orzeł i rzygnę”.
Podróż przebiegła bez większych przeszkód, nie licząc wątpliwej przyjemności obcowania z konduktorem. Po około piętnastu minutach jazdy, Wasyl dodarł do centrum Ragnareku – było tam tak okropnie jak się domyślał. W slumsach musiał oddychać zatęchłym powietrzem przesiąkniętym zapachem uryny, tu wręcz dusił się od rożnego rodzaju perfum. Tam słuchał zawodzenia biedaków, centrum zaś wypełniały rozmowy o niczym, które tak uwielbiali bogaci. Gardził mieszkańcami centrum… może dlatego, że sam nie mógł pozwolić sobie na taką beztroskę.
Wszedł do hotelu, który upatrzył sobie już półtora tygodnia temu –„Wczuj się w rolę” – szepnął do siebie, gdy tylko zobaczył sztuczny uśmiech recepcjonistki.
– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – Wyszczerzyła się najnaturalniej jak tylko potrafiła.
– Chciałbym wynająć pokój na cztery dni – zaczął bez zbędnych grzeczności.
– Na pewno coś dla pana znajdziemy. – Kobieta zaczęła stukać w klawiaturę.
– Interesuje mnie coś na najwyższym piętrze, z oknami zwróconymi w kierunku północnym. – „Po jaką cholerę jej to mówisz?”.
– Na najwyższym piętrze? – zdziwiła się.
– Tak… – „Wybrnij z tego idioto!” – …uwielbiam miejską panoramę.
– Rozumiem. – Zaczęła wpatrywać się w monitor. – Pokój czterysta dwadzieścia, ostanie piętro, sto pięćdziesiąt kredów za dobę, płatne z góry – wyrecytowała.
– Tylko?
Wasyl zaśmiał się sztucznie, chciał zachowywać się jak ci wszyscy pieprzeni bogacze. Recepcjonistka obdarzyła go podejrzliwym spojrzeniem – „Chyba lekko przesadziłeś”.
– Poproszę o dokumenty, w celu rejestracji. – Wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Ależ oczywiście.
Podał jej fałszywe dokumenty, a kobieta wprowadziła wyczytane z nich dane. Niedługo potem znów wyciągnęła dłoń w jego kierunku. Wasyl ostentacyjnie odliczył odpowiednią sumę i położył na blacie garść pogniecionych banknotów o niskich nominałach. Recepcjonistka skrupulatnie przeliczyła pieniądze – „Cholera, nosisz się jak bankier, a płacisz jej takim gównem” – pomyślał z wyrzutem. Po chwili wręczyła mu dokumenty i kartę do pokoju. Na odchodne recepcjonistka obdarzyła go kolejnym nieszczerym uśmiechem, Wasyl odwdzięczył jej się tym samym.
Otworzył drzwi, a jego oczom ukazał się gustownie urządzony apartament... efekt psuł tylko portret obecnego cara-elekta nad drzwiami. Wasyla zamurowało z wrażenia – w samym tylko salonie zmieściłaby się sekcja mieszkalna jaką dysponował „Dagon”. Wodził wzrokiem po pomieszczeniu – przeszklone ściany prezentujące panoramę kolonii, ogromne miękkie jak puch łóżko, gigantyczny ekran, barek… był nawet aneks kuchenny gdyby chciało mu się cokolwiek przygotować we własnym zakresie. „Boże dwoisty” – szepnął do siebie na widok tego całego luksusu – „Dziś nie pracuję”.
Z własnoręcznie przygotowanym daniem, które w końcu nie było proteinową papką oraz z lampką najdroższego trunku jaki znalazł, Wasyl położył się na łóżku, włączył pierwszy lepszy program rozrywkowy. „Zasłużyłem sobie na trochę odpoczynku” – powiedział do siebie rozkoszując się przy tym zapachem prawdziwego jedzenia.
Wierzę we wszystko, nie czczę niczego.

Tagi:

Wróć do „Szuflada prozatorska (formy krótkie)”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość