Każde przestępstwo powinno być ukarane

Stare teksty z działu Proza obyczajowa.
jacolus
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#1 » 2 years temu

Była godzina 2: 45 w nocy. Na zewnątrz miejskiego szpitala panowała cisza. W powietrzu unosił się zapach wiosny i kwitnących dookoła kwiatów. Ciszę z rzadka przerywał odgłos przejeżdżających niedaleko samochodów. Ryk syren karetek wreszcie umilkł, gdy wszyscy poszkodowani z wypadku zostali przewiezieni na oddział SOR. Wewnątrz szpitala nadal panowało zamieszanie związane z udzielaniem pomocy ofiarom wypadku. Poszkodowani byli już po segregacji i lżej ranni czekali na korytarzu, podczas gdy personel koncentrował się na ciężko rannych osobach. Trwało kilka operacji, a na izbie przyjęć zabrakło łóżek, więc zaadaptowano dwa przestronne gabinety lekarskie na sale, w których opatrywano rannych. W szpitalu pracowały dwie zmiany, gdyż słysząc o rozmiarze tragedii lekarze oraz pielęgniarki pierwszej zmiany pozostali w szpitalu, aby udzielić pomocy. Marta poczuła, że opada z sił. Jej fartuch był pokrwawiony, a na dłoniach powychodziły żyły z wysiłku podczas ostatniej reanimacji. Weszła do pokoju pielęgniarek, aby wypić herbatę, którą sobie wcześniej zaparzyła. Była zimna i gorzka. Skrzywiła się. Wspomnienie gorącego barszczu, którym została poczęstowana podczas obiadu przypomniało o głodzie.
- Dziewczyny –zwróciła się do koleżanek w pokoju, - macie ochotę na barszcz?
- Bardziej na gorącą kąpiel, masaż i wygodne łóżko – odparła oddziałowa, - ale barszcz też może być.
- Pójdę do kuchni może coś zostało z obiadu i przyniosę. – zaproponowała Marta
- Jak znam Twój apetyt, to wypijesz całość po drodze – odparła nieco złośliwie oddziałowa, - idź tylko się nie zgub, bo mi apetytu zrobiłaś tym barszczem.
Marta nie czekając na windę zeszła po schodach do piwnicy szpitala gdzie mieściła się kuchnia. Długi słabo oświetlony korytarz nie był najmilszym miejscem do spaceru o tej porze dnia, ale Marta niemal czuła już w ustach smak ciepłego barszczu. Szybkim krokiem przeszła cały korytarz i energicznie weszła do kuchni. Nie było w niej nikogo oczywiście. O tej porze nie wydaje się posiłków. Zaczęła przeszukiwać lodówki w poszukiwaniu zupy. W pewnej chwili bardziej odczuła niż zauważyła, że nie jest sama. Odwróciła się i aż podskoczyła wystraszona zauważywszy w kuchni trzech mężczyzn. Była to załoga jednej z karetek pogotowia, które jeszcze stały na podjeździe do szpitala.
- Też szukacie czegoś do zjedzenia? – próbowała przyjaźnie zagadnąć przybyłych – wygląda na to, że nic tu nie ma.
- Raczej do schrupania ślicznotko – odpowiedział jeden z nich.
- W przeciwieństwie do Ciebie my już znaleźliśmy i to całkiem świeżą jarzynkę – odparł drugi szczerząc pożółkłe zęby.
Nie zauważyła nawet, kiedy ten trzeci podszedł do niej od tyłu. Wystraszyła się. Serce zaczęło szybko bić, próbowała uciec, ale było już za późno. Poczuła jak silne dłonie niczym szczęki ogromnego imadła zaciskają się na jej nadgarstkach i jednocześnie wykręcają ręce. Zgasło światło i nastała niemal całkowita ciemność. Ktoś chwycił ją za gardło pozbawiając tchu.
- Ani się waż krzyknąć, bo pokaleczymy tobie tę ładną buźkę.
Usłyszała chrapliwy szept. Odór taniego alkoholu zmieszanego ze spoconym męskim ciałem przyprawił ją o mdłości.
Usłyszała cichy trzask i poczuła na policzku chłód stali. Adrenalina krążyła we krwi. Brakowało jej powietrza. Czuła, że zaraz zemdleje. To była jej ostatnia szansa. Podniosła jedną nogę i z całych sił stąpnęła mając nadzieję, że trafi w stopę napastnika, który ją trzymał. Trafiła, gdyż osobnik z tyłu wrzasnął przeraźliwie, jednak nie zwolnił uścisku. Nie czekając ani chwili, z całych sił wychyliła głowę do tyłu mając nadzieję trafić. Poczuła uderzenie, na szczęście w miarę lekkie. Trafiła w nos, o czym świadczył trzask pękającej kości i jęknięcie napastnika. Uwolniła ręce z uścisku. Mocnym zamachnięciem wykonała kopnięcie trafiając w bardzo czuły punkt. Śmierdzące ciało naprzeciw niej osunęło się na podłogę cicho jęcząc. Poczuła jak po szyi cieknie krew z rozciętego policzka. Nóż musiał być naprawdę ostry. Uciekała na oślep w stronę drzwi rozglądając się za trzecim z napastników. Była, co raz bliżej zbawiennego wyjścia. Jeszcze tylko kilka kroków i wydostanie się z tej matni. Gdy zauważyła tego trzeciego był już za późno, był po jej lewej stronie. W tej samej chwili poczuła potężne uderzenie w brzuch, które pozbawiło ją powietrza. Nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Następne uderzenie trafiło ją prosto w szczękę. Ból mieszał się ze smakiem krwi, która zalała jej gardło. Widziała jasne i ciemne błyski przy każdym uderzeniu, jakie otrzymywała, oczy niczego nie widziały zamroczone i szybko zasłaniane pulchniejącymi powiekami. Ostatnią rzeczą, jaką poczuła było coś, w co uderzyła jej głowa, gdy ciało bezwładnie osuwało się na podłogę.



Detektyw Zbigniew Walczak kręcił się po komisariacie nieco bez celu. Dochodziła godzina 16.00 i za parę minut kończył służbę. Chciał szybko wyjść, ponieważ umówił się wieczorem z kilkoma kolegami na partyjkę pokera. Oczywiście z pensji nie mogli sobie pozwolić na hazardową grę, więc gali na żetony. Przegrany kupował buteleczkę na następne spotkanie oraz organizował grę w swoim mieszkaniu. Tym razem to on musiał przyjąć pod dach grających. Tak naprawdę to trzeci raz z rzędu. Nie miał szczęścia w miłości i w kartach. Jako, że mieszkał sam w mieszkaniu panował ogromny bałagan. Gdyby nie te cykliczne spotkania mieszkanie zapewne zmieniłoby się w melinę. Właśnie zamknął sprzątnięte z biurka dokumenty do pamiętającej jeszcze czasy poprzedniego ustroju szafy pancernej, jaka znajdowała się w pokoju, gdy zadzwonił telefon na biurku. Przez chwilę wahał się czy podnieść słuchawkę. Przeczuwał kłopoty.
- Walczak, słucham – mruknął beznamiętnie do słuchawki
- Detektywie tu dyżurny, mamy zgłoszenie, że znaleziono ciało kobiety w kostnicy szpitalnej.
- O to gratuluję, a co się spodziewaliście znaleźć w kostnicy? Śrubokręt? Tam powinny być ciała. Nie zawracajcie mi głowy. Kończę służbę.
- Ależ to najprawdopodobniej jest ciało tej kobiety, co ten przypakowany krzykacz dziś zgłosił zaginięcie.
- O rany. Gdzie to ciało?
- No w kostnicy znaleźli.
- Boże, wiem. W którym szpitalu?
- Aha, w specjalistycznym na ul. Kamieńskiego, to ten, do którego zwozili poszkodowanych w karambolu na autostradzie.
-To tam pracuje, znaczy pracowała ta zaginiona.
- No właśnie, dlatego do pana dzwonię.
- Dobra powiedzcie, że będę za 15 minut.
- Tak jest.
Walczak powoli odłożył słuchawkę. Jeśli to prawda to partię pokera trzeba będzie odwołać.
Jazda przez zatłoczone miasto o tej porze zajęła detektywowi nieco więcej czasu, niż przewidział. Mimo mrugającego stroboskopowym światłem koguta na dachu jego służbowego opla vectry oraz ryczącej w niebogłosy syreny miał kłopot z przedarciem się przez zakorkowane miasto.
Gdy dojechał już na miejsce bez trudu trafił do prosektorium. Na widok policyjnej odznaki mundurowi stojący w wejściu grzecznie i bez zbędnych pytań przepuścili detektywa. W prosektorium było kilkanaście osób, a technicy właśnie pakowali swoje przepasne walizki i zbierali się do wyjścia. Walczak podszedł do jednego z nich i półszeptem zapytał o ustalenia techników.
Technik jakby wytrącony z własnych myśli spojrzał nieco wystraszonym wzrokiem na detektywa i po chwili zaczął spokojnym tonem relacjonować ustalenia.
Denatka to kobieta w wieku lat ok 33, zgon nastąpił między godziną 4 - 4.30 nad ranem, prawdopodobnie na skutek uderzenia tępym narzędziem w głowę. Ale to trzeba będzie ustalić poprzez sekcję, gdyż jak pan widzi denatka została dotkliwie pobita. Dodatkowo ciało nosi ślady gwałtu. Pobraliśmy materiał genetyczny oraz odciski palców z ciała do analizy. Wyniki będą za kilka godzin. Cóż to tak pobieżnie na tyle. Szczegóły będą znane jak już powiedziałem po wykonaniu sekcji zwłok.
Ton wypowiedzi technika kryminalnego świadczył o tym, że Walczak rozmawia z doświadczonym i profesjonalnym pracownikiem służb.
Walczak rozejrzał się po pomieszczeniu i na chwilę się zamyślił.
- Proszę mi powiedzieć – zwrócił się do odchodzącego technika – czy zgon nastąpił w tym miejscu?
- Tak, badając charakter plam opadowych, oraz ślady zachowane w chłodni jestem pewien, że zgon nastąpił tutaj.
- Dziękuję, proszę o jak najszybsze przesłanie wyników do mnie.
- Oczywiście – odparł znikający za drzwiami technik.
Detektyw podszedł do dwóch policjantów w cywilnych ubraniach. Byli to funkcjonariusze z wydziału kryminalnego, którzy jako pierwsi przyjechali na miejsce. Walczak znał ich dobrze, pracowali ze sobą nie jeden raz i wiedział, że wykonują swoją pracę sumiennie. Po krótkim przywitaniu jeden z nich zaczął przekaz informacji.
Sprawa ma się tak. Jeden z pracowników szpitala chcąc umieścić ciało zmarłego tej nocy pacjenta otworzył drzwi chłodni i zauważył ciało kobiety w zakrwawionym szpitalnym ubraniu. Zawiadomił przełożonego, a ten zadzwonił na policję. W międzyczasie przybiegło kilka osób, w tym także lekarz, ale na pomoc było już za późno. Zmarła to Maria Dębska. Pracowała w tym szpitalu na oddziale ratunkowym. Z początku nie poznali jej, ze względu na obrażenia twarzy, jakich doznała. Była lubianą i wesołą osobą. Pracowała tu trzeci rok. Nie miała zatargu z nikim ze szpitala, przynajmniej na tę chwilę mamy takie ustalenia.
Co robiła tutaj pielęgniarka z oddziału ratunkowego o tak późnej porze? - spytał Walczak rozglądając się dookoła.
Zeszła do kuchni w poszukiwaniu zupy od obiadu – odpowiedział drugi z tajniaków. Mieli tu mały Sajgon w nocy w związku z karambolem na autostradzie. Koleżanki opowiadały, że zeszła i ok. 3 w nocy.
- I co nikt jej nie szukał? – Spytał detektyw
- Jedna – odpowiedział pierwszy z kryminalnych. Koleżanki pomyślały, że usiadła w kuchni i zasnęła. Szukały jej, ale do kuchni poszła tylko jedna. Później z racji, że były bardzo zmęczone udały się do domu.
- A która z pielęgniarek zeszła na dół? – ponownie spytał Walczak
- Eee…zaraz…- policjant przerzucał strony swojego notesu w poszukiwaniu zapisanego nazwiska – Jolanta Kuzik zamieszkała przy ul. Długiej 6/11.
- Był ktoś u niej? Mruknął detektyw.
- Tak, ciągną dalej pierwszy z kryminalnych – otworzyła nam matka i stwierdziła, że córka spała poza domem.
- O to ciekawe – odparł Walczak
- No właśnie – stwierdził drugi z tajniaków. Próbowaliśmy zadzwonić do niej, ale komórka nie odpowiadała. Wygląda na to, że ją wyłączyła.
- Taa… zamyślił się Walczak, a kiedy ma dyżur pani Jola? – spojrzał badawczo na rozmówców.
- Zaczyna dziś o 18 – odpowiedzieli niemal równocześnie obaj policjanci.
Walczak wiedział, że nie ma pytania, na które nie odpowiedzieli by ci dwaj. Dobrze znali się na swoim fachu.
- No to zrobimy tak – ponownie zwrócił się do kryminalnych – przyjedziecie tutaj przed 18 i przywitacie panią Jolę. Popytajcie gdzie, co i jak. Zresztą nie będę was uczył co macie robić. Wiecie sami. Jak coś ważnego to zaraz dzwońcie. No chyba, że pani Jola nie nagle nie przyjdzie to – zawiesił głos Walczak – to też dzwońcie od razu. Ja porozmawiam z dyrektorem szpitala i pojadę na komendę. A właśnie rodzina już wie?
- Tak wie, powiadomiliśmy męża zmarłej. Przyjedzie do zakładu zidentyfikować zwłoki.
- Jak to przyjął? – Walczak był ciekaw jak się zachował mąż denatki.
- A nie wiemy, pojechali zawiadomić nasi z posterunku, trzeba ich zapytać.
- Ok. Będę przy okazaniu ciała. Pogadam sobie z mężem zmarłej.
To na razie. Walczak mocno uścisnął dłonie obu policjantom i wyszedł z pomieszczenia.

Budynek medycyny sądowej mieści się przy ul. Mikulicza-Radeckiego i jest oddalony od szpitala o ok. 20 minut drogi. Walczak nie włączył syreny w swoim samochodzie. Chciał przez drogę przemyśleć kilka spraw i spróbować dopasować do siebie posiadane informacje, aby skleić je w pewną całość. Gdy dotarł na miejsce zauważył, że niedaleko budynku rozstawiła się ekipa telewizyjna. Aha, pierwsze sępy zleciały się wywęszywszy trupa. Czy w tym kraju nic nie może się uchować w tajemnicy dłużej niż kilka godzin?
Klnąc pod nosem wszedł do budynku. Przez plecy przeszedł dreszcz. Zawsze tak się działo, gdy komisarz tu wchodził. Nigdy nie mógł sobie uświadomić, dlaczego tak się dzieje. Taki tik.
Gdy znalazł się przed właściwą salą podszedł do niego mężczyzna. Z daleka było widać, że jest wysportowany i dobrze umięśniony jednocześnie zachowując sprężystość ciała. W niczym nie przypominał napakowanych karków z piwnicznej siłowni. Było coś w nim…zastanawiał się walczak nad właściwym określeniem, ale przybysz przerwał te rozważania cichym i jednocześnie twardym pytaniem.
- Czy to pan prowadzi sprawę zamordowanej kobiety ze szpitala?
- Może tak, może nie, a może w ogóle nie jestem z policji – odburknął walczak omijając jednocześnie napastliwego jegomościa.
- Komisarz walczak? – Zadał kolejne pytanie nieznajomy.
- A kto pyta? Satpol, TVO, a może gazeta Selekcyjna? Dla kogo ten wywiad? - warknął komisarz wyraźnie poirytowany.
- Nazywam się Robert Dębski – odparł nieznajomy – i jestem - zawiesił głos - mężem Marty - spuścił głowę jakby chciał ukryć przed rozmówcą wyraz swojej twarzy.
- Proszę mi wybaczyć – odparł zmieszany walczak. Przed budynkiem stoi wóz transmisyjny i stąd moja reakcja. Komisarz walczak przedstawił się jednocześnie wyciągając służbową legitymację z odznaką. Proszę niech pan usiądzie – wskazał rząd drewnianych krzeseł pod ścianą. Mężczyzna kiwnął głową i razem usiedli na krzesłach. Walczak usiał nieco bokiem, aby lepiej widzieć mężczyznę. Dębski właściwie zwalił swoje wielkie cielsko na krzesło jakby ktoś nagle pozbawił go wszystkich sił. To, że siedzenie wytrzymało to ogromne uderzenie graniczyło z cudem.
- Słucham - odparł walczak
- Panie komisarzu, czy może mi pan powiedzieć jak to się stało?
- Najpierw proszę, aby pan zidentyfikował zwłoki. Chcę mieć pewność, że kobieta, którą znaleźliśmy to pańska żona.
- Rozumiem, zatem jestem gotowy – Dębski sprężyście wstał z krzesła jednak nie było to gwałtowne poderwanie się.
- Proszę za mną panie Dębski – komisarz otworzył najbliższe drzwi i obaj mężczyźni weszli do środka.
Pomieszczenie nie było obszerne. Na środku stał metalowy stół, a nad nim na wysięgniku włączona lampa operacyjna. Na stole przykryte białym prześcieradłem leżało ciało kobiety. Jej długie lekko kręcone jasne włosy zwisały z boków stołu. Dębski zatrzymał się na ułamek sekundy jakby w odruchu ucieczki, który szybko przemógł. W Sali byli dwaj lekarze ubrani w zielonkowate uniformy. Przywitali się delikatnym skinieniem głowy i odsunęli się na bok, aby nie przeszkadzać podczas okazywania zwłok.
Walczak podszedł do stołu i chwycił za górny narożnik prześcieradła. Spojrzał na Dębskiego, a ten z oczami, pełnymi przerażenia kiwną potakująco głową na znak, że jest gotów. Walczak wiedział, że nie jest gotów. Nikt, nigdy nie był na to gotów. Po prostu dawali znak, że chcą już mieć to za sobą. Powoli odsłonił prześcieradło z nad głowy denatki. Nie patrzył na nie, przyglądał się mężowi zmarłej. Czytał każdy jego ruch i gest. Umysł automatycznie notował w pamięci zachowanie męża. Obserwował jak po pełnej napięcia chwili, gdy mężczyzna miał jeszcze cień nadziei, że to nie ona, że policja się pomyliła i leży tu inna kobieta, której zupełnie nie zna, uchodzi z niego powietrze. Wszystkie siły i resztki energii podtrzymywanej złudną nadzieją ulotniły się niczym powietrze z nadmuchanego balona. Widział, jak z atletycznego młodego mężczyzny w mgnieniu oka Dębski przerodził się w starca. Jego ciało całkowicie zwiotczało, zgarbił się, ramiona bezsilnie opadły, nogi na chwilę nie były w stanie utrzymać go w pozycji pionowej, twarz poszarzała, a policzki zapadły się. Dłonie zaczęły drżeć i Dębski nie był w stanie tego opanować. Spojrzał na walczaka oczyma, w których nie było niczego, nie było życia, było czyste przerażenie. Mężczyzna jakby patrzył w dal przez a nie w walczaka. Chciał coś powiedzieć, jednak z gardła nie wydobył się żaden dźwięk, usta wykrzywiły się w grymasie pełnym bólu. Kąciki zaczęły drżeć, a chwilę później całe ciało Dębskiego drżało jakby każda jego część żyła własnym rytmem, jakby tym potężnym ciałem targała niewyobrażalna gorączka. Jeszcze raz mężczyzna spojrzał na twarz kobiety leżącej na stole oświetlonej zimnym światłem lampy. Lekko przekręcił głowę. Drżącą ręką poprawił leżące w nieładzie pozlepiane krwią włosy, delikatnie musnął posiniaczony i dziwnie zdeformowany policzek denatki, jakby bał się, że kobieta nagle się obudzi. Chciał krzyczeć, jednak nie miał siły. Obraz zamazywał mu się od napływających do oczu łez, które nieprzerwanym potokiem ściekały po policzkach.
Walczak nie musiał już zadawać żadnych pytań, jednak procedura tego wymagała. Odczekał jeszcze chwilę i niemal szeptem zapytał czy Dębski rozpoznaje tę osobę. Mężczyzna potakująco skinął kilkukrotnie głową, a następnie wyszeptał w kierunku leżącej kobiety- boże, kto ci to zrobił?
Do walczaka podszedł jeden z lekarzy, szepnął komisarzowi coś do ucha. Walczak spojrzał na lekarza z szeroko otwartymi oczami. Kiwną delikatnie głową dziękując za najnowszą informację.
- Panie Dębski - zawiesił głos na chwilę komisarz – jest jeszcze coś, o czym musi pan wiedzieć. Pańska żona była w ciąży. To był 7-8 tydzień.
Atletyczny mężczyzna pochylający się nad zmasakrowanym ciałem kobiety w pierwszej chwili nie zareagował. Minęło kilkanaście sekund za nim odwrócił głowę w kierunku komisarza. Usta nie drżały, a łzy już nie spływały po policzkach. W jego spojrzeniu było niedowierzanie i zagubienie.
- Jak to? – zapytał Dębski
- Bardzo mi przykro. – odparł nieco zmieszany walczak
- Jesteście pewni?
- Całkowicie proszę pana.
Dębski gwałtownie się wyprostował. Jego twarz z szaro bladej zmieniała się w purpurę, oczy zawęziły się i przez zaciśnięte zęby powiedział wprost do Walczaka.
- Nie daruje temu sukinsynowi, który odebrał mi dwa jedyne szczęścia w moim życiu.
- Panie Dębski - powiedział łagodnie Walczak - proszę się uspokoić. Pogróżki niczego nie zmienia, a po co ma pan sobie narobić kłopotów. Proszę pozwoli pan, ze my się zajmiemy z złapaniem tego gnojka. Proszę nie robić głupstw. To może utrudnić nam szybkie dojście do sprawcy.
Dębski popatrzył na detektywa jakby oceniał czy człowiek, który to mówi jest w stanie dotrzymać słowa. Omiótł wzrokiem mężczyznę stojącego na przeciw. Nie był o tym przekonany, jednak jakiś wewnętrzny glos podpowiadał mu, aby dać szanse temu człowiekowi.
- Dobrze panie Walczak, ale będę patrzeć panu na ręce.
Dębski wyprostował się i patrząc na detektywa z góry zapytał czy jeszcze jest do czegoś potrzebny. Walczak odparł, ze musi podpisać kilka dokumentów oraz, ze zaprasza go do komendy w tym celu. Nie była to cala prawda, ponieważ z racji prowadzonych działań operacyjnych maź musiał zostać przesłuchany na okoliczność posiadania alibi na czas, w jakim została zamordowana pani Dębska. A może bardziej chodzi o znalezienie motywu, dla którego ten potężny facet mógł uśmiercić te drobna kobietę. Przecież takie obrażenia mógł swobodnie dokonać bez użycia jakiegokolwiek przedmiotu. Jego ręce to dwa wielkie młoty kowalskie.
Walczak wsiadając do służbowej Vectry zadzwonił do kolegi z pracy, aby odwołać dzisiejszą partię pokera. Wiedział, że zdążyłby wszystko przygotować, jednak śledztwo było dobrą wymówką i to chyba przed samym sobą. Nie miał ochoty dzisiaj na towarzystwo podpitych kolegów wspominających czasy poprzedniego ustroju, w którym byli panami w każdej sprawie. Nie lubił wspominać zamierzchłych czasów. Obecna policja bardziej mu odpowiadała, choć i tak była daleka od ideału. Ruch w mieście w dalszym ciągu był spory, popołudniowe powroty z pracy osiągnęły swoje apogeum toteż przy każdym sygnalizatorze skupiała się niezliczona masa samochodów przypominająca spiętrzoną wodę chcącą zmieść z drogi tamę, która stojąc uniemożliwiała jej swobodny przepływ. Z nostalgicznego nastroju wyrwał go dzwonek komórki. Odebrał telefon, a że oczekiwał w potoku samochodów na zmianę światła na sygnalizatorze, oparł głowę o szybę.
- Walczak - powiedział całkowicie zrezygnowany.
- Witam detektywie. Mówi Kuźniak z labolatorium.
- Co słychać? - nieco z przekąsem zapytał Walczak.
- Postanowiliśmy dziś wziąć nadgodziny z kolegą i już mamy większość wyników tej denatki z kostnicy szpitalnej.
- O to świetnie. Nie mogłem się doczekać waszych ustaleń - skłamał
- Otóż ustaliliśmy, że na ciele denatki jest kilka odcisków palców, które z całą pewnością należą do trzech, a może czterech różnych osób. Przesłaliśmy wyniki do działu analiz. Wprowadzają dane do maszyny losującej – zażartował – i czekamy na wyniki. Myślę, że będą najdalej jutro przed południem.
- Świetnie. Bardzo dziękuję, dobra robota. Do usłyszenia. - Walczak zakończył rozmowę nie czekając na grzecznościowe pożegnanie rozmówcy.
Detektyw w dalszym ciągu wlókł się zakorkowanymi ulicami miasta w kierunku komendy policji. W radio grali utwór Bruce'a Springsteen'a A good Man is hard to find. Walczak pomyślał, że ta piosenka napisana w 1982 po ponad trzydziestu latach winna nosić tytuł A good woman is hard to find. Czasy tak się zmieniły, że teraz to kobiety przypominały ważki polujące na samców niż delikatne i pachnące niewinnością lilie. Obecnie kobiety chodziły do klubów fitness, gdzie wylewając z siebie litry potu z równym namaszczeniem, co mężczyźni ćwiczyły swoje mięśnie, aby ich ciała były sprężyste, smukłe i jeszcze bardziej seksowne, po to żeby zwabiać wzrok samców, co miało doprowadzić najczęściej do zguby tych drugich oczywiście. W ten sposób właśnie Walczak postrzegła dzisiejszy sfeminizowany świat. Do kobiet nabrał nieograniczonej rezerwy graniczącej z obrzydzeniem. A może pod tą maską krył się strach przed kolejnym nieudanym związkiem i cierpieniem bolesnego rozstania. Spojrzał we wsteczne lusterko i to, co w nim zobaczył można było określić mianem nędzy i rozpaczy. Tylko on wiedział, że wygląd stanowi wierzchołek góry lodowej, która skrywała się we wnętrzu jego obumarłej duszy. Gdyby po drugim burzliwym rozwodzie nie uciekł w wir pracy, której oddał się całkowicie pewnie któregoś dnia znaleziono by jego śmierdzące alkoholem zwłoki z przestrzeloną głową. Z zadumy wyrwał go klakson stojącego z tyłu samochodu, w którym kierowca niecierpliwił się, iż pomimo zapalonego zielonego światła ten palant przed nim nie rusza. Walczak delikatnie się uśmiechnął na tę myśl. Przecież, gdy to on stał, za kim, kto nie rusza na zielonym świetle właśnie w ten sposób wyzywał innych kierowców. I to wcale nie w myślach jednocześnie mocno przy tym gestykulując. Przed dotarciem na miejsce detektyw zamówił ulubioną pizze kebabową w pobliskiej pizzerii. Zapewne niewiele miała ona wspólnego z oryginałem poza recepturą ciasta, na jakim znajdowały się składniki, ale Walczak bardzo lubił kurczaka w tej przyprawie z dużą ilością sosu czosnkowego. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż sypiał sam i niebyło nikogo obok niego, komu by jego nieświeży oddech mógł przeszkodzić w zaśnięciu. Wchodząc do budynku policji zabrzmiała komórka detektywa. Wyszarpnął ją z głębokiej kieszeni spodni i odebrał połączenie.
- Walczak, słucham - powiedział mrukliwym tonem
- Detektywie rozmailiśmy z Jolantą Kuzik. – zaczął bez zbędnych wstępów policjant kryminalny, który jako jeden z dwóch był na miejscu znalezienia zwłok.
- No i..?
- No i niczego nie widziała, nic nie pamięta. Noc spędziła u swojego chłopaka w domu, a komórki nie zabrała ze szpitala. Komórka się rozładowała i stąd kłopot z dodzwonieniem się do niej.
- A ten jej gach gdzie mieszka? Trzeba sprawdzić czy mówi prawdę.
- Sprawdziliśmy. Nazywa się Jakub Brzozowski. Przywiózł ją do pracy. Pani Jola nie wiedziała do tej pory o morderstwie.
- Jak to nie wiedziała? Media trąbią od rana o tym – zapytał poirytowany Walczak głośniej niż miał zamiar.
- Pan Jakub nie ma telewizora w domu, a i radia nie słucha zbyt często. – tłumaczył policjant.
- No to szczęśliwe życie prowadzi pan Brzozowski. – powiedział od niechcenia Walczak. Sprawdzić mi tego luzaka.
- Tak jest. – odpowiedział policjant i się rozłączył.
Gdy Walczak znalazł się na korytarzu prowadzącym do jego służbowego pokoju poczuł zapach sosu czosnkowego, oregano i innych przypraw górujących nad nieco zatęchłym zapachem policyjnego budynku. Lubił tę chwilę, gdy idąc korytarzem widział na twarzach mijanych kolegów po fachu lekką nutkę zazdrości. Teraz to on będzie jadł pizzę mlaskając i oblizując sos czosnkowy z palców i policzków dostarczając kubkom smakowym takich doznań, że wprawi swoje ciało w stan bliski orgazmowi.

Dębski wyszedł z Sali, gdzie przed chwilą przeżył traumatyczną huśtawkę nastrojów. Widok ciała żony najpierw przyprawił go o mdłości, choć przyzwyczajony jest do oglądania zmasakrowanych ciał. Misje w Iraku i Afganistanie spowodowały, że widok śmierci był dla niego chlebem powszednim. Jednak Marta leżąca na stole sekcyjnym to inna kwestia. Tu nie potrafił pozostawić emocji za drzwiami. I potwierdzenie, że stracił ukochaną i jedyną w jego życiu miłość, a tak naprawdę dwie, bo ta druga nienarodzona jeszcze również byłaby jego. Teraz siedział na szpitalnym korytarzu skrywając twarz w dłoniach i odczuwał ogromną pustkę oraz zagubienie. Nie wiedział, co dalej zrobić. Sens jego życia właśnie przykryło białe prześcieradło w Sali sekcyjnej. Zimne usta Marty, blade policzki i te piękne teraz pozlepiane krwią włosy, które tak bardzo lubił dotykać ukradkiem, gdy żona spała, a on wpatrywał się w jej piękną twarz. Nie wiedział, co ma zrobić, gdy wyjdzie na ulice. Dokąd pójść. Do pustego domu nie miał teraz siły wracać. Zbyt wiele rzeczy, a właściwie wszystko mu ją tam przypominało. Zostawił nawet na stole kuchennym niedopitą herbatę w jej ulubionym kubku, której nie zdążyła dokończyć za nim wyszła po raz ostatni z domu. W szpitalu też nie chciał przebywać. Kojarzył mu się ze śmiercią i z ty, że już jej więcej nie zobaczy. Próbował wstać, ale ciało odmówiło posłuszeństwa, więc tkwił w tym miejscu i czuł się jak roślina na pustyni, która usycha z braku wody. Jego woda życia odeszła na zawsze. W tym momencie zdał sobie sprawę, że nie odeszła tylko ktoś mu ją zabrał. Ukradł najcenniejszy klejnot. Nie stracił Marty ze względu na chorobę, starość czy nieszczęśliwy wypadek. Ktoś mu ją ukradł. Zamordował tylko dla tego, że miał na to ochotę. Bestialsko bijąc i zadając ciosy nożem. W Dębskiego wstępowała złość. Gniew potęgował fakt, że sprawca nadal cieszył się wolnością. Mógł wrócić do swoich bliskich i cieszyć się wschodem słońca, a jemu już to nie będzie dane. Nie będzie mógł już przekomarzać się z żoną o to, kto pierwszy rano skorzysta z łazienki. Niema, komu już dziękować za poranną kawę, która zawsze była za słodka i za słaba, ale nigdy jej tego nie mówił. Widział jak się cieszy, gdy kiwając głową i mlaskając przełyka pierwszą porcję, a później, gdy tego już nie widziała ukradkiem dosypywał jeszcze pół łyżeczki i dolewał wody z czajnika. Poczuł jak telefon wibruje w jego kieszeni. Wyciszył go przed wejściem do Sali. Wyjął go i nie spoglądając na wyświetlacz nacisnął przycisk odbioru, przyłożył słuchawkę do ucha. Nic nie mówił. Po drugiej stronie przez krótką chwilę też nikt nic nie mówił. Po chwili usłyszał niski głos.
- Konrad mówi, możesz rozmawiać?
- Yhm – odparł Dębski.
- Dowiedziałem się przed godziną. Jak mogę ci pomóc? – zapytał się rozmówca.
- Nie możesz Kondziu. Nikt już nie może. – odparł zrezygnowany Dębski
- Może jednak w czymś mógłbym być teraz przydatny? – nalegał głos w słuchawce.
Dębski już miał ochotę się rozłączyć, gdy jego uwagę przykuła grupa ludzi idących szybkim krokiem po korytarzu w jego kierunku. Nieśli ze sobą dyktafony, mikrofony, kamery i inne wyposażenie. Ludzie szli całą szerokością korytarza nie zważając na nikogo i na nic, co znajdowało się na ich drodze. Mieli jeden cel, do którego chcieli jak najszybciej się dostać. Tym celem był on siedzący bez sił na krześle. Czuł się jak bezbronne zwierze, które wpadło w zastawiony wnyk widzące zbliżającą się watahę wilków. Teraz te wilki przyszły jego rozszarpać. Było mu wszystko jedno. Niech robią, co chcą. Nagle poczuł jak jakaś potężna siła chwyta go pod ramię i unosi z krzesła z taką prędkością, jakby Dębski był lekki niczym piórko. Dębski nawet gdyby chciał się wyrwać to nie miał szansy, uścisk na jego ręce był tak silny, że mógł zmiażdżyć szynę kolejową. Jestem od Konrada powiedział nieznajomy mężczyzna przypominający monstrualnego prehistorycznego potwora, który teraz ciągnął go w kierunku otwartych drzwi windy.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#2 » 2 years temu

jacolus pisze: Poszkodowani byli już po segregacji i lżej ranni czekali na korytarzu,

Chyba lepiej: "... więc lżej ranni..."

jacolus pisze:a na izbie przyjęć zabrakło łóżek, więc zaadaptowano dwa przestronne gabinety lekarskie na sale,

jeżeli wyżej będzie "więc", to tu zamiast "więc" może: "dlatego".

jacolus pisze:W szpitalu pracowały dwie zmiany, gdyż słysząc o rozmiarze tragedii lekarze oraz pielęgniarki pierwszej zmiany pozostali w szpitalu, aby udzielić pomocy.

Trochę koślawo.
jacolus pisze:W szpitalu pracowały dwie zmiany. Usłyszawszy o rozmiarze tragedii lekarze oraz pielęgniarki pierwszej zmiany, pozostali w szpitalu, aby udzielić pomocy.


jacolus pisze:Marta poczuła, że opada z sił.

od nowego akapitu.

jacolus pisze:Jej fartuch był pokrwawiony, a na dłoniach powychodziły żyły z wysiłku podczas ostatniej reanimacji.

Pielęgniarka nie reanimuje, a po drugie, to ile było tych reanimacji, że była taka zmęczona?

jacolus pisze:- Jak znam Twój apetyt,

Dlaczego z dużej litery, to nie list.

jacolus pisze:- idź tylko się nie zgub,

Ta wypowiedź jest jako drugie zdanie, więc z dużej litery.

jacolus pisze:Marta nie czekając na windę - PRZECINEK - zeszła po schodach do piwnicy


jacolus pisze:Marta nie czekając na windę zeszła po schodach do piwnicy szpitala gdzie mieściła się kuchnia.

jesteś pewien, że pielęgniarka może sobie w nocy łazić po szpitalnej kuchni?
Na oddziałach znajdują się malutkie pomieszczonka, gdzie kucharki przygotowują posiłki.

jacolus pisze:Nie było w niej nikogo oczywiście.

Dlaczego to takie oczywiste?

jacolus pisze:Odwróciła się i aż podskoczyła wystraszona - PRZECINEK - zauważywszy w kuchni trzech mężczyzn.


jacolus pisze:– wygląda na to, że nic tu nie ma.

zdanie z dużej litery. to kolejna kwestia.

jacolus pisze: odparł drugi- PRZECINEK - szczerząc pożółkłe zęby.


jacolus pisze:Poczuła - PRZECINEK - jak silne dłonie niczym szczęki


jacolus pisze: Ktoś chwycił ją za gardło - PRZECINEK - pozbawiając tchu.


jacolus pisze:Podniosła jedną nogę i z całych sił stąpnęła - PRZECINEK - mając nadzieję,


jacolus pisze:Trafiła, gdyż osobnik z tyłu wrzasnął przeraźliwie, jednak nie zwolnił uścisku.

Bardziej sensowne: "Trafiła, gdyż usłyszała przeraźliwy krzyk napastnika, jednak, nie zwolnij uścisku".
A ja nie byłabym taka pewna, że nie zwolnił uścisku.
Przytrzymaj kogoś za rękę i niech ta osoba cię kopnie, a sam się przekonasz.

jacolus pisze:Mocnym zamachnięciem wykonała kopnięcie - PRZECINEK - trafiając w bardzo czuły punkt.

koniecznie musisz zaznaczyć, jaki to miejsce, doprecyzować.

jacolus pisze: Była, co raz bliżej zbawiennego wyjścia.

Po kiego grzyba tutaj przecinek?

jacolus pisze: Gdy zauważyła tego trzeciego był już za późno, był po jej lewej stronie.

koszmarne zdanie, do poprawki.

jacolus pisze:W tej samej chwili poczuła potężne uderzenie

za dużo tego "uderzenia", nie ma jakichś synonimów.

Do reszty wrócę, ale byłoby miło z Twojej strony, gdybyś do tej pory poprawił tę resztę.
Przede wszystkim przecinki przed imiesłowami, dodaj zgubione kropki na końcu zdań i nazwiska popraw na dużą literę.

jacolus
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#3 » 2 years temu

agathas pisze:
jacolus pisze: Poszkodowani byli już po segregacji i lżej ranni czekali na korytarzu,

Chyba lepiej: "... więc lżej ranni..."


A może przecinek?
Poszkodowani byli już po segregacji, lżej ranni czekali na korytarzu.

jacolus pisze:a na izbie przyjęć zabrakło łóżek, więc zaadaptowano dwa przestronne gabinety lekarskie na sale,

jeżeli wyżej będzie "więc", to tu zamiast "więc" może: "dlatego".


Faktycznie lepiej brzmi :)

jacolus pisze:W szpitalu pracowały dwie zmiany, gdyż słysząc o rozmiarze tragedii lekarze oraz pielęgniarki pierwszej zmiany pozostali w szpitalu, aby udzielić pomocy.

Trochę koślawo.


Fakt. Trochę nie miałem na to pomysłu.

jacolus pisze:W szpitalu pracowały dwie zmiany. Usłyszawszy o rozmiarze tragedii lekarze oraz pielęgniarki pierwszej zmiany, pozostali w szpitalu, aby udzielić pomocy.


jacolus pisze:Marta poczuła, że opada z sił.

od nowego akapitu.


Racja :)

jacolus pisze:Jej fartuch był pokrwawiony, a na dłoniach powychodziły żyły z wysiłku podczas ostatniej reanimacji.

Pielęgniarka nie reanimuje, a po drugie, to ile było tych reanimacji, że była taka zmęczona?


Reanimują pielęgniarki i jest to naprawdę męczące. Wiem z doświadczenia. Faktem jednak jest , że to "ostatniej reanimacji" brzmi głupio. Lepiej będzie bez słowa "ostatniej"?

jacolus pisze:- Jak znam Twój apetyt,

Dlaczego z dużej litery, to nie list.


Automatyczna korekta Word. Fakt winno być z małej.

jacolus pisze:- idź tylko się nie zgub,

Ta wypowiedź jest jako drugie zdanie, więc z dużej litery.


OK

jacolus pisze:Marta nie czekając na windę - PRZECINEK - zeszła po schodach do piwnicy


jacolus pisze:Marta nie czekając na windę zeszła po schodach do piwnicy szpitala gdzie mieściła się kuchnia.

jesteś pewien, że pielęgniarka może sobie w nocy łazić po szpitalnej kuchni?


Jako pacjent łaziłem, więc pielęgniarka też może . ;-) W odwodzie mam wątek o tym, że odwozi zwłoki zmarłego w wypadku do kostnicy szpitalnej. Jednak to najczęściej robią dwie osoby...i nie w nocy ;))

Na oddziałach znajdują się malutkie pomieszczonka, gdzie kucharki przygotowują posiłki.


Tam nie było, bo...popsuło by mi to akcję :-D


jacolus pisze:Nie było w niej nikogo oczywiście.

Dlaczego to takie oczywiste?


jesteś pewien, że pielęgniarka może sobie w nocy łazić po szpitalnej kuchni?
- zatem może nie być nikogo ;)

jacolus pisze:Odwróciła się i aż podskoczyła wystraszona - PRZECINEK - zauważywszy w kuchni trzech mężczyzn.


jacolus pisze:– wygląda na to, że nic tu nie ma.

zdanie z dużej litery. to kolejna kwestia.

jacolus pisze: odparł drugi- PRZECINEK - szczerząc pożółkłe zęby.


jacolus pisze:Poczuła - PRZECINEK - jak silne dłonie niczym szczęki


jacolus pisze: Ktoś chwycił ją za gardło - PRZECINEK - pozbawiając tchu.


jacolus pisze:Podniosła jedną nogę i z całych sił stąpnęła - PRZECINEK - mając nadzieję,


jacolus pisze:Trafiła, gdyż osobnik z tyłu wrzasnął przeraźliwie, jednak nie zwolnił uścisku.

Bardziej sensowne: "Trafiła, gdyż usłyszała przeraźliwy krzyk napastnika, jednak, nie zwolnij uścisku".
A ja nie byłabym taka pewna, że nie zwolnił uścisku.
Przytrzymaj kogoś za rękę i niech ta osoba cię kopnie, a sam się przekonasz.


Miał to na celu pokazanie jaki z niego twardziel...

jacolus pisze:Mocnym zamachnięciem wykonała kopnięcie - PRZECINEK - trafiając w bardzo czuły punkt.

koniecznie musisz zaznaczyć, jaki to miejsce, doprecyzować.


"...trafiając go w krocze", czy może "...trafiając go w jądra" ? Pytam serio :)

jacolus pisze: Była, co raz bliżej zbawiennego wyjścia.

Po kiego grzyba tutaj przecinek?

jacolus pisze: Gdy zauważyła tego trzeciego był już za późno, był po jej lewej stronie.

koszmarne zdanie, do poprawki.

jacolus pisze:W tej samej chwili poczuła potężne uderzenie

za dużo tego "uderzenia", nie ma jakichś synonimów.


Racja. Zmienię na cios...

Do reszty wrócę, ale byłoby miło z Twojej strony, gdybyś do tej pory poprawił tę resztę.
Przede wszystkim przecinki przed imiesłowami, dodaj zgubione kropki na końcu zdań i nazwiska popraw na dużą literę.

Noo...dobra :(

A tak serio to dziękuję. <ok>

Olka
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#4 » 2 years temu

Może mi umknęło, ale w tekście nie zauważyłam by była jakaś wzmianka o prokuratorze. Zawsze jest on obecny przy oględzinach zwłok. I oględzin dokonuje lekarz sądowy, technicy zajmują się zbieraniem dowodów, ujawnianiem śladów, dokumentacją itd.
Ja dodałabym jeszcze informację o stężeniu pośmiertnym, to też jest brane pod uwagę przy określaniu czasu zgonu. Ale to tylko takie moje sugestie, ja mam pypcia na punkcie kryminalistyki, więc...mogę się trochę czepiać :D

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1703

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#5 » 2 years temu

jacolus pisze: Detektyw Zbigniew Walczak kręcił się po komisariacie nieco bez celu. Dochodziła godzina 16.00 i za parę minut kończył służbę. Chciał szybko wyjść, ponieważ umówił się wieczorem z kilkoma kolegami na partyjkę pokera.

Umówił się na wieczór.

jacolus pisze:Oczywiście z pensji nie mogli sobie pozwolić na hazardową grę, więc gali na żetony.

Grali.

jacolus pisze:Przegrany kupował buteleczkę na następne spotkanie oraz organizował grę w swoim mieszkaniu.

Butelkę. Zdrobnienie sugeruje objętość poniżej pół litra płynu.

jacolus pisze:Tak naprawdę to trzeci raz z rzędu.

Coś w tym zdaniu nie gra (podpowiem, że chodzi o brak pewnej części zdania na o). Proponuję połączyć je z poprzednim. Tak by zabrzmiało jak ironiczna uwaga.

jacolus pisze:Jako, że mieszkał sam w mieszkaniu panował ogromny bałagan.

Zamiast Jako, że proponuję Ponieważ. Dodałbym również w nim pomiędzy panował a ogromny.

jacolus pisze:Właśnie zamknął sprzątnięte z biurka dokumenty do pamiętającej jeszcze czasy poprzedniego ustroju szafy pancernej, jaka znajdowała się w pokoju, gdy zadzwonił telefon na biurku.

Możesz sobie odpuścić to jaka była w pokoju, źle to łączy się z pozostałymi częściami zdania.

jacolus pisze:Gdy dojechał już na miejsce bez trudu trafił do prosektorium.

Odpuść to już.

jacolus pisze:Technik jakby wytrącony z własnych myśli spojrzał nieco wystraszonym wzrokiem na detektywa i po chwili zaczął spokojnym tonem relacjonować ustalenia.

Tutaj też masz niepotrzebne słowo jakby. Nie można być jakby wytrącony z własnych myśli, po prostu jest się wytrąconym ze swoich myśli.


jacolus pisze: Detektyw podszedł do dwóch policjantów w cywilnych ubraniach. Byli to funkcjonariusze z wydziału kryminalnego, którzy jako pierwsi przyjechali na miejsce. Walczak znał ich dobrze, pracowali ze sobą nie jeden raz i wiedział, że wykonują swoją pracę sumiennie. Po krótkim przywitaniu jeden z nich zaczął przekaz informacji.
Sprawa ma się tak. Jeden z pracowników szpitala chcąc umieścić ciało zmarłego tej nocy pacjenta otworzył drzwi chłodni i zauważył ciało kobiety w zakrwawionym szpitalnym ubraniu. Zawiadomił przełożonego, a ten zadzwonił na policję. W międzyczasie przybiegło kilka osób, w tym także lekarz, ale na pomoc było już za późno. Zmarła to Maria Dębska. Pracowała w tym szpitalu na oddziale ratunkowym. Z początku nie poznali jej, ze względu na obrażenia twarzy, jakich doznała. Była lubianą i wesołą osobą. Pracowała tu trzeci rok. Nie miała zatargu z nikim ze szpitala, przynajmniej na tę chwilę mamy takie ustalenia.
Co robiła tutaj pielęgniarka z oddziału ratunkowego o tak późnej porze? - spytał Walczak rozglądając się dookoła.
Zeszła do kuchni w poszukiwaniu zupy od obiadu – odpowiedział drugi z tajniaków. Mieli tu mały Sajgon w nocy w związku z karambolem na autostradzie. Koleżanki opowiadały, że zeszła i ok. 3 w nocy.

Brakuje myślników by podkreślić dialog.


jacolus pisze:- Jedna – odpowiedział pierwszy z kryminalnych. Koleżanki pomyślały, że usiadła w kuchni i zasnęła. Szukały jej, ale do kuchni poszła tylko jedna. Później z racji, że były bardzo zmęczone udały się do domu.

Tutaj także.

jacolus pisze:- Był ktoś u niej? Mruknął detektyw.

To samo.

jacolus pisze:To na razie. Walczak mocno uścisnął dłonie obu policjantom i wyszedł z pomieszczenia.

Ponownie brak myślników.

jacolus pisze:- Komisarz walczak? – Zadał kolejne pytanie nieznajomy.
- A kto pyta? Satpol, TVO, a może gazeta Selekcyjna? Dla kogo ten wywiad? - warknął komisarz wyraźnie poirytowany.
- Nazywam się Robert Dębski – odparł nieznajomy – i jestem - zawiesił głos - mężem Marty - spuścił głowę jakby chciał ukryć przed rozmówcą wyraz swojej twarzy.
- Proszę mi wybaczyć – odparł zmieszany walczak. Przed budynkiem stoi wóz transmisyjny i stąd moja reakcja. Komisarz walczak przedstawił się jednocześnie wyciągając służbową legitymację z odznaką. Proszę niech pan usiądzie – wskazał rząd drewnianych krzeseł pod ścianą. Mężczyzna kiwnął głową i razem usiedli na krzesłach. Walczak usiał nieco bokiem, aby lepiej widzieć mężczyznę. Dębski właściwie zwalił swoje wielkie cielsko na krzesło jakby ktoś nagle pozbawił go wszystkich sił. To, że siedzenie wytrzymało to ogromne uderzenie graniczyło z cudem.
- Słucham - odparł walczak

Walczak jako nazwisko powinno być z dużej litery. Chyba, że chodziło ci o długi zbiornik. :D

jacolus pisze: Spojrzał na walczaka oczyma, w których nie było niczego, nie było życia, było czyste przerażenie. Mężczyzna jakby patrzył w dal przez a nie w walczaka.

Ten sam błąd.

jacolus pisze:Mężczyzna potakująco skinął kilkukrotnie głową, a następnie wyszeptał w kierunku leżącej kobiety- boże, kto ci to zrobił?
Do walczaka podszedł jeden z lekarzy, szepnął komisarzowi coś do ucha. Walczak spojrzał na lekarza z szeroko otwartymi oczami.

Suma obu powyższych błędów.

jacolus pisze:Atletyczny mężczyzna

Jaki?

jacolus pisze:- Bardzo mi przykro. – odparł nieco zmieszany walczak

...

jacolus pisze: Nie był o tym przekonany, jednak jakiś wewnętrzny glos podpowiadał mu, aby dać szanse temu człowiekowi.
- Dobrze panie Walczak, ale będę patrzeć panu na ręce.
Dębski wyprostował się i patrząc na detektywa z góry zapytał czy jeszcze jest do czegoś potrzebny. Walczak odparł, ze musi podpisać kilka dokumentów oraz, ze zaprasza go do komendy w tym celu. Nie była to cala prawda, ponieważ z racji prowadzonych działań operacyjnych maź musiał zostać przesłuchany na okoliczność posiadania alibi na czas, w jakim została zamordowana pani Dębska. A może bardziej chodzi o znalezienie motywu, dla którego ten potężny facet mógł uśmiercić te drobna kobietę.

W paru wyrazach brak polskich znaków. Uśmiercić drobną kobietę.

jacolus pisze: Jego ręce to dwa wielkie młoty kowalskie.

Chyba przypominały młoty, a nie były nimi.

jacolus pisze: Ruch w mieście w dalszym ciągu był spory, popołudniowe powroty z pracy osiągnęły swoje apogeum toteż przy każdym sygnalizatorze skupiała się niezliczona masa samochodów przypominająca spiętrzoną wodę chcącą zmieść z drogi tamę, która stojąc uniemożliwiała jej swobodny przepływ.

Często tworzysz krótkie zdania lub ich równoważniki, lecz tym razem poszedłeś w odwrotną stronę. Rozbij je na dwa zdania. Dodatkowo w pierwszej jego części jest błąd opisowy. To minęła już pora powrotów z pracy,jak sugerowałby początek zdania (w dalszym ciągu był spory, co oznacza, że wcześniej był jeszcze większy), czy wszyscy właśnie wracają ze swojej zmiany i mamy apogeum?

jacolus pisze:- No to szczęśliwe życie prowadzi pan Brzozowski. – powiedział od niechcenia Walczak. Sprawdzić mi tego luzaka.

Ponownie brak myślnika

jacolus pisze:Gdy Walczak znalazł się na korytarzu prowadzącym do jego służbowego pokoju poczuł zapach sosu czosnkowego, oregano i innych przypraw górujących nad nieco zatęchłym zapachem policyjnego budynku. Lubił tę chwilę, gdy idąc korytarzem widział na twarzach mijanych kolegów po fachu lekką nutkę zazdrości. Teraz to on będzie jadł pizzę mlaskając i oblizując sos czosnkowy z palców i policzków dostarczając kubkom smakowym takich doznań, że wprawi swoje ciało w stan bliski orgazmowi.

Za ten opis masz u mnie gigantycznego plusa, popłakałem się ze śmiechu.

Ogólnie masa powtórzeń i drobnych błędów, których już nie chciało mi się wyszukiwać. Fabuła nie jest zła i mam nadzieję, że piszesz drugą część, bo brak tutaj wyraźnego zakończenia.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Mat Morph
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#6 » 2 years temu

Fajny kryminał - to lubię :) Ale masa błędów. Please, use Word before publication - albo jakiś zamiennik. Akcja wciągająca, jak zapach pizzy. Czekam na drugą część. Acha, wymieniane postacie posiadają nazwy jakieś takie mało wyszukane. Czytając, miałem wrażenie, że jest to forma pierwotna opowiadania, gdzie zamiast nazw bohaterów miało być X i Y, ale w trzy sekundy dało się wymyślić Jolantę Kuzik (Rostkowską?).

Hanna Greń
Wydany pisarz
Posty: 237

Każde przestępstwo powinno być ukarane

Post#7 » 2 years temu

Nie będę się czepiać pisowni, do której faktycznie niezbyt się przyłożyłeś, bo inni to już zrobili. Wrócę do tego, gdy poprawisz wytknięte błędy. Zajmę się raczej fabułą.
Zejście do kuchni nie budzi moich zastrzeżeń. Swego czasu wędrowałam bezkarnie po szpitalnych zakamarkach i nikt się tym nie zainteresował, więc twoja historia jest prawdopodobna.
Prokurator powinien być, chociaż na chwilę. W praktyce rzadko się zdarza, żeby uczestniczył w całych oględzinach, ale musi się pojawić w miejscu zdarzenia. Wbrew temu, co pisze Olka, lekarz sądowy pojawia się rzadko. Najczęściej to lekarz z pogotowia stwierdza zgon. Twój trup leżał w szpitalu policjanci poprosiliby zapewne kogoś stamtąd. Taki lekarz robi bardzo ogólne oględziny, dopiero po przewiezieniu zwłok robi się dokładne.
Muszę cię zmartwić co do wyników badań DNA. Piszesz, że będą za kilka godzin, tymczasem nawet kilka dni byłoby tu nadmiernym optymizmem. W praktyce czeka się około miesiąca. Co innego, gdyby twoja denatka była żoną prezydenta czy chociaż ministra, wtedy kilka godzin byłoby w sam raz.
Najwięcej zawsze mówią ci, którzy nie mają nic do powiedzenia.

Wróć do „Szuflada obyczajowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości