Czerwień. Biel. Czerwień. [Arcypióra 2013]

Teksty wyróżnione w cyklicznych plebiscytach na prozę miesiąca oraz corocznych wyborach prozy roku.
Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1997

Czerwień. Biel. Czerwień. [Arcypióra 2013]

Post#1 » 20 cze 2013, o 18:50

Tekst przeniesiony z eventu Ze śmiercią Ci do twarzy.

Czerwień. Biel. Czerwień


On the second day, he came with a single red rose
He said: "Give me your loss and your sorrow"
I nodded my head, as I lay on the bed
"If I show you the roses, will you follow?"

("Where The Wild Roses Grow")

Lord Jonatahn Cutwell dokładnymi, metodycznymi ruchami obmywał ręce w leniwie płynącej rzece. Patrząc w ciemną toń żałował trochę, że zapadł już wieczór. Zwykle lubił obserwować, jak woda mieszając się z krwią przyjmuje barwę ciemnej czerwieni, a purpurowe plamy ospale zmieniają kształty, niesione w dół nurtu. Cóż, widocznie nawet jemu zdarzało się po prostu stracić poczucie czasu.
Gdy uznał, że jego dłonie są już wystarczająco czyste, wyprostował się i przechylając lekko głowę, spojrzał na leżące przy samym brzegu, zanurzone w płytkiej wodzie ciało. Ciemne włosy dziewczyny zdawały się tworzyć mroczną aureolę wokół jej drobnej głowy (pamiętał, jak jeszcze niedawno w promieniach zachodzącego słońca wyglądały, jakby sypały się z nich złote i brązowe iskry). Biała sukienka (najlepsza, jaką miała. To było takie… urocze, jak bardzo pragnęła mu się podobać), falowała nieznacznie, poddając się słabemu nurtowi. Błękitne, niewinne oczy zastygły w niemym zdziwieniu, matowo wpatrując się w gęsty baldachim liści.
Jonathan kucnął nad nią i uśmiechając się ciepło, musnął palcami blady policzek.
Słodka, mała Elisa. Tak śliczna i niewinna, pełna miłości do całego świata. Lordowi Cutwellowi krwawiło serce na samą myśl, iż ten właśnie świat prędzej, czy później zniszczy promienną czystość panny Day, a czas zmieni jej idealną twarzyczkę w oblicze zgorzkniałej staruchy. Nie, już od momentu, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, zrozumiał, iż nie może do tego dopuścić.
Elisa do życia potrzebowała miłości, a przecież nikt nie kochał uwiędłych róż.
Jonathan złożył ostatni pocałunek na miękkich, lekko rozchylonych wargach, które już zaczynały smakować chłodem śmierci oraz rzeczną wodą, po czym wyprostował się i ruszył ścieżką w stronę miejsca, gdzie zostawił konia.
Nie uszedł jednak nawet kilku kroków, gdy zza pleców usłyszał gwałtowny kaszel, a potem odgłos, jaki może wydawać tylko ktoś, kto próbuje łapczywie chwytać powietrze. Odwrócił się błyskawicznie, z niedowierzaniem spoglądając na Elisę (żywą, żywą! To przecież niemożliwe. Była martwa. Martwamartwamartwa. Perfekcyjna. Piękna. Martwa!), oddychającą spazmatycznie i drżącymi dłońmi obejmującą szczupłe, w wieczornym świetle wręcz chorobliwie blade ramiona.
Otrząsając się z momentalnego szoku, dopadł do niej w paru szybkich, pewnych krokach, po czym chwycił głowę dziewczyny, uważnie oglądając ranę, którą wcześniej zadał jej ostrym kamieniem. Jęknęła cicho. Rana wciąż tam była, lecz… Nie, nie, będzie musiał sprawdzić w domu. Będzie…
Ujął jej twarz w swoje dłonie, próbując pochwycić rozbiegane, przerażone spojrzenie Elisy.
- Idealna – szepnął, gdy w końcu udało jej się skupić wzrok na jego twarzy. Wciąż jednak był nieco zamglony, jakby nie do końca miała świadomość tego, co się dookoła dzieje. – Perfekcyjna – dodał, całując ją delikatnie, z niemym zachwytem spostrzegając, że do jej warg wraca ciepło. – Och, Eliso. Ty i ja, jesteśmy dla siebie stworzeni. Widzisz to, prawda? – potrząsnął nią, lecz znów nie zareagowała.- Nie szkodzi, nie szkodzi. Ja wiem, na wszystko potrzeba czasu. Zobaczysz, zrozumiesz. Ja nauczę cię widzieć i rozumieć.
- Pan jest potworem – szepnęła w końcu, a po chwili jej usta zaczęły drgać. – Ja… ja jestem potworem - wydusiła.
- Wszyscy ludzie są potworami, Eliso – odparł miękko, głaszcząc ją uspokajająco po policzku. – Ale ty, ty jesteś cudem. I tego, właśnie tego pragnę cię nauczyć…

[center]* * *[/center]

Dom przyprawiał go o dreszcze.
Nicolas nie należał do ludzi przesądnych. Nie pociągały go też te wszystkie modne ostatnio okultystyczne bzdury, lecz gdyby ktoś mu powiedział, iż w posiadłości Cutwellów straszy, byłby skłonny uwierzyć.
Ale nie, w tym przypadku nie mogło chodzić nawet o to. Rozległy dwór, mimo iż liczył sobie parę wieków, nie wydawał się kryć żadnej mrocznej tajemnicy; matki w okolicy nie straszyły dzieci historiami o szalonych dziedzicach, nie opowiadano przy kominku o dawnych zbrodniach popełnionych z namiętności. Jedyny skandal, z jakim go wiązano, był jeszcze całkiem świeży i dotyczył niespodziewanego małżeństwa lorda Cutwella z kobietą znacznie poniżej jego stanu.
Czyli miłość, nie śmierć. A jednak…
Może to przez służbę. Wydawali się zahukani, jeśli nie przerażeni. Wielkookie dziewczęta przemykające pod ścianami, unikające jego wzroku, dygające nerwowo przez lordem Cutwellem, starające się nawet nie spoglądać niepotrzebnie na lady Cutwell, mimo iż ta wydawała się najłagodniejszą istotą pod słońcem. I Kylie… Kylie, która pokazała mu pokój, a potem chwyciła go za przedramię, wbijając paznokcie w rękaw surduta i szepcząc nerwowo „Niech pan niczego nie dotyka, niczego nie je, niczego nie pije. Niech pan stąd wyjedzie. Musi pan wyjechać, jak najszybciej. Pani… Ona nie jest…”. Nie zdążyła dokończyć, przywołana do porządku ostrym głosem ochmistrzyni, która nagle stanęła w progu, a surowość i dyscyplina zdawały się otaczać ją niczym nimb. Patrząc wstecz, Nicolas nie wierzył, by znalazła się tam przypadkiem.
Kylie zaś… Już więcej jej nie zobaczył. Gdy zebrał się na odwagę i zwrócił się do ochmistrzyni z pytaniem, czy dziewczyna wpadła przez niego w kłopoty, ta unosząc wysoko podbródek oznajmiła, iż za niesubordynację Kylie została odesłana do pracy w kuchni. W jej głosie czaił się niesmak, graniczący z pogardą. Ona także przyprawiała Nicolasa o dreszcze.
A może to przez lorda Cutwella, który na pierwszy rzut oka wydawał się jowialnym, dobrze zbudowanym dżentelmenem, o włosach i skórze muśniętych letnim słońcem, ze swobodą ignorującym wszelakie przyjęte normy i konwenanse. A jednak, jego pozornie szczery, radosny uśmiech nigdy nie sięgał oczu, zaś ich chłodna stal zdawała się przeszywać Nicolasa na wylot, mierząc, kalkulując, jakby czegoś szukał.
I chyba znalazł, pomyślał mimowolnie Nicolas, przypominając sobie ten jeden, jedyny raz, kiedy uśmiech lorda Jonathana wydawał się prawdziwy. Kiedy zmroził go aż do kości.
Jedyną osobą, której towarzystwo nie przytłaczało go w żaden sposób była lady Elisa Cutwell, efemerycznie piękna i anielsko dobra. Często spacerowali razem po ogrodach; lady Elisa opowiadała mu o słodkich trywializmach wiejskiego życia, zaś on odwdzięczał się barwnymi opisami miejskiej egzystencji. Traktowała go, jakby naprawdę był kimś interesującym, a jeśli czasem wydawało mu się, iż spogląda na niego ze smutną rezygnacją, zrzucał to na panującą w tym domu na co dzień atmosferę.
Nicolas potarł dłońmi zmęczoną twarz, starając się nie zasnąć siedząc na ławce otoczonej barwnymi kwiatami, wsłuchując się w kojący szum drzew i jednostajne brzęczenie pszczół.
Bo może to dlatego, że każdego ranka budził się wycieńczony i obolały, przekonany, iż o czymś śnił, lecz za nic nie mógł sobie przypomnieć, o czym. Niejasno kojarzył tylko, że jego sny były czerwone i lepkie i wzbudzały w nim pragnienia, których nie potrafił nazwać.

[center]* * *[/center]

Lord Cutwell wyjechał w interesach do miasta, co zmusiło Nicolasa do zjedzenia śniadania sam na sam z lady Elisą oraz kilkoma służącymi, którzy starali się udawać niewidzialnych. W normalnych okolicznościach cieszyłby się na taką ewentualność, lecz tego dnia czuł się w obecności pani Cutwell dziwnie nieswojo.
Wyglądała na chorą. Wydawała się jeszcze bledsza niż zwykle, zaś szyję obwiązała szeroką, kremową apaszką, nieodpowiednią na zapowiadający się upalny dzień. Była też wyjątkowo cicha i jakby przygaszona. Na przywitanie jedynie skinęła głową, nie odzywając się ani słowem, po czym wróciła do niechętnego skubania ciepłej bułki.
- Przeziębiła się pani? – wydukał w końcu, po dłuższej chwili niezręcznego milczenia, które sprawiało, iż każde brzdęknięcie widelca o talerz brzmiało niczym grom z jasnego nieba. Pani Cutwell podniosła wzrok znad porcelanowej zastawy, spoglądając na niego ze zmarszczonymi brwiami, jakby niepewna, czy w ogóle coś mówił.
- Proszę? – spytała lekko zachrypniętym głosem, przechylając głowę. Apaszka na jej szyi zsunęła się nieco, a Nicolas nie był w stanie powtórzyć pytania, bo słowa uwięzły mu w gardle. Nad fałdą cienkiego, kremowego materiału dostrzegł bowiem ciemną, podłużną smugę, ostrym kontrastem odcinającą się od jej mlecznej skóry.
- Panie Nicolasie? – Pochyliła się nieznacznie w jego stronę, a apaszka zsunęła się jeszcze niżej. Nicolas nie mógł oderwać wzroku od widocznych teraz wyraźnie ciemnych zarysów palców, okalających całą szyję lady Elisy. Jego dłonie drgnęły mimowolnie, pchane nagłym pragnieniem, by dotknąć tych śladów, sprawdzić, czy wiotka, delikatna szyja pani Cutwell zmieści się w ich uścisku.
Potrząsnął nerwowo głową, jak gdyby to mogło pomóc mu wyzbyć się tych myśli, lecz wzrok Nicolasa uporczywie wędrował od sińców na skórze pani Cutwell, do jego własnych rąk nerwowo ściskających sztućce.
Jedna, wystarczy jedna.
Drugą mógłby przytrzymać nadgarstki, rozciągnąć jej szczupłe ciało, przyszpilić je do podłoża. (Blade i drobne na tle szkarłatnego materiału. Jakże niesamowicie kruche w jego rękach. Skóra tak miękka, że leżący pod nimi atłas wydaje się szorstki w porównaniu. Tworzy tak piękny, piękny kontrast. Aż ma ochotę się roześmiać, gdy to jemu zapiera dech w piersiach). Czuć, jak wije się pod jego ciężarem, bezskutecznie próbując się wyrwać i chwycić powietrze. (Czerwone wargi rozchylające się spazmatycznie w bezsilnych próbach złapania oddechu. Czerwień na bieli na czerwieni, czerwieńbielczerwieńbielczerwień. Musi to zapamiętać, następnym razem, następnym razem…) Jak wygina kręgosłup i wierzga nogami, wbijając pięty w jego plecy aż do utraty sił, do ostatnich konwulsyjnych ruchów, dopóki oczy nie nabiegną krwią i nie wywrócą się tak, że widać będzie tylko białka (I nie zobaczy już tego smutnie zrezygnowanego błękitnego spojrzenia, tak dziwnie rozumiejącego, a przecież nie powinno. Powinno, powinno…)
Nicolas zerwał się z krzesła, upuszczając sztućce na podłogę i omal nie pociągając za sobą całej reszty zastawy.
- Panie Nicolasie, wszystko w porządku? – lady Cutwell wstała powoli od stołu, wyciągając dłoń w jego stronę. Dopiero wtedy zauważył, że nadgarstki także ma owinięte kawałkami tkaniny.
- Nie. Ja. Muszę… Muszę odetchnąć. Przepraszam – wyrzucił z siebie, po czym niemal wybiegł z jadalni, nie patrząc w oczy lady Elisy.
Bał się, że zobaczy w nich zrozumienie.

[center]* * *[/center]

Powinien był wyjechać. Natychmiast. Spakować się i odejść bez słowa, nie czekając na powrót lorda Cutwella, ale ostatecznie nie mógł się do tego zmusić i nie rozumiał, nie rozumiał, dlaczego!
Miał wrażenie, że popada w obłęd. W tej wizji (fantazji, śnie, wspomnieniu), zabił panią Cutwell, własnoręcznie ją udusił, ale przecież żyła, żyła! i głosem pełnym szczerej troski wypytywała o jego samopoczucie. Starał się panować nad sobą, kiedy wymawiał się porannym bólem głowy, a potem ostatecznie dał się namówić na spacer, w trakcie którego lady Elisa jak gdyby nigdy nic, szczebiotała o tym, jak bardzo nie może się doczekać przeprowadzki nad morze, wciąż tak samo pełna ciepła i młodzieńczego entuzjazmu.
Przypomniał sobie słowa Kylie, żałując, że ochmistrzyni nie pozwoliła jej dokończyć. Powinien był posłuchać, powinien był wyjechać, kiedy jeszcze… Kiedy jeszcze mógł. Kiedy nie spędzał kolejnych dni w posiadłości Cutwellów mając wrażenie, jakby żył zawieszony gdzieś w miejscu pomiędzy jawą a czystym szaleństwem.
Za każdym razem, gdy kładł się spać, ogarniające go podekscytowanie długo i dokładnie tłumaczył sobie strachem.

[center]* * *[/center]

Czerwień. Biel. Czerwień.
Czerwień. Czerwień. Czerwień.
Jej ciało było niczym płótno, nieskalane bliznami ani znamionami, rozciągnięte na szkarłatnym atłasie. Ręce i nogi na próżno naprężały przytrzymujące je więzy. Usta bezskutecznie próbowały się zamknąć wokół kremowego materiału, którym postanowił ją uciszyć.
Oczy tym razem nie spoglądały na niego w swym niemym smutku-zrozumieniu-przerażeniu-akceptacji. Zadbał o to na samym początku, z galanterią zasłaniając je kolejną apaszką. Przez chwilę myślał, czy nie pozbyć się ich na dobre, ale coś…
…ktoś?…
…go powstrzymało. Początkowo wracał myślami do krwawych łez na miękkich policzkach, lecz znów coś…
…ktoś…
…odwracało jego uwagę. Ostatecznie zadowolił się pierwszym cięciem wzdłuż lewej kości policzkowej. Odrzuciła głowę w tłumionym krzyku, co sprawiło, iż krew popłynęła pod przysłaniający oczy materiał, a następnie ciężkimi kroplami stoczyła się po jej skroni. Po tym nie wracał już myślami do krwawych łez. Ta jedna zupełnie mu wystarczyła.
Czerwień. Biel. Czerwień.
Odkrył, że nie lubi symetrii.
Drażniły go dwa równe nacięcia na obojczykach, które wykonał na samym początku, ale nie wiedział, co z tym zrobić. Na chwilę zatrzymał się nad nimi, sfrustrowany i zdezorientowany.
…ktoś śmieje się za jego plecami… Zostaw…
Przesunął dłonią po dwóch denerwujących go ranach, tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi o drobnym, różowym sutku. Czerwień i biel i prawie-czerwień, tak. Tak wyglądało… lepiej.
Niełatwo rzeźbić w ciele co chwila wstrząsanym spazmatycznym szlochem lub zdławionym krzykiem. Cięcia wychodziły nierówne, raz płytkie, raz głębokie, a po wewnętrznej stronie prawego uda ostrze niemal zjechało mu w stronę tętnicy. Odskoczył wtedy w panice. Nie chciał, by się wykrwawiła, jeszcze nie teraz. Najpierw te bezpieczne miejsca, dopiero później…
…tak, później…
Aż nadszedł moment, kiedy nie wiedział, co dalej. Zagubił się. Odstąpił na bok, by z innej perspektywy spojrzeć na swoje dzieło. Czerwień-biel-czerwień przeszła w czerwieńczerwieńczerwień. Położył dłoń na jej piersi i ścisnął sprawiając, że świeża krew wypłynęła z płytkiej, lecz niezasklepionej jeszcze rany. Przytrzymał ciało, znów usiłujące się wyrwać i opuszkami palców zebrał gęste krople, które potem rozsmarował na jej wargach.
Teraz. Teraz była gotowa.
Pozostało jeszcze tylko zdjąć opaskę z jej oczu. Chciał sprawdzić, czy wciąż będzie się w nich czaiła ta smutna rezygnacja, czy tego także się po nim spodziewała. Tym razem jednak błękitne spojrzenie, które napotkał, było zbyt zamglone bólem, by wyrażało cokolwiek. Nie odwracając wzroku, jedną ręką podtrzymał jej podbródek, zaś drugą, szybkim, sprawnym ruchem podciął gardło.
Wydała odgłos, jakby próbowała westchnąć, lecz tylko zakrztusiła się krwią. Kiwnął głową z zadowoleniem, jednak zanim wydała ostatnie tchnienie, zdążyła jeszcze spojrzeć na niego półprzytomnie, a kącik jej ust uniósł się lekko w drżącym uśmiechu.

Nicholasa obudził jego własny krzyk.

[center]* * *[/center]

Lady Elisa nie przyszła na śniadanie, a Nicolas nie przełknął ani kęsa, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w ostrze noża.
Tępe. Zbyt tępe, by…
Powolnymi ruchami rozwarł palce, pozwalając, by sztućce opadły z brzękiem na obrus.
Biel…
Wstał sztywno od stołu, kiwając głową służącemu, który uporczywie unikał jego spojrzenia, po czym z wystudiowanym spokojem opuścił jadalnię.
Wychodząc do ogrodu, prawie zderzył się z lady Cutwell. Nie wystarczało mu odwagi, by popatrzeć wprost na nią, lecz gdy nie zareagowała na jego niezgrabne przeprosiny i mimo to nie ruszyła się z miejsca, zaryzykował i uniósł głowę. Omiótł wzrokiem skromną, białą sukienkę zakrywającą ją niemal od stóp do głów, aż zatrzymał się na szerokim szaliku, którym szczelnie owinęła szyję.
A kiedy w końcu zaryzykował spojrzeniem w twarz lady Elisy, zobaczył, jak kącik jej różanych ust unosi się lekko w…

Nie pamiętał, co stało się potem.
Pamiętał za to sny. Duszne, lepkie, białe i czerwone. Sprawiające, iż pragnął czegoś, czego nie dało się opisać słowami.

[center]* * *[/center]

Obudziło go uczucie nierównomiernego kołysania. Dłuższą chwilę trwało, zanim odzyskał przytomność umysłu na tyle, by zorientować się, iż znalazł się w jadącym powozie. Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu, zamiast tego wychylając się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy. Rozpoznał drogę, którą jechał do posiadłości Cutwellów (kiedy to było? Zdawało się, jakby minęły całe wieki…) jednak sam budynek już dawno zniknął za horyzontem, zostawiając po sobie jedynie na wpół realne wspomnienie.
Nicolas usiadł na miejscu, wzdychając ciężko. Podniósł dłoń, by przeczesać zmierzwione włosy, lecz zatrzymał się wpół ruchu, gdy jego wzrok padł na leżącą obok pojedynczą, czerwoną różę przewiązaną białą wstążką. Delikatnie, mając na uwadze kolce, wziął ją w dwa palce, po czym ostrożnie uniósł do twarzy. Pachniała ciężko i słodko, pragnieniem i tajemnicą. Położył ją na kolanach, uśmiechając się niemal z ulgą.
Kiedy tylko dotarł do miasta, wyskoczył z powozu, ściskając w dłoni łodyżkę kwiatu. Wdychając jego odurzający aromat przechadzał się nonszalancko wśród przelewającego się ulicami tłumu, leniwie przyglądając się morzu szarych twarzy. Nie spieszył się. Wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość. Pragnął kogoś... specjalnego, w hołdzie dla dwojga ludzi, dzięki którym narodził się na nowo.
Nie miał pojęcia, jak długo tak krążył. Nie czuł zmęczenia, nie zdążył się znudzić, a nawet, jeśli, wszystko straciło znaczenie, gdy w końcu ją zobaczył. Także go obserwowała, starając się robić to ukradkiem, a w efekcie natychmiast zwracając na siebie jego uwagę. Wodziła za Nicolasem dużymi, jasnymi oczyma, osadzonymi w drobnej, niezdrowo wręcz bladej twarzy. Kiedy tylko ich spojrzenia się spotkały, spłoniła się i spuściła wzrok.
Nie przyspieszając kroku, wciąż jakby od niechcenia, podszedł bliżej, po czym skłonił się z galanterią, darując jej różę. Cofnęła się nieco, wyraźnie spłoszona, lecz ostatecznie, po chwili wahania, zdecydowała się przyjąć kwiat. Chwyciła delikatnie łodyżkę w papierowo białe dłonie i dygnęła niewprawnie, znów na niego nie patrząc.
Postanowił sam, póki co, zakończyć ten pierwszy, nieśmiały taniec. Uśmiechnął się ujmująco, dotknął palcem kapelusza, a następnie najzwyczajniej ruszył przed siebie. Nie zaproponował jej ramienia, nie poprosił, by mu towarzyszyła. Nie musiał. Kiedy zerknął za siebie, zobaczył, jak zastygła w pół ruchu, przyciskając kwiat do piersi i spoglądając na nim ze zmarszczonymi brwiami, jakby wciąż nie mogła zdecydować, czy powinna zrobić kolejny krok.
Uśmiechnął się lekko, pewien, że prędzej, czy później, podąży za nim.
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4943

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#2 » 4 lip 2013, o 12:26

Widzisz to, prawda? – potrząsnął nią, lecz znów nie zareagowała.- Nie szkodzi, nie szkodzi.

Zjedzona spacja.

Jedyną osobą, której towarzystwo nie przytłaczało go w żaden sposób, była lady Elisa Cutwell, efemerycznie piękna i anielsko dobra.



Prawdziwa groza.
Wielki plus za pomysł, który nie dość, że jest świetnie poprowadzony, to dodatkowo na pierwszą chwilę jest dość nieoczywisty - wywołanie w czytelniku konsternacji i potrzeby zastanowienia się nad fabułą to umiejętność, którą bardzo lubię i cenię. Podoba mi się to, jak ugryzłaś wątek nigdy nie umierającej postaci. Nie spodziewałam się wprowadzenia postaci Nicolasa i ilekroć czytam ten tekst, zadziwia mnie, że toczy się w zupełnie inny sposób, niż bym przewidziała - oczekiwałam wszystkiego, ale nie historii narodzenia się mordercy w, powiedzmy, zwykłym, przypadkowym mężczyźnie.
Wątek zyskał dodatkowego smaku dzięki wprowadzeniu go w czasy - skojarzyło mi się z klimatem starych, gotyckich horrorów. Klimat bardzo... elegancki, powiedziałabym. Pełen grozy, ale i bardzo wysublimowany.
Bardzo podobało mi się, głównie za sprawą narracji i stylu - każdy element zasługuje na uznanie, ale te dwa według mnie szczególnie.
Generalnie krążą mi po głowie same superlatywy. Mój ulubiony tekst grozy na forum i ulubiony opublikowany do tej pory w tym roku ;)
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

M.86
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 103

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#3 » 14 sie 2013, o 20:41

Świetne opowiadanie grozy. Bardzo mnie wciągnęło. Klimatem przypomina mi trochę Poe'go. Lubię, kiedy tekst się skupia na myślach i emocjach bohatera. A tu zaserwowałaś historię człowieka, w którym budzi się prawdziwy psychopata. Elegancka, mroczna i czerwona. Właśnie zdobyłaś fankę. Pisz więcej tekstów w tym klimacie.
"Jak się okazuje, moje sny są bardziej realistyczne, niż sądziłem..."

Kuren Sensei
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 32

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#4 » 29 paź 2013, o 16:57

Świetne i nawiązujące z lekka do utworów Poego, co do których przejawiam naturalną słabość. Dodałabym jedynie więcej szaleństwa do końcowych działań Nicolasa :) Niech czerwień stanie się bardziej nasycona i to nie tylko pod postacią fizyczną, tj. krwi ;)
Niczym Diogenes z Synopy "Szukam Człowieka".

damakarro
Zdobywca Artefaktu 2012
Posty: 530

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#5 » 5 kwie 2014, o 16:57

Te siedem części, wspaniale napisanych, jest dla mnie jak siedem migawek wyrwanych z całego obrazu. Jakby filmu. W ten sposób, nie do końca odsłaniając wszystkich faktów, zmusiłaś mnie do dopowiedzenia sobie reszty. I to już jest dużym plusem dla Twojego opowiadania. :)

W tych siedmiu migawkach wspaniale rozpisałeś drogę Nicolasa od zwykłego mężczyzny do stania się mordercą. Po tym jak lord Cutwell odkrył kim jest Elisa, jeszcze dziewczyna, a potem jego żona, pozwolili mu obydwoje by nocami poznawał smak i zapach morderstwa. Żeby mógł spojrzeć śmierci prosto w oczy, chociaż ta nigdy tak naprawdę nie nadchodziła.

- Wszyscy ludzie są potworami, Eliso


Nicolas jest tego jasnym dowodem. Sami go takim stworzyli.

Pragnął kogoś... specjalnego, w hołdzie dla dwojga ludzi, dzięki którym narodził się na nowo.


Masz bardzo ładne opisy śmierci. Osób w niej uczestniczących, ich zachowań, odczuć, reakcji.

Uwagi językowe.

tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi o drobnym, różowym sutku.


A może lepiej by brzmiało:
tworząc jednolitą smugę od ramienia do mlecznobiałej piersi zwieńczonej drobnym różowym sutkiem .

Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu, zamiast tego wychylając się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy.


Stłamsił w sobie odruch, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć w biegu. Zamiast tego wychylił się przez okienko, aby móc rozejrzeć się po okolicy.

Wspaniały obraz. Gratuluję.
,,Nie my, lecz nasza wrażliwość tu winna. Jesteśmy takimi, jakimi nas stworzono,,

MrTank
Użytkownik zbanowany
Posty: 34

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#6 » 7 cze 2014, o 21:02

Całkiem dobre. Ale przydało by się więcej opisów ''świata przedstawionego'' miejscami lekko nudnie a miejscami bardzo ciekawie. Ale wszystko ładnie opisane.

Ja… ja jestem potworem

Chyba powinno byc to ''ja'' z duże litery bo po trójkropku.


Może kiedyś, napiszesz dalszy ciąg...

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#7 » 11 wrz 2014, o 10:58

W końcu zdecydowałam się na przeczytanie twojego tekstu i przyznaję, że przykuł moją uwagę od pierwszego zdania, chociaż nie przeczytałam go do końca, jednak napewno któregoś razu powrócę do niego.

Vercenvard
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 43

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#8 » 9 sty 2015, o 18:46

Z początku miałem wrażenie, że to jakiś tekst o wampirach :)

Gdyby tak było, pewnie szybko bym sobie dalsze czytanie odpuścił. Co prawda dalej nie wiem do końca, o co chodziło, wiem za to, że podobnie jak w przypadku tekstu o syrenie, jak już czytać zacząłem, tak nie przemknęło mi nawet przez myśl, by przerywać. A to duży plus.

Znajdę gdzieś jakieś dłuższe teksty autorki powyższego?

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1738

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#9 » 21 sie 2015, o 17:43

Bardzo ciekawe, mi też początkowo przyszły do głowy wampiry, lecz później gdy nastąpiło odsłonięcie tych apaszek myślałem raczej o dramacie obyczajowym. Coś w temacie przemoc rodzinna. Tutaj jednak są tak znakomicie wpasowane elementy grozy, że aż pod koniec czytania czułem dreszcze. Wspaniałe.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Lena1500
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 13

Czerwień. Biel. Czerwień.

Post#10 » 12 paź 2015, o 21:51

Dla mnie to jest poezja połączona z akcją .Chwilami coś się dzieje, a chwilami autor odlatuje, unosząc się poetycznie. Dlatego to tak trudno się czyta.W rezultacie, nie wiem o co tak naprawdę chodzi. Masz niezły warsztat pisarski, ale dlaczego za wszelką cenę chcesz włożyć tu wszystko co potrafisz.Powinnaś oszczędniej wprowadzać poetyckie określenia. Spróbuj, a wtedy przeczytam do końca.

Wróć do „Wyróżniona proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość