Śpij twardo

Stare teksty z działu Proza obyczajowa.
Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 199

Śpij twardo

Post#1 » 3 years temu

Opowiadanie inspirowane jednym z najlepszych filmów w historii kina :) tytuł tak samo, choć trochę przekręcony i spolszczony. Jak zwykle wersja nie dokończona, enjoy :)

Ireneusz Miodzik siedział na drewnianym krześle pod drzwiami z napisem „rozmowy kwal.”. Dłonie trzymał na kolanach, jak przed sześćdziesięcioma laty nauczono go podczas I komunii świętej. Od tamtego czasu zawsze, gdy miał na sobie garnitur, odruchowo składał ręce w ten sam sposób. Garnitury na jego barkach zmieniały się rzadko, bo i rzadko je nosił. Tym razem okazja była raczej pospolita. Postanowił odpowiedzieć na ogłoszenie w rubryce „dam pracę” z lokalnej gazety. Stało w nim, że płacą pięć złotych za godzinę, zawsze to jakiś dodatek do tysiąca emerytury, z którego się utrzymywał.
Drzwi otwarły się i na korytarz wyszedł wysoki mężczyzna. Przywitał Ireneusza serdecznie i zaprosił do środka. Jeszcze zanim zajęli swoje miejsca po obu stronach biurka, zaproponował kawę i herbatę. Pan Irek odmówił.
- Panie Irku, czy mogę tak się do pana zwracać?
- Ależ proszę, tak mam na imię.
- Zaaplikował pan na stanowisko stróża w biurowcu, jeśli się nie mylę.
- Tak.
- A jest pan emerytowanym leśnikiem, tak?
- Leśniczym, tak.
- Czyli chciałby pan sobie trochę dorobić na emeryturze. Bardzo dobrze. Ma pan dobry wzrok?
- Do czytania zakładam okulary, ale z daleka dobry.
Prowadzący rozmowę wstał i podszedł do ściany za biurkiem. Była oklejona zieloną tapetą i zastawiona meblami pamiętającymi kilka ustrojów politycznych. Z szuflady w komodzie z jasnej sklejki wyciągnął tabliczkę z literami różnej wielkości, taką, jakiej lekarze używają do badania wzroku.
- Proszę przeczytać litery w rzędzie trzecim od dołu.
- De be a el o...
- Dziękuję, wystarczy. Jak się panu pracuje w samotności? - Tabliczka powędrowała z powrotem do szuflady a mężczyzna zajął swoje miejsce.
- Normalnie, nie przeszkadza mi to.
- Jeszcze jedno, radzi pan sobie z telefonem komórkowym?
- Umiem zadzwonić, ale esemesa nie napiszę, chyba że w okularach.
- To wystarczy. Ma pan jakieś pytania?
- Ile płacicie? Jakie są zmiany?
- Siedem złotych brutto, a zmiany są trzydziestogodzinne. Będzie pan pracował na zmianę z dwoma kolegami, często na nocki. Odpowiada to panu?
- Nie przeszkadza.
- Pana zadaniem będzie pilnować widoku z kamer i zrobić czasami obchód po budynku.
- Może być.
- No to jak może być, to świetnie. Proszę przyjechać na oślą łączkę pięćdziesiąt dwa. To jest ulica przy trasie na Radom. Jutro o dwudziestej trzeciej zaczyna pan pracę. Jaki rozmiar koszuli pan nosi?
- Trzydzieści osiem.
- To będzie „midium”.
Mężczyzna znowu wstał i tym razem wydobył z komody złożoną w kostkę, błękitną koszulę. Wręczył ją panu Irkowi. Zaraz potem przeprosił i wyszedł na korytarz. Wrócił z kserówką umowy o pracę. Podsunął ją pod nos pana Miodzika razem z jednorazowym długopisem.
- Proszę wypełnić rubryczki i podpisać się na dole.
Pan Irek wypełnił polecenie, pożegnał się ze swoim nowym pracodawcą i wyszedł z biura. Spojrzenie na elektroniczny zegarek powiedziało mu, że zdąży jeszcze na bezpośredni autobus do domu.

Biurowiec górował nad okolicą niczym wieża oblężnicza nad średniowiecznym pobojowiskiem. Zabudowania za oknem podmiejskiego Solarisa skończyły się dziesięć minut wcześniej. Salony samochodowe i warsztaty wulkanizacji zastąpiły pola obsiane zbożami i zjazdy z trasy do małych wiosek-sypialni dużego miasta. Zacinał lekki deszcz, a na przystanku było zupełni pusto. Ireneusz wysiadł z autobusu i ruszył w kierunku przejścia dla pieszych.
Oprócz wieżowca, w okolicy nie było nic. Przechodząc przez parking, pan Irek podziwiał kilkunastopiętrowy gmach, obwieszony światełkami niczym choinka w gwiazdkę. Sterczały na metalowych wspornikach i świeciły na kolorowe ściany. Okna budynku spowijała ciemność, nie licząc ósmego piętra, na którym paliło się światło. Na miejscach oznaczonych tabliczkami towarzystwa ubezpieczeniowego stało kilka wiekowych samochodów. Pan Irek podszedł do szklanych drzwi i szarpnął za klamkę. Ani drgnęła. Gdzieś w cieniach za szybą ktoś podniósł się z krzesła. Podszedł do wejścia i otworzył je kluczem.
- Dobry wieczór – powitał Ireneusza ubrany w taką samą koszulę mężczyzna w podobnym jemu wieku – Krzysztof – dodał wyciągając prawicę.
- Irek – odparł Ireneusz i uścisnął pulchną dłoń. Jego rozmówca musiał ważyć dobre sto dwadzieścia kilo. Uśmiechał się wesoło i sapał, jakby przed chwilą przebiegł sto metrów. - Zaczynam o jedenastej.
- Wiem wiem, chodź, tu po lewo jest daszek, zapalę sobie.
Udali się pod szklany daszek utrzymywany nad ziemią przy pomocy instalacji z fikuśnie powyginanych stalowych rur, mających przypominać drzewo. Krzysztof wyjął paczkę waletów i poczęstował jednym Ireneusza, który jak się okazało zapomniał zabrać z domu papierosów.
- To jest, panie, prosta robota. Masz tu komórkę. – Podał Irkowi ceglasty telefon w gumowym pokrowcu. – I jak zobaczysz, że coś kradną albo coś, to dzwonisz na policję.
- No to prosta sprawa.
- Raz na godzinę musisz iść na obchód. Jedziesz gdzieś na piętnaste, chodzisz tam sobie, zjeżdżasz na dziesiąte, to samo, potem może gdzieś na piąte. Rozumiesz, takie tylko żeby coś tam zobaczyć, jakby się coś działo. I przekręć kluczyk w drzwiach jak idziesz. Ja zostawiam też karteczkę z numerem telefonu, żeby jak ktoś przyjdzie, a mnie nie ma, zadzwonił do mnie. Tutaj robią na nocki chłopaki z ubezpieczalni, czasami schodzą na papierosa. Jak nie mogą wejść do budynku, to do mnie dzwonią i wołają „Panie Krzysiu, panie Krzysiu...” Mówię ci, zawsze tak było, jak bieda, to do Krzycha, Krzychu zawsze pomoże... A ty też na emeryturze?
- Tak, byłem leśniczym.
- Ja byłem kierowcą, jeździłem samochodami, busami, tirami, autobusami... Moskwa, Rumunia, Hiszpania, Anglia, wszędzie. Niestety, problemy z sercem mi już nie pozwalają... Teraz sobie pracuję tutaj... No i tak to jest. Także do roboty Irku, a ja do domu. - Krzysztof przydepnął niedopałek z imponującą celnością, biorąc pod uwagę, że nie mógł widzieć stóp, przez wystający brzuch.
- A gdzie tu można kupić papierosy? Jest jakiś CPN? - Rzucił Irek w plecy szerokości dwudrzwiowej szafy.
- Nie ma nic, panie. Mogę ci zostawić kilka, to mi się kiedyś odwdzięczysz.
Irek pokiwał głową i wziął podane cztery fajki, dziękując przy tym i zapewniając, że odda. Jego zmiennik oddalił się w stronę przystanku. Elektroniczny zegarek bułgarskiej produkcji, wychylający się spod niebieskiego mankietu wskazywał pięć po jedenastej.

- A na dziewiątym, zaraz nad naszym biurem, jest producent odzieży sportowej z Niemiec. Podobno kiedyś odwiedzał ich ten typ z M jak miłość. Ten z wąsami... Jak się nazywa ten aktor?
- Nie wiem, kurwa, nie znam aktorów z M jak miłość człowieku.
Gromadka parsknęła śmiechem.
- Może ty tam oglądasz codziennie to gówno, hehe.
Śmiechy nasiliły się jeszcze trochę, wdarł się w nie ponownie ten pierwszy:
- No ale wiecie o kogo mi chodzi. I oni są nieźle dziani, panie Irku, mój kuzyn kiedyś do nich aplikował na staż i jest tylu chętnych, że nawet nie dostał rozmowy kwalifikacyjnej.
Irek uśmiechał się szeroko razem z resztą palących. Właśnie minęła pierwsza godzina nowej roboty i pracownicy ubezpieczalni zjechali na dół żeby zapalić pod metalowym drzewem. Ochoczo do nich dołączył. Było ich pięciu, a ich wiek wahał się pomiędzy dwudziestoma a wczesnymi trzydziestoma latami. Jeden z nich, zwany Jarkiem, opowiadał o innych lokatorach biurowca, podczas gdy reszta wtrącała śmieszne uwagi do jego historii. Firm nie było dużo, ale Irek i tak nie zdołał wszystkich zapamiętać. Angielskie i niemieckie nazwy umykały mu szczególnie łatwo.
Niedopałki pofrunęły na płytę parkingu, a sześć osób wróciło na swoje stanowiska pracy. Siedząc za długą, błyszczącą ladą, Irek obserwował zmieniające się cyfry na wyświetlaczu nad drzwiami windy. Zatrzymały się na ósemce. Od strony wejścia rozległo się stłumione pukanie. Irek podniósł się z obrotowego krzesła i podszedł do źródła dźwięku. Za szybą stał wysoki mężczyzna o siwych włosach. Jego czarny płaszcz współgrał z trzymanym w dłoni neseserem i rękawiczkami. Tkwiący w zamku kluczyk został przekręcony, a drzwi uchylone na tyle, żeby ochroniarz mógł dokładnie widzieć gościa. Ten popatrzył zdziwiony na pana Irka.
- Co? - zapytał. Irek ugryzł się w język, bo cisnęło mu się na usta bezceremonialne „jajco”.
- Dobry wieczór, pan do kogo?
- Do misia gogo, cieciu. Z drogi, spieszy mi się.
Nieznajomy był pewnie w wieku pana Irka, ale czas obszedł się z nim łaskawiej. Nie miał tylu zmarszczek, a delikatną skórę twarzy golił gładko, dzięki czemu wyglądał młodziej. Ale stare oczy leśniczego przywykły do określania wieku zwierząt. Ten samiec lata młodzieńcze miał daleko za sobą, a pozycję dominującą w stadzie zdobył tak dawno i walczył o nią tak często, że zapomniał jak to jest mówić ludzkim głosem.
- Tutaj taki nie mieszka. - Powiedział Irek gładząc wąs i patrząc prosto w błękitne oczy. Następnie bezceremonialnie zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz w zamku. Nie oglądając się na stojącego na parkingu mężczyznę wrócił spokojnym krokiem za ladę.
Zarzucił nogi na biurko i wlepił wzrok w płaskie ekrany, z widokiem z kamer. Szczególnie interesował go ten w lewym, górnym rogu, na którym odziana na czarno sylwetka o białych włosach waliła pięścią w szklane drzwi. Przytłumione dudnienie niosło się po lobby, wywołując na twarzy starego ochroniarza uśmiech.
Pan Irek pociągnął łyk herbaty. Postać na ekranie przestała uderzać w szybę. Wyjęła telefon, wybrała numer i przyłożyła urządzenie do ucha. Uśmiech na twarzy Ireneusza zgasł. Zmarszczył brwi i rzucił okiem na widok z parkingu. Poza gruchotami chłopaków z ósmego, kilkanaście metrów od wejścia błyszczała się czarna karoseria złożona w bawarskiej fabryce nie wcześniej niż rok temu. Pan Irek sięgnął pod biurko, do szerokiej szuflady, pełnej szpargałów. Odgarniając wypisane długopisy i inne narzędzia biurowe, wyciągnął z niej plan parkingu. Z kieszeni na piersi wydobył okulary, po czym nałożył je na nos. „A.D. Richter” przeczytał na głos nazwisko przypisane do miejsca, na którym zatrzymał się czarny samochód. Jeszcze raz zerknął na monitor, żeby upewnić się, czy się nie pomylił. Miejsce się zgadzało, tak więc albo intruz zaparkował na cudzym miejscu, albo próbował się dostać do swojego biura na dziewiątym piętrze. Z loga, którym oznaczono tę sekcję parkingu wynikało, że pan Richter był zatrudniony przez niemieckiego producenta sportowej odzieży.
Telefon w kieszeni pana Irka wypiszczał fragment kompozycji Chopina.
- Tak? - Zapytał ochroniarz przykładając odpowiedni koniec urządzenia do ucha.
- Jacek Barela z centrali El Sekurito. - odezwał się zaspany głos - Panie Irku, otwórz pan te jebane drzwi, bo nas wszystkich z roboty wyrzucą.
- Czyli ten pan tu jednak pracuje, aha, w takim razie mógł się po prostu przedstawić... - Zaczął Irek śmiałym tonem, ale odpowiedział mu trzask odkładanej słuchawki. Mając na uwadze zatrudnienie nie tylko swoje, ale i pana Bareli oraz reszty firmy, podniósł się z krzesła. Podszedł do drzwi, bez słowa je otworzył i przepuścił siwego jegomościa. Ten przemaszerował przez lobby i wszedł do wolnej windy.
- Możesz się pożegnać z robotą, cieciu. - Krzyknął jeszcze zanim zasunęły się za nim automatyczne drzwi.
- Nie strasz, nie strasz... - Odparł ochroniarz sadowiąc się na swoim krześle.

Bułgarski zegarek wskazywał wpół do trzeciej. Mniej więcej w okrągłych godzinach pracownicy ubezpieczalni schodzili na papierosa, zostało ich już tylko dwóch i zapowiadali, że wyjdą przed piątą. Pan Irek palił razem z nimi. W kieszeni został mu jeden pożyczony walet. Wczesny ranek zapowiadał się jeszcze nudniej, niż cała noc, bo w budynku będzie tylko on i pan Richter, który z oczywistych względów nie stanowił dobrego towarzysza rozmów, a poza tym nie schodził ze swojego piętra na papierosa. A może sobie pojedzie, jak chłopaki, kto wie jak pracują ważni ludzie w niemieckich firmach.
Z zamyślenia wyrwało go stukanie w drzwi wejściowe. Rzut okiem na kamerę pokazał grupkę kilku ludzi. Wszyscy nosili czarne płaszcze, a niektórzy również kapelusze. Kluczyk ponownie został przekręcony w zamku, drzwi uchylone na szerokość barków pana Irka.
- Panowie do kogo?
Odpowiedziały mu nerwowe spojrzenia i łagodne uśmiechy. Elegancko ubrani panowie byli głównie w podeszłym wieku, ale znalazło się wśród nich dwóch młodzieniaszków przed trzydziestką oraz jedna, dziwnie znajoma panu Irkowi gęba okraszona rudym wąsem.
W głowie pojawił mu się obraz dyskusji z żoną podczas obiadu, kilka miesięcy temu, o tym kogo zatrudnia się w telewizji. Akurat nadawali M jak miłość. Fragmenty układanki powpadały na swoje miejsca. Mateusz Prochowiec, grający w serialu Michała, stał naprzeciwko Ireneusza, nieudolnie zasłaniając oczy rondem kapelusza i usta kołnierzem płaszcza.
- Do pana Richtera – powiedział niski, gruby jegomość stojący w pierwszym szeregu.
Stary ochroniarz przepuścił przybyszów bez dalszych pytań. Błyszczące buty przykryte krańcem wyprasowanych w kant spodni, wkroczyły na posadzkę biurowca całym stadem i zapakowały się do dwóch wolnych wind. Pan Irek patrzył na podstarzałe twarze, przemierzające lobby, nie zaszczycające wnętrza zaciekawionymi spojrzeniami. Widocznie bywali tu już wcześniej. Dałby głowę, że poza miglancem z ulubionego serialu jego żony, widywał gdzieś również niskiego pana z brodą i wysokiego z parasolką. Może znany aktor przyprowadził do firmy swoich mniej znanych znajomych.
Pan Irek spojrzał na płytę parkingu przez oszklone drzwi. Obok lśniącej limuzyny Richtera zaparkował dostawczy samochód z przyciemnionymi szybami, którym przyjechali jego goście. Ireneusz przekręcił klucz w zamku i sięgnął do kieszeni po karteczkę z numerem telefonu, którą Krzysztof wywieszał, gdy szedł na obchód.
Na parkingu pojawiła się para jasnych świateł. Po brukowej kostce, niczym glonojad po szybie akwarium, w stronę stanowisk producenta odzieży sportowej sunęło czarne Porsche. Zatrzymało się na jednym z rezerwowanych miejsc, prezentując emerytowanemu leśniczemu felgę o średnicy koła od roweru. Drzwi po obu stronach sportowego auta otwarły się szeroko, wypuszczając ze środka dwie osoby przeciwnej płci. Krótko ostrzyżonego mężczyznę w skórzanej kurtce, oraz dziewczynę wystrojoną w kolorową sukienkę. Miała problem z utrzymaniem równowagi po powstaniu z pozycji siedzącej, po części przez wysokie szpilki, noszone na nogach a po części przez absurdalnie nisko położony fotel sportowego auta. Mężczyzna otworzył maskę samochodu i wyjął spod niej srebrną walizkę. Uśmiechnął się widząc, jak pasażerka chwieje się na nogach, ale gdy tylko oparła się o dach samochodu, huknął na nią, na co odskoczyła jak oparzona od maszyny. Przez szklane drzwi doleciało do uszu pana Irka polecenie „o latarnię się opieraj, kurwa”. Kierowca przyjrzał się lakierowi w dotkniętym przed sekundą miejscu, jakby spodziewał się zobaczyć tam rysę, po czym odwrócił się do dziewczyny, uśmiechnął szeroko i sprzedał jej klapsa w tyłek. Zachichotała, po czym oboje ruszyli przez parking w stronę drzwi.
Pan Irek przyjrzał się mężczyźnie. Był niższy o pół głowy od swojej panienki, a od Ireneusza pewnie o całą głowę. Był za to szeroki w barach, szczupły i miał szyję grubości swojej kwadratowej szczęki. Gdy podeszli bliżej, w świetle latarni widać było jego płaski, pozbawiony przegrody nos, charakterystyczny dla bokserów. Miał krótkie, czarne włosy i czarne oczy świdrujące otoczenie z częstotliwością stu spojrzeń na minutę.
Jego towarzyszka była wysoka, smukła i miała piękną twarz, umalowaną łagodnym makijażem w blade kolory. Jedynie czerwone jak krew usta łamały resztę barw i przykuwały wzrok starego ochroniarza mocniej niż głęboki dekolt i ponętne biodra. Długie, proste blond włosy ufarbowała od wysokości ramion w dół na rudo. Pomimo, że na dworze było chłodno i zacinał lekki deszcz, nosiła tylko krótką sukienkę w pstre kolory, podkreślającą długość jej nóg. Pan Irek mimowolnie powędrował myślami w ustronne miejsce, w którym mógłby zobaczyć ją bez skąpego odzienia. Tylko w wysokich szpilkach, z którymi idąc w linii prostej radziła sobie znakomicie.
Oboje nieśli coś w ręce, ona malutką torebkę, on metalowy neseser.
- Do pana Richtera? - Zapytał Irek otwierając drzwi.
- A jak myślisz? - Odpowiedziała dziewczyna.
Mężczyzna uśmiechnął się tylko i wszedł do lobby, trącając ochroniarza barkiem w ramię. Pan Irek zmarszczył brwi, ale czerwone światełko pod starą kopułą zapaliło się momentalnie, ostrzegając przed prowokacją ze strony młodego, drapieżnego samca alfa. Bez słowa zaczekał, aż para przejdzie przez drzwi, przy czym roześmiane dziewczę trąciło go wiotką dłonią w to samo miejsce, imitując zachowanie swojego mężczyzny.
- Na chuj się patrzysz? - Zapytała jeszcze na odchodne, gdy krótkie, muskularne ramię wciągało ją do windy. Pan Irek otworzył drzwi i wyszedł zapalić ostatniego papierosa.

Trzecia piętnaście. Pan Irek szedł korytarzem na piętnastym piętrze. Światło w mijanych biurach było zgaszone, co widać było przez przeszklone drzwi. Piętnaste było piętrem firmy, której nazwy nie potrafiłby przeczytać, choćby chciał, ponieważ zapisana była chińskim alfabetem. Albo japońskim. Dywan na podłodze korytarza był gruby i miękki, dużo lepszej jakości niż ten, który pan Irek miał w gościnnym pokoju. Rozmyślał nad tym ile pieniędzy kosztowało urządzenie tego korytarza, i jak to jest, że biuro w Polsce nie ma ani jednych drzwi z polsko-brzmiącym nazwiskiem na tabliczce. Żałował trochę, że nie zabrał przenośnego radia na baterie, które zwykle woził ze sobą na ryby. Nocą w Radiu Maryja leciały ciekawe dyskusje. Oprócz regularnego spaceru na obchodzie i herbaty, nie było w tej robocie wiele rzeczy, które mogły go powstrzymać przed zaśnięciem.
Wyszedł drugą stroną korytarza i skierował się do windy. Po piętnastym piętrze, zgodnie z zaleceniami Krzysztofa wybierał dziesiąte, a następnie piąte i wracał na swoje stanowisko przy wejściu. Tym razem stare oczy odmówiły posłuszeństwa, a może to ręka tak nie fortunnie się osunęła, że zamiast guzika z dziesiątką nacisnął ten tuż pod nim. Pomyślał nad tym chwilę, ale nie widział przeciwwskazań, aby udać się i na to piętro. Przyspieszył zamykanie drzwi stukając kilka razy w przycisk z dwoma strzałkami skierowanymi ku sobie.
Korytarz w miejscu, w którym pan Irek do niego wszedł był cichy, ale gdy przemieszczał się w głąb, do jego uszu zaczęły dobiegać głosy ożywionej dyskusji. Drzwi w pomieszczeniach były ciężkie, drewniane i widniały przy nich złote tabliczki z nazwiskami niemieckimi i polskimi. Lampy rzucały na białe ściany i niebieską wykładzinę zimne światło. Przyzwyczajone do leśnej zieleni, bieli śniegu i błękitu nieba oczy starego leśniczego cierpiały w tej scenerii delikatny, ale nie ustający dyskomfort. Pan Irek postanowił przejść to piętro szybko i nie zatrzymywać się ani razu.
Złamał to postanowienie.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4817

Śpij twardo

Post#2 » 3 years temu

"Śpij twardo", powiadasz. "Die hard" nie oglądałam, więc na pewno nie wyłapię nawiązań, ale zaciekawił mnie pan Irek i jego kariera stróża, która chyba nie potrwa zbyt długo. "Mafia" z M jak miłość, kto by pomyślał ;d Co więcej mogę powiedzieć? Tekst urywa się przed zagęszczeniem akcji, więc czekam na kontynuację, bo najciekawsze dopiero przed nami.
Styl - czasem coś zgrzyta, czasem robi się nieco monotonnie, ale generalnie chyba nie widziałam niczego poza błędami interpunkcyjnymi.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 199

Śpij twardo

Post#3 » 2 years temu

Zza drzwi gabinetu pana Richtera dobiegał chór przytłumionych głosów. Przywodziły na myśl kościelną modlitwę. Pan Ireneusz przystanął, żeby wsłuchać się w wypowiadane zdania. Pochylił się w stronę dębowej powierzchni drzwi i przystawił do niej ucho.
„...a kto sprzeciwi się woli wybranych, niech spłonie w sprawiedliwym ogniu razem z resztą świata. Niech zwycięży mniejszość, związana wiarą w świętego wieprza. Hail świnia.”
Zaskoczony pan Irek w pierwszej chwili pomyślał, że słuch, umysł i zmęczenie wywołane późną godziną płatają mu figle. Nie mógł jednak przypomnieć sobie ani razu w swoim długim życiu, w którym przesłyszałby się aż tak mocno. Uświadamiając sobie, że jakiekolwiek dziwactwo dzieje się w gabinecie Richtera, nie jest jego sprawą i że rychło straci nową pracę, jeśli ktoś zastanie go podsłuchującego pod drzwiami, wyprostował się i starając się stąpać jak najciszej, oddalił pospiesznie w głąb korytarza.
Zjechał windą na ósme piętro. Liczył, że spotka jeszcze kogoś z towarzystwa ubezpieczeniowego. Nie był pewien, czy chce opowiadać o tym, co niedawno usłyszał, ale krótka rozmowa z drugą osobą upewniłaby go, że nie odchodzi od zmysłów. Skręcił w korytarz prowadzący do toalety. Musiał przez omyłkę wejść do damskiej, bo nie było pisuarów, a w powietrzu wisiał przyjemny, kwiatowy zapach odświeżacza. Stojąc nad muszlą o podniesionej klapie, czekał cierpliwie na mocz, który ostatnimi czasy co raz trudniej było mu oddawać. W zupełnej ciszy, do uszu starego leśniczego doleciał cichutki głosik. „To dopiero początek.” Wychwycił stary narząd słuchu, gdzieś w mózgu, pod siwymi włosami. „Tracę rozum.” Pomyślał pan Irek. „Następny będzie Poznań, a potem Wrocław.” Odparł głos w jego głowie. Zaciekawiło to pana Irka, bo podawanie konkretnych nazw miast nie pasowało mu do narracji w umyśle osoby obłąkanej. Wsłuchał się w ciszę i spostrzegł, że pojedyncze zdania, które słyszy, są odpowiedziami na zadawane innym tonem pytania, tak ciche, że nie sposób ich zrozumieć. Przypomniał sobie, co mówił jeden z pracowników z ósmego piętra o infrastrukturze w wieżowcu. Podobno toalety były tak skonstruowane, że głos z kabin położonych bezpośrednio pod sobą niósł się po rurach jak po linii telefonicznej. Niewiele myśląc uklęknął przed muszlą i zbliżył twarz do jej wnętrza. Głosy stały się wyraźniejsze.
- Brat Korfanty wymaga bezwzględnego posłuszeństwa, ale nagroda, jaka nas za nie czeka będzie wielka. - Brzmiał lekko zniekształcony baryton, który wcześniej ochroniarz brał za swoją chorobę psychiczną.
- Mam nadzieję, ta przegrana walka w Vegas zamknęła mi drzwi do wielkiego boksu raz na zawsze. Wszystko w imię bractwa. Hail świnia. - Odparł nieco wyższy i nie tak donośny, męski głos, którego wcześniej nie szło zrozumieć.
- Hail świnia, bracie. I chwała ci za to poświęcenie. Nasz fundusz pomnożył swoją objętość dziesięciokrotnie, dzięki tobie i zakładom poczynionym u bukmacherów przez brata Eustachego. Dlatego dostąpiłeś zaszczytu przywiezienia detonatora. Bez ciebie nie byłoby nas stać na zakup miecza zagłady. Jakie to uczucie, trzymać w dłoni życie tysięcy ludzi?
Nastała cisza, w której pan Irek nie śmiał nawet zapiąć rozporka, żeby nie zagłuszyć dalszej części rozmowy. Zapytany odezwał się po krótkiej pauzie.
- Najlepsze na świecie, bracie. Nie czułem się tak po wygranej z Hernandezem. Nawet kurwa, na własnym ślubie. W każdej chwili możesz otworzyć te dwa zawiasy i wcisnąć guzik... Korciło, ale nie śmiałbym... Wszyscy musimy to oglądać razem... Hail świnia.
- Hail świnia. Skończyłeś? Wracajmy do zgromadzenia, godzina zero się zbliża. Czas na telefon do prezydenta.
Rozległ się szum spuszczanej wody i stukot twardych podeszew po łazienkowej posadzce. Pan Ireneusz wyjął twarz z toalety i otarł pot z czoła. Serce biło mu z częstotliwością, którą jego lekarz uznałby za co najmniej niepokojącą. Telefon do prezydenta, detonator, tysiące ludzi – odtwarzał w głowie fragmenty rozmowy sugerujące, że za chwilę coś strasznego wydarzy się w gabinecie piętro wyżej. Starał się odnaleźć wytłumaczenie dla tego co usłyszał, ale nie mógł wymyślić nic mądrzejszego, niż to, że na górze kręcony jest film z udziałem Mateusza Prochowca, w którym terroryści chcą wysadzić bombę w centrum miasta, przyglądając się temu z pobliskiego wieżowca. Być może nie potrzebnie panikował, ale postanowił zadzwonić na policję. Jego zadania jako ochroniarza były proste, nikt nie powinien go winić za wykonywanie swojej pracy. Wyszedł z kabiny i wcisnął na klawiaturze telefonu sto dwanaście. Odebrał dyżurny. Pan Irek zdał sobie sprawę, że nie bardzo wie co powiedzieć. Skoro jednak zdecydował się wezwać służby porządkowe, należało przedstawić najgorszy możliwy scenariusz.
- Tu mówi Ireneusz Miodzik, jestem ochroniarzem w wieżowcu na Oślej Łączce, numer pięćdziesiąt dwa. Na dziewiątym piętrze odbywa się zamach terrorystyczny.
Zapadła obustronna cisza, w której pan Irek trawił idiotyczny wydźwięk tego zdania, a dyżurny zapewne zastanawiał się, czy to żart.
- To nie żart, przyślijcie antyterrorystów – dodał leśniczy czując, że czerwieni się na twarzy. - Oni chcą coś wysadzić. Za chwilę zadzwonią do prezydenta.
- Pana imię i nazwisko?
- Ireneusz Miodzik.
- I pan jest w tym wieżowcu, tak?
- Tak.
- To proszę tam poczekać, przyślemy kogoś.
Połączenie zostało przerwane. Pan Irek oparł się o umywalkę. Trzeba było zjechać na dół, może ewakuować chłopaków z biura na ósmym. Z drugiej strony, jeśli dobrze pamiętał, procedura mówiła, żeby w razie gdyby coś się działo, dzwonić na policję i nic samemu nie robić. Totalny brak przygotowania do zawodu uderzył go w najmniej spodziewanym momencie – pierwszym dniu pracy. Podjął decyzję. Zjedzie na dół i zaczeka w lobby na policję.
Ruszył korytarzem w stronę wind. Uszedł pięćdziesiąt metrów, gdy w jego kieszeni rozległ się ośmiobitowy Chopin.
- Halo – odebrał ochroniarz.
- Panie Irku – zaczął zachrypnięty Jacek Barela z El Sekurito – co pan tam znowu odpierdala?
- Jacek? Panie Jacku, jak Boga kocham, tu się dzieje coś niedobrego. Czy policja już jedzie?
- Nie, kurwa, policja nie jedzie, jedzie Staszek, pana zmiennik. Ma pan ostatnią godzinę pracy w naszej firmie. Co panu strzeliło do łba, żeby donosić na policję na pana Richtera jakieś brednie o terrorystach?
- To nie brednie, słyszałem wszystko przez toaletę. Kupili miecz zagłady, przywieźli detonator i właśnie teraz dzwonią do prezydenta. Włącz pan telewizor, na pewno coś powiedzą.
- O ja pierdolę. Panu naprawdę odbiło. Dobranoc. Proszę poczekać na Staszka i przywieźć jutro swoją koszulę do biura.
Trzask odkładanej słuchawki i ciągły sygnał oznajmił panu Irkowi zakończenie rozmowy. A zatem nie przyjedzie nawet policja. Dotarł do wind i zamyślił się nad sytuacją, w której się znalazł. Zapomniał już o tym, że pęcherz domagał się oddania moczu. Spojrzał na zegarek – trzecia trzydzieści osiem. Naciśnięty guzik przywołujący windę zaświecił niebieskim światłem i zgasł, ponieważ gondola znajdowała się już na ósmym piętrze. Wykonane z nierdzewnej stali, podwójne drzwi rozsunęły się zapraszająco, ale pan Irek zawahał się, wciąż nie mając pewności, czy chłopaki z ósmego nie są w niebezpieczeństwie, i czy nie powinien ich o tym poinformować. Po lewej stronie emerytowanego leśniczego rozległ się trzask.
Drzwi prowadzące do klatki schodowej otwarły się i stanął w nich Mateusz Prochowiec z pistoletem w dłoni. Irek rzucił się do windy słysząc za plecami szczęk zamka samopowtarzalnej broni palnej oraz głuche uderzenie kuli o ścianę. Nigdy nie przypuszczał, że dźwięk strzału z pistoletu z tłumikiem był tak dobrze oddawany w amerykańskich filmach sensacyjnych. Potknął się i upadł na podłogę windy. Wyciągnął dłoń w stronę klawiatury na ścianie i zaczął, z częstotliwością dzięcioła uderzającego w drzewo, naciskać guzik zasuwający drzwi. Napastnik rzucił się biegiem w jego stronę. Kroki zbliżały się, a automatyczne drzwi nadal nie chciały się zamykać. Pan Irek uderzył na chybił trafił cyferki obok przycisku zamykania, licząc, że winda zamknie się szybciej i ruszy, jeśli będzie miała wyznaczone piętro, na które ma jechać. Udało się.
Prostokątny otwór, łączący bezpieczną klatkę gondoli z mroczną przestrzenią, w której szalał morderca o twarzy najłagodniejszego kochanka z M jak Miłość, zmniejszało się stopniowo do rozmiarów szerokiego pasa, wąskiego pasa i w końcu cieniutkiej linii. Ochroniarz w ostatniej chwili przestał wyglądać przez zacieśniającą się szparę. Napotkał jeszcze zimny wzrok zielonych oczu i wyprostowane ramię w czarnym garniturze, unoszące się by oddać śmiertelny strzał. Irek przywarł do ściany. W ciasnej przestrzeni zapachniało prochem strzelniczym, a lustro na tylnej ścianie gondoli pękło obsypując emeryta szklanym deszczem. Podłoga zaczęła nieco mocniej przyciągać do siebie. Z głośników płynęła cicha muzyka zespołu Coldplay. Otwierając zaciśnięte powieki pan Irek dostrzegł błyszczący guzik z numerem piętra, na które jechał. Piętnaste.

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1820

Śpij twardo

Post#4 » 2 years temu

Ale się nabrałem.
Jak zwykle wersja nie dokończona...
Trudno, trzeba czytać ze zrozumieniem.

Bez sensu jest oceniać takie fragmenty, ale czytało się dobrze, więc jest nadzieja, że całość (o ile Mszczuj swoją opowieść dociągnie do jakiegoś końca) takoż dobra się okaże... i że warto będzie przeczytać.

Na gorąco kilka drobiazgów:

dodatek do tysiąca emerytury, z którego się utrzymywał.
Kwestia, czy utrzymywał się z "emerytury" czy z "tysiąca". Moim zdaniem lepie brzmiałoby "Z której się utrzymywał".

Pan Ireneusz przystanął, żeby wsłuchać się w wypowiadane zdania. Pochylił się w stronę dębowej powierzchni drzwi i przystawił do niej ucho.
"Się" jedno za drugim. Lepiej byłoby jakoś tak: "Pan Ireneusz przystanął, żeby lepiej słyszeć. Pochylił się w stronę dębowej powierzchni drzwi. Przystawił do niej ucho."

ale nagroda, jaka nas za nie czeka będzie wielka.
Wyrzuć "za nie" i wstaw przcinek: "ale nagroda, jaka nas czeka, będzie wielka."

Nie powiem, że czekam z niecierpliwością - mam wrażenie, że przed Tobą jeszcze sporo tekstu do napisania - ale czekam. Jak skończysz daj znać. Chętnie przeczytam.

Wróć do „Szuflada obyczajowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości