Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Maskarada

Wyróżnione teksty z 2016 roku.
Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Maskarada

Post#1 » 20 lut 2016, o 14:53

/To nie jest typowe fanfiction; po części również realizm magiczny z elementami philosophical fiction; wstawiam tutaj, bo gdzieś trzeba było wstawić, a najbardziej tu pasowało/

Liliowy storczyk odwrócił się od doniczki i przez dłuższy czas spoglądał w stronę okna. Parapet, zbudzony łaskotaniem nóżek spacerujących biedronek, przeciągnął drewniane ciało i szeleszcząc, zaznaczył kontur skrzypiec na przezroczystej tkance szyb. Wisząca pod nim zasłona gaworzyła z łażącymi po niej muchami w trójkątnych pelerynkach, a ściana, dumna ze zdobiących ją obrazów, spoglądała z wyższością na kręte schody, milcząco wijące się wzdłuż jej ciała. Po drugiej stronie muru, w cieniu zakwitających głogów, żółto brązowe grzyby oraz liczne czerwone muchomory, wszystkie noszące gustowne, okrągłe kapelusze, wyrastały pospiesznie ze zdziwionej partytury ogrodu.
Wieczór nadchodził. Płyty chodnikowe, których nikt nie deptał, rozważały płynące z tego konsekwencje we wszystkich możliwych światach. Niebo zwijało w rolkę swój błękit, przewiązując go postrzępionym, konopnym sznurkiem i polując na niesforne jaskółki, uparcie kreślące ostatnie trzy frazy pożegnalnej sonaty. Oddech wiatru zapadł w krótką, pokrzepiającą drzemkę. Słońce wspinało się coraz wyżej, świecąc wciąż szybciej, czujnie wychodząc przed zasłonę zirytowanych tym faktem pyzatych obłoków, nie mogących już zatrzymać jego promieni swymi pękatymi brzuszkami.
Niby wszystko normalnie, coś jednak budziło mój niepokój. Może kaloryfery, dziś milczące i obojętne, zbyt słabo chłodziły stężałe powietrze. Profilaktycznie kopnąłem Rzeczywistość.
- Czego? - warknęła.
- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? - zapytałem.
- Nie. A było kiedyś?
- Choć raz mogłabyś się wysilić.
- Dobra, niech ci będzie, trochę poprawię.
Muchomory zmieniły się w krokodyle, parapet w asfaltowa szosę, bez dziur nawet, zasłona przestała śpiewać, a storczyk zalotnie zatrzepotał płatkami róży, zatrzymując jednak liliową barwę. Tony łagodnej muzyki delikatnie skrobały przybrudzone lamperie.
- Może być?
Kopnąłem jeszcze raz. Chyba się obraziła, zastygając w nieruchomych, tekturowych dekoracjach – jak scena prowincjonalnego teatru, zgrana i niepotrzebna już atrapa realnego świata – rezygnując z poszukiwań jakiegokolwiek uwiarygodnienia. No cóż, należało interweniować.
Przegoniłem paskudne zielone z kłapiącymi paszczami, bezskutecznie próbując zamienić ich łzy w coś bardziej obiecującego, usunąłem okno wraz z żarliwie protestującym parapetem, muchom odebrałem niegustowne stroje, wyprostowałem zbyt krętą drogę, ustaliwszy w miarę rozsądny krajobraz. Sosnowy las z lewej, z prawej strony brzoza plus jeszcze coś liściastego. Chwila zastanowienia gdzie posadzić grzybki, ostatecznie jednak sprzedałem je w kuchni przydrożnego baru, w końcu takie trujące nie były, obiecały, że po odgotowaniu czwartej wody będzie można przeżyć. Perspektywę spinały łagodne wzgórza siniejące mgłami gasnącego dnia, melancholijnie falując w dyskretnej poświacie różu zamyślonego nieba, kołysane nostalgią cichych akordów dyskretnie przyczajonego adagio. Pogłaskałem je delikatnie, a potem zawróciłem Słońce, bez zatrzymywania – nie zamierzałem stwarzać konkurencji dawnym autorytetom – przegoniwszy je za zdziwiony horyzont i prosząc uprzejmie, aby nie wychylało się poza rozdzielnik. Odkąd obiektywny, niezależny od obserwatora Wszechświat wraz z newtonowską fizyką został przesunięty na pół etatu, trzeba było samemu trochę popracować.
Samochód mruczał leniwie, droga była pusta, słoneczny krąg znów podjął wędrówkę po miłym dla oka błękicie, nieskażonym teraz hieroglifami natrętnych jaskółek, a krokodyle taktownie przestały łazić, gdzie nie należało. Pojawiła się nadzieja powrotu do starego, dobrze znanego świata. Jechałem ostrożnie, starannie omijając boczne drogi wiodące w stronę innych rzeczywistości i na wszelki wypadek nie przystając na leśnych parkingach, mogących stanowić nie do końca opuszczoną pozostałość po smoczych gniazdach. Włączyłem radio. Szła Sonata Vinteuila, w wykonaniu Morela albo jego kochanki, trudno odróżnić. A wokół pustka. Nikogo. Prawie nikogo.
Dostrzegłem go z daleka. Stał na poboczu, najpierw niewielki, zamazany nieco, niewyraźnie migocąc nieokreślonymi plamkami zdechłych kolorów, jakby uciekł z obrazów Seurata. Zwolniłem, lecz rysy i tak szybko nabierały ostrości, a wyciągnięta ręka nie pozostawiała złudzeń co do intencji. Wypadało przystanąć, ruch był niewielki, właściwie nie było go wcale – zapomniałem uruchomić, w końcu tak przyjemnie jechało się pustą szosą – mógłby więc machać łapą w nieskończoność. Ale kim był? Nie myślałem o nikim od kilku godzin (z wyjątkiem muchomorów), więc nie miał prawa się pojawić. Ale pojawił. Dziś nawet wszechświaty nie chcą przestrzegać podstawowych zasad; moje zdziwienie trąciło naiwnością. A on stał tam nieruchomy, jak żona Lota po wiadomej przemianie i bezczelnie nie odwracał od nadjeżdżającego wozu. Instynktownie odniosłem wrażenie, że nie mogę liczyć na samobójczy rzut pod koła rozpędzonego pojazdu, co załatwiłoby sprawę. No cóż, brak taktu. Przerzucił go na mnie; wypadało się zatrzymać.
Opuściłem szybę.
- Tak? - rzuciłem zniechęcającym tonem.
- Można?
Wydane w odpowiedzi mruknięcie, nie oznaczało niczego. Wykorzystał to.
- Dziękuję. - Z westchnieniem ulgi wgramolił się do środka.
Spojrzałem w stronę twarzy. Nie miał jej. Zamglony, nierównomierny owal koloru ciała wypełniał to miejsce, przykryty przeciętnie wyglądającymi włosami o nieokreślonym kolorze. Niedoróbka. I pewnie moja.
- Dokąd chce pan jechać? - Standardowe pytanie.
- Gdziekolwiek. Tutaj pusto jakoś, chłodno, komary gryzą. Trudno pisać. Och, mam nadzieję, że nie przeszkadzam. - Zawahał się i dodał po chwili. - Ktoś na mnie czeka.
- Kto? - Wścibstwo, ale w drodze, pomiędzy nieznajomymi, takie pytania nie rodzą konsekwencji i są w miarę usprawiedliwione.
- Tego nie wiem. Ale czeka.
Ruszyliśmy. Zapomniany przeze mnie las zniknął, osunęły w niebyt nieważne już posiniałe zmierzchem wzgórza, z obu stron falowały tylko nagie pola lub opustoszałe łąki niekoszonych traw, w szarozielonych, przygaszonych odcieniach, a krwistoczerwona teraz kula Słońca niepokojona przez wydłużony fiolet wieczornych obłoków, sennie rozglądając się po uporządkowanej już prawie rzeczywistości, powoli zmierzała ku zawstydzonej swą nagością linii horyzontu, obnażonej przez nagle nieistniejące wzniesienia.
- Przepraszam, że zapytam – zacząłem nieśmiało – czy jest pan... hm... jakby to powiedzieć... z innego świata?
Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem, z lekko spierzchniętych grubych warg, spłynęło coś na kształt zdawkowego uśmiechu. Poza tym twarz nie wyrażała niczego, jej rysy były dość zwyczajne, podobne tysiącom innych, niepotrzebnie noszonych przez niepotrzebnych ludzi, których nikt nigdy nie zauważa.
- Nie wiem, o czym pan mówi.
Ruch na szosie wzrastał. Wyprzedziłem kilka tirów, które wbrew swoim zwyczajom, nie przekraczały średnich prędkości, błyskawicznie przemknąłem obok traktora z dwoma obładowanymi przyczepami, maltretującego piaszczyste pobocze, i licząc na ludzką życzliwość wyrażoną w niemrugających światłach nadjeżdżających z przeciwka – co pośrednio sygnalizowało brak obecności przerośniętych smerfów – konsekwentnie ignorowałem kolejne, bezsensowne jak zawsze, ograniczenia prędkości.
Mój towarzysz podróży milczał, obrzucając mijany krajobraz beznamiętnym spojrzeniem i rozsiewając nudę podszytą sennością, jakby nie wiedział, że zabawianie kierowcy rozmową na dłuższych trasach, należy poniekąd do obowiązków siedzącego obok, szczególnie, gdy marzy o względnie bezpiecznym dotarciu do celu. Należało coś przedsięwziąć. Ale...
Ale co ja tutaj robię? Dokąd jadę? Po co? Kim jestem? Proste, naturalne wydawałoby się pytania, na które nie można nie znać odpowiedzi, zawisały nagle niezależne, wyobcowane z mego jestestwa w zewnętrznej, nieokreślonej próżni, na nieskończonym ekranie niezwiązanym ze świadomością, mechanicznie odbijając znieruchomiałą myśl, w nieodnalezionym czasie, nieokreślonej przestrzeni, w czarnym, a właściwie mroczno szarym bezładzie i pustkowiu. I ciemność nastała nad powierzchnią ziemi. Trwało to mgnienie, ulotne, nadrealne odczucie, jakby ktoś uchylił zakazane drzwi. Chłodny podmuch wpadający przez otwarte okno, wspomagany życzliwym pomrukiem silnika, przywracają rzeczywistość, droga jest prosta, ktoś mruga światłami, zakręt, zwalniam, rozwalona szopa, trzy drzewa, źle ukryty radiowóz, mijam, można spokojnie dalej. Odwracam się do mego pasażera, też na mnie patrzy, czarne włosy, duże, wyłupiaste trochę, przenikliwe, palące oczy. Ręka z charakterystycznie uniesionym palcem, podpiera podbródek.
- Zwrócił pan uwagę na te drzewa? - pyta z łatwo zauważalnym zainteresowaniem.
- Tak.
- Nie pierwszy raz je widzę – ciągnie w zamyśleniu – kiedyś znałem je dobrze, pamiętam, dawno, ale już wtedy czułem, że nie mogę dojść do końca moich wrażeń, że za nimi ukrywa się coś, czego są tylko skorupą, zewnętrzną szatą, i tego, co najważniejsze, dotknąć ani dłonią, ani myślą, nie potrafię. Nieuchwytne, stracone, odchodzące na zawsze w czasie, przestrzeni. Nieosiągalne dla wszelkich poszukiwań.
- Możemy się przy nich zatrzymać. Zawrócić? - pytam rzeczowo.
- Nie, nie. Dotknęlibyśmy tylko ich materialnej powłoki, a przecież istnieją też za nią ukryte obce światy, bardziej realne niż nasz. Inna Rzeczywistość, odizolowana murem świadomości, percepcji, umysłu. Nie obejmę jej, nie jestem w stanie zobaczyć nic więcej ponad to, co jest mi znane, pozostając we własnym świecie. A te drewniane skorupy nie przemówią. Opakowania nie mają nic do powiedzenia. Kiedyś sądziłem inaczej – dodaje po dłuższej chwili – kiedyś oczekiwałem odkrycia prawd, które należałyby do wyższego poziomu realności. Słów brakuje na określenie... Czasem, szarpię zasłonę z fioletowej i czerwonej purpury, z karmazynu i kręconego bisioru, osłaniającą Najświętsze Miejsce w Świątyni, lecz wiem, że nie potrafię jej uchylić, nie usłyszę Imienia. Może kiedyś, w przeszłości było tak, może będzie... Pamięta pan, napisałem taki urywek o trzech wieżach...
- Czytałem. Trójca?
- Nie... triada tylko. Chociaż... no nic. Jechałem wówczas powozem, na koźle, obok woźnicy. Wiózł drób kupiony na targu. W kilku koszach siedziały kury. Białe, brązowe, łaciate. A ja pisałem. Kiedy skończyłem, poczułem się taki szczęśliwy. Poczułem, że akt tworzenia uwolnił mnie od tych wież, jak również od tego, co skrywało się poza nimi, co osłaniały swą materialną powłoką.
- Akt tworzenia. Jednak...
- To nie to. Nie o to chodzi. - Macha gwałtownie ręką. - Pamiętam, tę radość... Proszę sobie wyobrazić, że zacząłem nawet podśpiewywać, czując, jakbym sam był jedną z tych kur i właśnie zniósł jajko. - Spogląda przenikliwie, tłumiąc kaszel.
- Jak kura... hm... One raczej gdaczą. - Mam nadzieję, że nie odbierze tego jako złośliwość..
- Co?
- Och, nic takiego. Był pan tylko łaskaw przyrównać się do kury w koszyku. Uwolniony od wież? Zmaterializowanego świata? Literaturą, sztuką, tak? Zbawiły? Proszę wybaczyć, to nie mogła być prawdziwa radość. Literatura oszukuje, uspokaja, okrywa i odsuwa najważniejsze, najistotniejsze pytania. Uwolniła pana nie tylko od wież, tych rejestrowanych zmysłami, lecz i od tego, co istnieje poza nimi, od niepokoju, pasji poszukiwania, od Prawdy. Od Najważniejszego, które ukrył pan pod słowem czas. I właśnie dzięki niej, nie odnalazł pan tego, czego poszukiwał. - Patrzy zaskoczony, z niedowierzaniem. - Oczywiście, nie chodziło o żaden czas - kontynuuję, wkładając maskę uśmiechu - nie jego pan szukał, tylko o inne, stracone niegdyś światy, wśród których jest ten jeden, jedyny, rzeczywisty, od którego nie odgrodzi własna inteligencja, myśl nie stworzy nieprzekraczalnej bariery. Rzeczywistość, to jej pan szukał, ale nie jednej z tych, w których żyjemy. Był pan pierwszym, który o tym napisał, wyprzedzając nawet tych od nauki. I dlatego u tak wielu zyskał nieśmiertelność.
- Ale nie we wszystkich światach. - Zabrzmiało prawie jak skarga.
- We wszystkich się nie da. Ale w tym akurat tak. A ta radość tworzenia dzieła sztuki, jest radością kury znoszącej jajko. Niczym więcej. Sam pan to powiedział, choć zdaje się, nie do końca świadomie.
- Jak możesz...
- Mogę. W końcu nie żyjesz. Co za różnica.
Śmieje się cicho, prawie bezgłośnie. W oczach wyraz życzliwości, zrozumienia, ale również iskry przekory. Kilometry uciekają spod kół.
- Mylisz się – odpowiada w końcu – obaj jesteśmy żywi. Albo martwi. To kwestia względności pojęć, słów, które nic nie znaczą, pracowałem z nimi całe życie, ty wprawdzie nie, ale do tak prostych wniosków potrafisz dojść. I dobrze wiesz, że słowa dotyczą tylko umysłu, nawet nie tej rzeczywistości, mającej zresztą dla nas jedynie mentalny charakter. A tamtą, prawdziwą, możemy czasem dojrzeć w ulotnym błysku.
- Skąd wiesz, że wiem?
- Rozmawiasz ze mną, zdając sobie sprawę kim jestem. Rozpoznałeś. Mogłeś przecież zobaczyć kogoś innego, przygodnego człowieka, nieznajomego, zwykłego autostopowicza z torbą czy plecakiem chociażby. Nie dałeś się zwieść.
- No tak.
Dłuższą chwilę jedziemy w milczeniu, zawieszonym na wszechobecnych dźwiękach kolejnych części sonaty, płynących z przepastnej czerni kręgów dwóch głośników. Niebo ciemnieje coraz bardziej. Słońca już nie widać, ściana lasu z prawej strony szosy okryta ciszą i tajemnicą, wskrzeszone wzgórza nabierają ostrości, otulając się błękitem paryskim osadzonym na wędrówce niepokoju przebudzonej mgły i podgryzając ciemny róż zachodu. Mijane domy zapalają czworokąty okien. Ruch coraz mniejszy, szary autobus przed nami, wiedziony poczuciem obowiązku zabiera z przystanku ostatnich podróżnych, pozostawiając psa. Pewnie tylko odprowadzał. Smoków nie widać.
- Może jednak istnieją inne, bardziej realne rzeczywistości, równoległe do naszej, nie tylko ta ostateczna. I można się w nich odnaleźć – rzuca tonem pośrednim między pytaniem a stwierdzeniem.
- Nie żartuj, dobrze wiesz, jak jest. Przecież właśnie w takiej jesteśmy.
I znów tylko szum silnika, niezauważalny prawie ruch ręki na kierownicy, Twój wzrok przesuwający się po ekranie, monotonne migotanie diody, żółte światełka uparcie wpatrzonych zegarów, liczników i wskaźników, lekko drży strzałka szybkościomierza, drzemie rzadko niepokojona dźwignia skrzyni biegów, czasem głuche stęknięcie dobiegające nie wiadomo skąd, akompaniuje łkaniu adagia Vinteuila.
- Wiem, wiem, tak tylko mówię – odpowiada po dłuższym czasie. - Maskarada trwa wciąż, tu i teraz, lecz my nie zawsze ją dostrzegamy. Nie chcemy dostrzec, nie potrafimy. Wszyscy są ucharakteryzowani, wszyscy grają pocieszną farsę. Może naprawdę jesteśmy zaledwie figurami w powieści lub opowiadaniu. - Rozgląda się nagle gwałtownie, niespokojnie, jakby tknięty oddechem nieokreślonego przeczucia. - Poza tym ten wieczny kłopot ze wspomnieniami, aż do tych najdalszych, pierwotnych, sięgających nawet poza dzieciństwo, związanych z nadawaniem imion.
- A kto nadał je Jemu? - wtrącam. - Przecież nikt taki nie mógł istnieć! A skoro On nie ma Imienia, to także ani żyć, ani istnieć nie może. I co wtedy? Nie ma Rzeczywistości, tylko pocieszne, nic nieznaczące płaskie, niczyje cienie, tekturowe maski, zbędne dekoracje, bez obietnicy, nadziei, bez celu. Ale Stworzenie Świata i nieustający koncert trwają wciąż, dwa najpewniejsze punkty programu na tej scenie.
- I właśnie sztuka jest bramą, wyjściem. Bo z tą literaturą, to nie tak. Pomyśl, czym jest dzieło sztuki? Tej prawdziwej? Realizacją przekonania, wskazaniem, że istnieje inny świat oraz że każdy z nich jest subiektywnym, stworzonym przez jednostkę tworem. W przeciwnym razie po cóż pisać? Artysta, zawierając w swym dziele własną indywidualność, pokazuje, że może stworzyć, objawić i uświadomić kosmos. I go tworzy. Jeśli nie – jest szalbierzem. Musi udowodnić, że człowiek potrafi powołać swój świat do istnienia, to nic dziwnego, przecież został on stworzony na obraz i podobieństwo. A dopiero suma wszystkich poszczególnych światów, składa się na nasz wspólny, w którym razem żyjemy, albo próbujemy żyć. Problem w tym, aby wszelkie znaki, nie mówiąc o ścieżkach wiodących to tych bram, dostrzec, wyodrębnić, uchwycić w potoku określeń i symboli nic nieznaczących, w szumie codzienności, chaosie.
- Ale nie prowadzą one do wymiarów bardziej prawdziwych – odpowiadam – lecz równoległych. My jesteśmy gdzieś dalej, sam przed chwilą mówiłeś. O ile to określenie można stosować tam, gdzie nie ma już przestrzeni. A bramy książek składają się ze słów, nie można ich odczytać, jedynie napisać, czyli powołać do istnienia, znasz...
- Czasem słowa ukazują inną rzeczywistość – przerywa – więcej, ukazują, iż są z nią tożsame, choć wiem, zbyt wiele się teraz po nich spodziewam, kiedyś była inna epoka, a i we mnie coś wyschło. Odbiorcy też byli inni. Dziś nie widzimy więcej niż jedną stronę każdej rzeczy, każdego zjawiska, wydarzenia. I jedną stronę słowa. Przestrzeń, czas, krajobrazy, przedmioty, litery, to tylko strony, jak imiona miejscowości, imiona imion na białych i zielonych tablicach, które właśnie mijamy, które niewiele różnią się od tego, co oznaczają. Tak płaskie jak nasz świat, co z tego, że trójwymiarowy, albo raczej cztero, czas jeszcze, ale to tylko dodatkowa, jedna więcej strona, kolejna dekoracja.
- Wiem, z punktu widzenia piątego wymiaru, tak właśnie jest.
- O, rozpoznałeś piąty?
- Mhm.
- Jak?
- Kot mi powiedział.
- A... No tak, one wiedzą.
Za oknami przesuwa się jesień. W obliczu nadchodzących chłodów, zasmucone drzewa pospiesznie zmieniają niemodny strój, przywdziewając cieplejsze odcienie brązów i żółci, które zresztą też będą im odebrane, tak jak wszystko wszystkim, zawsze, na pewno, nieodwołalnie, w imię... któż może wiedzieć czego. Pierwsze opadłe liście na przemian z ostatnimi chrabąszczami, uderzają w przednią szybę. Przelotny deszcz obmywa szarość drogi, spływa po szkle drżącymi strużkami, jak krew ofiar po kamiennych ołtarzach. Wzgórza, tłumiąc pomruki zadowolenia, prężą łuki zaokrąglonych grzbietów, oczekując na nadejście całunów bieli, które choć na krótko przyjmą odcisk zarysów ich tysiącletnich twarzy. Coraz gęstsze obłoki płyną po sklepieniu nieba, lekceważąc ziemię i zakrywając bezsilne teraz promienie Słońca. Smoki układają się do zimowego snu.
- Tutaj, skręć w lewo, teraz mały kawałek i w prawo. Dotkniesz niedotykalnego, tego, co nieosiągalne, co zwykle ukazuje tylko jedną stronę.
Skręcam. Droga wygląda podobnie, choć węższa trochę i dziur jakby więcej. Mijamy rzędy starodrzewi znaczących dawne, zapomniane trakty, na wpół zrujnowaną szarość wieży opuszczonego kościoła, śledzącą nas podejrzliwie czernią oczodołów okien i wronich skrzydeł, wijący się wężowym ruchem nasyp kolejowy, po którym od lat nie jeżdżą pociągi, stojące przy torach kalekie, bezradne semafory unoszą ku niebu niepotrzebne ramiona, echa ścian budynku, porośnięte trawą perony od lat niepotrzebnej stacji dawno pozbawionej imienia, stary most, niewielkie laski rozrzucone wśród zaoranych pól, nieliczne zabudowania, pustkę, samotność, czas.
- Na Polach Elizejskich pada pierwszy śnieg. - Wiem, że nieobecnym tutaj wzrokiem ukrytym za zamkniętymi powiekami, ogląda aleje dalekiego Paryża. - Mam zaproszenie na koncert u księżnej, wypadałoby pójść, ale moja praca, noce są takie krótkie...
Pętle czasów i przestrzeni wikłają się, a może rozplątują coraz bardziej. Zza szyb patrzą na nas kolejne, przemijające światy. Pulchne dłonie Albertyny poprawiają mój krawat, szelest atłasowej sukni, zapach perfum, czułość oddechu, pukle czarnych włosów, obietnica, że ktoś na mnie czeka. Łagodne tony adagia, dyskretnie torują drogę przez otaczające nas strony, snując nici przyszłych wspomnień. Rzeczywistość w milczeniu liże własne futro. Jest coraz cieplej. Dziwne. Szybko pojmuję dlaczego.
Kaloryfery zdecydowały wreszcie o pełnieniu swego przeznaczenia, podejmując nietrudną decyzję o rozpoczęciu pracy. Pewnie też zmarzły. Kręcone schody z cichym westchnieniem przylgnęły do ściany; we dwoje zawsze cieplej. Parapet, strząsnąwszy z siebie kurz i biedronki, wszczyna kłótnię z oknem, które nieszczelną – jego zdaniem – ramą, wpuszcza zbyt wiele zimnego powietrza a nawet śniegu, na jego świeżo odmalowane, świecące bielą farby drewniane ciało. Wiszące obrazy smętnie spoglądają przez lekko przybrudzone szyby na zmienną scenerię krajobrazu, żałując własnej, niepowtarzalnej trwałości oraz artystycznego piękna, którego z braku luster nie mogą podziwiać, z konieczności przyjmując ograniczone opinie wszędobylskich, acz niezbyt biegłych w sztuce, much. Ostatnie akordy Sonaty Vinteuila oplatają podsuszone liście zwiędłej rośliny, okupującej śpiącą doniczkę, która niegdyś mogła kołysać sny liliowych kwiatów, a dziś marzy o wybujałych, rozświetlonych zachodzącym Słońcem, pachnących krzakach głogu.

Aleksander Litto Strumieński

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Maskarada

Post#2 » 20 lut 2016, o 16:16

Po raz kolejny, kiedy czytam twój tekst odnoszę wrażenie, że mówisz o rzeczach, które dzieją się gdzieś w zawieszeniu, poza rzeczywistością jaką znamy. Czy czerpiesz inspirację z teorii hologramu? Bohater w zawieszeniu pomiędzy światami, albo pomiędzy światem, a niebytem. „ekran niezwiązany ze świadomością” ? Cóż za dziwna metafora . Czyli, że kierowca prowadził pod wpływem swojej nieświadomości? Nawet pasażer, który wtarabanił się podstępem do samochodu odróżnia zwykłą rzeczywistość od tej „odizolowanej”, której nie jest w stanie doświadczyć zwykłą percepcją. Cóż za dziwaczny duet, choć przyznam, wcale niczego sobie. Tekst pomimo, że jest okropnie hermetyczny, mnie się podobał. Obnażanie fałszu rzeczywistości fascynuje mnie od dawna, a w tym tekście mówisz o tych problemach niemal wprost. Fizyka kwantowa, teoria strun, holograficzna rzeczywistości, z tym kojarzy mi się Twoje opko. Poza tym też Literatura. Kiedy czytałem w którymś momencie przypomniałem sobie opowiadania J.L. Borgesa. Zwłaszcza Alef i Biblioteka Babel. Nie wiem czy czytałeś, ale jeśli nie to powinieneś.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Maskarada

Post#3 » 20 lut 2016, o 17:54

Ad. Piotrek84

Dziękuję za wizytę.

Po raz kolejny, kiedy czytam twój tekst odnoszę wrażenie, że mówisz o rzeczach, które dzieją się gdzieś w zawieszeniu, poza rzeczywistością jaką znamy.

Istotnie, takie wrażenie może powstać i na pewno jest uzasadnione. Jednak pojęcie rzeczywistości jest nieokreślone i subiektywne, a moją intencją jest inne, niestandardowe spojrzenie na nią. A to, że zawiera ono pewną część wyobraźni czy fikcji, nie przenosi jej – w moim przekonaniu – poza sferę naszej percepcji czy świata realnego.

Czy czerpiesz inspirację z teorii hologramu?

Bohater w zawieszeniu pomiędzy światami, albo pomiędzy światem, a niebytem. „ekran niezwiązany ze świadomością” ?

Czyli, że kierowca prowadził pod wpływem swojej nieświadomości?

Nie.

Fizyka kwantowa, teoria strun, (...), z tym kojarzy mi się Twoje opko.

I bardzo dobrze Ci się kojarzy.

Poza tym też Literatura.

Słusznie.

Zwłaszcza Alef i Biblioteka Babel. Nie wiem czy czytałeś, ale jeśli nie to powinieneś.

Oczywiście, że tak. Jeden z moich ulubionych pisarzy.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Maskarada

Post#4 » 20 lut 2016, o 20:21

J.L. Borges jest również jednym z moich ulubieńców. Postanowiłem jeszcze raz przeczytać opowiadanie, wnikliwiej. Przedstawić Ci kilka spostrzeżeń (nie wiem czy prawdziwych) i zadać kilka pytań, jeśli można?


Inne spojrzenie na rzeczywistość jest Twoją intencją, ale to co opisujesz, czy też to co postrzega narrator, nie jest rzeczywistością pozazmysłową? A jedynie pewnym wyobrażeniem na jej temat? A może intencjonalnym spojrzeniem, ale wówczas mamy przedstawianą tylko rzeczywistość subiektywną. Domyślam się, że chodzi tu o wyobraźnię, o sam proces kreacji. W momencie "kopnięcia rzeczywistości" tak to właśnie wygląda. A także kiedy piszesz:
"Odkąd obiektywny, niezależny od obserwatora Wszechświat wraz z newtonowską fizyką został przesunięty na pół etatu, trzeba było samemu trochę popracować."
Czy Twoje opko dotyczy procesu Kreacji?
Jedynym wyłomem okazuje się pasażer. Czy zatem on jest postacią konkretną? istniejącą niegdyś realnie, czy jest też wytworem wyobraźni, kreacji?
A potem drzewa wzbudzają ciekawość. Wniosek nasuwa się sam: Minęli je, ale nie mogą już do nich powrócić, bo rzeczywistość którą minęli jest bezpowrotna. Nawet gdyby wrócili, drzewa może i stałyby tam, ale nie będące już pod wpływem ulotnego wrażenie, byłyby odmienione. Przecież: "Drewniane skorupy nie przemówią" Czy tak?
A potem: "najświętsze miejsce w świątyni" i "trzy wierze" - Po tym fragmencie jeszcze bardziej prawdopodobnym wydaje się, że pasażer jest postacią realną, jakimś pisarzem, malarzem, artystą, który opowiada o własnym procesie kreacji rzeczywistości. Czy dobrze myślę?
Na koniec znów pojawia się motyw Wieży. Bardzo ciekawy jestem co on oznacza? Gdzie prowadzi nas zadatkowy pasażer? Pola Elizejskie powinny mnie naprowadzić jednak niestety, chyba nie jestem tak oczytany.
A jeśli chodzi o literaturę. Skoro umieściłeś opowiadanie w fanfiction z czego czerpałeś inspirację? Niektóre fragmenty przypominają Sklepy Cynamonowe, a zwłaszcza opowiadanie Sierpień. Np. Twój fragment o niebie, ale nie tylko. Czasami posługujesz się też typowymi dla Schulza słownictwem, np. "zasłona obłoków", albo "Niebo zwijało w rolkę swój błękit", "hieroglify jaskółek", "boczne drogi", "dekoracje". Nadzieja powrotu do starego świata, o której piszesz, jest również typowa dla tej prozy. A do tego piszesz stylem podobnym do baroku, czy to przypadek?
Wybacz, że tak wścibski jestem, ale piszesz naprawdę genialną prozę.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Maskarada

Post#5 » 21 lut 2016, o 11:37

i zadać kilka pytań, jeśli można?

Jasne.

Inne spojrzenie na rzeczywistość jest Twoją intencją, ale to co opisujesz, czy też to co postrzega narrator, nie jest rzeczywistością pozazmysłową?

Nie traktuję tego w ten sposób. Dlaczego? W pewnym uproszczeniu: po pierwsze, zgadzam się z tezą Arystotelesa, że „nic w umyśle, czego nie było w zmysłach”. Po drugie: przyjmujemy, że człowiek ma pięć zmysłów (wiadomo jakich), ale systemy filozofii indyjskich przyjmują, że sześć. Szóstym zmysłem (równorzędnym) jest umysł. Czyli: z jednej strony to co postrzegamy i rozumiemy, pochodzi wprawdzie z umysłu, ale wszystko, co w nim „się znajduje” wynika z działania zmysłów. A ponieważ sam umysł nie jest czymś zasadniczo od nich różnym (pełni tylko wiadome funkcje), to nie jest w stanie dostrzec bądź zrozumieć czegoś, co nie otrzyma za ich pośrednictwem. I kółko się zamyka.
Jednak możliwe jest wyjście poza umysł (czyli zaprzeczenie tego, co twierdzi Stagiryta). Postrzeganie czegoś, co przekracza jego możliwości, które są ograniczone do naszego świata, oczywiście w popularnym ujęciu tego słowa. I to jest głównym tematem tego opowiadania (jak i większości innych moich w różnych konfiguracjach), jak również książki, do której ściśle tutaj nawiązuję.

Czy Twoje opko dotyczy procesu Kreacji?

Znakomicie to odczytałeś. Gratuluję. Tak. To jeden z zasadniczych problemów tam poruszonych, choć akurat ten, nie wynika bezpośrednio z odnośnej powieści.

Jedynym wyłomem okazuje się pasażer. Czy zatem on jest postacią konkretną? istniejącą niegdyś realnie, czy jest też wytworem wyobraźni, kreacji?

Jest konkretną, realną postacią, zarówno w naszym świecie, jak i w świecie odnośnej książki.

A potem drzewa wzbudzają ciekawość. Wniosek nasuwa się sam: Minęli je, ale nie mogą już do nich powrócić, bo rzeczywistość którą minęli jest bezpowrotna. Nawet gdyby wrócili, drzewa może i stałyby tam, ale nie będące już pod wpływem ulotnego wrażenie, byłyby odmienione. Przecież: "Drewniane skorupy nie przemówią" Czy tak?

W tym wypadku, nie o to chodzi. To bezpośrednie nawiązanie do książki, do pewnego stopnia wręcz cytaty, zmienione na tyle, aby nie były cytatami; w innych miejscach jest podobnie. W pierwotnej wersji rozmówcy posługiwali się (między innymi) bezpośrednimi cytatami, oznaczonymi oczywiście, ale zrezygnowałem z tego, przede wszystkim dlatego, że trudno było zsynchronizować język pisarza i mój; brakowało płynności i brzmiało to trochę sztucznie.
Podobnie „trzy wieże”, „Pola Elizejskie”, „koncert u księżnej”, „kury i jajka” i parę innych.
Aczkolwiek fraza "Drewniane skorupy nie przemówią" jest mego autorstwa. Dzięki rezygnacji z cytatów, łatwiej było zrobić taką plecionkę.
Twoja interpretacja również jest interesująca i godna uwagi. Nawiązuje do Heraklita. Nie można dwa razy wstąpić do tej samej rzeki. No i zarówno czas, jak i wrażenia przestrzenne są tylko hipostazami czegoś, co je przewyższa, czegoś, co ukrywa się za nimi i będzie ukazywało różne oblicza naszym zmysłom.

A potem: "najświętsze miejsce w świątyni"

To określenie ze Starego Testamentu, są też wplecione inne, bezpośrednie.

Po tym fragmencie jeszcze bardziej prawdopodobnym wydaje się, że pasażer jest postacią realną, jakimś pisarzem, malarzem, artystą, który opowiada o własnym procesie kreacji rzeczywistości. Czy dobrze myślę?

Bardzo dobrze! Muszę pogratulować intuicji. Nie znasz dzieła do którego opko się odnosi, a mimo to tę kwestię rozpoznałeś bezbłędnie. Inaczej mówiąc, brakuje Ci konkretnej wiedzy, ale masz wspomnianą intuicję, która jest od niej cenniejsza. Bo wiedzę, można nabyć, a intuicji (siostry talentu) już nie bardzo.
I rzeczywiście, w odnośnej powieści w pewnym choć nie do końca rozpoznanym stopniu, jest mowa o procesie kreacji rzeczywistości. Ale tutaj dodatkowo wplatam aspekty teologiczne, które mają zresztą także głębsze, pozaliterackie jakby uzasadnienie (odnoszą się do możliwego światopoglądu autora książki).

A jeśli chodzi o literaturę. Skoro umieściłeś opowiadanie w fanfiction z czego czerpałeś inspirację?

Nie wiesz do jakiej odnoszę się książki. I z tego mogą wyniknąć pewne nieporozumienia. Mniej więcej od połowy jest ono na niej oparte (wcześniej też są tam odniesienia). Zamknięta kompozycja, do pewnego stopnia odzwierciedla wspominaną książkę. Wybacz, że nie zdradzę o jaką chodzi, gdyż jestem bardzo ciekawy, czy zostanie rozpoznana. Kiedy obumrze tutaj dyskusja nad tym opowiadaniem (a mam cichą nadzieję, że będzie jeszcze dalsza dyskusja) i nikt nie tego nie wypowie, to bądź uprzejmy się przypomnieć, wtedy napiszę.

Nadzieja powrotu do starego świata, o której piszesz, jest również typowa dla tej prozy.

Nawet nie pamiętam, czy czytałem Schulza, jeśli tak, to bardzo dawno i wszelkie paralele są tutaj albo przypadkowe, albo nieświadome (podświadome).

A do tego piszesz stylem podobnym do baroku, czy to przypadek?

To raczej nie; chyba podobnie piszę wszystko, albo przynajmniej większość.

Wybacz, że tak wścibski jestem, ale piszesz naprawdę genialną prozę.

Dziękuję. Traktuję to wyłącznie jako uprzejmość i kurtuazję z Twojej strony. I cieszę się, że możemy porozmawiać.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Maskarada

Post#6 » 21 lut 2016, o 15:53

Tak myślałem, ze nie będziesz chciał tak od razu zdradzić do jakiej książki się odnosisz. Chociaż dla mnie to sprawa drugorzędna, ważniejszy jest sposób uchwycenia tematu, tajemniczość na bardzo wysokim poziomie i Twój styl. Tajemniczość to rzecz najważniejsza, to w literaturze pociąga mnie najbardziej. Dlatego m.in. czytam Schulza. W jego prozie w każdym zdaniu można doszukiwać się wielu ciekawych odniesień, każde zdanie tętni jakąś niewyobrażalną tęsknotą. Motyw zagubionej księgi i nie tylko.
Twoje "hieroglify jaskółek", od razu skojarzyły mi sie z Schulzowskimi jaskółkami. Tamte krążyły nad księgą, ulepione z atramentu fruwały nad stalówką piszącego pióra, a niektóre wyfruwały z liter wcześnie napisanych, wpadając w niezapisane jeszcze kawałki papieru, by wyznaczyć szlak tym literom, które pióro niebawem nakreśli. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. Kiedyś spędziłem dobrze ponad rok nad tymi opowiadaniami. Powinieneś przeczytać Schulza. Wszystkie jego opowiadania, mniej lub bardziej pośrednio opisują właśnie proces kreacji.
A jeszcze co do książki, do której się odnosisz, to przyznam, że dałeś mi kilka wskazówek w poprzednim komentarzu, więc domyślam się o jaką książkę Ci chodzi. Nie mam stuprocentowej pewności, bo nigdy jej nie czytałem, ale wydaje mi się, że to: "W Poszukiwaniu Straconego Czasu" M. Prousta. Czy mam rację?
Twoja proza jest świetna i to nie jest kurtuazja, to fakt. Nie znam żadnego współczesnego autora, który pisałby w ten sposób. Myślałem, że ten typ twórczości zakończył się w czasach przedwojennych, kiedy literatura należała do wąskiego, ale wcale nie małego grona znawców, dla których warto było pisać dobre, ale trudne książki.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Maskarada

Post#7 » 21 lut 2016, o 16:27

Ad. Piotrek 84

Twoje "hieroglify jaskółek", od razu skojarzyły mi sie z Schulzowskimi jaskółkami.

Często i długo je obserwuję jak krążą nad moim domem, wieczorami zwłaszcza, na różnych wysokościach (oczywiście, nie zimą), babcia mnie uczyła, że można na tej podstawie przewidywać pogodę na następny dzień. Nie zawsze się sprawdza, ale machinalnie to robię. I pewnie stąd wleciały do opowiadania. A Schulza poczytam w najbliższym czasie; "Sklepy Cynamonowe" to chyba nawet gdzieś mam.

Czy mam rację?

Tak. Brawo. Mówiłem, że masz intuicję.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Maskarada

Post#8 » 21 lut 2016, o 17:03

Jeszce jedna rzecz mnie ciekawi: dlaczego "Maskarada"? Pewnie ten tytuł ma jakieś głębsze filozoficzne znaczenie. Czy chodzi tu o to, co pisałeś na temat umysłu, to jak postrzegana jest rzeczywistość za pomocą "szóstego zmysłu", wyjście poza umysł, poza zmysły?

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Miesiąca
Posty: 940

Maskarada

Post#9 » 21 lut 2016, o 18:27

Ad. Piotrek84
Maskarada – bo wszyscy gramy jakieś role, sztuczne, narzucone, przywdziewając maski ukrywające tożsamość, nawet przed nami samymi. Szczególnie przed nami samymi. Nie chcemy wiedzieć, kim jesteśmy, jakie są nasze możliwości, przeobrażając własne życie w rodzaj gry z narzuconymi – zarówno przez czynniki zewnętrzne jak i samych siebie – regułami, nader często nie są dla nas najlepsze (eufemizm).

Proust stara się, jeśli nie zerwać, to przynajmniej pokazać sztuczność, umowność tego świata i maski, które nakładamy chroniąc się przed własnymi złudzeniami, wartości, jakimi świat się kieruje, będące regułami sztucznie stworzonej gry (łącznie z jego fizykalną percepcją), poza którą wyjście jest prawie niemożliwe.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Maskarada

Post#10 » 21 lut 2016, o 19:21

Gorgiasz pisze:Maskarada – bo wszyscy gramy jakieś role, sztuczne, narzucone, przywdziewając maski ukrywające tożsamość, nawet przed nami samymi.

W pierwszym momencie tak właśnie pomyślałem. Ale później, że ma to jeszcze jakieś głębsze znaczenie. Kiedy pisałeś o rzeczywistości pozazmysłowej, że możemy wyjść poza świat zmysłów, poza przeciętne postrzeganie, pomyślałem, czy nie masz na myśli tego, że maskarada, narzucana nam właśnie przez świat zmysłowy, nie jest demaskowana poprzez postrzeganie pozazmysłowe jak np. intuicja. Ale też w świecie kreacji, w wyobraźni, kiedy można postrzegać rzeczywistość w nieco inny sposób niż zwykle, bo w niej umysł postrzega inaczej (nie musi polegać wyłącznie na zmysłach). Ale do czego zmierzam: Twój bohater wkracza w świat kreacji, w piękny, pozazmysłowy świat, którego jest twórcą, demiurgiem, po to, by pokazać sztuczność realnego świata poprzez zetknięcie z tym drugim, wyimaginowanym, który tworzy. Proces kreacji umożliwia zdemaskowanie sztucznego świata, pozwala zdjąć maski, opuścić kotarę pokazując na chwilę prawdziwą scenę, na której prowadzona jest gra życia.
Do takiej konkluzji doszedłem po Twojej wypowiedziach o postrzeganiu pozazmysłowym, co jak twierdzisz jest głównym tematem Twojego opka.

Wróć do „2016”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości