Ostatnie stado hipopotamów [Arcypióra 2014]

Teksty wyróżnione w cyklicznych plebiscytach na prozę miesiąca oraz corocznych wyborach prozy roku.
Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1001

Ostatnie stado hipopotamów [Arcypióra 2014]

Post#1 » 12 gru 2014, o 21:23

Wyszedłem przez zamknięte okno. Wątpliwości nie powstały, wiedziałem, mówił prawdę. Biegnące etiudą poranka stado hipopotamów, potwierdziło moje przekonanie, wzmacniając je gasnącym blaskiem zachodu ostatniego dziś Słońca, odbitego w drżących lustrach kałuż jutrzejszego deszczu. Świadectwo to mogło pokonać każdą niewiarę. Tętent grubych, silnych łap zagłuszał inne dźwięki, stopniowo opanowując wszystkie zmysły. Były tak blisko, że skuliłem się instynktownie, bojąc się zmiażdżenia, lecz nie mogłem ich dostrzec. Swym wszechpotężnym, rytmicznym dudnieniem, zdawały się stwarzać i wypełniać Wszechświat, powtarzając powracające echo mitycznej pranavy. W końcu z trudem zamieniłem ten huk na domniemane wizje tłustych, brudnoszarych ciał, z których dało się zauważyć jedynie potężne zady, umykające w kolejne miesiące i lata.
Most nie został jeszcze zbudowany, miałem więc dużo czasu. Schodów też nie było, lecz zszedłem nimi na ziemię, niewysoko przecież, pierwsze piętro. Twardy grunt przywitał mnie przyjaźnie, nie ugryzł, nie pochłonął i nie żądał fałszywych dokumentów. Zasadzka czyhała na początku i na końcu, a w środku siedział kozioł i to w formie podstawowej. Nie miał tronu, zwykły stołek, a i to paskudny. Krzywy i poplamiony. I choć zajmował Najważniejsze Miejsce w Najważniejszej Księdze, byłem pewny, że prawie nikt go nie rozpoznał i długo jeszcze nie rozpozna; przeminęła już chwała jego świata.
- Wygodnie ci? - zagadnąłem.
- Nie – mruknął – poszedł?
- Poszedł.
- Daleko ma. Ponad dwa tysiące lat – uśmiechnął się prawie złośliwie. Posądzałbym go o większą obojętność.
- Owszem, w jego wieku zajmie to kilka godzin – odrzekłem manifestując troskę. – Nie mógłbyś mu pomóc?
- Może i tak, ale nie lubię koine.
- A po jakiemu miał pisać?
- To nie on pisał, nie udawaj, że nie wiesz. – Popatrzył na mnie z niesmakiem.
- Ale on nie wie.
- To prawda.
- Przejdziesz się? Cztery eony tu sterczysz. – Potrzebowałem towarzystwa. Z braku lepszego mogłem się przejść nawet z Prawie Wszechmocnym.
- Ponad pięć. Ale nie wypada. Rzeczywistość mogłaby się rozpaść.
- Ee... mała strata, chodź – gdzieś w głębi czegoś tam ożyła nadzieja, że właśnie tak się stanie.
- Dobra, co mnie to w końcu... - zlazł niezgrabnie ze swego obskurnego siedziska. Kilka zdziwionych, kosmatych pająków rozbiegło się w sześć stron świata, biedaczyska, będą musiały zacząć od nowa; misternie tkane pajęczyny, zwisały teraz chaotycznie, tworząc przypadkowe rysy, a może nawet pęknięcia, na obrazie niepotrzebnej już realności. Dobrze chociaż, że wiedziały o sześciu, a nie tylko o czterech, jak nasza prymitywna cywilizacja. Na dokładkę nic się stało. Wszechświat trwał, obojętny, brakoróbstwo jak zwykle.
- No i popatrz, jednak możliwe jest istnienie tylko jednej strony, misy bez wnętrza, monety bez rewersu...
- Zawsze to podejrzewałem, wszędzie złodziejstwo – poskrobał zadnim kopytem między rogami - dokąd pójdziemy?
- A tak... przed siebie.
Pierwsze wieki szliśmy w milczeniu, otuleni kopułą nieba usianego światłem ulicznych lamp i echem powtarzanych przez lata niepotrzebnych słów, baraszkujących teraz wesoło wśród przemykających pasm nocnej mgły. Tańczące wiewiórki rzucały orzeszki, kosmate ćmy zapraszały do walca, nietoperze nuciły jakieś arie. Gdzieś w tle, Księżycowa Sonata opadała znajomym brzmieniem sennych akordów, wprost ze świecącego nad nami srebrzystego globu. Można się było odprężyć.
- Powiedziałeś mu, że rozumiesz? - zapytał, gdy nie bez trudu minęliśmy kolejne hałaśliwe skrzyżowanie.
- Tak. Chyba się ucieszył.
- Na pewno. Ach, zapomniałem. Ten z Hippony chciał cię widzieć.
- Po co? - Natychmiast stałem się podejrzliwy.
- Skąd mam wiedzieć? Pewnie będzie przynudzać z tym zwróconym ku jedności universum, jakby kogokolwiek to obchodziło. Myśli, że tylko on zna się na etymologii. Od jakiś pięciuset lat trudno z nim rozmawiać. Uważa się za autorytet – z irytacją kopnął jakiś kamień, który obrażony takim traktowaniem zawrócił szybko zgrabnym łukiem, celując w jego plecy. Chybił jednak.
- Ma kompleks Akwinu – roześmiałem się.
- I trudno się dziwić, prawda zawsze przegrywa, ale zajrzyj do niego, bo inaczej mnie zamęczy. Aha, sądzę, że już wie, kto był u ciebie.
- Zajrzę – obiecałem – właściwie, to coś powinien mi wyjaśnić. Ja jemu też.
- Idź od razu, blisko jesteśmy, potem możesz zapomnieć. Pogadamy innym razem.
Zamyśliłem się, machinalnie obserwując otoczenie. Siedząca na rozłożystym klonie sowa, śledziła nas uważnie, dyskretnie zapisując coś pazurkiem pod uchylonym lekko skrzydłem. Wiewiórki nagle zniknęły, nietoperze przestały śpiewać i tylko ćmy niestrudzenie kontynuowały swój taniec. Tramwaje zgrzytały złośliwie, samochody polowały na nielicznych przechodniów, bezskutecznie jakoś, uchylając się zgrabnie przed niebezpiecznie rozbieganymi odwłokami przegubowych autobusów i śledzone wścibskim spojrzeniem okien pobliskich domów. Deszcz już zaczynał padać, powstaną kałuże, w lustrach których znów będę szukał rysów swojej twarzy, potwierdzenia odrobiny własnej tożsamości. Tak, to był dobry pomysł.
Pożegnaliśmy się. Pojąłem nagle, skąd wzięły się te hipopotamy, zapraszał mnie w ten sposób delikatnie, był przyzwyczajony do subtelnych, choć trudno zrozumiałych aluzji i wielotorowego znaczenia słów, a skoro słów, to i elementów świata materialnego. No i potrafił ich używać w starym stylu. To znaczy realizować. Jeśli się zna zasady, to tworzenie nowych rzeczywistości nie jest zbyt trudne - ale ja, prostak, nie zrozumiałem.
Hippończyk mieszkał niedaleko. Niewielki, prawie skromny apartamentowiec na pobliskim rogu, który jak każdy znaczący róg wyrastał z głowy tego, którego pożegnałem przed chwilą. Od razu poznałem jego wóz, kombi, tył wyładowany po dach zwojami i księgami. Stał za ogrodzeniem na strzeżonym terenie. Przyjrzałem się. Napęd hybrydowy. No tak, wiecznie ta dwulicowość, zdradził manichejczyków i tu też chciał poszukać zabezpieczenia, zawsze lepiej na dwa fronty. Co prawda powinien zamontować jeszcze gaz, bo nową wiarę też zdradził, ale zrobił to tak inteligentnie, że mało kto zauważył. A jak sprawnie rozgłosił świętą prawie zasadę, noverim me, noverim te. Boże zawsze niezmienny! spraw, abym poznał siebie, spraw, abym poznał Ciebie. Wszystkich prawie oszukał, bo kto tu jest na pierwszym miejscu, przed Bogiem? Człowiek! Niewiarygodne, człowiek przed Bogiem! Masoreci znieść nie mogli, że Pan stał przed Abrahamem i oficjalnie sfałszowali Torę. I w porządku. Ustalili kolejny wariant wszechobowiązującej prawdy. A tutaj? Ktoś zbyt późno się połapał i teraz nie ma innego wyjścia, albo cenzurować albo nie widzieć. - Ciekawe, czy on o tym wie – pomyślałem – chyba mu powiem, może uwierzy w ateizm, byłoby zabawnie. A ideologię zawsze można dorobić.
Zadzwoniłem. Cieć z fizjonomią przypominająca Tego, Którego Imienia w okolicy przebywania świętego (ponoć) nie wypadało przyzywać, miłym uśmiechem zaprosił mnie na teren posesji.
- Augustyn? Uprzedził mnie o pańskiej wizycie. Bardzo proszę, trzecie piętro, szybkobieżna winda – tędy... bardzo proszę...
- Oczywiście, że trzecie – mruknąłem. – Dziękuję.
Winda była rzeczywiście szybkobieżna. Wmontowane lustro nie odbijało mojej twarzy, zapewniając dyskrecję i anonimowość. Po krótkiej chwili stałem przed drzwiami ozdobionymi złotą tabliczką (ciekawe, czy z prawdziwego złota lub choćby pozłacaną) z napisem „A. z H.” Wiedza jest tylko przypomnieniem, a i to nie dla wszystkich. Drzwi otworzyły się niespiesznie, wiedziony uprzejmym ruchem ręki gospodarza, wszedłem do środka.
Natychmiast ogarnął mnie nastrój innego świata. Wzdłuż wszystkich ścian, aż do śnieżnobiałego sufitu, stały przeszklone szafy z ciemnego, pokrytego politurą drewna, wypełnione książkami, niektóre spośród dyszących dostojeństwem i historią skórzanych grzbietów, mogły się poszczycić słusznym wiekiem, a w szufladach u parkietu podłogi (na pewno dąb) instynktownie wyczuwałem starsze zwoje. Kilka świec i niewielkich popiersi raczej rzymskich niż greckich, jakaś owalna miniatura, kilka muszli, zegar pozbawiony wskazówek, wazon obejmujący łodygi trzech czerwonych róż. Gdzieś musiały być ukryte drzwi do innych pomieszczeń albo światów. Uchylone okno przysłonięte firanką, doniczka z bliżej nieokreśloną rośliną, skażony współczesnym żyrandolem sufit. Pośrodku pokoju ciężki stół, na nim rozłożony gruby zeszyt, kilka książek, przybory do pisania z różnych epok, przytulone doń cztery miękkie krzesła z finezyjnie rzeźbionymi oparciami. Usiedliśmy. Czułem spojrzenie trzydziestu par oczu przyczajonego w kącie Simurga, oprawione w cichy łopot nieruchomych skrzydeł, ale udałem, że go nie zauważam.
- Co wy teraz pijecie – gospodarz zmarszczył czoło, pomijając standardowe przywitania – już wiem; kawa, herbata?
- Nie trzeba.
- Mogę zadzwonić, przyniosą – grał swoją rolę. Przyjrzałem się miejscu, gdzie nosił twarz. Odmłodniał od naszego poprzedniego spotkania, lat wyraźnie ubyło, schudł, niepotrzebnie uwydatniając ostre kości policzkowe, broda sczerniała nieco, oczy pojaśniały, zgęstniały nastroszone zawsze brwi, tylko usta pozostałe blade, lekko zaciśnięte, by nie pozwolić uciec niepotrzebnym słowom. Koło czasu obracało się nieuchronnie. We wszystkie strony.
- Później może, dziękuję. Co piszesz?
- Nic. Dosyć napisałem. I tak nie zrozumieli. Chciałem przekazać potomnym swoją mądrość. Tylko nie przypominaj mi tu pokory, mogę ją żywić wobec Boga, a nie ludzi. Nie ma chyba słowa, któremu by natura nadała sens jaśniejszy niż słowu mądrość!
- Natura nadała? - przerwałem, nie zdążywszy dodać ironii – nie pomyliłeś się?
Udał, że nie słyszy i ciągnął dalej.
- Lecz nie wiem, jak to się dzieje, że gdy samo pojęcie opuści, niby port, nasz umysł i rozwinie żagle słów, natychmiast tysiące fałszywych interpretacji grozi mu rozbiciem. Siedzę więc i sprawdzam własne pisma i tchnienia wiatrów, co im kierunki nadawały. Nigdy bym nie przypuścił, że to moje dzieło.
- To nie wiesz, że nie liczy się to, co piszesz, ale to, co będzie odczytane? A w każdej epoce i środowisku będzie to co innego? - Rozbawił mnie prawie. - Nie istnieją fałszywe interpretacje, tylko autorzy, którzy nie mają nic do powiedzenia, oprócz własnego ograniczonego poglądu.
- Ale kiedy tego doświadczasz... – skrzywił się z niesmakiem. Bolało go to najwidoczniej.
- Wiem.
- Stawiasz litery, układasz wyrazy, zdania, formułujesz myśli, a potem... ech... ja rozumiem, że wszystkie znaki oddziałują na umysł w zależności od zgody społecznej i funkcjonują odmiennie, jeśli obowiązuje inny układ, ludzie zaś przyzwolili na to nie dlatego, jakoby już miały znaczenie, ale znaczą, gdyż oni tak się zgodzili, tak też i te znaki, dzięki którym dochodzi do skutku szkodliwa spółka z demonami, mają moc zależną od przesądów. Nawet można łatwo rozpoznać dzisiejsze demony, na przykład środki przekazu wiedzy na usługach władzy, ta wasza telewizja chociażby. To profanacja dwóch połączonych słów z mojej epoki, przecież one nie mają nic wspólnego z oryginałem! Jak tak można! I to nie jest żadne przekazywanie jakiejkolwiek wizji ani wiedzy, oni niczego nie widzą, a tym bardziej nie wiedzą, znasz zapewne etymologię tego słowa, z dalekich Indii pochodzi, a ci oszuści co z tym zrobili?
- To samo co fałszerze ksiąg i znaczenia słów z twoich czasów. Zawsze tak było. Dziwi cię to? Ludzie się tak szybko nie zmieniają.
- Tak, tak, pomińmy... Jest coś ważniejszego. Przypomnij sobie obrządki augurów, którzy to przed rozpoczęciem swoich zbiegów, jak też gdy już zdobyli oczekiwane znaki, nie troszczą się zupełnie i nawet nie chcą spojrzeć na lot ptaków czy posłuchać ich krzyku. Dzieje się tak dlatego, że tego rodzaju znaki nie istnieją jako znaki, dopóki obserwujący je nie uzna ich za coś takiego. A dziś za podstawę zrozumienia przyjmuje się właśnie te znaki, pismo na przykład i wszyscy mają rozumować tak samo, jednakowo je odczytując. Nawet demony nie potrafią tak opętać ludzi, aby ci widzieli i myśleli tak samo. Szaleństwo!
- I co z tego?
- Martwe symbole podstawą pojmowania? Kto na to wpadł? - podniecony głos wibrował ze zdenerwowania.
- Po części nikt, a po części zasługa religii. Twojej religii. Przyłożyła się do tego na przestrzeni wieków. Masz zresztą w tym osobisty udział.
Zignorował tę drobną, choć uzasadnioną złośliwość.
- Przecież aby znak, element świata rzeczywistego nabrał znaczenia, zaczął działać, spełniać swoja rolę, musi nastąpić jego połączenie ze świadomością człowieka. Niezależnie od niej, znak jako symbol, sigil, czy przedmiot podległy prawom materii ze świata fizycznego, nie jest znakiem. Nie istnieje jako Znak. Nie istnieje takie pojęcie in spe bez udziału świadomości, będącej jego twórcą. Człowiek winien wiedzieć, czym jest rozum, za którym dąży i dzięki któremu pojmuje.
- Mówisz, że za rozumem dąży? Odważna teza, jak na Doktora... sam wiesz czego. Ale niektórzy ludzie już o tym wiedzą i nawet jest to praktycznie wykorzystywane. Ale u nas działa to tylko w mikroskali, na poziomie atomowym i mniejszym.
- Atomowym?
- Tak, pamiętasz Demokryta? Znajdziesz to pojęcie również w Pierwszym Liście do Koryntian, rozdział bodajże piętnasty, choć tam odnosi się do czasu, a nie materii.
- A... pamiętam, nie skojarzyłem, ale, ale, dlaczego nie stosujecie tego do dużych rzeczy waszego świata? - zapytał, nie maskując zdziwienia. Trudno o bardziej zasadne pytanie. Wypadało szczerze odpowiedzieć.
- Bo nie potrafimy. Proste. – Niezręcznie trochę się było przyznać. - Zresztą, może to i lepiej – dodałem ciszej.
- Nie potraficie! No jasne! A ja się zastanawiałem po co wam ta cała techne, machiny skomplikowane budujecie, energia do nich potrzebna, mechaniczna i jeszcze jakaś inna, nawet wołów, czy chociażby koni albo osłów używać już nie potraficie, pewnie słuchać was nie chcą, nic dziwnego, dlatego bezmyślne konstrukcje tworzyć i używać musicie, regres, zacofanie, ciemnota. Wstyd. A wy słowem posługiwać się nie potraficie! To wszystko wyjaśnia, z materialnymi narzędziami i tą całą el... elektroniką, czy jakoś tak, musicie się męczyć.
- Nie jest tak źle. Przyzwyczajenie druga naturą człowieka.
- Chciałeś powiedzieć, jedyną. Czekaj, czekaj... miałem zapytać, czy ta elektronika ma coś wspólnego z Elami?
- Skądże.
- Tak myślałem – skinął głową, nie bez pogardy.
- To twój Bóg to wszystko zaaranżował, stworzył. Wymyślił jakiś grzech i teraz wszyscy obrywamy. Nieładnie z jego strony. Przerobił nas na grzeszników. W ramach bezbrzeżnego miłosierdzia zapewne.
- Bóg uczynił grzesznika czymś brzydkim, lecz nie jest brzydki czyn Boga. Człowiek bowiem stał się odrażający z własnej woli, tracąc władzę nad światem, który do niego należał, kiedy był posłuszny Bogu, i sam stał się jego częścią. Nie chciał żyć zgodnie z prawem, musi więc prawu podlegać. - Odruchowo chyba podniósł ręką i przybrał mentorski ton.
- Sofistyka. Mówisz, że człowiek grzesznikiem uczynił sam siebie, z własnej woli, czyli wolna wola jest źródłem następującego w konsekwencji wszelkiego zła. Rezygnując z władzy nad światem stał się jego częścią, czyli przedtem był częścią Boga, więc zamiast Nie chciał żyć zgodnie z prawem należałoby powiedzieć „nie chciał być prawem”. Z podmiotu stał się przedmiotem. Ktoś się bał konkurencji? Ale widzisz - uśmiechnąłem się - teraz szuka drogi powrotnej, ale celem nie jest poddaństwo i służba Bogu, lecz partnerstwo z Nim, bądź stanie się immanentną częścią Jego Istoty. Tak jak było kiedyś.
- Nikt dobrym nie będzie, nie będąc złym przedtem – mruknął. - A przedtem... Bóg... Ech, dajmy spokój, zresztą, być może każde zdarzenie szczęśliwe lub nieszczęśliwe w każdym konkretnym przypadku, odpowiada ogólnemu porządkowi rzeczy i zestraja się z nim. Tak jak dobro i zło. Poddaństwo, partnerstwo, wszystko się łączy.
- Zasada synchronizmu, był taki jeden w naszych czasach, który ją opracował, ale nie wspomniał o tobie. Zresztą wyszedł z trochę innych założeń. – Było to prawdą, ale gdyby nie było, również powiedziałbym coś takiego, nie chciałem go urazić.
- Nie szkodzi. A poza tym przekazałem wam wiedzę, że możecie, że powinniście sami od tego grzechu się uwolnić, doctrina christiana na tym polega, cały traktat spłodziłem – oczy mu błyszczały, jedna para wprawdzie, więcej nie miał - jesteście przecież ecclesią, macie moc odpuszczania grzechów w swojej ecclesii, samym sobie, sibi, musicie w to wierzyć, bo inaczej nie będą wam odpuszczone, quisquis in ecclesia eius dimitti sibi peccata non crederet, non ei dimitterentur, tylko nie mów, że tego też nie umiecie, że zapomnieliście czy nie dociera, tak, wiem, że można inaczej tłumaczyć te słowa, ale musiałem wieloznacznie pisać, nie zachowałyby się w przeciwnym razie, przecież to dla waszego dobra, żebyście nie wpadli w większą rozpacz i stali się jeszcze gorsi, Quisquis enim non credit dimitti sibi posse peccata, fit deterior desperando. Własną ecclesię oczywiście zbudować należy, czyli połączyć swoje trzy ciała, trzeba poćwiczyć, ale jeśli ma się tego świadomość, to nie jest takie trudne, zresztą wiele dróg rozmaitych do tego prowadzi, różni o tym mówili, w Liście do Rzymian też o tym było, jasne, że schowane nieco. Sami, bo każdy we własnym zakresie i własną mocą może tego dokonać, zbudować, napisałem... niewyraźnie trochę? Tak, tak, wiem, nie do końca jednoznacznie, ale rozumiesz przecież dlaczego... I nie pozwolić odebrać sobie tego, nie dać się zwieść, że ktoś was wyręczy, opanuje wasze myśli, dusze, rządzić nimi będzie, to winno być waszą wiarą, nadzieją... co tak na mnie patrzysz?
Siedzący w kącie Simurg kłapnął dziobem, wydając cichy skrzek, może był w nim śmiech, może współczucie, a może pogarda. Połowa oczu patrzyła na mnie, połowa na gospodarza. Zakończona ostrymi szponami łapa, drapała podłogę. Skrzydła drżały niespokojnie.
- Głodny. - Augustyn, nie doczekawszy się ode mnie odpowiedzi, wstał, pchnął jedną z półek, która nawet nie drgnęła. Wszedł w przejście, które się nie pojawiło i zniknął. Powodowany grzecznością, zagadałbym do ptaszyska, ale nie wiedziałem jak; „cip”, „cip” trochę nie wypadało. Trzydzieści źrenic wpiło się w moje spojrzenie, uważnie, przenikliwie, a po krótkiej chwili, uspokojone jakby, rozbiegło po pokoju. Ptak potrząsnął piórami, wstał, wyprostował się. Bezgłośnym truchtem podszedł do jednej z szuflad, otworzył ją zręcznie haczykowatym dziobem, wyłuskał zwinięty rulon, będący bez wątpienia starym i cennym rękopisem, połknął bez pośpiechu, zasunął szufladę, podrapał pazurem nabrzmiałą szyję, mrugnął do mnie porozumiewawczo kilkoma parami oczu i wrócił do swego kąta z wyraźnie zadowoloną miną.
Augustyn pojawił się jakby znikąd.
- Lodówka pusta – zwrócił się do Simurga – zresztą pewnie i tak zeżarłeś jakąś księgę – dodał twierdzącym tonem.
Zagadnięty tkwił nieruchomo, wtulony w opiekuńcze regały z miną obrażonej niewinności. Ślepia emanowały łagodnością i spokojem.
- Dobrze, że to tylko słowa – ciągnął dalej – nie mają już znaczenia. Żeby chociaż wiernie je przekazywano, a tak... wszystko można powiedzieć. Czyli nic. Wiem przecież, stały się tylko nośnikiem tego, co nazywacie informacją, utraciły dawną magię, moc, integralny związek z tym, co oznaczają. Zapomniano o tej innej mowie, o której pisał nasz Stary Mistrz. No i Thot niepotrzebnie się starał. - Nie musisz niczego wyjaśniać – dodał, patrząc w moją stronę jedyną parą oczu – przejrzałem twoje myśli, otwierałem przecież lodówkę, wiem już wszystko.
Usiadł ciężko na krześle. Milczałem. Znów nie miałem nic do powiedzenia, podobnie jak podczas rozmowy z Platonem, ale wtedy jej zakończenie było inne, zupełnie inne. Z kąta dobiegło współczujące kwilenie Simurga. Drgnął.
- Dobrze, że mieszka u mnie – skinął głową w jego stronę. - To trzydzieści, tak jak w Piśmie, jest moją tarczą, obroną, cieniem, który kiedyś chronił ziemię kananejską. Nefilim załatwili. Pamiętasz? Nawet On nie mógł nic zrobić, kiedy liczba ta była nad ludem.
Długie pożegnanie byłoby przykre dla nas obu. Nie tak miała przebiegać ta rozmowa, może następnym razem. Bez słów, które i tak nic by nie znaczyły, podaliśmy sobie ręce i zamknąłem za sobą drzwi. Ich trzaśnięcie naruszyło ciszę, która zdążyła objąć już nasz świat, rozpościerając czułe ramiona dla nadchodzącego snu zapomnienia, przyzwyczajenia. Powróciła natychmiast; wsłuchałem się w nią przez chwilę, po czym nie fatygując windy, zszedłem na dół. Strażnika nie było, lekki wiatr kołysał przyczajony mrok, rozpraszany światłem nielicznych lamp, falującym szeptem usiłując opowiedzieć o czymś, czego i tak nie byłem w stanie słuchać, zajęty swoimi myślami. Szedłem ku bramie, pełną piersią wdychając orzeźwiające powietrze, gdy ktoś skinął ku mnie z opuszczonego okna znanego mi samochodu.
- Wsiadaj – z ciężkim westchnieniem zawołał Prawie Wszechmocny – pomożemy mu.
- Jak?
- Wywieziemy te szpargały na wysypisko. Jemu będzie trudno, sentyment, rozumiesz, a jak ten jego uroczy ptaszek się do nich dorwie, to zdechnie z przejedzenia. - Uśmiechnął się, ale smutno tak jakoś, niewyraźnie.
- Albo się biedak otruje.
Pojechaliśmy. Deszcz pomału ustawał, pozostawiając po sobie lśniące oczy kałuż. Niedługo będzie świtać. Wstanie kolejne Słońce, pisząc nową etiudę kolejnego poranka. Szare cienie opasłych zwierząt pojawiały się niespodziewanie z różnych stron, zwracając ku nam swe rozłożyste pyski ozdobione krzywymi kłami i prychając bezgłośnie przez rozdęte nozdrza. Nie zakłócały ciszy i mogłem im się dokładnie przyjrzeć. Widziałem je lub słyszałem, razem było to niemożliwe, mikrokosmos rozszerzył już swe prawa, dostosowując je do ludzkich zmysłów. Tuż za nimi pierwsze autobusy niechętnie wyłaziły na mokre ulice, niespiesznie obracając zaspanymi jeszcze, okrągłymi łapami. Samochody rozpoczęły polowanie, nieliczne okna zapalały pierwsze światła, przecierając firankami zaspane powieki i wdychając powiewy ożywczego powietrza.
- Wiesz – nagle odwrócił się do mnie – mam pomysł. Zawieźmy to lepiej do jego czasów. To tylko szesnaście wieków, zdążymy przed śniadaniem. Większość tych ksiąg on napisał, niech poprawi, dopasuje do rzeczywistości, nie potrafił jej właściwie ukształtować, jego wina, ale niech ma tę szansę, ktoś powinien mu ją dać. Raz się wyparł swojej wiary, może tak postąpić i teraz, a zamieszanie będzie mniejsze, chociaż... nie wiem czy zechce... To jak?
- A nie będzie miał pretensji?
- O co? Pomożemy mu przecież odpuścić jego grzech. Najcięższy z możliwych, grzech mądrości. Reszta pójdzie już łatwo. Jak zgłupieje, będzie mu lżej – błysnął wesołym teraz uśmiechem.
- Przecież sam powinien.
- I zrobi to. My tylko wskażemy drogę. Zagubił się we własnych myślach, rękopisach, księgach. Ciężko człowiekowi samemu...
- Każdy dobry uczynek zostanie ukarany, ale może rzeczywiście powinniśmy to zrobić – odrzekłem po dłuższej chwili.
Z tyłu wozu dało się słyszeć jakieś zamieszanie.
- Nie pchaj się – rozłożony na tylnej kanapie Simurg, kłapnął dziobem w stronę małego hipopotama siedzącego obok – i przestań być zielony, nie lubię tego koloru.
Hipopotamiątko z urażoną miną stało się niebieskie, ale zmniejszyć swoich rozmiarów nie potrafiło.
- Nakarm go – Prawie Wszechmocny podał mi zakończoną smoczkiem dużą butelkę wypełniona białym płynem, w którym domyśliłem się mleka – bo będzie płakał.
Odwróciłem się, wyciągnąwszy ją w kierunku rozwartej, błękitnej paszczy. Malec przylgnął do smoczka i z głośnym gulgotem łykał płyn. Niewielkie, błyszczące oczka promieniały zadowoleniem. Jednocześnie zauważyłem, że trzydziestu jego sąsiadów zapisuje coś dyskretnie pod skrzydłem.
- Co tam piszesz?
Łypnął z niechęcią, chciał schować, rozmyślił się jednak i z ociąganiem podał mi kawałek tektury, pokrytej niewyraźnym pismem. Poznałem fragment opakowania po makaronie. Odczytałem z pewnym trudem:

Na końcu było Milczenie, Milczenie było u Ludzi, a Ludzie byli Milczeniem.
To było na początku u Ludzi.
Wszystko przez nie zginęło, a bez niego nie zginęło nic, co powstało.
W nim była śmierć, a śmierć była ich nadzieją.

- Zobacz – zwróciłem się do Niego – kolejna wersja.
- Wiele ich było, wszystkie fałszywe, łącznie z oryginałem. To jak, jedziemy?
Patrzyłem na wychodzące z ustępującej nocy, ciemnoszare fasady mijanych domów, z kiełkującą niepewnością i tłumionym lękiem, rosnącymi im bliżej było do końca ziemskiej wędrówki, którą w swojej niewiedzy ludzie traktowali jako ostateczną. Co będzie później, co będzie tam, po tamtej stronie, jak mnie osądzą, w imię czego, kto, za co... Nadzieja... Czy Ktoś będzie czekał przy moście? Grzech... Milcząca, ponura mgła czaiła się wokół, niedostrzegalna czasem, lecz zawsze obecna, gotowa pochłonąć wszystko, łącznie z bezładem, pustkowiem i nicością.
- Jedźmy.
Wcisnął pedał gazu, choć było to niepotrzebne. Trzydzieści par potężnych skrzydeł poniosło nas do mrocznego świtu tamtej epoki. Trzydzieści par reflektorów oświetlało niewidoczną drogę i czas, nie zostawiając żadnych śladów, jakbyśmy byli tylko snem, nieistniejącym odbiciem unoszącego się ducha, widmem, mijającym w pośpiechu kolejne lata. Pędziliśmy w milczeniu, zamyśleni, oglądając przez opuszczone szyby panoramę sześciu stron świata, bezszumnie płynących wieków i odbite w lustrach smutne twarze tych, którzy dawno odeszli w poczuciu niezatartej winy, nie odpuściwszy sobie grzechów we wzniesionej przez siebie ecclesii, przez co nie zostały one im odpuszczone.
W oddali cichł tętent ostatniego stada hipopotamów.


W opowiadaniu zostały wykorzystane krótkie fragmenty następujących przekładów dzieł Świętego Augustyna:
„O muzyce” - (tłum. Danuta Turkowska)
„O nauce chrześcijańskiej” - (tłum. Jan Sulowski)
„O prządku” (tłum. Józef Modrzejewski)
„Państwo Boże” (tłum. Władysław Kubicki)
„Przeciw Akademikom” - (tłum. Katarzyna Augustyniak)
„Solilokwia” - (tłum. Anna Świderkówna)


Aleksander Litto - Strumieński

Tagi:

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Ostatnie stado hipopotamów

Post#2 » 22 gru 2014, o 18:44

Co to jest pranova?
Tekst troszkę trudny. Nie wszystko rozumiem.

Gorgiasz pisze:Na końcu było Milczenie, Milczenie było u Ludzi, a Ludzie byli Milczeniem.
To było na początku u Ludzi.
Wszystko przez nie zginęło, a bez niego nie zginęło nic, co powstało.
W nim była śmierć, a śmierć była ich nadzieją.

To kojarzy mi się „na początku było słowo...”
czemu napisałeś ten fragment w ten sposób?

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1001

Ostatnie stado hipopotamów

Post#3 » 22 gru 2014, o 18:58

agathas pisze:Co to jest pranova?

Pranava - określenie mistycznej sylaby OM (albo AUM - O jest dyftongiem); według staroindyjskich wierzeń z tego dźwięku powstał cały Wszechświat.

To kojarzy mi się „na początku było słowo...”
czemu napisałeś ten fragment w ten sposób?

Dobrze Ci się kojarzy.
Dlaczego tak napisałem? Jest to parafraza, poszukiwanie innego znaczenia, mogącego wykiełkować ze znanej sentencji, wskazując pośrednio na możliwość innego oddziaływania pewnych ważnych zdań biblijnych na ludzką świadomość.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Ostatnie stado hipopotamów

Post#4 » 22 gru 2014, o 20:01

OM akurat kojarzę.

Gorgiasz pisze:Wątpliwości nie powstały, wiedziałem, mówił prawdę.

Kto mówił prawdę?

Gorgiasz pisze:Świadectwo to mogło pokonać każdą niewiarę.

Stado hipopotamów pokona każdą niewiarę?

Gorgiasz pisze:c. Swym wszechpotężnym, rytmicznym dudnieniem, zdawały się stwarzać i wypełniać Wszechświat,

Dlaczego stado hipopotamów stwarzało wszechświat?
...zaczynam coś podejrzewać, ale zaczekam na jakąś twoją odpowiedz.

Gorgiasz pisze:Zasadzka czyhała na początku i na końcu, a w środku siedział kozioł i to w formie podstawowej

W ogóle nie rozumiem tego zdania, ale brzmi intrygująco.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1001

Ostatnie stado hipopotamów

Post#5 » 22 gru 2014, o 20:53

Kto mówił prawdę?

To jest nawiązanie do innego innego opka („Wieczór”). Tutaj nie było zamieszczone. Konkretnie chodziło o Platona.
Fakt, trochę niezręcznie wyszło. Mea culpa.Ale nic na to nie poradzę.

Stado hipopotamów pokona każdą niewiarę?

Tak.
Po pierwsze: dlaczego nie? (czytelnik może sam szukać odpowiedzi: przeczącej lub twierdzącej)
Po drugie: jest ujęcie a kategoriach buddyzmu zen (chińskie: chan).
Po trzecie: trochę ironiczna aluzja do zwielokrotnionej myśli Augustyna z Hippony.

Dlaczego stado hipopotamów stwarzało wszechświat?
...zaczynam coś podejrzewać, ale zaczekam na jakąś twoją odpowiedz.

Odpowiedzi analogiczne do powyższych.

Gorgiasz napisał(a):Zasadzka czyhała na początku i na końcu, a w środku siedział kozioł i to w formie podstawowej

W ogóle nie rozumiem tego zdania, ale brzmi intrygująco.

Podstawa odpowiedzi kryje się w Najważniejszej Księdze. W kręgu kultury judeochrześcijanskiej jest nią Biblia. Tutaj chodzi o Stary Testament czyli Torę. Według filozofii i mistyki judejskiej jest ona obrazem Świata i zawiera w sobie Wszystko. Zasadzka kryje się w jej pierwszej (początek) i ostatniej (koniec) literze.
Teraz przechodzimy do mało znanej mistyki spekulatywnej i kabalistyki (częściowo są to moje badania i konkluzje, granica jest niewyraźna i płynna). W pewnym uproszczeniu: Pierwszą literą Pisma jest Beth (B), ostatnią /zarówno Pięcioksiągu jak i Całości/ - Lamed (L). Pismo hebrajskie odczytuje się od prawej strony do lewej, czyli w naszym pojęciu /kolokwialnie/ od końca. Te dwie litery dają słowo LB. Oznacza ono serce. To znany fakt. Tyle, że odwrócone dają BL, imię kananejskiego boga Baala, przeciwnika starotestamentowego JHVH (który jest traktowany w chrześcijaństwie jako Bóg Ojciec, są zresztą inne opinie). A tu wychodzi coś zupełnie innego, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pierwsza i ostatnia litera miała olbrzymie znaczenie. Taka metoda badań tekstu nosi nazwę notarikon. Istnieją jeszcze głębsze powiązania oparte na wartościach gematrycznych (nie mylić z geometrią) czyli liczbowych i ścisły związek z najstarszym istniejącym traktatem filozoficznym (kabalistycznym) w omawianym obrębie kulturowym Sefer Jecirah („Księga Stworzenia”), tzw Ścieżkami Mądrości Boga i Sefirotami.
A kozioł? W pierwszych dwóch słowach Pisma jest ukryty Kozioł (jako zwierzę, będące najprawdopodobniej hipostazą Najwyższego), oczywiście należy analizować tekst oryginalny. A w formie podstawowej – bo w takiej formie gramatycznej występuje.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Ostatnie stado hipopotamów

Post#6 » 31 gru 2014, o 18:56

Interesuję się religiami, ale nie namiętnie. jezeli jest jakis ciekawy program na national geografic to staram sie obejrzeć. cos niecos wiem i kojarzę. tak więc, twoja odpowiedź nie jest dla mnie czarną magią,
ale pierwszy raz słyszę, że kozioł jest hipostazą Najwyższego.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1001

Ostatnie stado hipopotamów

Post#7 » 31 gru 2014, o 19:01

agathas pisze:
ale pierwszy raz słyszę, że kozioł jest hipostazą Najwyższego.

To nie ja wymyśliłem, tylko Autor (kimkolwiek był) Tory.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Ostatnie stado hipopotamów

Post#8 » 26 sty 2015, o 19:21

Domyslam się, że nie ty wymysliłes. A autorów Tory pewnie było wielu, z tego co wiem.
Najpierw w formie ustnej, ale to na pewno wiesz.

Schodów też nie było, lecz zszedłem nimi na ziemię

Jak można zejść po schodach, które nie istnieją?

[u]- Może i tak, ale nie lubię koine.
Co to jest koine?

Ogólnie nie mam się do czego przyczepić, to znaczy, tekst napisany bardzo poprawnie, ale właściwie go nie rozumiem. za dużo symboli, które są mi obce.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1001

Ostatnie stado hipopotamów

Post#9 » 26 sty 2015, o 20:06

Schodów też nie było, lecz zszedłem nimi na ziemię
Jak można zjeść po schodach, które nie istnieją?

W tym tekście jest więcej takich fraz, które nie zgadzają się z powszechnie przyjęta logiką. Wyjaśnień można znaleźć kilka: chociażby odwołanie się do innej logiki (my posługujemy się na co dzień dwuwartościową, ugruntowaną przez Arystotelesa), przeniesienie akcji do świata w którym obowiązują inne prawa czy zasady, wprowadzenie podejścia do rzeczywistości i jej percepcji opartego na koanach Zen (Chan), środek wyrazu artystycznego.

Może i tak, ale nie lubię koine.
Co to jest koine?

Rozpowszechniona odmiana języka starogreckiego (ówczesna Lingua Franca w tej strefie wpływów), na bazie dialektu attyckiego, mniej więcej od IV wieku p.n.e do początków IV wieku n.e.
W tym języku pisał Platon (również w nim były spisane greckie księgi Nowego Testamentu) i do tego jest tutaj nawiązanie

mirek13

Ostatnie stado hipopotamów

Post#10 » 27 sty 2015, o 11:49

Gorgiaszu, przeczytałem ten tekst. W równym (jak nie większym) stopniu wrażenie zrobiły na mnie komentarze. Ponieważ nie chcę bezsensownie zabierać głosu w celu bla, bla, bla, muszę pomyśleć o własnych wnioskach. Wtedy je rozwinę i prześlę w PW. Jako człek mały i podłej proweniencji, podejrzewam w tych wyjaśnieniach istnienie drugiego dna, współzależnego do osoby interlokutora (celowo zamieszałem). Nie zostawię tego tak, chyba, że chcesz ironicznie zażartować z ignorantów. Ale chyba nie. Twoje komentarze nie wskazują na tego typu osobę. Ale wysoce intelektualny dowcip mógł cię dopaść. Myślę jeszcze, chyba, że mi żyłka w czerepie pęknie. Ślij wtedy konwalie (uwielbiam) i nie interesuje mnie skąd weźmiesz.

Wróć do „Wyróżniona proza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość