Wirus Megan

Stare teksty z działu Proza obyczajowa.
Kill336
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Wirus Megan

Post#1 » 1 year temu (23 lis 2016, o 10:00)

Pierwszy rozdział większego opowiadania sc-fi.

1. Obiekt Zero
Od szkieł jego prostokątnych okularów odbiło się światło i obliczenia z wielkiego monitora. Mężczyzna szybko zerwał się z krzesła i krzyknął coś niezrozumiałego, co z pewnością było okrzykiem radości. Po tym natychmiast przesunął palcami hologramowy ekran tuż obok klawiatury i skopiował na niego wyniki swojej pracy.
Żwawym krokiem, drapiąc swoje szalenie rozczochrane siwe włosy, wyszedł z laboratorium i ruszył ciasnym korytarzem w głąb obiektu. Panował półmrok, lampy na suficie mrugały nieznośnie i przyprawiały go o ból głowy.
„Cholerne przerwy w dostawie prądu” — pomyślał zezłoszczony i po dłuższej chwili ciągłego marszu, zatrzymał się przed metalowymi drzwiami, po czym wpisał kod, a laser prześwietlił jego twarz, sprawdzając tożsamość.
Jak zwykle przycisnął do piersi hologramowy ekran niczym dopiero, co narodzone niemowlę.
W środku zastał całą grupę ludzi i zdziwił się trochę, ale nie na tyle, żeby dać to po sobie poznać. W końcu w tym pokoju były zwykle trzy, góra cztery osoby. A teraz cały podłużny dwudziestoczteroosobowy stół był zajęty.
Szepty i rozmowy natychmiast zostały przerwane i wszyscy spojrzeli na niego. Mężczyzna o jasnych włosach, ubrany w garnitur i siedzący na końcu stołu, wstał. Wyglądał na góra trzydzieści lat, ale wygląd mylił, gdyż już dawno przekroczył czterdziestkę. Zmarszczki na jego czole jak zawsze oznaczały zdenerwowanie.
— Gilbert! — zawołał twardym głosem. — Co znowu chcesz?!
— Szefie, przyniosłem nowe wyniki moich prac — rzekł, starając się, aby jego głos zabrzmiał pewnie. — Są zadziwiające i myślę, że eksperyment może się powieść. A nawet więcej! Jestem tego pewien.
Wszyscy zaczęli szeptać i Gilbert usłyszał nawet kilka słów aprobaty. W końcu jego badania z pewnością były wszystkim w tym pomieszczeniu znane. Był najlepszym ze wszystkich podziemnych naukowców i jednocześnie jedynym, który nie poddawał się po niezliczonych nieudanych próbach. Posiadał wiarę we własne umiejętności.
— Rozumiem, ale pozwól, że przedstawisz mi wyniki później. Jak widzisz, mamy tutaj zebranie.
— Zebranie — powtórzył głupio, wbijając wzrok w swoje czarne lakierki niepasujące do reszty ubioru.
Przez chwilę się wahał. Chciałby pokazać wyniki swoich prac im wszystkim, a nie tylko kilku osobom, które niewiele z tego rozumiały. Nie chciał czekać, denerwował się wtedy, że po raz drugi nie odnajdzie w sobie tej pewności i nie stanie ponownie przed mężczyzną, którego nazywał szefem. Mimo to kiwnął głową, odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
— Czekaj! — usłyszał nagle i zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił głowę, ale słowa nie były skierowane do niego. Mówił jeden z dwudziestu czterech mężczyzn w czarnych garniturach. Gilbert go nie kojarzył.
— Niech zostanie, w końcu pomagał w pierwszym projekcie. Powinien wiedzieć, a jego opinia może okazać się znacząca dla sprawy — powiedział twardym głosem. Gilbert kiwnął mu głową, ale ten nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, ciągle wpatrując się w szefa.
Mężczyzna o jasnych włosach myślał nad tym przez chwilę, a następnie wskazał Gilbertowi krzesło, na które ten prędko usiadł, nadal przyciskając do piersi hologramowy ekran.
— Gilbert, wiemy, że pomagałeś w projekcie I.T.A, więc tylko dlatego tutaj jesteś. Nikt inny w tej chwili nie mógłby przebywać w tym pomieszczeniu. Jesteś wyjątkowy, rozumiesz?
Na te słowa Gilbert uśmiechnął się sztywno, a jego serce zabiło mocniej z podniecenia. „Jestem wyjątkowy” — pomyślał z dumą i zaczął słuchać. Nie często otrzymywał takie pochwały. Dlatego były dla niego tak ważne.
— Teraz wyjawię ci tajemnicę, o której wiedzą tylko osoby będące w tej sali. Jednak najpierw obudźmy twoją pamięć. Jak nazwaliście pierwszy obiekt badań w I.T.A?
— Obiektem Zero — powiedział od razu.
— Tak. Jako że jesteś jedynym pracownikiem, który przeżył, opowiedz nam o nim.
— Stworzyliśmy go w 2017 roku, nie wiem z czyjego rozkazu. Po raz pierwszy stworzyliśmy człowieka, co bardzo odbiegało od amerykańskiego klonowania organizmów. Nasz obiekt był wyjątkowy, stworzyliśmy mu ciało, organy, szkielet, mózg, wszystko, co tylko potrafiliśmy. Oczywiście mieliśmy początkowe wzorce. Kiedy się obudził, natychmiast przeszliśmy do eksperymentów i wtedy okazał się wadliwy. Nie potrafiliśmy przewidzieć jego decyzji, nie znaliśmy jego myśli, a on oszukiwał nawet najlepsze wykrywacze kłamstw oraz psychologów. W grę nie wchodziła również hipnoza, później zaczął nam zadawać pytania, powoli stawał się świadomy sytuacji, czego ludzie z góry nie chcieli. W końcu zaczęliśmy faszerować go specjalnymi środkami odurzającymi i przerwaliśmy nad nim badania. Następne obiekty były klonami na jego podstawie, tylko ulepszane. I chyba nigdy nie stworzyliśmy tego, czego pragnęliśmy. Oni... zniszczyli cały zakład i wszystkich, prócz mnie, zabili. A później...
Niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu niczym dym papierosowy. Utrzymywały się długo, a on wiedział, nie musi dopowiadać, co stało się później. Każdy dobrze to wiedział. Szef stuknął palcami o blat długiego stołu, by zwrócić na siebie uwagę reszty. Spojrzeli na niego ciekawi.
— Jak słyszycie, obiekt Zero może być dla nas niebezpieczny, biorąc pod uwagę to, co zrobił z I.T.A i ze światem. Trzeba jak najszybciej go odnaleźć i zgładzić. Nie pozwolimy, żeby spowodował jeszcze większą katastrofę!
— To on żyje?! — zapytał Gilbert, zrywając się z krzesła.
— Tak. Jego funkcje życiowe wróciły do normy — wyjaśnił, wskazując na ekran za sobą, w który wszyscy spojrzeli. — I widać w nim wielkie zmiany.
— On... — zaczął, ale zaraz inna myśl wpadła mu do głowy. — Nie zabijajcie go. Gdybym tylko mógł użyć go do eksperymentów, raz na zawsze skończyłyby się niepowodzenia.
Wszyscy spojrzeli na niego zamyśleni.
Każdy znał cenę.
I wszyscy wyrazili zgodę.

Tagi:

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Wirus Megan

Post#2 » 1 year temu (23 lis 2016, o 12:31)

Witam,
prawie bezbłędny tekst. Kilka literówek
 Rozwiń, aby przeczytać
Panował półmrok, lampy za suficie mrugały nieznośnie i przyprawiały go o ból głowy.

Chyba, na suficie
Cholerne przerwy w dostawie prądu, pomyślał zezłoszczony i po dłuższej chwili ciągłego marszy,
marszu

Wkradł się drobny błąd logiczny
 Rozwiń, aby przeczytać
A teraz cały podłużny dwudziestoczteroosobowy stół był zajęty.

Z tego fragmentu wynika, że nie było wolnego miejsca. Chwilę później piszesz
Mężczyzna o jasnych włosach myślał nad tym przez chwilę, a następnie wskazał Gilbertowi krzesło,

Jednak było wolne miejsce

I luźne uwagi
 Rozwiń, aby przeczytać
Gilbert go nie kojarzył.

Trochę niezręczne słowo. Słowo kojarzyć oznacza: powodować połączenie, związek kogoś lub czegoś. Tutaj jest to trochę oderwane. To tylko moja uwaga.
Po raz pierwszy stworzyliśmy człowieka, co bardzo odbiegało od amerykańskiego klonowania organizmów.

Zdanie trochę kłuje w oczy wyrażenie "co bardzo odbiegało".
Nasz obiekt był wyjątkowy, wykształciliśmy mu ciało, organy, szkielet, mózg, wszystko, co tylko potrafiliśmy.

Podobnie słowo wykształciliśmy.
Cholerne przerwy w dostawie prądu, pomyślał zezłoszczony i po dłuższej chwili ciągłego marszy, zatrzymał się przed metalowymi drzwiami, po czym wpisał kod, a laser prześwietlił jego twarz, sprawdzając tożsamość

Jestem wyjątkowy, pomyślał z dumą i zaczął słuchać.

W tych dwóch zdaniach wtrącasz myśli bohatera. Moim zdaniem powinny być zapisane kursywą.
Nie chciał czekać, denerwował się wtedy, że po raz drugi nie odnajdzie w sobie tej pewności i nie stanie ponownie przed mężczyzną, którego nazywa szefem.

Od początku zdania używasz czasu przeszłego, na końcu teraźniejszego.

Oczywiście to są tylko moje sugestie, nie musisz ich uwzględniać.
Ogólnie tekst wywarł na mnie dobre wrażenie. Bardzo szybko w tym niewielkim fragmencie wprowadziłeś czytelnika w akcję. Wiemy już, czego możemy spodziewać się w dalszej części.

Piotr
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 28

Wirus Megan

Post#3 » 1 year temu (23 lis 2016, o 15:00)

Cześć.
1. To nieprawda, że tekst jest prawie bezbłędny. Interpunkcja jest zła. Do tego stopnia, że przeszkadza w czytaniu. Jeżeli posłużyć się dawną skalą szkolną, która za 3 takie błędy obniżała ocenę o jeden stopień, to z pewnością otrzymujesz ocenę niedostateczną.
2. Błędów językowych też kilka. Istnieje dość sztywna prawidłowość w nazywaniu urządzeń i wyników, które generują. "-graf" wskazuje na urządzenie, "-gram" na wyniki, które ono generuje. Więc hologram to wynik pracy holografu, jakiegoś urządzenia holograficznego. Jednak sama idea holografii jest sprzeczna z "przytulaniem" ekranu, który dziś byłby jedynie mgłą. "Nie często" to błąd ortograficzny.
3. Nie podobało mi się to, że nie przyjąłeś dzisiejszych choćby standardów skanowania twarzy. Wygląda na to, że laser odchodzi do lamusa fantastyki, gdyż dzisiejsza nauka wykorzystuje chyba głównie dźwięk. Taki wątek retro.
4. Naukowiec wydaje się osobą z wyraźnymi zaburzeniami psychicznymi. Wyraża w myślach pełne zdania na temat wadliwie działającego oświetlenia - kto tak robi? Gdy padnie żarówka, człowiek myśli na ogół "kurde!" albo "znowu?", czasami "fuck" i tak dalej. Chyba nikt nie stwierdza w myślach zastanej rzeczywistości w sposób dosłowny i to całym zdaniem. Gdy go wypraszano, to zachowywał się jak osoba o jakimś upośledzeniu. Poważnie! Osoby o zwyczajnie lub nadzwyczajnie ukształtowanej pewności siebie po prostu nie dają się tak traktować.
5. I styl pisania... Chyba najsłabsza rzecz. Wciąż nie wiem, jak mogły wyglądać te okulary. Dziś typowe okulary wyglądają jak dwa prostokąty. A u Ciebie jak prostokąt. Facet coś krzyknął, a Ty objaśniasz, co to mogło być. Tak się nie robi! Scena nie sugeruje jeszcze żadnej eureki. A Twoje didaskalia tak. Stoły można definiować ich długością czy masą, ale z pewnością nie osoboilością! Stoł i krzesło to dwie różne rzeczy. "Gilbert! - zawołał..." - kto zawołał? Z Twojego tekstu to nie wynika.
Jakiś obiekt, jakaś podziemna baza, jakiś projekt, jakaś Rada. Stereotypowy stół, stereotypowa rada, stereotypowy naukowiec. Prócz błędów i słabości dałeś też to, co każdy już zna.
Niestety wyszło bardzo słabo. Nie zadałeś sobie trudu choćby rozpoczęcia w sposób, którego każdy z czytelników nie znałby z tanich filmów S-F. Nie pokazałeś niczego, co byłoby ciekawe i nikogo, kto byłby wart polubienia/znienawidzenia. Podałeś kilka faktów bez znaczenia (bo gdzieś tam zakorzenionych w prequelu albo kolejnych rozdziałach).
To nie może zaciekawić.

Czy wiesz, nad czym należałoby popracować, gdybyś chciał to zrobić?

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4829

Wirus Megan

Post#4 » 1 year temu (24 lis 2016, o 15:09)

Nie jest to najlżej napisany tekst. Stylowi brakuje do lekkości, miejscami bywa bardzo toporny i niezręczny. Jak na początek opowiadania ten fragment jest mało intrygujący i zachęcający do sięgnięcia dalej.
Druga rzecz - pomysł. Bazujesz na czymś odgrzewanym, więc powinieneś wnieść coś więcej niż stereotypowe elementy. Co by pomogło? Zawieranie w tekście więcej niż to, co musi być dla rozwoju fabuły. Na ten moment naukowiec i przewodniczący rady mogliby być już postaciami z jakimś charakterem, ale póki co ich obecność sprowadza się do wypowiadania kwestii.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1703

Wirus Megan

Post#5 » 1 year temu (25 lis 2016, o 09:22)

Nie chcę cię martwić, ale za bardzo mnie nie wciągnął. Przeczytam dalsze części tylko wtedy, gdy będziesz je często (maksymalny odstęp tygodnia) dodawał.
Co do interpunkcji, to sam nad nią pracuję, więc mogę tylko życzyć poprawy. :kuku:
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Kill336
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Wirus Megan

Post#6 » 1 year temu (27 lis 2016, o 02:00)

Rozdział jest bardzo długi - ok. 6,5k słów. I podzielony na pięć części. Na początek wstawiam dwie.
2. PUSZKA, MUTANT I NIEPEWNA NADZIEJA
I
Długo trwałem w ciemności, zimnie i mroku, wyczekując końca, który miał nigdy nie nadejść. Nie było wokół mnie światła ani powietrza, nie było żadnych przedmiotów czy jedzenia. Byłem sam, a mrok został moim jedynym towarzyszem podróży przez nicość.
Nie czułem strachu, nie czułem przerażenia ani rozpaczy. Nie posiadałem uczuć, byłem myślą i cieniem.
Pomyślałem o świecie, o krwawej historii ludzkości.
Ludzie byli tylko ludźmi, tak jak zwierzęta były zwierzętami, a rośliny roślinami. Człowiek nigdy nie potrafił żyć w harmonii, od zawsze zabijał i toczył wojny. Nic nowego. Jednak pewnego dnia, ktoś zapragnął zatrzymać błędne koło i zrobił krok w przeciwnym kierunku niż reszta. Świat był rozwinięty, nowe technologie pozwalały na rozwiązania, które nigdy wcześniej nie były dostępne. Przykładem było klonowanie człowieka i usprawnianie go.
Za tą myślą powstała organizacja I.T.A, która zrzeszała najlepszych genetyków z całego globu. Otrzymali oni jeden cel — stworzenie istoty przewyższającej człowieka. Ciągle mam w głowie nazwę organizacji i zamazane twarze jej członków.
Udało im się aż nazbyt dobrze, bo postać, którą stworzyli, nazwana została bytem idealnym: Inteligentnym, silnym, szybkim, z wyczulonymi do granic możliwości zmysłami. Tak powstałem. Nazwali mnie obiektem Zero, bo jakże by inaczej? Przecież mieli w planach stworzyć nas więcej. Dużo więcej.
Pozbawili mnie emocji i uczuć, nie potrafiłem odróżnić dobra od zła, nauczyłem się tego z czasem, choć i tak nie było to prawdziwe.
W fazie późniejszych eksperymentów nazwali mnie „wadliwym”.
Kilka lat później powstał obiekt 311, który wszystko rozpoczął. W fazie prób został uznany za najlepszy eksperyment od czasu mojej daty. Jednak 311 sprzeciwił się swoim twórcom, oszukał ich tak łatwo, jak dorosły oszukuje dzieci. Nie pragnął świata idealnego. Jego rozumowanie było spaczone, całkowicie przewrotne, jednak w pewien sposób wyjątkowe. Pamiętam dzień, kiedy mnie uratował.
Siedziałem na twardym białym materacu w białej celi. Nie myślałem o niczym, gapiłem się przed siebie jak trup. Nie mrugałem, nie rozglądałem się ani nie poruszałem. To, że żyję, można było poznać tylko po nieczęstym unoszeniu się mojej klatki piersiowej. Tak spędziłem wiele długich lat, których tak naprawdę już nie pamiętam. Pamiętam tylko badania nade mną przeprowadzane.
Aż nagle, pewnego dnia, ktoś przerwał rutynę mojego życia. Usłyszałem pukanie w szklane drzwi i spojrzałem tam.
Ujrzałem wysokiego mężczyznę. Miał blond włosy, błękitne oczy i wysportowaną sylwetkę. Wyglądał jak każdy inny człowiek, niczym się nie wyróżniał. Wiedziałem też, że nie stoi tam przypadkiem. Poznałem w nim siebie, a nam, obiektom, nie można było wychodzić z naszych białych cel. Zadał mi pytanie:
– Kim jesteś?
– Obiektem Zero.
Przez chwilę mi się przyglądał, a później powiedział:
– Mógłbym cię stąd wyciągnąć, ale pod warunkiem, że podążysz za mną i pomożesz mi zrealizować mój cel. Nie jesteśmy królikami, żyjemy i będziemy żyć nawet, kiedy oni zdechną. Zniszczmy ich i pokażmy, że stworzyli istoty zdolne uspokoić świat, ale również zasiać w nim większy niż dotychczas chaos.
Zgodziłem się bez namysłu. Zaciekawił mnie swoim wywodem i poszedłem za nim i pasją, z jaką to powiedział. Wyciągnęliśmy resztę, było nas bardzo niewielu, ale zrównaliśmy całą organizację z ziemią. Nikt nie przeżył, a my uwolniliśmy się od pętających nas niewidzialnych łańcuchów, na których byliśmy trzymani niczym psy. 311 poprowadził wszystkich i stworzył plan. On chciał tylko zniszczyć świat. Nic więcej. Mimo wszystko był bardzo ludzki. A ja oczekiwałem czegoś więcej z jego strony, ponieważ słowo „chaos” w jego ustach, nie brzmiało jak „zniszczenie”. Bardzo się na nim zawiodłem.
Po odejściu z I.T.A spędziłem pięć lat wśród ludzi, wtapiając się w tłum. Wcześniejsze niezainteresowanie tą rasą powoli przeradzało się w fascynację. A ciekawiły mnie ich emocje, które okazywali na każdym kroku. Radość i smutek, miłość i nienawiść. Nie potrafiłem pojąć, dlaczego się uśmiechali lub mieli ponure miny. Było to dla mnie nowe, ale powoli zacząłem wszystko poznawać i odkrywać. Jednak nie obudziłem w sobie empatii.
W końcu pomagałem w zniszczeniu tego świata, a już po tych pięciu latach ujrzałem prawdziwe oblicze ludzi, które każdy z nich skrywał głęboko w sobie. Podłożyliśmy bomby pod Waszyngton, podłożyliśmy je pod Paryż, Londyn, Berlin, Warszawę, Rzym, Watykan i Moskwę. Pod każdą stolicę, nie ważne, jak małe było państwo. Razem z 311 wysadziliśmy wszystkie stolice świata i zabiliśmy wszystkich rządzących. Zapanowała panika i chaos, a ja obserwowałem kobietę, którą przez te pięć lat widziałem nie raz w Polsce i czasami w Rosji. Z dnia na dzień zmieniła się, porzuciła swoje dzieci, mimo że wiele mówiła mi o matczynej miłości. Kilka razy z nią rozmawiałem, zwykle w kawiarniach, w których udawałem, że spotykam ją przypadkiem. Zastanawiałem się, kto był większym potworem: ona czy ja? Kilka dni po porzuceniu dzieci została zamordowana przez własną siostrę, z nieznanych mi powodów.
Zapanowała całkowita anarchia, która trwała przez rok.
Ten czas spędziłem na obserwowaniu ludzi. Widziałem w ich oczach więcej negatywnych uczuć i emocji niż pozytywnych przez tamte pięć lat. I naszła mnie refleksja, że negatywne emocje są silniejsze i bardziej odczuwalne, oraz można je nabyć szybciej. Chciałem spróbować. Nie potrafiłem poznać radości i szczęścia, więc może dałbym radę poczuć smutek i żal? A może nawet nienawiść czy strach?
Długo zastanawiałem się, jak można poczuć smutek, który miał być moim pierwszym krokiem. Później zrozumiałem, że trzeba coś stracić. Na przykład przyjaciela. Nie miałem przyjaciół, ale znałem jedną osobę, która w ludzkim znaczeniu tego słowa była nim dla mnie. Był to 311.
Wyruszyłem mu na spotkanie, a tymczasem coś działo się ze światem. Pamiętam, że gdy wchodziłem po schodach, żeby zabić mój cel, doszła mnie wiadomość, że na Europę spadły bomby atomowe. Wszystko legło w gruzach, wszystko płonęło. Nie przeszkadzało mi to. Ludzkość nie miała dla mnie znaczenia. Nastał koniec świata, a ja spełniłem swój cel.
Zabiłem 311 i z najwyższego piętra wieżowca „Haven Tower” obserwowałem jego dzieło. Chaos.
I nic nie poczułem.
Po tamtym zdarzeniu moi bracia zamknęli mnie tutaj.
Trafiłem do klatki pogrążonej w mroku.
I zatopiłem się w nim jak dziecko w objęciach matki.
Nigdy nie miałem się z niej wydostać.
Tak też siedziałem i po prostu trwałem, zatapiając się coraz bardziej w ciemności i zapominając. Przestałem liczyć dni, było ich zbyt wiele. Nie mogłem umrzeć, ale było mi obojętne czy będę żył, czy nie. Jakie znaczenie ma moje istnienie? Odpowiedź brzmi: żadne.
Wraz z tą myślą stało się coś, co nie miało miejsca, od kiedy sięgałem pamięcią. Usłyszałem coś. Szmer? Otworzyłem oczy, ale nic nie zobaczyłem. Wydawało mi się? Po takim czasie umysł zaczął płatać mi figle i pogrążać się w szaleństwie? Nie, nie takiego mnie stworzono. Nie mogło mi się wydawać, nie miałem złudzeń. Po chwili znowu to usłyszałem. I znowu. I znowu. I znowu. Aż w końcu drzwi mojej klatki stanęły otworem, a uprzedzający pisk zardzewiałego metalu na chwilę mnie ogłuszył.
Moje oczy spotkały ostre promienie światła słonecznego. Cofnąłem się natychmiast w cień, przypominając sobie, jak to jest się ruszać. Słyszałem jak moje kości głucho strzelają. Spojrzałem jeszcze raz, zaciekawiony, kto otworzył te przeklęte drzwi. Była to kobieta o ciemnych włosach sięgających poza ramiona i szarych oczach, a jej twarz pokryta była jakimś czarnym pyłem. Ubrana w skórzaną kurtkę z emblematem orła na piersi, a na ramieniu przewieszoną miała broń przypominała mi żołnierza. Wpatrywałem się w nią, nie rozumiejąc, co się dzieje.
– Ej! – krzyknęła nagle, a ja skuliłem się, zasłaniając uszy dłońmi, bo jej głos uderzył w moje bębenki tak, jakby tuż obok mnie wystrzelił pocisk czołgu.
Kobieta spojrzała na mnie smutno, a ja spróbowałem wstać. Nogi się pode mną ugięły. Zaraz też usłyszałem drugi głos, męski i silniejszy.
– Co jest?
– Tu jest człowiek! – krzyknęła znowu. Tym razem o wiele ciszej.
Spróbowałem podnieść się znowu, a kiedy prawie mi się udało, światło zniknęło, jakby drzwi na nowo zostały zamknięte. Uderzyłem ciałem o metalową płytę robiącą za podłogę i ostatnim, co usłyszałem, był potężny huk.
Wpadłem w ramiona ciemności.
II
Kiedy ponownie otworzyłem oczy, nie ujrzałem ciemności, a biały sufit. Zdziwiłem się, nie oczekiwałem, że kiedykolwiek stamtąd wyjdę, a teraz czułem zapach powietrza i przeciąg. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem. Mój umysł domagał się natychmiastowego rozpoznania terenu i wyjaśnienia sytuacji, w której się znalazłem. Z początku nie potrafiłem dać mu odpowiedzi, ale słowo „pokój", było najbliższym określeniem pomieszczenia, w którym się znalazłem. Leżałem na twardym, skrzypiącym łóżku, obok którego stała nocna szafka, a na drugim końcu brudna wielka komoda i zakurzone biurko z połamanym krzesłem. Na podłodze wyłożony był wypłowiały dywan. Przez okno wpadały promienie słoneczne.
Szybko wstałem, czując siłę w nogach i ignorując jakieś ubrania na taborecie. Ruszyłem w stronę drzwi. Otworzyłem je powoli, nasłuchując jakichkolwiek odgłosów. Słyszałem strzępy rozmów. Zszedłem schodami, przyglądając się obrazom, które przedstawiały góry, lasy i jeziora. Na dole zatrzymałem się, kiedy odgłosy rozmów się nasiliły. Spojrzałem w stronę drzwi i wiedziałem, że stamtąd dochodzą dźwięki, ale nie jednej czy dwóch, a piątki osób.
Intuicyjnie rozejrzałem się za bronią. Mógłbym też zabić ich bez niej, ale po co utrudniać sobie łatwe zadanie? Na niewielkiej komodzie w korytarzu zobaczyłem srebrny rewolwer z długą lufą, chyba Dan Wesson, ale nie sięgnąłem po niego. Zamiast tego poszedłem w kierunku drzwi. Usłyszałem męski krzyk.
– Sprawi problemy! Zobaczysz!
– Co? On śpi! Widziałeś jego stan? Musiał być tam zamknięty cholernie długo. Jest wychudzony, wygląda jak szkielet.
– Nie możemy go...
– Widziałeś jego oczy?! Nie sądzę, żeby sprowadził na nas problemy. W każdym razie nic się nie stanie, dopóki nie wyjdzie na zewnątrz.
Znałem ten głos. To była ta sama kobieta, która otworzyła moje drzwi na wolność. Zatrzymałem dłoń na klamce drzwi wyjściowych i przez dłuższą chwilę nie mogłem się przemóc, żeby je otworzyć. Mój umysł mówił mi; otwórz drzwi i idź, ale gdzieś w sobie słyszałem; zaczekaj, nie otwieraj. W końcu postanowiłem kierować się siłą logicznego myślenia i otwarłem je.
Moim oczom ukazał się zniszczony świat. Chyba nie spodziewałem się niczego innego.
Z mniejszych domów i budynków prawie nic nie zostało, te wieżowce, które stały blisko, były zawalone, a wokół nich porastał ogród zieleni, mchu i krzewów. Słupy elektryczne były w całości pokryte pnączem. Ulice były dziurawe, samochody niezdatne do jazdy, wszędzie był bród, kurz, rozbite szkło i nieokiełznana przyroda oraz zniszczenie. A w powietrzu unosił się zapach spalenizny. Jednak nie widziałem ciał, nie widziałem zwierząt, ptaków na niebie ani żadnej formy życia.
Jakby wszystko umarło.
I może faktycznie tak było.
Przypomniały mi się wybuchy bomb.
Gdzie ja się znalazłem?
Chciałem wyjść, poznać ten świat i ponownie znaleźć sobie jakiś cel. Jednak zanim postawiłem krok naprzód, usłyszałem szczęk otwieranego zamka. Ujrzałem kobietę, która otworzyła moją klatkę. Stała i przez krótki moment wpatrywała się we mnie chwilę, po czym krzyknęła:
– Zamknij drzwi!
Nie zrobiłem tego. Nie chciałem. Kobieta ruszyła w moją stronę, a ja obserwowałem jej nagłą reakcję i błyskawiczną zmianę mimiki twarzy. Co ją tak wzburzyło? W jej oczach widziałem strach. Odepchnęła mnie na bok, chwyciła za klamkę i walnęła drzwiami tak mocno, jakby miała nadzieję, że nigdy już się nie otworzą. Po tym oparła się o nie plecami i westchnęła ciężko.
– Nie otwieraj ich więcej – szepnęła.
Teraz w korytarzu stało jeszcze czterech mężczyzn, z czego jeden spoglądał na mnie ciekawskim, aczkolwiek zdystansowanym i niepewnym wzrokiem. Był barczystym blondynem z bardzo krótkimi, postawionymi na jeża włosami, miał niebieskie oczy, kwadratową szczękę i połamany nos, który wyginał się mocno w lewo. Jego towarzysze byli podobni, dwóch z nich wyglądało jak bracia, mieli takie same brązowe oczy i identyczne podbródki, nawet obcięci byli tak samo. Ostatni z nich był nieco grubszy od reszty, ale nie można było nazwać go otyłym. Miał małą okrągłą głowę, wielkie zielone oczy i sterczące uszy. Wyglądał dziwacznie. Wszyscy z nich też wyglądali jakby naprawdę niewiele jedli. To chyba wina świata, jaki ujrzałem za drzwiami.
Każdy z nich miał na sobie kurtkę z emblematem orła.
– Kim jesteś? – zapytał mężczyzna z jasnymi włosami obciętymi na jeża, a ja spojrzałem mu prosto w oczy.
– Nie wiem – szepnąłem i po raz pierwszy, od dawna usłyszałem swój głos. Był szorstki i wrogi. Chrapliwy.
– Skąd pochodzisz?
– Nie wiem.
Mężczyzna westchnął i przymknął oczy, opierając jednocześnie dłoń o czoło.
– Nie wiemy jak się nazywasz i skąd pochodzisz. Znaleźliśmy cię zamkniętego w metalowym pudle, prawie zagłodzonego na śmierć. Uratowaliśmy cię. Zabraliśmy tutaj, w jedyne bezpieczne miejsce w okolicy, a ty nie możesz nawet podać nam swojego imienia? I do tego próbowałeś uciec. Otworzyłeś drzwi.
– Może nie pamięta? – wtrąciła dziewczyna.
– Może. Pamiętasz coś?
– Tak. Pamiętam bardzo wiele – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. O tak, pamiętałem czas spędzony z 311 bardzo dokładnie, ale praktycznie nic z wcześniejszego etapu.
– Opowiedz.
Przemyślałem to szybko. Nie musiałem im opowiadać, mógłbym wyjść w tej właśnie chwili i tyle bym ich widział. Ale poświęciłem część swojego krótkiego życia na zrozumienie emocji ludzkich, których nie posiadałem. Postanowiłem, że spróbuję jeszcze raz.
– Pamiętam jak upadły stolice i zapanowała anarchia. Pamiętam chaos i nieład, jaki zawładnął światem. Obserwowałem, jak ludzie zabijają się nawzajem w każdym miejscu na świecie, jak w końcu mogli to zrobić i nie być osądzeni. Później spadły bomby, a ja zabiłem mojego przyjaciela. Bracia zamknęli mnie w ciemności.
Po skończeniu spojrzałem na nich i zobaczyłem, że nie wierzą w ani jedno moje słowo. Patrzyli na mnie, jak na wariata, który powiedział coś, czego nikt prócz niego samego nie zrozumiał. Tylko wzrok dziewczyny był inny. W jej oczach widziałem coś innego, nieodgadnionego.
– Anarchia? Bomby? – zapytał z niedowierzaniem.
– Tak – potwierdziłem.
– Ale... To było ponad pięćdziesiąt lat temu, a ty wyglądasz na mniej więcej trzydzieści.
Pięćdziesiąt lat, pomyślałem, patrząc w sufit, który praktycznie się sypał. Tyle trwałem w klatce, z której nie było wyjścia? Szmat czasu. Nie chciałem już stać w tym domu. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi, patrząc w szare oczy kobiety. Nagle zakręciło mi się w głowie, poczułem się słabo jak nigdy przedtem, moje nogi ugięły się w kolanach, a ja sam runąłem na ziemię. Straciłem przytomność, zanim uderzyłem o podłogę.

Wróć do „Szuflada obyczajowa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości