Buszująca pomiędzy wierszami

Teksty mające wiele lat, wycofane z forum, porzucone, niepoprawione bądź z innych powodów przeniesione do Szuflady.
szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2191

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#1 » 18 cze 2015, o 21:23

Tym razem tekst wyraźnie krótszy od "Najcenniejszego...", jedno z nielicznych opowiadań, które z górami nic wspólnego nie mają.

Wschodnie rubieże Generalnej Guberni. Dwoje ludzi chroni się przed złem w dyskusję o tym, co dobre, co piekne. Uciekają w wymianę myśli, jednak wojna jest naokoło. Jest w nich samych. Co można przekazać drugiemu człowiekowi, kiedy ten stoi po przeciwnej stronie barykady?


Na każdą pamięć jest inna pamięć
Na każdy język — język
Na każdą tarczę — miecz i ramię
Na każdą wolność — więzy.
Na każdą świętość jest bluźnierca
Na każdą otchłań — spojrzenie wzwyż
Na każde serce — ktoś bez serca
Na każdą boskość — Krzyż.

Jacek Kaczmarski




Późną jesienią Drezno wyglądało tak, jak wyglądała większość skupisk ludzkich Europy Wschodniej. Typowe miasto, na którym wojna odcisnęła niezatarte piętno. Piętnaście lat po bombardowaniach, zmieniających tysiąc lat ludzkiej pracy w morze ruin, nadal można było dostrzec zwały gruzu albo wypalone kikuty domów, niby blizny na ciele człowieka, który choć żywy, wciąż się zastanawia, czy może śmierć nie byłaby dla niego godniejszym wyjściem.
Park w centrum nieco lepsze sprawiał wrażenie. Przyroda sprawniej niż człowiek radziła sobie z zacieraniem śladów, chociaż widać było, że również ludzie w przywracaniu pozorów normalności mieli swój udział. Alejki starannie zamiecione i ławki, niedawno pomalowane białą farbą, przywodziły na myśl czasy nie tak dawne, jednak biorąc pod uwagę doniosłość dzielących je zdarzeń i morze wylanej krwi, odległe bardzo. Zapomniane.
Czterdziestoletnia na oko kobieta powoli wystukiwała obcasami rytm na chodniku. Od dwóch ławeczek, rozdzielonych stolikiem z wymalowaną szachownicą, dzieliło ją jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wystarczająco dużo, aby po raz kolejny sprawdzić, czy nie jest śledzona. Spoglądała dyskretnie dookoła. Nieliczni o tej porze dnia ludzie wydawali się bardziej przechodniami, spieszącymi do pracy i skracającymi sobie drogę, niż mieszkańcami, zażywającymi przyjemności spaceru. Nikt za nią nie szedł, nikt jej nie obserwował. Miała nadzieje, że instynkt "człowieka lasu" pozostał, i że zadziała niezawodnie, jeśli pojawi się ku temu jakaś przyczyna.
A nawet jeżeli ktoś ją obserwował, to co? Była tu przecież legalnie, a sprawa, którą przyjechała załatwić, nie godziła w interesy wschodnioniemieckiego państwa.
Nadchodził z przeciwnej strony. Z daleka wyglądał na młodszego niż powinien. Z bliska robił wrażenie jeszcze mniej korzystne. Konus. Przestraszony dzieciak, ale to on. To na pewno on. Nie miała najmniejszych wątpliwości. Podobieństwo było uderzające. Zwolniła. Chciała sobie pozostawić jeszcze chwilę na obserwację. Zeszli się dokładnie w tym miejscu, co trzeba. Nieznacznym ruchem ręki kobieta wskazała ławkę, zapraszając do rozmowy. Z trudem panowała nad wzruszeniem. Coś zupełnie innego należałoby powiedzieć o chłopaku, któremu najwyraźniej nie w smak było, że został wezwany na spotkanie z kimś, kogo nie znał i kogo wcale poznać nie zamierzał. Jego ciekawość wzrosła nieznacznie, kiedy ocenił urodę damy (bo siedząca przed nim osoba, choć skromnie przyodziana, damą była bez wątpienia), jednak ciekawość nie należała do przymiotów mile widzianych w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Powiedzenie, że ciekawość może stanowić pierwszy krok do piekła, coraz częściej nie było metaforą. Coraz częściej okazywało się ponurą rzeczywistością socjalistycznego kraju.
— Chciałam cię ujrzeć, Arnoldzie.
Młody wzruszył ramionami. Kobieta wydawała się być przygotowaną na taki rozwój wydarzeń.
— Wiele osób dobrej woli przyczyniło się do tego, że mogliśmy się spotkać — kontynuowała niezrażona.
Nazwany Arnoldem zdążył już zauważyć, że nie tylko wygląd, ale również język, jakim posługiwała się dama, bardzo odbiegał od tego, do czego przywyknął.
— Dalej nie wiem, czego pani ode mnie chce. — Silił się na uprzejmość, jednak jego głos brzmiał mało sympatycznie, wręcz szorstko. Rzucał dookoła lękliwe spojrzenia, tak jakby się spodziewał, że może go spotkać coś niedobrego.
— Chcę, żebyś mnie wysłuchał.
Przyjazny uśmiech, zamiast rozładować atmosferę, wzbudził w nim jeszcze większą podejrzliwość.
— Jestem porządnym człowiekiem — warknął — i nie mam kwalifikacji, które mogłyby wam się przydać. — Sprawiał wrażenie, jakby chciał wstać i odejść.
W lot zrozumiała, że rozmówca bierze ją za kogoś ze służby bezpieczeństwa. Domyśliła się również, że kiedyś, jakiś czas temu, ktoś usiłował nakłonić go do współpracy i że Arnold Weissberg odmówił. Sprawiło jej to wielką satysfakcję, jednak przybrała surowy wyraz twarzy.
— Nie jestem tą, za którą mnie uważasz. Nie przybyłam tu, aby namawiać cię do czegokolwiek. Czuję się w obowiązku, przekazać ci pewne informacje i twoją jest rzeczą, co zrobisz dalej. — Spojrzała na niego łagodniej.
Już nie zbierał się do odejścia. Trochę ciekawy, trochę zrezygnowany, obrzucił ją pytającym spojrzeniem.
— Pamiętasz swojego ojca?
W zachowaniu chłopaka zaszła gwałtowna zmiana. Popatrzył na nią z wściekłością.
— Mówiłem przecież, że nie mam kwalifikacji, które mogłyby wam się przydać — tym razem w jego głosie nie było nawet cienia uprzejmości — robię to, co do mnie należy — prawie krzyczał. — Mam żonę i dziecko. Dajcie mi spokój! Wiem! Mój ojciec był faszystą, ale ja... — Podniósł się z ławki.
— Usiądź Arnoldzie, i nie waż się podnieść, dopóki nie powiem ostatniego słowa. — Przewierciła go wzrokiem bazyliszka. — Usiądź natychmiast!
Usiadł zrezygnowany, jednak widać było, że w każdej chwili gotowy jest uciekać. Twarz kobiety złagodniała. Można było odnieść wrażenie, że dystyngowana pani jedynie oswaja dziką, płochliwą i nieufną istotę, jednakże stawka spotkania była znacznie większa. Dziesięć lat poszukiwań i rozlicznych zabiegów miałoby pójść na marne? Jeżeli ona teraz odejdzie, on już nigdy się nie dowie... Miała świadomość, że w tej chwili ważą się losy chłopaka. Młody człowiek, nie zdając sobie sprawy, decyduje o tym, jak przez resztę lat swojego życia będzie spoglądać na ten świat.
— Wybacz mój gniew — dodała po chwili głosem znacznie spokojniejszym — jednak to, co powiedziałeś o swoim ojcu, wzburzyło mnie bardzo.
Mierzyli się wzrokiem. Strach znikał powoli. Potem w jego oczach dostrzegła prawdziwe zainteresowanie. Sekundę później, wykrzywił usta w grymasie, który przy dużej dozie wyobraźni mógł zostać uznany za uśmiech. Uczynił to bardzo nieznacznie, melancholijnie, jednak dreszcz przeniknął kobietę, kiedy patrzyła na jego twarz.

***

Sten jest pistoletem maszynowym. Wewnętrzna średnica lufy Stena wynosi dziewięć milimetrów. Jego pudełkowy magazynek zawiera trzydzieści dwa naboje. Przyrządy celownicze ustawiano fabrycznie na odległość stu jardów, co według systemu miar i wag, przyjętego na terenie Generalnej Guberni, przekładało się na odległość nieco powyżej dziewięćdziesięciu metrów. Podczas prowadzenia ognia często mają miejsce zacięcia mechanizmu, jednak zazwyczaj wynikają one z nieprawidłowego trzymania pistoletu. Ten ostatni szczegół był przyczyną licznych tragedii. Alina wiele wysiłku musiała włożyć, aby wypracować odpowiednie nawyki. Sterczący z lewej strony magazynek aż się prosił, żeby mocno chwycić i ustabilizować automat. Ogień stawał się od razu celniejszy, jednak było to rozwiązanie zwodnicze. Po czterech latach wojny właścicielka automatu przekonała się, jak bolesne mogą być wszelakie pomyłki. Świat, w którym żyła panna Stanisławicz, błędów nie wybaczał. Obecnie, nawet wyrwana ze snu, w środku nocy, wiedziała, że lewą ręką musi chwycić Stena za lufę, mniej więcej w tym miejscu, gdzie zasobnik z nabojami łączy się z komorą. Tak było o wiele skuteczniej.
Cztery z pięciu leżących na biurku automatów po kolei rozkładała, owijała w szmaty a następnie pieczołowicie umieszczała w walizce. Na wierzch poszła bielizna i sweter, na sweter starannie zapakowana kiełbasa. Próba przeszmuglowania żywności mogła uzasadnić strach, którego ukryć nie potrafiła i który z całą pewnością wzbudziłby czujność granatowych, gdyby kazali otworzyć walizkę. W takich przypadkach wręczenie "górala" załatwiało sprawę, a to, co schowane pod ubraniem, miało szansę trafić do odbiorcy.
Z bronią w rękach czuła się o niebo lepiej. Wiedziała, że jest panią swojego życia... i życia tych, którzy stanęli jej na drodze. Jednak tym razem swój własny pistolet musiała zostawić. Szkoda. Wprawne dłonie w kilka chwil rozłożyły ostatniego Stena na części.
Panna Alina spojrzała na zegarek. Coś ją gryzło, chociaż nie było powodu do niepokoju. Pociąg odjeżdżał za półtorej godziny. Gienia pobiegła do wsi. Maciej zapewne zaprzągł już konie i czekał. Mogła oczywiście kazać wyszykować bryczkę we dworze i podjechać z Adaśkiem, jednak czuła się znacznie pewniej w towarzystwie starszego pana, który choć wyglądał niepozornie, potrafił być bardzo dla wroga niemiły... i bardzo skuteczny. Ciepły majowy poranek nastrajał pogodnie, mimo wszystko coś jej mąciło spokój duszy. Odruchowo spojrzała w lustro, a następnie z wysokości pięterka, gdzie mieścił się jej pokój, sprawdziła otoczenie. W połowie drogi pomiędzy wsią a zabudowaniami dworu, dostrzegła kolumnę dwóch samochodów ciężarowych. Na czele jechało auto osobowe, poprzedzone przez motocykl. Niemcy! Pacyfikacja? Nie, na pewno nie. Gdyby przyjechali zabijać, nie byłoby tej defilady, nie byłoby wkraczania w cudze progi z obleśną pompą. Przyjechali tak, jak już kiedyś przyjeżdżali: po coś. Niedobrze, bardzo niedobrze. Czy to się kiedyś wreszcie skończy?
Opanowała panikę. Należało działać. Wyprawę musiała odłożyć na termin bliżej nieokreślony. Czasu miała mało. Przekręciła jedną z listew boazerii i naparła na deskę w podłodze. Ściana pokryta delikatnymi sosnowymi deszczułkami zarysowała się nieznacznie. Naparła mocniej. Deski rozsuwały się ze zgrzytem. Po chwili odstęp umożliwiał włożenie dłoni. Szarpnęła i otworzyła kryjówkę. Wewnątrz znajdował się cały arsenał. Prawie połowa ostatniego zrzutu. Pośpiesznie wepchnęła walizkę i zamknęła schowek.

***

Kapitan, lekko utykający postawny blondyn, nie starał się być uprzejmy. Sucho oznajmił, że jego oddział będzie stacjonować we dworze przez kilka dni, i że potrzebują trzech pomieszczeń na parterze. Zażądał również miejsca na zakwaterowanie żołnierzy. Fakt, że Alina wybornie posługiwała się językiem niemieckim, przyjął jako coś oczywistego. Zatroszczył się w pierwszej kolejności o bezpieczeństwo oddziału, potem o warunki lokalowe dla swoich ludzi. Panna Stanisławicz z przerażeniem obserwowała szkopów, rozlokowanych po dworskich zabudowaniach. Poprzednia taka wizyta, sprzed niespełna roku, uczyniła Gienię sierotą, a spustoszenia we dworze i obejściu można było porównać do przejścia trąby powietrznej. Wtedy żołdactwo przypominało bardziej huńską watahę niż karny oddział. Tym razem sytuacja wyglądała inaczej, choć Alina wcale nie była pewna, czy lepiej. W lot się zorientowała, że ten dowódca trzymał swoich żelazną ręką. Dobrze to czy źle? Drób w kurniku pozostał nienaruszony, żołnierze do wsi nie chodzili i bab nie zaczepiali. Do spiżarni nikt nie zaglądał. W przeciwieństwie do poprzedniej wizyty, dworek nie wypełnił się szwargotem, który rozumiała doskonale, ale od którego żołądek podchodził jej do gardła. Przynajmniej w pierwszych minutach wyglądało, że nie jest najgorzej. Oficer wraz z adiutantem zajęli pokój i służbówkę na parterze. W drugim pomieszczeniu ulokował się radiotelegrafista ze swoimi ludźmi. Najgorsze było to, że zaanektowali również kuchnię. Stara Jakubowa zacisnęła zęby, życząc najeźdźcom śmierci, możliwie paskudnej i bolesnej. Oddziałowy kuchmistrz, choć nie zrozumiał, wydawał się zdawać sobie sprawę, jakiego rodzaju życzenia mogła mieć poprzednia gospodyni przybytku i wolał nie korzystać z folwarcznych zasobów. Zresztą rozkaz kapitana, dowodzącego oddziałem, nie pozostawiał wątpliwości, co wolno, a czego nie wolno.
— Panienko? — W drzwiach pojawiła się zapłakana twarz Gieni.
Masz babo placek! Poszła do wsi, to mogła i zostać we wsi. Tam przecież było bezpieczniej.
— Po co wróciłaś? — odezwała się do dziewczyny z wyrzutem w głosie. — Nie trzeba to było zostać u Macieja? Przeczekać?
— Tutaj moje miejsce — Gienia wykrztusiła przez łzy. — Matula kazali opiekować się panienką... — Rozszlochała się na dobre.
Alina objęła małą, przytuliła.
— Nie płacz. Jakoś to będzie. Każdy zły czas przeminie. Przeminie — powtórzyła, jakby chciała przekonać samą siebie. — Biegnij do Jakubowej. Niech da ci zupy.
Z napięciem obserwowała czternastolatkę przez okno. Gienia szła przez dziedziniec w kierunku jedynego budynku, w którym nie rozgościł się wróg. Po placu kręciło się kilku Niemców, na szczęście ograniczali się do wiele mówiących spojrzeń. Żaden nie zaczepił dziewczyny.
Panna Stanisławicz opadła na fotel zrezygnowana. Odrzuciła pierwszą myśl, aby wrócić na górę, wyjąć z kryjówki kilka Stenów, granaty, wystrzelać magazynki do końca, ukatrupić jak największą liczbę drani i ostatnią kulą skończyć z tym wszystkim. Miała dosyć. Wszystkiego dosyć! Wszystkiego! Siedziała przez chwilę. Spokój powoli wracał. Pomysł był tyleż desperacki, co szalony. Niewiele by zdziałała, a śmierć dosięgłaby nie tylko ją i wszystkich pozostałych we dworze. Wieś także poszłaby z dymem.
— Quandt Berlin. Wspaniały instrument. Potrafi pani grać na pianinie?
Drgnęła, przestraszona. Szwabska hołota zwykła czynić mnóstwo hałasu, a ten wszedł niemal bezgłośnie. Nie wolno okazywać przerażenia — sklęła się w duchu. Nie, ten barbarzyńca nie zobaczy u niej strachu. Kapitan stał z rękami skrzyżowanymi na piersiach, z fascynacją patrzył na uniesione wieko.
— I owszem, potrafię. Jak każda cywilizowana osoba. — Spojrzała na niego jak na robaka, tyle że kiepsko jej to wyszło. Robaki nie potrafią się uśmiechać. Zwłaszcza tak dziwnie, melancholijnie.
— Pani wybaczy, choć nie uważam się za barbarzyńcę, potrafię jedynie słuchać. To nie to samo, co zagrać, jednak tej sztuki również trudno jest się nauczyć.
Mówił dziwnym niemieckim... arystokratycznym. Kilka razy w życiu słyszała ludzi posługujących się takim językiem. Dziesięć, może dwanaście lat temu, ojciec zabrał ją w podróż do Oleśnicy. Składał wizytę swemu znajomemu, Freiherrowi von Yorck. Tam po raz pierwszy usłyszała żywą niemiecką mowę. Zachwyciła się. Była, jak większość w rodzie Stanisławiczów, urodzoną poliglotką i nim trzy lata minęły, władała językiem Goethego lepiej niż sprawnie. Śląski szlachcic, składając rewizytę w ich majątku rodzinnym, nie mógł wyjść z podziwu. Przez ponad tydzień Mała Alinka, szlifując wymowę, służyła gościowi za przewodnika. Bardzo polubiła starszego pana i jego pachnące sawanną opowieści. Kilka lat później, pewnego jesiennego dnia, ojciec zdradził jej tajemnicę, którą z niewiadomych powodów skrzętnie ukrywano. Hermann von Yorck i Adolf Stanisławicz rzeczywiście poznali się w Afryce, jednak nie, jak powszechnie sądzono, podczas wspólnej wyprawy, lecz nieco wcześniej. W czasie pierwszej wojny światowej strzelali do siebie, Yorck jako dowódca grupy Askarysów, Stanisławicz jako żołnierz brytyjskiej korony w oddziałach Smutsa. Panienka, wychowana w szlacheckiej, patriotycznej rodzinie, gdzie słowa "wróg" i "przyjaciel" brzmiały jednoznacznie, nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Dopiero po dekadzie, kiedy dotarła do niej wiadomość o śmierci matki wywiezionej do obozu, kiedy ojciec zaginął we wrześniu trzydziestego dziewiątego, kiedy Jerzego, młodszego z braci, zastrzelono na jej oczach, a drugi brat, dowódca oddziału, nieczęstym bywał gościem w domu, swój stosunek do narodu niemieckiego uznała za w pełni ukształtowany.
— Czytał pan Gibbona? Sir Edwarda Gibbona? Zmierzch i upadek cesarstwa? — Wydęła pogardliwie usta. Zdawała sobie sprawę, jak skutecznie ten gest działa na mężczyzn. Zdawała sobie również sprawę z ryzyka, jakie podejmuje, zaczynając niebezpieczną grę z rasą panów. Tam, po drugiej stronie podwórza, Janka i stara Jakubowa zapewne układały dzieciaki do snu. Ignacy był synem jej brata a Benjamin... pardon, Jasio, oficjalnie drugim dzieckiem Janiny i Kazimierza Stanisławiczów. Nadludzie zwykli byli łapać takie małe istotki za nóżki i roztrzaskiwać o ścianę. Jasio był dalekim krewniakiem ze strony matki, żydowskim dzieckiem, które, gdyby nie szczęśliwy traf i odwaga kilku osób, zapewne podzieliłoby los swoich rodziców.
Spojrzała wyzywająco w oczy rozmówcy. Ten jednak nie sprawiał wrażenia człowieka, który podejmowałby jakieś wyzwanie.
— Za pozwoleniem szanownej pani, nie przypominam sobie, aby pan Edward Gibbon otrzymał kiedykolwiek tytuł szlachecki, jednak... mogę się mylić. — Nie wyglądał na zbitego z tropu. — Tak czy inaczej, pojmuję aluzję. Germański barbarzyńca, który przybył, aby zniszczyć. — Spojrzał jej w oczy. — Historii uczyłem się z Mommsena. Twierdzę, że profesor Mommsen lepiej rozumiał istotę Imperium. Czytała pani Mommsena?
Alina pokręciła głową.
— Zrozumienie istoty imperium nie zmieni tego, że cywilizacja kwitła do momentu, kiedy na scenie pojawili się Germanie. — Wytrzymała spojrzenie, w którym, pomimo szczerych chęci, nie odnajdywała śladu agresji. — Zrozumienie istoty imperium — kontynuowała — nie zmieni tego, że piękno... że ideał sięgnął bruku! — Starała się jak mogła, aby należycie przetłumaczyć słowa Norwida na język niemiecki. Chyba dobrze wyszło, bo hauptmann pokiwał ze zrozumieniem głową.
— Piękno natychmiast sięgnie bruku, kiedy zbraknie ludzi, piękno ceniących, poszukujących piękna. Słowa, które pani wypowiedziała, odnosiły się chyba do muzyki, do fortepianu. Nieprawdaż?
Trochę ją zatkało.
— Ten instrument będzie jedynie drewnem i metalem, dopóki ktoś na nim nie zagra. — Popatrzył pytająco. W jego oczach nie wyczytała rozkazu. Jedynie prośbę i tym razem... coś jakby wyzwanie.
Dała za wygraną. Usiadła na stołku. Nie, niedobrze, trzeba zmienić wysokość. Ostatnimi czasy na pianinie grał Kazimierz... prawie cztery miesiące temu. Zakręciła energicznie siedziskiem, myśląc desperacko. Czym szkopa sprowokować? Polonez fis-moll był zbyt trudny. Nigdy nie potrafiła tego dobrze zagrać. Walców grać nie zamierzała. Walce Fryderyka były o miłości. Jeszcze tego by brakowało! Etiuda rewolucyjna! Pierwszy akord i pasaż uświadomiły Alinie, że do klawiatury nie siadała przez ostatnie pół roku. Siły ją opuściły, jednak chęć zagrania, zagrania czegokolwiek, dla samej siebie, była nieodparta. Płynnie przeszła w niskie tremolo na lewej ręce. Walc h-moll z sześćdziesiątego dziewiątego opusu jakoś sam grać się zaczął, bezwolnie, tak jakby chciała zapomnieć o wszystkim, co ją otacza. Zapomnieć o wojnie, o tym, że nie ma już rodziców, o tym, jak patrzył Jerzy w swojej ostatniej godzinie, o Gieni zawodzącej nad ciałem matki, o chłopaku, w którego miesiąc temu wpakowała pół magazynka, o trupach zagrzebanych tam, pod lasem. Zapomnieć! Na Boga, zapomnieć, choć na chwilę! Szła przez sad, a krople rosy porannej igrały z blaskiem słońca, jedną chwilę ulotną rozciągając w czas oczekiwania. I jeszcze raz. Mogła podejść do gałęzi ciężkiej od kwiatów. Zapomnieć! Biały sen pośród listowia, nierzeczywisty wszechświat błogiego przemijania. I ciekawość. Palce żywiej zaczęły uderzać w klawisze. Świat, zagadkowy, dopraszał się poznania. Przestrzeń pachnąca świeżością otworzyła pannie Alinie swe podwoje, jakby kusząc delikatnym powiewem wiatru, zapachem odległego lasu. Patrzyła. Część pól, obsiana oziminą, zieleniła się. Tylko czekać jak wiosna, odwiecznym prawem natury, zawładnie wszystkim dookoła. Kochać! Tak, jak można kochać jedynie wiosennym porankiem. Zapytać! Wszakże muzyka służy zadawaniu pytań. Zadała pytanie. I jeszcze raz. O wszystko. Spotkanie oczyma? Za mało! Spotkanie duszą całą. Wracali razem pośród gałęzi ciężkich od kwiatów. Biały sen, razem, pośród listowia. Nierzeczywisty wszechświat błogiego przemijania.
Siedział na fotelu z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Nie potrzebował słów. Śpiew ptaków za oknem, brzęk muchy w pustym dzbanie, wszystko to stanowiło naturalne przedłużenie małego misterium. Chwilo trwaj... łomot podkutych butów w przedsionku wyrwał oboje z zamyślenia. Adiutant strzelił obcasami i zameldował o przybyciu zespołu inżynierów.
Kapitan Weissberg chłodnym skinieniem głowy podziękował za koncert.

***

Popatrzyła na nowoprzybyłych. Wysoki blondyn nosił okulary i wydawał się przywódcą tego dziwnego zespołu. Drugi, czarnowłosy, niewiele niższy i potężnie zbudowany, wyglądał najdostojniej, jednak zwracał się do pierwszego per "szefie". Trzeci, szary, przeciętnej budowy, przeciętnej aparycji, przeciętny w każdym calu, człapał za tamtymi dwoma, rzucając dookoła nieco lękliwe spojrzenia. Ubrani po cywilnemu, poruszali się jak cywile. Po niemal czterech latach wojny potrafiła rozpoznać. Hauptmann wyszedł przed budynek, zasalutował.
Alina, schowana za firanką, wytężyła słuch. Tak, jak przypuszczała, tyleż niespodziewana, co przykra wizyta, związana była z mostem, który nieopodal wsi przecinał rzekę. Zadaniem trzech specjalistów była ocena drewnianej konstrukcji pod kątem przydatności do przeprawy ciężkiego sprzętu. Sprawdzający mieli zamiar uwinąć się z robotą do piątku, czyli można było liczyć, że spędzą w majątku dwie noce i wyniosą się w diabły. Więcej nie zdążyła podsłuchać. W sieni ponownie rozległ się charakterystyczny łomot butów. Przeciętny najwyraźniej zorientował się, że w zabudowaniach stacjonuje znaczna ilość wojska i strach go opuścił. Wydawał się nie dostrzegać dziedziczki, za to gruby uśmiechnął się promiennie wydając z siebie coś, co przy dużej dozie wyobraźni mogło zabrzmieć jak "dzień dobry". Dziewczyna w mig zorientowała się, że niemiecki nie jest jego ojczystym językiem. Madziar? Najważniejszy z inżynierów skinął jedynie głową i z zaciekawieniem rozglądał się po salonie.
— Gości umieścimy w dużym pokoju po lewej. — Kapitan wskazał na pomieszczenie, które niegdyś było sypialnią rodziców. Alina zacisnęła zęby. Niemcy czuli się gospodarzami w jej domu, a ona nic nie mogła poradzić. Zazdrościła swojej szwagierce. Janka nie musiała na to wszystko patrzeć. W takich sytuacjach jak ta, udawanie służącej nieźle jej wychodziło. Wystarczyło, że schowała włosy pod chustką, przybrudziła nieco twarz i z pełnej dostojeństwa pani Stanisławicz de domo Tarnowskiej, robiła się niepozorna babina. Teraz siedziała w budynku, przed wojną służącym za czworaki i pilnowała, aby żaden z malców nie wyszedł na podwórze. Alina nawet nie próbowała udawać służącej. I tak niewiele by osiągnęła. Wysoka, szczupła blondynka nie była w stanie ukryć ani wielkiej urody, ani spojrzenia, które od razu mówiło, jaka krew w niej płynie. Lepiej uchodzić za dziedziczkę niż za służącą. Miało się większe szanse, że żołdactwo nie będzie obłapiać. Teraz stała z boku, niemal w kącie, i słuchała. Stanie z boku specjalnie jej nie przeszkadzało. W rodzie Stanisławiczów płeć piękna zawsze stała z boku, tyle że przed wojną czterej mężczyźni, rozmawiający w salonie, nigdy nie zostawiliby kobiety tkwiącej pod ścianą. Kapitan wydawał się również dostrzegać niestosowność sytuacji. Zwrócił się w jej stronę, jakby chciał coś powiedzieć, ale wysoki, w okularach, wreszcie przemówił.
— Dziwi mnie, panie kapitanie, że zrezygnował pan z takiego pięknego lokum. Kwitnący sad, wiosenną porą, to widok wręcz niezwykły.
— Z mojego pokoju mam widok zarówno na drogę, jak i na pola. Tutaj nie jest bezpiecznie panie Wenzel.
— Słyszałem, że dwa miesiące temu bandyci próbowali niepokoić naszych chłopaków — odezwał się szary. — Rozkręcili podobno tory. Mówią, że nieźle im skopaliście dupy.
Alina w mig zorientowała się, że ma przed sobą farbowanego Niemca, językiem Schillera władającego nieszczególnie.
— Panie Kraft, czy jak tam pana zwą. — Rewerencja, z którą hauptmann odnosił się do wysokiego, najwyraźniej nie przeszła na szarego-przeciętnego. — Proszę powściągnąć język. Dama — wskazał na Alinę — jest w naszym towarzystwie.
— Jaka dama? — nazwany Kraftem zaprotestował. — Polska dziewka…
Siarczysty policzek wymierzony szaremu przez Weissberga rozległ się jak echo wystrzału.
— Takich jak pan, nawet na pojedynek wstyd wyzwać. — Kapitan nie podniósł głosu, jednak widać było, że z trudem panuje nad sobą. — Będzie pan łaskaw przeprosić panią.
Kraft wymamrotał posłusznie formułkę, skłaniając pokryty rzednącym włosiem łeb. Miłe zaskoczenie, które w pierwszej chwili stało się udziałem panny Stanisławicz, zaraz ustąpiło myślom ponurym. Była pewna, że gdyby Kraft nie zrobił natychmiast tego, co mu powiedziano, Weissberg zastrzeliłby go jak psa. Nie miała wątpliwości, że ten typ człowieka nie cofa się przed niczym. Jeżeli dostanie rozkaz zabije dzieci, ją samą też zabije, nie mrugnąwszy nawet okiem. Domyślała się, jaka mogła być główna przyczyna nagłego gniewu. Wspomniany przez szarego człowieczka incydent sprowadził się nie tylko do rozkręcenia torów. Z dymem poszło dwadzieścia wagonów wraz z ładunkiem, a z tych, którzy według oficjalnej wersji kopali dupę partyzantom, kilku powróciło w trumnach, a następnych kilkunastu boso i w gatkach jedynie.
— Pani wybaczy, że zostawimy samą, służba wzywa. — Mężczyźni skłonili się i wyszli. Po chwili na podwórzu zapanował ruch. Alina opadła na fotel. Najchętniej wybuchłaby płaczem, jednak nie miała czasu na łzy. Dźwignęła się ciężko i podeszła do okna. Dwudziestu, trzydziestu… razem z tymi, którzy eskortowali inżynierów, naliczyła czterdziestu dwóch. W pawilonie, wychodzącym do ogrodu, musiało przebywać jeszcze dziesięciu, może dwunastu. Gienia zapewne zdążyła policzyć. Trzeba zawiadomić Kazimierza. Ruszyła w stronę czworaków.

***

Ranek wstał słoneczny, wilgotny od rosy. Wiosna, szalona wiosna, tuż przed tą kulminacyjną chwilą, kiedy świat pogrąży się w zapachu kwitnących bzów. Z wysokości swojego pokoju wyjrzała przez okno. Dochodzący z dziedzińca żołnierski szwargot, przywracał poczucie realności w sposób tyleż szybki, co dotkliwy. I to wczorajsze upokorzenie. W jej własnym domu jakiś śmierdzący volksdeutsch nazwał ją polską dziewką! Do diaska! Widok, który ujrzała, zamienił czarne myśli w popłoch, wręcz przerażenie. Mały Ignaś wyszedł z domu i przyglądał się Niemcom, majstrującym przy jednym z samochodów. Zgadywali do brzdąca. Niedobrze, trzylatek potrafił już co nieco powiedzieć we wrażym języku. Jeszcze coś wypapla... odetchnęła z ulgą widząc, że Janka wybiegła z czworaków i zabrała chłopca. Żołdactwo zaśmiało się, aż dreszcz ją przeszedł. Znowu pobiegła myślą do swojego arsenału. Jak ona nienawidziła wszystkiego tego, co musiała ukrywać za boazerią. A najbardziej swojego Stena... i siebie... i tego, że... zabijała i krzyk... i tego... jak oni umierali.
Pukanie do drzwi po raz kolejny wyrwało dziewczynę z koszmaru wspomnień.
— Proszę!
W drzwiach stał adiutant Weissberga.
— Pan kapitan pragnie zaprosić na kawę. Gdyby była pani łaskawa...
— Proszę powiedzieć kapitanowi, że zaraz zejdę.
Żołnierz zasalutował i oddalił się. Wyrzucała sobie chwilę wczorajszej słabości. Wyrzucała sobie to, że przez jeden moment poczuła się tak bardzo szczęśliwa. Najchętniej odprawiłaby sołdata w diabły, jednak musiała rozmawiać z Weissbergiem, musiała dowiedzieć się, co zamierzają robić w najbliższych dniach. Jeden z oddziałów dowodzonych przez Kazimierza czaił się w lesie, niespełna dwa kilometry od zabudowań. Siedemdziesięciu niebezpiecznych, nieźle uzbrojonych ludzi, wyszkolonych przez najbardziej nieobliczalnego człowieka, jakiego znała. Jej brat był perfekcjonistą w każdym calu. Najlepszy w szkole, najlepszy wśród kolegów, najlepszy na studiach. Jego oddział też był najlepszy. Gdyby się zdecydował na nocny atak, spadliby jak duchy na zabudowania. Żaden Niemiec nie uszedłby z życiem. Tyle, że później nie tylko dwór zrównano by z ziemią, ale i wieś musiałaby krwią zapłacić za taką akcję. Kazimierz, ukrywający się pod pseudonimem Best, był nieobliczalny, jednak szalony z pewnością nie był. Jeszcze wczoraj wieczorem do obejścia zakradł się łącznik. Wystawione przez Weissberga warty niczego nie zauważyły. Człowiek od Besta nakazał Alinie dowiedzieć się koniecznie, które z kilku mostów w okolicy zostały objęte ekspertyzą, a potem zniknął, tak jak przyszedł. To, że "ich" most nie jest jedynym obiektem zainteresowań, było pewne. Najbardziej pragnęli wiedzieć, co inżynierowie pozostawili sobie na deser. Alina bała się, a rozsądek podpowiadał, że jest to strach uzasadniony. Kazimierz nie zaatakowałby Niemców, powodowany jedynie ułańską fantazją. Takie starcie skutkowało zazwyczaj represjami. Kolejni ludzie ginęli w egzekucjach lub w obozach. Jednak nie miała wątpliwości, że jeżeli dostanie rozkaz ataku, wykona go tak, jak powinien. A rozkaz ataku zapewne już dostał. Na ich terenie znowu pojawili się Ruscy. Gadzinówki od paru tygodni rozpowszechniały wieści o mogiłach, jakie odkopano gdzieś na wschodzie. Szwabom nikt nie wierzył, jednak tym razem dowody wyglądały jednoznacznie. Zamordowano polskich oficerów. Czy Adolf Stanisławicz znalazł swój kres w jednym z takich grobów? Myśl o śmierci ojca panna Alina odganiała nieustannie, jednak owa myśl wciąż powracała. I jeszcze przeczucia, bardzo złe przeczucia. Ruskie partizany… czuli się jak u siebie. Armia Krajowa będzie musiała pokazać siłę, pokazać, kto tu rządzi, kto bije wroga. I znowu dojdzie do walki. Coraz bardziej nabierała pewności, że kiedy Niemcy ostatecznie opuszczą wieś, partyzanci zaatakują.
Otrząsnęła się z ponurego zamyślenia. Zejdzie do Weissberga. Popatrzyła w lustro. Musiała wyglądać ładnie. W atmosferze swobodnej dyskusji z pewnością padnie o jedno słowo za dużo. Nie mogła z drugiej strony przesadzać. Jeżeli wystroi się jak na bal, ten gotów sobie pomyśleć... założyła jedynie zgrabne pantofelki i poprawiła włosy... Polska dziewka! Mimo wszystko, była mu wdzięczna. Wczoraj kapitan zachował się jak dżentelmen. Powinna podziękować.

***

— Zapragnęła pani coś innego zagrać, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie.
Jeden z podkomendnych hauptmanna postawił przed Aliną filiżankę prawdziwej kawy.
— Później, już w trakcie utworu — kontynuował oficer — ponownie zmieniła pani zdanie.
— Kobieta zmienną bywa. — Uśmiechnęła się wymijająco, jednak jej rozmówca nadal drążył temat.
— Odniosłem wrażenie, że przez chwilę była pani naprawdę szczęśliwa.
— Byłam szczęśliwa. — Podniosła wzrok. — Pan to widział?
— Oczywiście. Muzyką można opowiadać, niekiedy lepiej niż słowami. Widziałem sad za oknem, potem krajobraz po horyzont i słońce. Nawet przyszło mi do głowy, aby wzorem Fausta powiedzieć "chwilo trwaj wiecznie".
— Jednak doktor Faust wyrzekł te słowa w zupełnie innych okolicznościach. Powiedziałabym, że w skrajnie odmiennych od sytuacji, w której się obecnie znajdujemy.
— Ma pani wielki talent w czynieniu delikatnych, a zarazem czytelnych aluzji. — Uśmiechnął się melancholijnie. — Faust znalazł szczęście w służbie ludziom. Pragnął, tak jak wszyscy, lepszego świata.
— I udało mu się ten świat zbudować. Bez wojny, bez zabijania. Pan, kapitanie, wierzy, że świat, który teraz usiłuje stworzyć, pozwoli powiedzieć: chwilo trwaj wiecznie?
— Nigdy nie myślałem w ten sposób. Twierdzę, że ten wątek w arcydziele Goethego jest tak samo utopijny, jak traktat Tomasza Morusa. "Chwilo trwaj wiecznie" możemy powiedzieć jedynie w odniesieniu do chwili, czasem do kilku chwil. Nie da się w ten sposób podsumować całego życia... a poeta to właśnie uczynił. Moim zdaniem popełnił błąd. Końcowe sceny wydają mi się nieco sztuczne.
— To nie był błąd. Czy myśli pan, że Doktor wyrzekłby formułę, gdyby nie miłość? Czy powiedziałby "trwajże", gdyby wcześniej nie poznał Małgorzaty? Miłość zmienia. Sprawia, że ludzie stają się lepsi. Może gdyby jeden z tych wielu, którzy popychają świat w przepaść, poznał swoją Małgorzatę, historia pobiegłaby innym torem? — Alina zrugała się w duchu, jednak nie mogła powstrzymać tego, co samo się cisnęło na usta.
— Pani buszuje pomiędzy wierszami i odnajduje myśli, które bardzo pragnie odnaleźć.
— A to źle?
— Wręcz przeciwnie. Po to właśnie ludzie tworzą, po to czytają poezję, aby gonić swoje marzenia, których w rzeczywistości dogonić nie sposób. Zamykamy się w wymyślonym świecie, jednak los puka do drzwi naszego życia i chcąc nie chcąc musimy kiedyś otworzyć...
— A kiedy już drzwi staną otworem — przerwała mu — okazuje się, że na zewnątrz trwa wojna...
Pokręcił głową.
— Obiektywna prawda jest niepoznawalna. Być może w ogóle nie istnieje. I to niezależnie od tego, czy otworzy pani drzwi, czy nie.
— Kiedy wczoraj mówił pan o historii, odniosłam inne wrażenie. Można było wyczuć, że z pańskiego punktu widzenia jakaś prawda istnieje.
— Jak już wspomniałem, historię, w przeważającej mierze, znam z dzieł Mommsena. Nie ulegam złudzeniom. Ludzie będą się zabijać, bo muszą, bo nie potrafią inaczej. Nie jesteśmy w stanie wyrwać się z tego, w czym wyrośliśmy. Krew i ziemia mają swoje prawa.
— Czy takie prawa... prawa, które każą zabijać, uważa pan za dobre?
— Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Śmierć jest immanentną częścią tego świata, a człowiek stanowi ze światem jedność. Dusza ludzka jest częścią... w pani uśmiechu dostrzegam wiele ironii...
— Zaraz pan powie, że jego marzeniem jest polegnąć w walce, tak by walkirie porwały jego duszę do Walhalli.
— Pragnę żyć, tak jak wszyscy. — Wzruszył nieznacznie ramionami. — Jednak żywię głęboką nadzieję, że po śmierci moja dusza połączy się z czymś większym, piękniejszym, doskonalszym... z duszą świata. Wy, katolicy być może to właśnie nazywacie niebem.
— Być może.
Popijali kawę w milczeniu. Wzrok Aliny błądził gdzieś za oknem. Kwitnąca jabłoń zaglądała do salonu. Duch świata? Po raz kolejny czas krwi i pogardy popłynął gdzieś obok, omijając serce dziedziczki. Po raz kolejny zapragnęła połączyć się z duszą świata za życia.
Głos Weissberga wyrwał ją z zamyślenia.
— Pozwolę sobie wrócić do naszej wczorajszej dyskusji. Pani jest przekonana, że Germanie wtargnęli do stolicy Imperium niszcząc i zabijając...
— A było inaczej? — Ożywiła się natychmiast. — Ten wasz Alaryk zniszczył Wieczne Miasto, uprowadził cesarzową i przysięgał, że imię Rzymu wymaże z kart historii. Pański rozbawiony wyraz twarzy niczego tu nie zmieni — podniosła głos. — Można albo niszczyć i zabijać, albo tworzyć. Te dwie rzeczy wykluczają się wzajemnie.
— Pani wybaczy, nie zamierzam kpić z osoby, jednak to nie Alaryk, lecz król Wandalów, Genzeryk, pół wieku później, wygłosił te słowa. Nie sądzę też, aby Rzym został zniszczony tak, jak to pan Gibbon łaskaw był opisać, zaś co do cesarzowej… wiele faktów świadczy o tym, że uprowadzenie możemy uważać bardziej za polityczną decyzję niż za akt gwałtu. Jak by na to nie patrzeć, kilka miesięcy później uprowadzenie zaowocowało czymś niezwykłym, czymś, co serca wprawia w żywsze bicie, a w konsternację… rodziny panujące. Ale co do jednego zgadzam się z panią. Nie można niszczyć i tworzyć jednocześnie.
— Jednak pan niszczy, jednocześnie śniąc o lepszym świecie… nie mylę się, pan ciągle śni o lepszym świecie.
Skinął głową.
— Wierzę w ten lepszy świat. Pomimo tego, że teraz jest tak, jak jest. Że trwa wojna, że być może jutro zginę. Taka jest już natura ludzka. Potrzebuje mieć nadzieję, aby przetrwać i tworzyć. A kiedy tracimy nadzieję, próbujemy ratować chociaż cząstkę tego, co już stworzono, tego co piękne. Takie, bezowocne zdałoby się, działanie daje siłę i pozwala nadzieję odzyskać.
— Dlaczego mi pan to mówi?
— Bo pani myśli tak samo. Żyje pani nadzieją i myślę, że pani przetrwa, że zobaczy pani ten… lepszy świat, w który ja tak bardzo wierzę.
— Wierzy pan, że wygracie tę wojnę?
— Jeszcze rok temu byłem głęboko przekonany, że tak. Teraz… po prostu nie wiem. Jednak jestem pewien, że raz mamy czas herosów, a potem… czas miernoty. Naprzemiennie. Dziś, tu i teraz, panuje czas miernoty. To się kiedyś zmieni. Zmieni się prawem natury, tylko nie wolno zapomnieć… o tym co dobre, co piękne.
Milczała. Chwila wytchnienia, jaką wczoraj przyniosło jej kilka minut gry, była niby przejście do innej rzeczywistości. Gdzieś tam daleko trwała wojna, jednak przez krótki moment to nie była jej wojna. Miał rację, wczoraj gotowa była zawołać: chwilo trwaj wiecznie!
— Pan nie jest zawodowym żołnierzem?
— Nie jestem. To chyba widać. W cywilu byłem lekarzem. — Sięgnął do wewnętrznej kieszeni. — Pochodzę z dobrej pruskiej rodziny, jednak na co dzień mieszkam w Dreźnie. Proszę. — W ręku trzymał fotografię. Na kolanach czarnowłosej, na oko dwudziestopięcioletniej dziewczyny baraszkowały dwa brzdące. — To moja żona i dzieci.
— Dziękuję panu.
— Za co mi pani dziękuje?
— Za to, że wczoraj… — Opanowała drżenie głosu, bojąc się wybuchnąć płaczem. — Za to, że wczoraj zachował się pan jak człowiek honoru.

***

Dopiero kiedy kolumna zniknęła za zakrętem, Alina Stanisławicz zdała sobie sprawę z tego, że w dalszym ciągu nie wie, co będzie ostatnim obiektem zainteresowań wroga. Rozmawiała z kapitanem dobrą godzinę i jeszcze bardziej niż dnia poprzedniego poczuła szczęście zapomnienia, radość oderwania się od tego wszystkiego, co bezskutecznie usiłowała wymazać z pamięci.
Tym razem nie siadła do pianina. Najpierw przedzierali się wspólnie przez pogmatwane ścieżki losów doktora Fausta, buszując wspólnie pomiędzy wierszami i prowadząc walkę na cytaty z całej twórczości Goethego. Później, kiedy poruszyła temat malowidła Jakuba Tissota, przedstawiającego Doktora i Małgorzatę w ogrodzie, rozpoczęli fascynujący dyskurs o sposobach wyrażania uczuć, o tym, jak czynili to dawni mistrzowie, i z jakim skutkiem. Okazało się, że choć lekarz z zawodu, kapitan początkowo studiował historię. Jego przewaga, kiedy schodzili na tematy związane z dziejami świata, była bezdyskusyjna, ale niedoszła absolwentka filologii romańskiej, z wiedzą, poszerzoną rocznym pobytem w Paryżu, dotrzymywała pola, gdy przychodziło do rozmów na temat literatury czy malarstwa. Musiała przyznać, że hauptmann Weissberg nie był jedynie dżentelmenem "na pokaz". Kiedy zorientował się w intelektualnych możliwościach swojej rozmówczyni, tematów, w których Gibbon czy Mommsen mieliby coś do powiedzenia, starał się unikać tak, jak to tylko możliwe. Kapitan był dżentelmenem w każdym calu.
Wnętrze salonu sprzyjało dyskusjom. Kilka obrazów na ścianach, kredens wypełniony resztkami porcelany, niekiedy jeszcze osiemnastowiecznej, meble naruszone przez ząb czasu, a przede wszystkim przez dwie poprzednie wizyty wermachtu i coś jeszcze, coś, co dziedziczka przejęła po swoich przodkach, co ciężko było ująć słowami, sprawiały, że niedoszły historyk zanurzał się w wymianę myśli, niby w źródlaną wodę, która zdolna jest zmyć wszystko, czym obrasta dusza ludzka po czterech latach wojny.
Głośny wrzask kaprala wyrwał ją z błogiego zamyślenia. Wyjrzała na dziedziniec. Janka, wraz z małym Jasiem przy boku, siedziała pod zadaszeniem piwniczki i obierała ziemniaki. Jeden z żołnierzy grzebał pod maską łazika. Pełniący obowiązki dowódcy, przywołał drugiego do pomocy. Odruchowo zlokalizowała, w których miejscach wystawiono warty. Nic się nie działo. Musiała przyznać, że obecna wizyta Niemców znacznie różniła się od dwóch poprzednich. Zachowywali się spokojnie, nie mówiąc już o rabunku czy dewastowaniu obejścia. Porządek, jaki panował w zajętej przez wroga kuchni, był przysłowiowy — niemiecki. Zdawała sobie rzecz jasna sprawę, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Równie dobrze, opuszczając dwór, mogli puścić z dymem całe obejście i wieś. Wprawdzie z dotychczasowych rozmów, jakie wiodła z hauptmannem Weissbergiem, nic takiego nie wynikało, jednak pomimo wytwornych manier i naturalnej ogłady, jedynie urodzonym arystokratom właściwej, osoba oficera wywoływała w niej głęboki niepokój. Kapitan należał do osób, które nie zwykły okazywać uczuć. Gdyby nie byli ulepieni z tej samej gliny, jego melancholijny uśmiech odbierałaby jako formę okazywania swojej wyższości. Tymczasem on, chociaż wyższości nie okazywał, był niczym gładka ściana, na którą spoglądając, trudno dopatrywać się spękań czy choćby rysy niewielkiej. Ponadto przyznać musiała, że posłuch, jaki miał u swoich żołnierzy, budził podziw u kobiety, która na przestrzeni ostatnich dwóch lat, część życia spędziła w karnym oddziale Armii Krajowej, oddziale prowadzonym żelazną ręką. Zaraz po wrześniu jej brat, zwany przez przyjaciół Stalowym Kazikiem, a przez podwładnych majorem Bestem, przedostał się do Rumunii i potem od razu do Anglii. We Francji nie walczył. Zamiast tego, przeszedł szkolenie właściwe oddziałom specjalnym. Później, zrzucony w okolicach Paryża, wykonywał coś, o czym powiedzieć nie chciał i przedarłszy się przez Trzecią Rzeszę, dotarł w rodzinne strony. Ten ostatni wyczyn nie był akurat szczególnie trudny dla kogoś, mówiącego po niemiecku jak rodowity berlińczyk i zaopatrzonego w dobre dokumenty.
Do diaska! Już po raz wtóry pogrążyła się w myślach, kiedy trzeba było działać. Janina, obrała ziemniaki i ruszyła w stronę czworaków. Alina z koszem w ręku, podeszła do miejsca, gdzie poniewierały się obierki i resztki kartofli. Była to rzecz cenna, zważywszy, że w głębi lasu funkcjonowało gospodarstwo, w którym stadko niezaewidencjonowanych prosiaków, ciągle domagało się jedzenia.
Usiadła, wyszukując wszystkiego, co mogłoby posłużyć świniom za pokarm i nadstawiając uszu. Niestety, rozmowa, którą toczyli żołnierze, grzebiący pod maską auta, tyczyła się przybytków rozpusty, jakie zaliczyli w ciągu ostatnich kilku lat. Pikantne szczegóły nie były tym, co dwudziestoczteroletnia dziewczyna pragnęła usłyszeć, tym bardziej, że jak do tej pory nie zdążyła jeszcze poznać owych rozkoszy, o których dwóch sołdatów z lubością rozprawiało.
— A siostra Hansa to już pewno urodziła.
— Ciekawe (...) gdzie ona złapała (...) tego bachora
— (...) usiądź sobie gołą dupą w pokrzywach i (...) powiedz od której cię boli najwięcej. — Zarechotali zgodnie.
— (...), pasek (...) się (...) — Najwyraźniej zlokalizowali pod maską jakiś poważny problem.
— (...)
— Kapitan będzie zły.
— Stary zawsze jest zły. Ale jak nie twoja wina, to jaj ci nie urwie.
— Skąd on się tu wziął? Takich twardzieli to na wojnę z Ruskimi wysyłają.
— Jego już nie wyślą. Pod Moskwą oberwał kulę. Mówili, że prawie nogę mu urwało. Jak się z tego wykaraskał, nie wiadomo, ale kiedy dobrze popatrzeć to widać, że coś z nim nie tak.
Alina od razu zauważyła, że kiedy żołnierze zeszli na temat dowódcy, przekleństwa urwały się jak nożem uciął. Więcej szczegółów z życia hauptmanna Weissberga już nie poznała, za to mogła stwierdzić, że obrazki z życia żołnierza na zapleczu wschodniego frontu, przypominają te, które miała okazję obserwować w swoim bezpośrednim otoczeniu. Z dalszej rozmowy dowiedziała się, że zima na wschodzie jest (...), (...) i bardzo (...) mroźna, że gwałcenie rosyjskich kobiet nie zawsze bywa bezpieczne, że tego, czym żywią się ruskie sołdaty, to nawet pies nie tknie, i że (...) czasem lepiej jest wystrzelać całą wieś i żyć, niż cackać się z tymi, którzy wbiją nóż w plecy, gdy się tylko odwrócisz.
Do czworaków weszła, minę mając nietęgą. Nie udało jej się niczego dowiedzieć, a czas płynął.
— Co to znaczy? — Janka łamaną niemczyzną przytoczyła kilka zwrotów. Alina ożywiła się. Zaczęły składać w całość to, co usłyszała szwagierka. Janina Stanisławicz ledwie rozumiała niemiecką mowę, jednak pamięć miała dobrą. Po kilku minutach wiedziały, że ostatnim obiektem będzie most na Wieprzu. Alina myślała gorączkowo. Do drogi na Lublin, kolumna będzie musiała przebyć wąwóz, zwany przez partyzantów Czarcią Jamą. To było takie miejsce, gdzie Kazimierz skutecznie przeprowadzi atak... jeżeli będzie musiał. Oby nie musiał... ale wreszcie mogła działać.
— Gieniu!
Dziewczyna zjawiła się natychmiast.
— Wezwij Macieja.

***

Usiadła na krześle. Jeszcze pięć minut temu, kiedy wykonywała i wydawała rozkazy, była pełna energii. Teraz znowu czuła się słaba i osaczona. Kapral na dziedzińcu wydzierał się ochrypłym głosem, z zachodu nadeszły chmury i zasłoniły słońce. Wyobraźnia podsuwała kolejne obrazy. Zawsze starała się przed tym bronić, jednak rzadko kiedy wychodziło. Walka, huk wystrzałów, krew, śmierć. Znała to z własnego doświadczenia, ale mniej się obawiała, dzierżąc Stena w garści. Mniej się obawiała, kiedy obok miała ludzi z lasu, a przed sobą zadanie do wykonania. W oddziale, pomimo że ciężko i niebezpieczne, żyło się lepiej. Oddział jednak nie był miejscem dla niej przeznaczonym. Większość zawieruchy wojennej spędziła we dworze. Chociaż starszy brat miał się dobrze i działał w pobliżu, od śmierci Jerzego, tytułowano ją panią dziedziczką. Nieliczni wiedzieli, że Kazimierz Stanisławicz w ogóle żyje. Jeszcze mniej osób wiedziało, że wrócił w rodzinne strony. Major Best był w okolicy postacią nieco mityczną. Otaczał się oddanymi ludźmi. Mało kto go widział. Niemcy nawet zastanawiali się, czy taki ktoś istnieje. Dlatego też Alina chcąc nie chcąc była panią dziedziczką i robiła wszystko co możliwe, czasem to co niemożliwe, aby ci, którzy oddali się pod jej opiekę, mogli przetrwać. Już nie myślała o przetrwaniu całej wojny. Takie myśli potrafiły zabić. Przetrwać do jutra, do pojutrza, góra tydzień. Organizm sam wytwarzał mechanizmy obronne. I strach, ciągły strach, którego nie miała nawet komu okazać. A teraz bała się jeszcze bardziej. Dojdzie do bitwy. Na pewno dojdzie. A Weissberg nie jest głupim szwabem, takim, co da się złapać w pułapkę. Jego oddział, to nie zbieranina volksdeutschów. Potrafiła ocenić żołnierza. Im huk wystrzałów nie odbierze ochoty do walki. Śmierć. Znowu przyjdzie śmierć. I znowu ktoś przyniesie wiadomość o ludziach, których już więcej nie zobaczy. Bała się, a zarazem działała jak automat. Ktoś inny, obcy, ktoś, kogo Alina Stanisławicz nienawidziła całym sercem, kierował jej rękami, jej oczyma, umysłem. Teraz kazał wstać i z satysfakcją spojrzeć w okno. Best żądał informacji, a ona nie mogła zawieść brata.
Ze swojego pokoju na poddaszu widziała, jak Antek od Maciejów wyprowadza konia. Stępa, powoli, tak aby nie zwracać uwagi, rusza w pole. Dopiero kiedy zniknie za drzewami, pogoni jak błyskawica, dotrze do oddziału i przekaże wiadomość.

Tagi:

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2191

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#2 » 18 cze 2015, o 21:24


Lampy naftowe równym blaskiem rozpraszały mrok salonu. Na ścianie, nad kredensem, wisiał portret dwóch mężczyzn. Obaj panowie przyodziani w tradycyjne dziewiętnastowieczne stroje. Starszy siedział w fotelu, młodszy stał z tyłu. Artysta dobrze uchwycił podobieństwo. Nawet dla przygodnego obserwatora nie uchodziło wątpliwości: ojciec i syn. Powściągliwą elegancję całości zaburzał prawy dolny róg obramowania. Materiał był mocno spękany, brakowało znacznego fragmentu. Przed rokiem żołdak zerwał malowidło ze ściany i cisnął o ziemię. Dobrze, że płótno wytrzymało. Rodzinna pamiątka wróciła na miejsce, a uszkodzona rama czekała na lepsze czasy. Nad pianinem kolejny portret: mężczyzna na koniu z szablą w zaciśniętej garści. Kaftan i koszula rozpięte pod szyją, odsłaniały ryngraf w kształcie półksiężyca — Tomasz Stanisławicz. Pradziad panny dziedziczki, poległy w powstaniu styczniowym, został uwieczniony pośmiertnie przez artystę niższych lotów. Malowidło odbiegało poziomem od innych. Można było śmiało rzec, że figura konia nie wyszła malującemu, jednak cała scena zwracała uwagę niesztampowym ujęciem postaci jeźdźca. Na przeciwległej ścianie pusty gwóźdź i wyraźnie jaśniejszy fragment tynku świadczyły, że niedawno jakiś obraz w tym miejscu wisiał. Istotnie, jeszcze pół roku temu ścianę zdobił wizerunek konnego rycerza w turniejowej zbroi. Potem oddział wermachtu wtargnął do rodowego gniazda Stanisławiczów. Choć artystycznie najsłabsze i najmniej wartościowe, malowidło spodobało się dowódcy i prawem silniejszego zmieniło właściciela. Od tamtej pory miejsce straszyło pustką za to dalej, nad komodą, dziewczyna podawała ułanowi dzban, spojrzeniem obiecując to, przy czym nawet ułańska fantazja mogłaby się okazać niewystarczająca.
Weissberg stał naprzeciwko tego ostatniego obrazu, kontemplując śmiałe pociągnięcia pędzla i prawdziwie mistrzowskie oddanie zarówno figury konia jak i ludzkich postaci. Alina weszła do salonu. Starała się poruszać cicho, tak, aby oficer jej nie usłyszał.
— Podpis nie pozostawia wątpliwości — odezwał się, jednak wyczuwając obecność dziedziczki. — Mistrza Kossaka własną ręką namalowane. Mistrza zarówno pędzla, jak i siodła. Mistrza dyplomatycznej odmowy również.
— Mojemu ojcu mistrz nie odmówił. — Tym razem ironiczny uśmiech oficera spowodował, że panna Stanisławicz nieco się zaperzyła.
— Jednak cesarzowi Wilhelmowi drugiemu, nie chciał ofiarować swoich usług.
— Mówiono, że gubernatorowi Frankowi również.
Kapitan wzruszył ramionami.
— Jeżeli jest to prawdą, odważny musi być z niego człowiek.
— Był — sprostowała Alina. — Zmarł niespełna rok temu.
— Gdyby nie wojna, gdyby nie wszystko, co miałem okazję widzieć i robić na przestrzeni ostatnich lat, powiedziałbym, że to wielka strata.
— Bo to jest wielka strata. Czy wojna coś zmienia?
— Zmienia. Zbyt wielu odeszło. Pojęcie "wielka strata" zdewaluowało się. Może oznaczać wszystko, może również nic nie oznaczać. Kiedy śmierć towarzyszy nam na każdym kroku, takie słowa tracą sens. Wiele z tego, w co ja wierzyłem, w co pani wierzyła, straciło sens. Wolno jedynie popatrzeć i podziw wyrazić. Docenić piękno zawsze warto, nawet w obliczu śmierci.
Alina nic nie odrzekła. Siedziała w fotelu i przyglądała się swojemu rozmówcy. Musiał mieć około czterdziestki. Gdyby nie jasne włosy, pasemka siwizny byłyby już zapewne widoczne. Jego rysy przypominały nieco rzymskie posągi, ale wzrost wyraźnie powyżej stu osiemdziesięciu centymetrów, wskazywał na cechy typowo germańskie. Faktycznie, rację mieli żołnierze. Utykał na prawą nogę, jednak sztywny, choć niewymuszony sposób bycia, czynił tę przypadłość prawie niezauważalną.
— Zastanawiam się — przemówił po chwili milczenia — co mistrz miał na myśli, tworząc postać dziewczyny.
— Pan powinien to lepiej rozumieć. — Alina zarumieniła się lekko.
— Rozumiem, jednak dziwię się, że galeria szanownych przodków waszmościanki została uzupełniona takim właśnie malowidłem.
— Oskar Wilde powiedział, że sztuka nie znosi osądów moralnych.
— Oceniam wyłącznie w kategoriach estetycznych, ale zgadzam się z panią. Sztuka nie znosi osądów moralnych. Z drugiej strony, wcale nie oznacza to, że takich osądów czynić nie należy. Powiem więcej, jeżeli tezę Wilda przyjmiemy za imperatyw, wówczas możemy dojść do wniosku, że takich osądów czynić nam nie wolno. Stąd już prosta droga do gloryfikacji tego, co złe w człowieku.
Zauważyła, że przed nazwiskiem nie było, dodawanego zazwyczaj przez Weissberga, słówka "pan". Postać angielskiego krytyka, najwyraźniej wzbudzała w kapitanie uczucia umiarkowanie przyjazne. Może nie przepadał za Anglikami, a może po prostu, tak jak większość mężczyzn z jej otoczenia, brzydził się homoseksualizmem.
— Ja postrzegam te słowa — powiedziała po głębokim namyśle — jako formę wyzwania. Trudno jest oceniać piękno w kategoriach etycznych. Jeszcze trudniej, sformułować swoją ocenę, aby stała się powszechnie zrozumiałą. Dużo łatwiej jest patrzeć, słuchać, zachwycić się... Zapomnieć.
Stukot butów w sieni i pukanie do drzwi rozległy się na przekór słowom dziedziczki. Wojna nie dawała o sobie zapomnieć. Wszedł adiutant i zameldował o nawiązaniu połączenia. Kapitan przeprosił i zniknął za drzwiami. Dobra okazja, aby dowiedzieć się, co Niemcy zamierzają robić w najbliższym czasie. Nie, okazja dobra nie była. Dwóch żołnierzy stojących w sieni i kilku następnych na dziedzińcu, praktycznie uniemożliwiało podsłuchanie rozmowy. Cała energia po raz kolejny opuściła pannę Stanisławicz. Opadła na fotel i spoglądała ni to w dal, ni na Kossakowe malowidło, które po wyjściu Weissberga, stało się jednym z wielu przedmiotów zdobiących salon. Kiedy przyszedł po kilku minutach, uświadomiła sobie, że zwyczajnie czekała na niego, czekała aby wrócił. Skarciła się w duchu i przybrała surowy wyraz twarzy, tym czasem kapitan, nie patrząc na swoją rozmówczynię, podszedł do komody.
— Non omnis moriar. W ostatniej chwili mistrz Wojciech mógł śmiało o sobie powiedzieć — powrócił do przerwanej dyskusji.
— Tylko pozazdrościć. — Można by rzec, że siły na nowo wstąpiły w Alinę. — Dla kogoś, kto stanowi jedynie trybik w machinie, taki stan ducha wydaje się nieosiągalny. Czy pan, albo ja, będziemy zdolni w ostatniej chwili powiedzieć, że nie całkiem się odchodzi?
— Nie trzeba tworzyć, aby coś po sobie zostawić. — Weissberg się zawahał, zanim podjął temat. — Potomstwo. Każde życie można przedłużać w nieskończoność. Proszę popatrzeć na swoich przodków. — Wskazał podwójny portret na ścianie. — Wydaje mi się, że ludzie żyjący przed wiekiem, mieli tę prawdę mocno zakodowaną. O wiele mocniej niż my, współcześni.
— Kocha pan? — Alina po raz kolejny pomyślała, że nie powinna o to pytać, że nie kontroluje tego co mówi, i że kiedy ta rozmowa dobiegnie końca, będzie sobie po raz kolejny czynić wyrzuty, ale jej rozmówca wcale nie wydawał się uważać pytania za niestosowne. Choć nieprzenikniony wyraz twarzy pozostał, jego głos zabrzmiał inaczej.
— Tak, kocham, jednak dopiero, kiedy urodził mi się syn, zrozumiałem, jak bardzo można pokochać. Czasem czuję się winny, wobec żony, wobec córki. Ja nie potrafiłem dać im takiej miłości, na jaką zasługują, ale... to jest silniejsze ode mnie. Może taka jest naturalna kolej rzeczy? Jesteśmy małą częścią tego świata i nasze życie powtarza się w dzieciach. Ja mam nadzieję, że moje życie zostanie powtórzone w Arnoldzie, w moim synu. Tak właśnie powinno być.
— Dlaczego mi pan to mówi?
— Przecież sama pani zapytała.
— Przepraszam. — Dziewczyna spuściła wzrok.
— Czy mógłbym mieć prośbę?
— Słucham.
— Chciałbym, aby pani zagrała. Tak, jak przedwczoraj. Nie pozwolić na zatracenie tego, co piękne. To równie dobry sposób na pozostawienie czegoś po sobie.
Alina bez słowa otworzyła drzwi komody. Zaczęła przebierać między zeszytami. Sonata Księżycowa? Nie, tu i teraz nie zagra czegoś, co napisał Niemiec, choćby to nawet był ten największy z największych. Poza tym, na świecie było wystarczająco wiele osób, które nie pozwolą na zatracenie spuścizny Ludwiga van Beethovena. Wyjęła nieco podniszczony egzemplarz. Zasiadła do pianina.
Tym razem salon wypełniło oczekiwanie. Cierpliwe oczekiwanie kobiety, która żyje po to, aby czekać. Czekać na nieznane uczucie, na tę chwilę, kiedy ma się pewność, że niepojętym cudem natury, pod sercem budzi się nowe życie. Pomieszanie radości z niepokojem. Palce prawej ręki musnęły klawiaturę gestem, którym oczekująca delikatnie dotyka swego ciała, pragnąc wyczuć pierwszy ruch, pierwszą radość, pierwszy sygnał nieśmiertelności.
Czekać, kiedy na nowo przyjdzie poznać samą siebie. Czekać, kiedy na nowo będzie się poznawać świat, który zostanie odmieniony obecnością małej istoty. Na nowo zrozumieć, jak bardzo pokochać można.
Salon wypełniło oczekiwanie kobiety znużonej, pragnącej usiąść na szezlongu z dzieckiem na kolanach. Takiej, która dla bezbronnej duszy, gotowa stworzyć miejsce bez wojny, bez gwałtu, hermetyczne schronienie, które otuli wszystko kokonem absolutnego zaufania i wiary w to, że na zewnątrz są jedynie bajki, opowiadane szarą godzinką w nikłym blasku dogasającego kominka.
Salon wypełniło oczekiwanie stojącej w oknie, patrzącej gdzieś tam w nieznane. Pokorne oczekiwanie na to, co los przyniesie, na to, co już się wydarzyło, dokonało, tak że jedynie czekać pozostało i w owym oczekiwaniu odnajdywać sens życia.
Oczekiwanie...
— Niech zgadnę, to znowu Fryderyk Chopin? — Hauptmann Weissberg przerwał długie milczenie.
— Nie zgadł pan. — Ledwo wyczuwalna nutka tryumfu zabrzmiała w głosie dziedziczki. — To napisała Tekla Bądarzewska. Utwór nazywa się Agnieszka... — Tym razem dałaby głowę, że przez twarz kapitana przebiegł skurcz. Siedział, zatopiony we własnych myślach. Nieobecny.

***

Nocą wszystko widać inaczej. Nocą jeden strach znika, jednak pojawia się następny, taki, który trudniej rozumem ogarnąć. Nocą pojawia się strach, przy którym trudniej nad myślami zapanować. Psy gdzieś szczekały... to głośniej, to ciszej. Oczy panny Aliny przywykły do ciemności. Księżyc świecił jeszcze daleki od pełni, powoli zmierzając ku zachodowi.
Wojna była wszędzie. Świat był wojną. Świat był jak głęboki skalny wąwóz, w którym tylko jeden kierunek, jedna droga...
Wołanie!
Słowa odbiły się echem, którego nikt nie usłyszał.
Świat był jak szczelina skalna, wąska i zimna, w której nie ma miejsca aby pójść w inną stronę, w której nawet zawrócić nie sposób. Świat nie zostawiał wyboru tym, którzy postanowili przejść przez życie z podniesioną głową.
Psy gdzieś szczekały... to głośniej, to ciszej. Oczy przywykły do ciemności. W świetle księżyca, bezgłośnie, w tajemnicy przed tymi, których kochała, dwie łzy stoczyły się po twarzy panny Aliny.

***

Żołnierze w pośpiechu wskakiwali na ciężarówki przynaglani, zwykłymi w takich momentach, okrzykami kaprala. Wszyscy we dworze odczuwali ogromną ulgę. Udało się przeżyć kolejny tydzień wojny. Nikt nie zginął, nikt, ranny czy chory, nie walczył o życie. Noce stawały się coraz cieplejsze a słońce grzało długo. Czegóż więcej można było chcieć od życia wiosną, roku pańskiego tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego? Że do garnka nie mieli co włożyć? Ci, którzy pamiętali głód, który wielka wojna pod koniec drugiej dekady przyniosła, jedynie wzruszali ramionami. W ich wsi nikt jeszcze z głodu nie umarł. "Szwabskie kule szybsze głodu" jak mawiał stary Maciej.
Inżynierowie ładowali swoje walizki do odkrytego pojazdu. Wielki Madziar puścił całusa do Janki i Gieni, stojących w drzwiach czworaków. Pani Stanisławiczowa z trudem zachowywała powagę, ograniczając się do skinienia głową, za to Gienia uśmiechnęła się szeroko... chyba pierwszy raz od czasu, kiedy zastrzelono jej matkę. Hauptmann Weissberg podszedł do inżynierskiej limuzyny i rozmawiał z wysokim. Po chwili obaj panowie skierowali się w stronę dworu.
Alina odstąpiła od okna. Wszystko wskazywało na to, że nadszedł moment oficjalnego pożegnania. Nie było jej lekko na duszy i tylko szybko upływający czas sprawił, że wreszcie przestała się zastanawiać, czym ów dziwny stan został spowodowany.
— Pani pozwoli, że się pożegnamy — Wenzel skinął głową tak, jak to mieli we zwyczaju czynić wojskowi. — Jesteśmy wdzięczni za gościnę.
Dziękował dobre pół minuty. Jak na człowieka z natury małomównego, tyrada była długa, wręcz kwiecista. Jednak słowa inżyniera jakoś omijały głowę panny Aliny. Czekała? A może na nic nie czekała? Dziwny był to stan umysłu pomiędzy czekaniem i nieczekaniem. Dopiero kiedy inżynier zamilkł, zdała sobie sprawę, że jednak czeka... na dźwięk głosu, na słowa, na melancholię uśmiechu. Zdała sobie sprawę, że jeszcze raz pragnęłaby uciec od wszystkiego, co ją otacza. Uciec do miejsc nienazwanych, gdzie myśli łączą się w poszukiwaniu tego, co piękne, tego, co nie przemija. Jeszcze jeden, ostatni raz.
Tymczasem hauptmann Weissberg błądził wzrokiem po ścianach, gdzie przeszłość mieszała się z teraźniejszością. Nad czym myślał? Alina wiele by dała, aby poznać, co siedzi w głowie człowieka, który wprowadzając tyle zamętu, tyle strachu do jej niespokojnego świata, potrafił na krótką chwilę, uczynić go prostym i uporządkowanym, takim, w którym ona umiała odnaleźć sens życia. Kiedy Wenzel skończył przemawiać, oficer dał znak wzrokiem. Spojrzenie, uzupełnione nieznacznym skinieniem głowy, brzmiało jednoznacznie: proszę zostawić nas samych.
Tak było lepiej.
— Wędruję przez życie i niekiedy coś zostawiam za sobą.
Kapitan mówił cicho, jakby słowa miały intymny charakter i zostały przeznaczone wyłącznie dla uszu panny Stanisławicz. Dla nikogo więcej.
— Jest kilka miejsc, do których pragnąłbym wrócić. Pani dom, panno Alino, jest właśnie takim miejscem.
— Tak. Coś pan z pewnością pozostawił — wyszeptała dziedziczka spuszczając oczy. — Trudno mi będzie przejść koło tego czegoś... obojętnie. Wierzy pan, że się jeszcze spotkamy?
— Bardzo bym pragnął, jednak sama pani przyznała, że każde z nas stanowi jedynie trybik w machinie, a losu odgadnąć nie potrafimy. Możemy jedynie zabrać ze sobą te pragnienia, o których nie jesteśmy w stanie zapomnieć. Wydaje mi się, że to cenna rzecz... na końcu drogi.
— A pan? Jakie pragnienia wywozi pan z mojego domu? — Usiłowała spojrzeć mu w oczy, ale nie potrafiła.
— Naprawdę chciałaby pani usłyszeć? Może lepiej marzenia pozostawić nienazwane. One przecież, bez zbędnych słów, marzeniami w nas pozostaną i nawet po latach nic nie stracą ze swojego blasku.
— Pozostawiać marzenia nienazwane to tak, jakby... jakby uciekać przed tym, czego się pragnie najbardziej. — Do diaska! Cały czas odważnie, niekiedy wyzywająco, mierzyła się wzrokiem ze swoim rozmówcą, a teraz...
— Pani woli gonić swoje tęsknoty. Prawda? A potrafi pani je nazwać?
Przemogła się. Podniosła wreszcie głowę. Spojrzenie miała szalone.
— Jak pan uważa kapitanie. Zostawmy bez słów to, co musi w nas pozostać. Tworzenie czytelnych aluzji? — Podeszła do pianina i otworzyła wieko.
Pierwsze takty Sonaty Księżycowej popłynęły szybciej, niż grano ten utwór zazwyczaj. Tak, jakby trzeba się było spieszyć, jakby niewiele czasu pozostało na to, co musi zostać powiedziane. Muzyka płynęła marzeniom podobna, myślom i westchnieniom, które jednej tylko osobie przeznaczone. Przed takim marzeniem niepodobna uciekać, bo ono i przestrzeń, i czas cały dla siebie zabiera, a kiedy już zasłuchany sam staje się marzeniem...
Muzyka płynęła niby dwa spojrzenia, które poszukując, niespodziewanie zwarły się w szalonej chwili zapomnienia i pragną przekazać to, czego słowami powiedzieć nie sposób, to, co człowiek, przed sobą samym zwykł ukrywać głęboko. Od takiego wyznania odwrócić się niepodobna, bo ono wedrze się do serca, choćby nawet najbardziej niezłomne zasady na przeszkodzie stały, a kiedy zasłuchany pozna już tajemnicę…
Muzyka płynęła niby szelest opadającej na ziemię sukienki, powolna jak ciało mocnymi dłońmi ujęte, brzmiące swą własną melodią szczęścia. Tam, gdzie na jawie wyznaczone granice, ludzie jako nieprzebyte postrzegać zwykli, świat wyczarowany palcami panny Aliny, zdawał się nie mieć żadnych granic, żadnych barier, odsłaniając przestrzenie, w których pragnienie, kochanie i spełnienie jednym akordem brzmią, jedną nazwę mają.

***

Dla osób postronnych pani Janina Stanisławicz stanowiła nie lada zagadkę, chociaż mało kto gotów był powiedzieć, że jest to osoba niezwykła. Jej gniew, miłość, smutek czy radość wydawały się odnosić wyłącznie do szarej codzienności, tak, jakby wojna była czymś niegodnym uwagi. W przeciwieństwie do siostry swojego męża, potrafiła ukryć strach. Była to umiejętność bardzo przydatna, zwłaszcza dla kogoś, kto całą energię poświęcał wychowaniu dzieci. Zarówno Ignaś jak Benjamin, woleli bawić się z ciocią Alinką, jednak kiedy przytrafiło się nieszczęście, obaj biegli do mamy. Ta, w odniesieniu do wszystkich problemów, jakie mogły być udziałem trzyletniego brzdąca, wydawała się stanowić instancję ostateczną.
Alina zazdrościła i podziwiała spokój szwagierki. Ona sama doświadczała podobnego uczucia bardzo rzadko, wyłącznie w momentach, kiedy do dworu zajeżdżał Kazimierz, najlepiej w licznym, uzbrojonym po zęby towarzystwie. Wtedy przestawała być dziedziczką. Mogła stanąć z boku. Na swoim miejscu. Wtedy, choć tylu bliskich nie było już na świecie, miała wrażenie, że życie powraca w koleiny normalności.
Żona Kazimierza Stanisławicza dobrze zdawała sobie sprawę z rozterek panny dziedziczki, jak również z przyczyny takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, miała zupełnie inne problemy, bardzo dalekie od tych, które dla Aliny były chlebem powszednim. Po drugie, była połową, jej mąż mawiał "lepszą połową", i chociaż Kazimierz zazwyczaj był nieobecny, jeszcze ten ktoś jedyny istniał na świecie… ojciec jej dziecka… jej dzieci. Łatwiej było zamknąć oczy i tkwić obok rozlewu krwi, śmierci i podłości, jaką wojna w ludziach wyzwoliła. Łatwiej, wcale nie oznaczało, że łatwo. Chociaż nigdy nie zdobyła się na odwagę, aby powiedzieć mężowi wprost, czuła się winna. Pani Janina Stanisławicz czuła się winna tego, że kilkunastu mieszkańców bliższej czy dalszej okolicy, jej sąsiadów, ludzi, których nieraz dobrze znała, leżało dziś na cmentarzu. Wszyscy zginęli z rozkazu męża. Jej męża! W trzech przypadkach mówiono, że Stalowy Kazik osobiście pociągnął za spust. Pani Janina czuła się winna tego, że pod lasem, kilku ludzi, przez parę dni, wisiało na szubienicach. Ptaki ponoć wydziobały im oczy i dopiero proboszcz skrzyknął chłopów ze wsi. Poszli, pochowali nieszczęśników, jednak wątpliwości Janiny nie spoczęły wraz ze skazańcami pod ziemią. To nic, że powieszeni byli zwyczajnymi kryminalistami, mordercami, parszywymi gnidami, terroryzującymi i grabiącymi okoliczną ludność. W oczach Janiny, śmierć zrównała ich z wszystkimi tymi, którzy odeszli i… czuła się winna. To, co obciążało jej sumienie, wyliczać mogła długo. Nie potrafiła wzorem szwagierki powiedzieć sobie, że tam, gdzie działają grupy podległe Majorowi Bestowi, nie ma miejsca dla zdrajców i łotrów.
Teraz wszystko zmierzało ku lepszemu. Niemcy się wynieśli, a oni powracali do swojego domu. Nareszcie. W pokoju, gdzie radiotelegrafiści urządzili sobie lokum, unosił się jeszcze zapach tanich papierosów, jednak wszystko pozostało na swoim miejscu. Żaden sprzęt nie został uszkodzony, żaden drobiazg nie zaginął. W budynkach, które przed wojną robotnikom sezonowym służyły za mieszkanie, w czasie wojny partyzantom za koszary, a które jeszcze przed godziną wypełniał nienawistny gwar weissbergowego oddziału, jedynie nieporządek świadczył o wizycie. Kuchnia takoż wydawała się nienaruszona, mimo to Janina Stanisławicz wiedziała: nie wszystko jest w porządku. Wystarczyło, że spojrzała na twarz szwagierki.
Przyzwyczaiła się, że czas wojny wymaga, aby to, co musi zostać niedopowiedziane, milczeniem pozostało. Na przestrzeni ostatnich czterech lat nawykła do milczenia. Żelazna reguła niezabierania głosu była niczym jedenaste przykazanie, jednakowoż skutkowała jeszcze większą czujnością, jeszcze większą wrażliwością na każde spojrzenie, westchnienie, na każdy, najdrobniejszy nawet sygnał, jaki docierał do uszu i oczu pani Janiny Stanisławicz. Patrząc teraz na Alinę, która myślami błądziła gdzie indziej i mechanicznie, bezwiednie, odrzucała Ignacemu piłkę, zdała sobie sprawę, że ostatnie dni nie tylko strachem, nie tylko kłopotem dnia codziennego były znamienne. Poprzedniego wieczora światło w oknach salonu paliło się długo. Dźwięki pianina i utwór, który dla dziedziczki szczególne, niemal mistyczne, miał znaczenie, mówiły same za siebie. I jeszcze, na koniec, Sonata Księżycowa... zagrana tak, jak chyba nikt dotąd nie zagrał.
— Witamy uniżenie panią dobrodziejkę. Panienka doma?
Znajomy głos dochodzący za płotu, wydawał się ostatecznie przywracać, zaburzony przez ostatnie wydarzenia, naturalny bieg rzeczy.
Przybycie Starego Macieja i sołtysa Tadziuszczyka, pozwoliły oderwać się od ponurych myśli. Z miasta wreszcie nadeszło zawiadomienie o zbożu. Szwaby, krzewiąc pośród untermenschów kulturę rolną, co jakiś czas dostarczały chłopom ziarno niezłej jakości. Czas wojny najwidoczniej wprowadził zamęt w rozdzielnikach, bo zboże, zamiast jesienią, dotarło dopiero teraz. Tak czy inaczej wszystko trzeba było gdzieś złożyć, a w razie kontroli należało się rozliczyć. Poprzednia dostawa została skonfiskowana przez oddział Gwardii Ludowej, co dla chłopa, u którego składowano zapas, skończyło się kilkumiesięcznym więzieniem na zamku w Lublinie i utratą połowy zębów podczas przesłuchania. Tym razem, za radą Macieja, postanowiono cenny depozyt ulokować w dworskim spichrzu. Tak było bezpieczniej. Czerwoni omijali gniazdo rodowe Stanisławiczów szerokim łukiem. Ze Stalowym Kazikiem nie było żartów.
Dziedziczka ożywiła się na chwilę. Rozmowa z pogodnie nastawionym do życia Maciejem i zabawnym a rubasznym Tadziuszczykiem, jej również przywróciła poczucie normalności. Wydając polecenia, wreszcie przypominała Jance tę prawdziwą Alinę, jednak kiedy spojrzały sobie w oczy, pani Stanisławicz nie miała wątpliwości, że jej szwagierka w nocy płakała.
Ale tak to już miał do siebie czas wojny. Ocierało się łzy i powracało do spraw dnia codziennego. Monotonia życia zdawała się zabliźniać wszelkie rany, a perspektywa, że może jutro dzień będzie wyglądać podobnie, wydawała się tym, co niegdyś nazywano nadzieją na przyszłość.
W ten właśnie sposób pomyślała sobie pani Janina Stanisławicz, jednak kiedy pół godziny po wizycie Macieja i sołtysa zobaczyła siostrę swego męża, schodzącą po schodach w męskim stroju, zrozumiała, że marzenie o codzienności należy odłożyć na czas bliżej nieokreślony. Panna Alina w oczach miała determinację wymieszaną z szaleństwem. W takich chwilach nawet rozkaz Kazimierza nie był w stanie zatrzymać dziedziczki.
— Adaś, siodłaj konia! — Polecenie wydane twardym głosem sprawiło, że chłopak wyrósł jak spod ziemi i pobiegł do stajni.
Janka spojrzała na szwagierkę z wyrzutem. Ta wytrzymała wzrok, oczy jej się zaszkliły. Nie ulegało wątpliwości, że czuła się winna.
— Janeczko — powiedziała głosem cichym, jednak takim, po którym poznać było, że zdania już nie zmieni — wolę żałować teraz, niż przez resztę dni swojego życia.

***

Tętent kopyt rozbrzmiewał w polach nad Wieprzem. Po trzech godzinach szaleńczej jazdy zwolniła. Trzeba było wybierać. Pojechać lasem? Za daleko. Z drugiej strony, w miasteczku stacjonował posterunek Granatowej Policji i skrót przez pola zakrawał na czyn co najmniej nierozważny. Samotny jeździec pędzący co koń wyskoczy, zwracał uwagę, jednak zaryzykowała i pojechała. Musiała. Kobyła goniła resztkami sił, a ona czasu miała mało. Kiedy cień drzew pozwolił odetchnąć skołatanym nerwom, doszedł ją głuchy odgłos eksplozji. Zaczęło się. Czarcia Jama. Tego była pewna. Po chwili wiatr przywiał echo walki. Pojedyncze wystrzały przecinane krótkimi seriami pistoletów maszynowych, potem kilka mniejszych detonacji, jakby złowrogie echo owego pierwszego potężnego wybuchu. Przynaglony wierzchowiec posłusznie przeszedł w kłus. Walka trwała, a panna Alina goniła przed siebie, nie zastanawiając się nawet, co kieruje jej postępowaniem. Kanonada przycichła. Po jakimś czasie zaczęła narastać o wiele już bliżej. Dwadzieścia minut później las urwał się jak nożem uciął. Stała na szczycie wierzchowiny. Nikt nie strzelał, jednak szóstym zmysłem wyczuwała napięcie, charakterystyczne napięcie towarzyszące starciu, które nie zostało jeszcze rozstrzygnięte. Dokąd jechać? Rozległą szachownicę pól, tu i ówdzie pokrywały niewielkie zagajniki. Na zachodzie resztki wsi, spalonej jesienią ubiegłego roku, w dole droga na Lublin. Kępa świeżej zieleni, skrywająca Czarcią Jamę, kontrastowała z czarną, smolistą chmurą dymu, unoszącą się ponad drzewami. Można było śmiało założyć, że w wąwozie pozostały jedynie wraki pojazdów i trupy. Walka przeniosła się bardziej na południe, bliżej miejsca, w którym znajdowała się obecnie.
Co ja tutaj robię? Stojąc pomiędzy drzewami, teraz dopiero zadała sobie pytanie. Nie było czasu na odpowiedź, poza tym... czy jakakolwiek odpowiedź miałaby znaczenie? Cisza dzwoniła w uszach. Poszukała wzrokiem śladów walki. Z lasu wyłoniła się ciężarówka, za nią łazik. Poznała samochód Weissberga. Nie więcej niż kilkunastoosobowa grupa Niemców zmierzała w kierunku pojedynczego chutoru. Gospodarstwo Małaszków! Cesiek, jego kobieta i trójka drobiazgu. O Boże!
Zanim dotarli do obejścia, od strony lasu rozległy się strzały. Kilku konnych wypadło z pomiędzy drzew. Ścigani najwyraźniej nie zamierzali się zatrzymać i ostrzeliwać, mając chutor za osłonę. Pędzili na złamanie karku w kierunku traktu. Nic dziwnego. Dotarcie do drogi na Lublin, wyraźnie zwiększało szanse na ratunek. Każde inne rozwiązanie… partyzanci żywych nie biorą... tak przynajmniej mówiono niemieckim żołnierzom. Dziwnym się mogło wydawać pięciu jeźdźców ścigających grupę trzykroć liczniejszą, jednak kiedy tylko ciężarówka opuściła zabudowania, od strony drogi rozległo się przeciągłe staccato ręcznego karabinu maszynowego. Stalowy Kazik zawsze brał pod uwagę wiele ewentualności.
Samochody zahamowały gwałtownie. Ten ciężarowy zajął się ogniem. Z płonącej szoferki usiłował wyskoczyć kierowca. Przecięty serią na pół, zawisł głową do dołu. Ścigani opuścili oba pojazdy i zawrócili w stronę zabudowań. Ponad dwudziestka z tych, którzy odcięli odwrót, ruszyła tyralierą. Panna Alina spięła konia.
— Heeeeniuś — rozpaczliwe, niemal zwierzęce wycie kobiety, przebiło się poprzez karabinową palbę.
Nierówna walka dobiegała końca. Połowa Niemców została skoszona, zanim osiągnęli siedliszcze Małaszków. Kiedy Alina dotarła do chutoru, trzech przerażonych, z rękami podniesionymi do góry, stało pod stodołą. Jedynie z komórki, w zasadzie z przybudówki, przylegającej do obory czy chlewu, dwóch ostrzeliwało się jeszcze. Chwilę później stłumiony okrzyk pozwolił przypuszczać, że jeden z nich został trafiony.
— Heniuś, Jezuuuu! — Jakaś postać wybiegła z chaty.
Ktoś inny wyskoczył zza węgła, chwycił biegnącą wpół i przydusił do ziemi. Szczęściem, wymiana ognia odbywała się teraz pomiędzy komórką, a ułożonymi w sąg pniakami drzewa. Dziedziczka mogła jedynie patrzeć, jak jeden z partyzantów zakradł się z boku i przez okienko cisnął granat. Ogień z komórki ustał na sekundę przed eksplozją. Wybuch nie był wielki. Na zewnątrz wyleciały jedynie drzwi i kilka desek. Zerwało też kawałek dachu. Zanim przebrzmiało echo, postać z pistoletem w dłoni wtargnęła do środka, jednak żaden strzał już nie padł.
Ponura cisza, zapanowała nad pobojowiskiem, cisza przerywana jedynie przenikliwym skowytem Małaszkowej, matki nieszczęsnego Henia. Panna Alina sztywnym krokiem przemierzała podwórze. W ustach czuła suchość, w głowie pustkę. Duszę miała dziwnie odrętwiałą, tak jak wtedy, kiedy zastrzelono Jerzego. Szła powoli w kierunku komórki, nie zwracając uwagi na zdziwione a zarazem wściekłe spojrzenie Kazimierza. Wiedziała, że on tam jest.
Na wprost drzwi, leżały zwłoki żołnierza, który oberwał jako pierwszy. Widok był makabryczny. Wybuch granatu niemal rozerwał głowę. Mózg ochlapał wszystko dookoła. Weissberg leżał na stercie drewna twarzą w dół. Włosy miał zlepione krwią, ręce przyciskał kurczowo do piersi. Mundur, rozdarty na plecach, odsłaniał straszną ranę, w której bielały kości. Dziewczyną wstrząsnął bezgłośny szloch. Jakby w odpowiedzi, spod bezwładnego ciała dobiegło kwilenie. Jeden z żołnierzy odwrócił rannego. Ten jęknął, a oczom patrzących ukazała się drobna, zwinięta w kłębek, drżąca postać.
— He… Heniuś — roztrzęsiona matka porwała dziecko na ręce.
Chłopczyk był śmiertelnie przerażony, jednak cały i zdrowy.
Kapitan żył jeszcze. Oddech miał płytki, chrapliwy.
Łzy płynęły po twarzy dziedziczki.
Ranny otworzył oczy.
— Buszująca pomiędzy wierszami — wyszeptał i coś na kształt melancholijnego uśmiechu pojawiło się na jego twarzy.
Dłonie splotły się w gwałtownym uścisku, spojrzenia zwarły tak, jak przed paroma godzinami, jednak teraz nie ulegało wątpliwości, że nadeszła chwila ostatnia. Nagle, jakby sobie uświadomił… coś ważnego, najważniejszego, pozostało jeszcze do zrobienia. Mocniej ścisnął rękę dziewczyny.
— Syn... mój syn — wycharczał z trudem. — Proszę… proszę powiedzieć Arniemu… — Różowa piana wystąpiła mu na usta i dusza kapitana Weissberga połączyła się z duszą świata.

***

Pani Alina Stanisławicz po raz kolejny rozejrzała się dookoła. Przez te dwie godziny kiedy snuła opowieść, w parku przybyło spacerowiczów. Nikt ich jednak nie obserwował... przynajmniej nie była w stanie tego stwierdzić. Obserwował czy nie, teraz już nie wydawało się to tak istotne, jak wcześniej. Będzie co ma być. Ostatecznie przebywała tutaj legalnie i miała do załatwienia ważniejszą sprawę, niż podchody z enerdowską bezpieką. Czy sprawa została załatwiona? Popatrzyła na swojego rozmówcę. W wieku trzech lat został sierotą. Agnieszka Weissberg, żona kapitana, zginęła pod gruzami. Córeczka, ciężko ranna, zmarła kilka dni później. W styczniu czterdziestego piątego roku pięcioletni Arnold został na świecie sam. Że nie miał lekkiego życia, można było poznać po tym, jak się poruszał, jak patrzył, jak mówił, jednak odniosła wrażenie, że przez ostatnie sto dwadzieścia minut młodzian jakby urósł i zmężniał. To, czego się dowiedział, wymagało czasu, aby stać się częścią jego własnej historii. Zdawała sobie sprawę, że nie od razu...
— Dlaczego opowiedziała mi pani o tym wszystkim? — Przerwał w końcu milczenie.
— A uważasz, że nie powinnam?
— Nie wiem, czy pani powinna czy nie. Pomyślałem jedynie, że przecież mogła pani pominąć wiele szczegółów, jednak... zdecydowała się pani powiedzieć o wszystkim, nawet o tym... o czym pani nie powiedziała.
— Taka już chłopcze natura ludzka, że najważniejsze rzeczy ukrywa. Ujmując to innymi słowy: najważniejsze powinno w myślach pozostać. Ja, przez wiele lat zastanawiałam się, co kapitan Weissberg pragnął powiedzieć w ostatniej chwili. Dopiero dzisiaj zrozumiałam, że nie to było najważniejsze.
— Marzenia pozostawić nienazwane. Niech, marzeniami w nas pozostaną. — Słowa ojca mocno utkwiły chłopakowi w pamięci. — A co, oprócz marzeń, było najważniejsze? — zapytał po chwili. Jego głos zabrzmiał twardo, pewnie. Już nie wyglądał jak przestraszony konus. Alina poczuła ukłucie w sercu.
— Twój ojciec był wspaniałym człowiekiem. Trzeba, abyś to wiedział, abyś znał tę historię. Zginął, ale uratował inne życie. Ten dzieciak, dzisiaj jest już dorosłym człowiekiem… tak samo jak ty.
Na chwilę słońce przebiło się przez chmury. Resztki pożółkłych liści zazłociły się ostatnim tej jesieni blaskiem.
— Nasze życie powtarza się w dzieciach. Życie twojego ojca, twoje życie. Pamiętaj o tym.
— A pani? Pani ma dzieci?
Alina pokręciła głową.
— Nie, i już nie będę mogła mieć dzieci. Mój czas minął. O jeden raz za dużo powiedziałam sobie, że jeszcze zdążę. Moje życie powtórzy się jedynie w tych… którym coś zdołam pozostawić.
— Mój ojciec miał rację. Pani jest… buszująca pomiędzy wierszami — Arnold uśmiechnął się po raz pierwszy.
Podobieństwo melancholijnego uśmiechu było uderzające. Serce kobiety ponownie mocniej zabiło.
— A tutaj — dodał po chwili — pozostawiła pani po sobie… coś… Nawet pani nie wyobraża sobie, jak wiele.
Kobieta wstała. Podniósł się również młodzian.
— Idź już Arnoldzie Weissberg. Będę się za was modlić.
Pożegnał się krótko, ale serdecznie. Nie okazywał emocji. Ktoś kiedyś żegnał się w ten sposób.
Odchodząc, nie obejrzał się ani razu.
Dziś, tu i teraz, panuje czas miernoty. To się kiedyś zmieni.
Ktoś już kiedyś tak powiedział.
Zmieni się prawem natury, tylko nie wolno zapomnieć… o tym co dobre, co piękne.
Chłopak już dawno zniknął za zakrętem, jednak pani Alina patrzyła jeszcze długo, pragnąc obraz zachować w pamięci.


Lublin 2014

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1165

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#3 » 19 cze 2015, o 14:50

Mogę przypomnieć tylko to, co napisałem kiedyś, dawno, rok temu ponad (jak ten czas…). I miałem rację, pozostało w pamięci.

Bardzo dobrze napisany i perfekcyjnie dopracowany tekst. Wciąga i pochłania czytającego. Niepokoi i zapewne na długo pozostanie w pamięci. Znakomicie ukazana psychologia kobiety.
Moim zdaniem nie wymaga żadnych poprawek. Można się zastanawiać, na ile wydarzenia takie mogły zaistnieć. Ale sądzę, że zawarta w nim doza realizmu jest znaczna, a wysoki poziom prowadzonych rozmów przedstawiony przekonująco.

Oczywiście przeczytałem teraz jeszcze raz, z taką samą przyjemnością i głębokim podziwem, szczególnie dla stylu, klimatu i dialogów.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1962

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#4 » 19 cze 2015, o 15:51

szczepantrzeszcz pisze:albo wypalone kikuty,

Warto doprecyzować.
Przykłady.
"...sterczała w niebo kikutami ponad 80% swych budynków".
"...kalekie kikuty opalonych drzew".
"...mchem obrosłe kikuty zapomnianych nagrobków".

szczepantrzeszcz pisze: wypalone kikuty, niby blizny na ciele człowieka, który choć żywy, wciąż się zastanawia, czy może śmierć nie byłaby dla niego godniejszym wyjściem.

Kikuty to nie blizny. A poza tym, nie widzę związku.

Hanna Greń
Wydany pisarz
Posty: 237

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#5 » 22 cze 2015, o 14:53

Nie zamierzam doszukiwać się błędów. Skoro czytając, a raczej pożerając tekst ich nie zauważyłam, to znaczy, że nawet jeśli jakieś są, to nie wpływają na odbiór tekstu.
A ten jest cudowny, porywający, wywołujący wewnętrzny dygot. Jeden z tych, o których nie da się łatwo zapomnieć.
Najwięcej zawsze mówią ci, którzy nie mają nic do powiedzenia.

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2191

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#6 » 22 cze 2015, o 17:33

Hanna Greń pisze:...wywołujący wewnętrzny dygot.

Z myślą o kobietach i o kobiecym ideale pisane. Trudno o większy komplement.
Dziękuję.

Awatar użytkownika
Alchemik
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 255

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#7 » 4 kwie 2019, o 16:57

Ja przeczytałem po raz pierwszy i jeszcze długo pozostanę w zadumie.
Pewnie wrócę i postaram się coś namieszać.

Jednak utwór jest zamkniętą całością. Porusza wyobraźnię i uczy.
Ważne, że uczy.

Z podziękowaniem

J.E.S.

Dodano po 6 minutach 43 sekundach:
A' propos zrzędzenia aghatasa.
Kikuty to najwyraźniejsze blizny.
Wiem coś o tym.
Czy te na ciele człowieka, miasta, czy spalonej puszczy.

Ale niektórzy mają ochotę wypowiedzieć się nawet wtedy, kiedy nie mają nic do powiedzenia przez pustkę w swoim sklepiku spod czapeczki.

Awatar użytkownika
Mozets
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 252

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#8 » 18 kwie 2019, o 11:13

Barwne i zajmujące opowiadanie. Przeszłość, okrucieństwo wojny i na jej tle wartości, które nie ulegają kryzysowi. Oczywiście to wyjątki, które potwierdzają regułę, że wojna jest jedną z najstraszniejszych okresów w życiu państw, ludzi. Ziemiański (szlachecki) dom ukazany jest tutaj w odcieniach typowych dla tej warstwy społecznej, która reprezentowała na przestrzeni dziejów miłość ojczyny, patriotyzm, poświęcenie życia, dla obrony ideałów wolności i niepodległości. Wielkość charakteru tych ludzi nie ulega załamaniu czy nawet ugięciu w starciu z bezduszną i przerażającą machiną zniszczenia i śmierci- jaką niesie i jest wojna. Autor opowiadania interesująco kreśli zderzenie tragizmu dwojga ludzi z przeciwnych stron barykady. Ludzi wykształconych i rozumiejących bezsens sytuacji, w którą zostali wtłoczeni. A która przecież nie pozwoli im na uznanie racji strony przeciwnej.Przecież gdyby w czasie pokoju spotkali się np. w filharmonii w Dreźnie czy Berlinie, ich losy potoczyłyby się zapewne zupełnie inaczej. Wojna jednak nie pozostawia wyboru. Można uważać wodza kraju , który wysyła nas na wojnę - za szaleńca, to i tak nic nie zmieni. Można będąc oficerem odmówić dowodzenia i brania udziału w wojnie. W warunkach wojny taki oficer zostaje rozstrzelany. Ginie zupełnie "bezproduktywnie". Biorąc zaś udział w walce, może paradoksalnie, poprzez mądre dowodzenie uratować wiele istnień ludzkich ( własnych żołnierzy) i także ludzi niewinnych niczemu w tej rzezi. Może wreszcie pokazać, że nawet będąc przymuszonym - mozna pozostać wiernym swym ideałom i wychowaniu. Czyli nawet w takiej sytuacji można zachować osobistą wolność. A jak wiadomo nawet uratowanie jednego życia - to już jest zdarzenie nieporównywalne z żadnym innym. Interesująco zarysowane dialogi pomiędzy dziedziczką a oficerem Wehrmachtu. Wskazujące, że ludzie wyznający wyższe wartości potrafią się dogadać (a nawet polubić) w warunkach nawet ekstremalnych.
Zasady niezłomne jakie posiadają zmuszą ich nawet do wzajemnego zniszczenia. Które jednak nie zniszczą w nich świata wartości ponadczasowych i ponadideologicznych. Poza nimi są skazani na "buszowanie" na obrzeżach rozumu i zasad - i nie przekraczaniu cienkiej czerwonej linii oddzielającej ( w warunkach wojny) najeźdźcy od ofiary.

kpt. Marek Mozets, specjalista uzbrojenia
( przed stanem wojennym podał się do dymisji, za to nie rozstrzeliwano w roku 1981).

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2191

Buszująca pomiędzy wierszami

Post#9 » 19 kwie 2019, o 12:46

Panowie, dziękuję za wizytę.

Alchemik pisze:Ja przeczytałem po raz pierwszy i jeszcze długo pozostanę w zadumie.
Szczepan się cieszy.

Alchemik pisze:Pewnie wrócę i postaram się coś namieszać.
...i niecierpliwie czeka.

Alchemik pisze:...niektórzy mają ochotę wypowiedzieć się nawet wtedy, kiedy nie mają nic do powiedzenia przez pustkę w swoim sklepiku spod czapeczki.
Moje skromne, niekiedy brutalne, życiowe doświadczenie uczy, że w sklepikach pod czapeczką nie znajdziesz pustki. To prawda, często, chodząc pomiędzy owymi sklepikami czuję się jak Sokrates tańczący, myślę sobie (Rypcium pipcium, chodź, Ksantypciu!) ile tutaj jest rzeczy, których nie potrzebuję, a potem zauważam, że rozmówcom nie są potrzebne rzeczy z mojego sklepiku. Można oczywiście przyjąć, że cnotą jest zlizywać pył z ateńskich ulic i przejść nad problemem do porządku dziennego, ale można patrzeć... czasami coś wybrać da się.

W pierwszym podajściu uwagę zgłoszoną przez koleżankę pominąłem, ale po pewnym czasie zakradła się pomiędzy szare Szczepanie komórki (wszystkie trzy) myśl, że słowo "domów" dopisać nie zaszkodzi. Kiedy "pewnego czasu" upłynęło jeszcze trochę, słowo "domów" dodałem. Teraz mi się bardziej podoba.



Mozets, gdyby pozycja mego literactwa zależała od recenzji, "Buszująca..." siedziałaby teraz na parnasie, dumna jak paw :) Naprawdę, miło poczytać coś takiego.



A tak na marginesie, przeczytałem tekst raz jeszcze, po kilku latach. Cholera, tyle drobiazgów bym poprawił...

Wróć do „Szuflada prozatorska (formy krótkie)”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość