Zachęcamy do komentowania tekstów! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Maja czeka nagroda książkowa - powieść ''W imię dziecka'' autorstwa Iana McEwana!

Obrazek

Opowieść z piekła rodem

Wyróżnione teksty z 2016 roku.
Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Opowieść z piekła rodem

Post#21 » 10 wrz 2016, o 15:00

Już trzecia osoba zapytuje o ciąg dalszy, więc ogłaszam wszem i wobec, że postaram się coś wymyślić i może pociągnę tę fabułę dalej, ale, skoro nie wiem jeszcze co i jak, a do tego piszę też inne rzeczy, pewnie to chwilę potrwa. Natomiast rada Mat Morpha, ta dotycząca przypuszczeń, co do dalszej fabuły, mogłaby być nawet ciekawa, o ile ją dobrze ująć, ale puki co mnie nie interesuje. W moim przypadku koncepcja na opowiadanie rodzi się albo nagle, albo w wielkich bólach i zdecydowanie wolałbym tę pierwszą opcję. Posłuży to i opowiadaniu i mnie. :-D

Część II



Po wyjściu z Latryny Thango puścił pawia prawie tak długiego jak on sam i musiałem go podtrzymywać za ramię, by sam w niego nie wpadł. Na szczęście powietrze było rześkie i mroźne, wiec jako tako mnie ocuciło, Thango nie miał tyle szczęścia. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale niebo już jaśniało cienkimi promykami. W południe będzie ukrop nie do zniesienia, ale teraz można jeszcze zobaczyć kryształki lodu osadzone w niemal każdej szczelinie dachówek.
Za plecami słyszałem jeszcze donośny, choć niewyraźny głos Samuela, który chyba dopiero teraz poczuł moc gorzkiego Wermutu. Widziałem przez małe zakratowane okno, jak na środku baru podryguje w rytm głośnej muzyki, a dziewczyny robią się coraz bardziej napalone, co nie wróży nigdy nic dobrego. Rebeka wyglądała na ostatnie stadium podniecenia, po którym naturalne instynkty przejmują władzę nad umysłem. W jej oczach błyskały iskierki, na widok których niejeden facet uciekałby w panicznym popłochu, ale Samuel był zbyt nawalony – zupełnie nie kontrolował sytuacji, podrygiwał biodrami i układał stopy w takt wisielczego tańca. Sara pochylona za barem, wyglądała na bledszą niż kiedykolwiek, tylko coraz okrąglejsze sine wypieki zdradzały, jak bardzo musi teraz walczyć ze sobą. Paznokcie jakby wgryzała w blat, co trochę brała głęboki oddech, chcąc tym opanować swój kiepski stan. W końcu sińce pokryły całą twarz i ręce Sary. Wzdłuż uwydatnionego biustu, który błyskawicznie rósł w oczach, pęczniał, wypychając ciemny welurowy surdut i łamiąc na plecach wiązania gorsetowe, przechodziła cienka żyłowata strużka, obślizgła i czarna jak smoła. Wiele słyszałem o piekielnych mutacjach, które pod wpływem silnych emocji potrafią zmienić niektórych straceńców w silne monstra, ale nigdy nie myślałem, że zobaczę to na własne oczy. Sara właśnie przepoczwarzała się w śmiertelnie niebezpieczną strzygę, która zaraz po jakże bolesnym stosunku odgryza partnerowi głowę.
Złapałem nieprzytomnego Thanga pod ramię i ruszyłem wzdłuż opustoszałej Main Street. Szare, trzypiętrowe kamienice, jak zwykle o tej porze wyglądały na wymarłe. Za plecami słyszałem potworne ryki, coraz bliższe i donośniejsze, coraz bardziej przerażające. Kiedy spojrzałem za siebie, zobaczyłem pędzącego Samuela i goniącą go na czterech łapach szkaradę, za którą biegła rozwrzeszczana Rebeka:
– Zostaw, on jest mój, mój! – krzyczała, ale Sara wcale nie zwracała na nią uwagi, swój cel miała już prawie na wyciągnięcie łapy – jej wielkie czarne nozdrza buchały zimną parą, a oczy przypominały dwa rozżarzone do czerwoności węgle. Samuel jak szalony…
Przerzuciłem Thanga przez bark i nie myśląc, prędko pobiegłem przed siebie. Gdy minąłem skrzyżowanie, poczułem przygniatający ciężar. Omal nie upadłem, słysząc za sobą potworne ryki. Skręciłem w boczną alejkę i zbiegłem schodami na dół, w otwarte drzwi sutereny. Tuż za progiem uderzyłem w wystającą deskę i z impetem przeleciałem w powietrzu dobre dwa metry. Narobiłem strasznego rumoru, wpadając w blaszane gary na końcu ciemnego pomieszczenia. Tuż za mną wbiegł do środka zdyszany Samuel, który miał jeszcze dość rozsądku, by szybko zamknąć za sobą drzwi. Przywarł do nich plecami, a one nagle uderzyły, omal nie wyrzucając Nortona w górę.
– Pomóż mi do cholery! – krzyknął głóśno. Próbowałem wstać, ale bezwładne ciało Thanga przygniatało mi plecy. W końcu jakoś zrzuciłem je z siebie w jeszcze dalszy kąt sutereny, gdzie leżały porozrzucane gary. Podbiegłem do Samuela i razem zaparliśmy metalowe drzwi. Kolejne uderzenie było chyba jeszcze potężniejsze. Z zewnątrz usłyszałem przeraźliwe skrzeczenie, przypominające rozdzieraną blachę.
– Szybko, podaj mi ten pręt! – wrzasnął przerażony Norton. Skoczyłem we wskazywane miejsce, ale nie potrafiłem nic znaleźć w tej ciemności.
– Tam, przy szafie, rzuć mi go do cholery! – Wciąż wrzeszczał, przyjmując cały impet uderzenia na bark. W końcu namacałem mniej więcej calową rurkę, dość ciężką i długą na ponad metr, i rzuciłem ją w stroną Samuela. Złapał ją zwinnie i porządnie zaparł nią drzwi.
– Co do chuja się tu dzieje! – zawołał przebudzony Thango, zmizerowanym, obolałym głosem.
– Dawajcie szafę, bo te drzwi długo nie wytrzymają – powiedział Norton już nieco spokojniej. Wpatrywał się w trzeszczący metal, jakby zaraz miał eksplodować mu w twarz.
Thango podszedł chwiejnym krokiem i z obu stron złapaliśmy za szafę, ale nawet nie drgnęła. Dopiero w trójkę przechyliliśmy ją i z trudem przepchnęliśmy na drugi koniec sali, zapierając nią drzwi.
– Czy ktoś w końcu wytłumaczy mi, co do kurwy to wszystko ma znaczyć? – spytał Thango już znacznie trzeźwiejszy.
– Przesadziłem, za dużo wypiłem i poniosło mnie. Do cholery – powiedział wyraźnie skruszony Samuel. – To moje przekleństwo, przywołuję przeklętnice, mam cholernie dużą dawkę testosteronu, one to wyczuwają, zwłaszcza, jak się nawalę, a później bum i nie wiadomo kiedy stoję twarzą w twarz ze straszydłem o zwierzęcym pysku, które chce mi odgryźć fiuta. Z pazurami jak u niedźwiedzia nie wygrasz, a kły, to już nawet nie wspomnę. Nie ma co, trzeba spierdalać i to daleko.
Usiadł na podłodze i położył rękę na obolałym barku. Za drzwiami słyszeliśmy donośne odgłosy gulgotania, jaki w czasie rui wydają niektóre odmiany gadów. To z pewnością nie był jeden odgłos, ani dwa, mógłbym przysiąc, że wydaje je cała horda napalonych przeklętnic.
– Przecież zmieniła się tylko Sara, więc jak? – spytałem przerażony.
– Ona je przywołuje, teraz w promieniu kilku mil wszystkie przepoczwarzają się w przeklętnice.
– Chcesz powiedzieć, że całe nasze miasto w jednej chwili opanowała horda tych rozwścieczonych bab? – zapytał Thango niedowierzając.
– Tak, w jednej, bardzo krótkiej chwili, kiedy z waszej pięknej Sary wyszedł ten potwór. On wywołał istne tsunami, teraz jest jak napalona pszczela Królowa, która o swym pojawieniu wysyła w świat falę elektromagnetyczną, w tym wypadku falę nie do opanowania, falę która przywołuje u kobiet najbardziej prymitywne instynkty i zmienia je w potwory.
– Do cholery – rzekł Thango.
Usiedliśmy na drewnianej podłodze krzyżując nogi, jak Samuel. Sytuacja nie wyglądała za ciekawie, patrząc w nasze zatrwożone oczy, można nawet przypuszczać, że całkiem beznadziejnie. Na zewnątrz to straszne gulgotanie wciąż przybierało na sile.
– To wszystko przez nasze grzechy – powiedział załamany Thango. – Bóg nas ukarał, cały czas tylko chlejemy, nie robimy nic pożytecznego.
– Czy naprawdę uważasz, że żyjesz tak jak żyjesz, bo popełniłeś kiedyś jakieś straszne grzechy, o których teraz nawet nie pamiętasz? – zapytał ponuro Samuel. – Twoja dusza smaży się w piekle, bo ktoś na górze postawił krzyżyk przy twoim nazwisku i chuj go obchodzi, czy byłeś seryjnym mordercą niemowląt, czy przypadkiem potrąciłeś kogoś na pasach. Dla nich grzech to grzech, nic więcej, – Przybliżył do nas swą podłużną twarz. – oni tego nawet nie sprawdzają – wyszeptał, jakby w pokoju był jeszcze ktoś, o kim nie wiemy.
– Jak to? – odszepnęliśmy jednocześnie z Thangiem.
– Robią nas w chuja. Nie ma tam żadnego Boga, bram raju, ani sądu ostatecznego, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Wiem za to, że w piekle sprawuje władzę niewielka, ale potężna grupa, która robi wszystko, by tacy jak wy, pozostawali jak najdłużej w błogiej nieświadomości. Kiedy ktoś umiera jego dusza trafia tutaj, w zaświaty, a cała reszta to tylko pic i robienie wody z mózgu.
– Ale skąd możesz wiedzieć, że nie ma Boga, że nie ma raju? – spytałem wściekły.
– Nie wiem na pewno, ale znałem takich, którzy wiedzą więcej ode mnie i nigdy nie słyszałem, żeby lękali się Gniewu Bożego, którym nas tak zażarcie straszą, chociaż wiem, że robią rzeczy, od których zwykłemu straceńcowi włosy potrafią powypadać.
– Łżesz! – wykrzyknąłem.
Samuel spojrzał na mnie z politowaniem, ale nic nie odpowiedział.
– Kiedyś poznałem pewnego faceta – zaczął po krótkiej chwili milczenia – miał na imię Hender. Było to cholernie dawno temu, kiedy piekło wyglądało zupełnie inaczej. W każdym razie, wiedziałem z dobrych źródeł, że miał powiązanie z ludźmi z wysokiego szczebla. Wy nazywacie ich demonami, chociaż nie różnią się od was niczym specjalnym, poza tym, że to oni rozdają karty w piekle i mówią, jak macie żyć. W każdym razie ten Hender złożył mi propozycję, której raczej nie powinienem odrzucić. Służyłem wtedy w Lidze jako młodszy prefekt. Chyba wiecie czym zajmują się w Pretorii?
– Kontaktami parapsychicznymi z żywymi – odrzekłem, patrząc Samuelowi głęboko w martwe oczy, szukając w nich najdrobniejszego śladu kłamstwa. – Ponoć potrafią ukazywać się żywym i mogą nieźle namącić im w głowach. A naprawdę zdolne źródło, może wejść głęboko w psychikę człowieka i ją opętać fizycznie i psychicznie.
– Nawet do śmierci – dodał jeszcze trochę podchmielony Thango.
– Tak, po części tak to właśnie wygląda. Jednak to nawet nie jest połowa prawdy. Kiedy Hender namawiał mnie do nieautoryzowanego przez Ligę otwarcia portalu kierującego do ziemskiej duszy, niejakiej Katii Simens, od razu czułem, że coś w tym strasznie śmierdzi. Taki gość jak Hender, z koneksjami sięgającymi samego Lucyfera, nie pakuje swego owrzodziałego tyłka w tak podejrzane sprawy. Najdziwniejsze – znów przyciszył głos do granicy słyszalności – że już wtedy chodziło mi po głowie, że ta cała Katia, może być związana z nim prawem krwi.
– Niemożliwe – od razu zaprzeczyłem – przecież potępione dusze nie mają w sobie nawet jednej kropli krwi.
– Właśnie, pokiwał głową porozumiewawczo, też tak zawsze mi wmawiano, a jednak przypuszczałem, że ten Hender ją ma, a na dodatek, że jest nią związany z Katią Simens, mieszkanką miasta New York. Oczywiście nie wiedziałem o tym na pewno, ale to było jedyne racjonalne wytłumaczenie. Po kiego diabła ktoś chce wejść tam sam, bez żadnego wsparcia, zabezpieczenia. Igranie z żywą duszą w jej własnym ciele jest cholernie niebezpieczne, wymagające dużych umiejętności, których ten obrzydliwie nadziany intrygant z pewnością nie posiadał. Rzekomo miałem tylko wprowadzić go w jej duszę, za co zaproponował niezłą sumkę. Przystałem na to, jednak nie z powodu pieniędzy, ale z czystej ciekawości. Sesję odbyliśmy w marmurowym pałacu na obrzeżach Lexington. Usiedliśmy w zacisznym salonie, a Hender wydał swemu majordomusowi wyraźne polecenie, by pod żadnym pozorem nam nie przeszkadzać. Za pomocą luster, szybko osiągnąłem stan aberracji, w którym mogłem odnaleźć Katię, a że wszystkie potrzebne dane dostałem od Hendera we wstępnym raporcie, było to całkiem proste. Następny etap zespolenia z żywą duszą polega w skrócie na wywołaniu w przejmowanym umyśle emocjonalnego rozchwiania, które już pozwala piekielnemu medium wywrzeć znikomy wpływ na jego świadomość. To jednak za mało, by stworzyć transgeniczne połączenie między żywą duszą, a potępieńcem, do tego medium musi zbudować olbrzymią sieć połączeń, co zwykle trwa dość długo. Na szczęście u Simens szybko znalazłem pulsujące źródło siły, które mogłem łatwo obrócić przeciwko niej samej, a była nią wiara w ludzką dobroć. Już wtedy coś przeczuwała, ale wizja szaleństwa nie pozwalała jej na podjęcie jakichkolwiek działań, które może mogły ją jeszcze uratować. Bardzo sprawnie wykorzystałem tę słabość. Wywołałem konflikt, który można porównać do wielkiej fali w oceanie myśli, po prostu wrzuciłem tam coś, co nigdy nie powinno się znaleźć, pewien obraz zupełnie nie pasujący do świta żywych. Woda zaczęła kołysać, powstał wielki sztorm i wtedy otworzyło się przejście. Chwyciłem za dłoń Hendera, by mógł znaleźć to, czego szukał. Gdybym na tym tylko poprzestał, może dziś wszystko wyglądałoby inaczej, może nadal służyłbym w Lidze i ślepo wykonywał polecenia. Jednak nie potrafiłem się powstrzymać i wbrew rozsądkowi ruszyłem śladami Hendera…
Nagle usłyszeliśmy silne tąpnięcie. Szafa odskoczyła, uderzając krawędzią w boczną ścianę. Poderwaliśmy się z miejsc, by zaprzeć drzwi. Samuel w pośpiechu wsadził metalowy pręt pod klamkę, a szafę ustawiliśmy teraz w poprzek i całym ciężarem przechyliliśmy na górną listwę.
– Patrzcie tam! – zawołał Thango. Piwnica, w którym się schroniliśmy miała co najmniej trzy i pół metra wysokości, a pod samym sufitem, był umieszczony mały, przeszklony lufcik. Szare światło padało z niego bardzo słabo. W kącie znalazłem stół z krzesłami. Postawiliśmy go pod okienkiem, a na nim ustawiłem krzesło. Jakoś wspiąłem się na tę niepewną konstrukcję i zobaczyłem ulicę, którą maszerowały setki przeklętnic. Miały zmienione czarne oczy, strasznie wyłupiaste, kończyny jakby nieco dłuższe, ale bardziej zakrzywione. Niektóre biegły, a niektóre szły wolno włócząc nogami.
– I co? – spytał Thango.
– Jest źle, bardzo źle – odpowiedziałem półszeptem, nie mogąc oderwać oczu od hordy przeklętnic idącej wzdłuż szerokiej Main Street. Jak wzbierająca fala tsunami – Samuel dobrze to określił.
– Musimy to przeczekać. Za kilka dni rozproszą się na wiele mil, wtedy spróbujemy się jakoś wydostać z miasta – powiedział smutno Samuel. – Póki co, wszyscy faceci w Bangor mają przejebane.
Przejebane aż nadto, pomyślałem. W piekle nikt nie mógł umrzeć, bo przecież wszyscy byli już martwi, ale ból i cierpienie istniały tu w nadmiarze. przeklętnice potrafiły sprawiać niewyobrażalny, nieskończony wręcz ból, przy którym krzyżowanie przypomina ukłucie komara. Kiedy przeklętnica dorwie straceńca, podczas gwałtu wydziela jadowitą substancję, od której martwe ciało płonie aż do szpiku kości żywym ogniem. Podobno jest to ból, od którego się błaga, by móc umrzeć po raz drugi. Niestety ta ostateczna wolności od cierpienia nigdy nie nadchodzi.
Zeskoczyłem na dół.
– Mów dalej – powiedziałem w stronę Samuela, który nie wyglądał już tak pewnie, jak wtedy, gdy po raz pierwszy pojawił się w barze. Spojrzał przelotnie wzdłuż ciemnych, odrapanych ścian i kontynuował opowieść:
– Widziałem przeszłość już prawie wytartą do cna, ale zdradzał ją jeszcze popiół, popiół osadzony na zmazanych wspomnieniach Katii Simens. Chociaż wcześniej nawiedzałem już setki dusz, nigdy nie widziałem czystszej. Jej promienność była olśniewająca, prawie sparaliżowała mnie, gdybym miał materialną postać, pewnie padłbym na kolana i zaczął modlić się do Boga, by przyjął mą umęczoną duszę do raju. Wymazywane wspomnienia były skutkiem działań Hendera. Już wiedziałem, że nie chce nic wykraść, tylko przechwycić. Nawet najgłupszy adept w Pretorii wie, że dusza zbyt czysta, nie może trafić do piekła, nie da się jej posiąść. Dusza Katii była zdecydowanie poza jakąkolwiek próbą sprowadzenia na ścieżkę zła, w moim mniemaniu była miejscem świętym. Istnieje prosta zasada: do pełnego naczynia, nic nie dolejesz. O ile ciecz można uzupełnić, to naczynie jest poza kontrolą, nawet najlepsze medium nie może go naruszyć. Chyba że…
– Chyba że zadziała prawo krwi – dopowiedziałem prędko.
– Tak. Katia Simens była prawnuczką Hendera, zdążyłem prześledzić jej drzewo genealogiczne, zanim Hender je usunął.
– To niemożliwe! – zaprotestował Thango. – Po śmierci wszystkie więzy krwi, ulegają zapomnieniu. Nie pamiętam nikogo ze swojej rodziny, nawet nie wiem, czy jakąś miałem, a co dopiero prawnuczkę!
– Zapomnienie jest jedną z najsurowszych kar, na jaką nas skazano – potwierdził Samuel. – Ale z pewnością to nie Bóg pozbawił nas pamięci. Zrozumiałem to, gdy schodziłem za Henderem w głąb duszy Katii Simens. Jej żywe wspomnienia na moich oczach obracały się w pył. Szczęśliwe dzieciństwo zostało wymazane w ciągu kilku chwil. Obraz szarzał i coraz prędzej odpływał w niebyt, jakby ktoś wyciągnął z wanny korek. Nastała wszechogarniająca pustka, pustka całkowita, bezdźwięczna. Chwilę później usłyszałem okropny wrzask Katii Simens, a zaraz za nim falę nowych wspomnień wtłaczanych do pustego naczynia duszy. Wyszedłem z transu, nie mogłem słuchać tych okropnych wrzasków. Powróciłem do salonu i siedząc w wygodnym fotelu, ze wstrętem patrzyłem na wprost, jak otyła twarz Hendera zaczyna przypominać dochodzącą do orgazmu Przeklętnicę.
Spojrzeliśmy z Thangiem po sobie, jakby to, co właśnie usłyszeliśmy, było najprawdziwszą relacją, choć brzmiało nad wyraz fantastycznie. Jeśli faktycznie wysoko postawieni straceńcy są w stanie kontrolować naszą pamięć, jeśli mogą wszystko wymazać i wtłoczyć tam, na co tylko przyjdzie im ochota, piekło faktycznie może być tylko wymysłem ich wybujałej wyobraźni. W końcu martwe, ale nieśmiertelne dusze są spragnione luksusu tak samo, a może i bardziej, jak żywe i śmiertelne. Ich piekielna propaganda mogłaby służyć za doskonały kamuflaż, do stworzenia prywatnego królestwa, w którym dla grupki wybrańców wszystko jest dostępne, a dla innych prawie nic.
– Czy cały ten spisek może być prawdą? – spytałem na głos, choć głęboko błądziłem jeszcze w myślach.
– Na początku sam nie mogłem w to uwierzyć – rzekł Samuel. Szukałem dowodów. Po wyjściu z transu Hender grzecznie wyprowadził mnie za drzwi, dając do ręki kupę forsy. Patrzyłem na nią z obrzydzeniem, ale przyjąłem, inaczej wzbudziłbym jego podejrzenia. Pierwszym miejscem jakie odwiedziłem po wyjściu z marmurowego pałacu, było najbliższe małe Limbo na przedmieściu Lexington. Pewnie domyślacie się, kogo tam szukałem.
– Katii Simens – odrzekł Thango z nieskrywanym przejęciem.
– Gdy tam dotarłem, już jej nie było, ale na miejscu zaciągnąłem języka. Odszukałem sanitariuszkę, która asystowała przy wybudzaniu Katii. Musiałem użyć piekielnego uroku, by dojść do prawdy. Dużo naobiecywałem. W damskim kiblu, zdradziła w sekrecie, że jacyś przystojniacy w garniturach zabrali ją, gdy tylko uzyskała świadomość, że jest martwa. Twierdziła, że ci goście, przyjechali jeszcze zanim dusza Katii w ogóle się zmaterializowała w piekle. Nie wiedziała kim byli, ale podkreślała nie raz, że z pewnością sami ważniacy. Pamiętała tylko, że jeden z nich, który nosił fioletowe okulary, przedstawił się jako John McGreen.
– Ten John McGreen, John McGreen z Hell United? – spytałem zdziwiony.
– Ten sam. Zachodziłem w głowę dlaczego właściciel największego piekielnego konsorcjum naftowego osobiście zabrał Katię z zapyziałego, małego Limbo? I skąd wiedział, że zginie właśnie tego dnia? Nie było wątpliwości – działał w zmowie z Henderem. Ale po co? Jaki mieli motyw? Pojechałem do parku maszyn, gdzie długo myślałem nad tym wszystkim, aż nagle mnie olśniło. Katia Simens powinna trafić do nieba, gdzie niewątpliwie było jej miejsce, powinna tam śpiewać anielskie pieśni i po wieki tańczyć wśród chmur, a zamiast tego ocknęła się w piekle z bolącą głową i wypranym umysłem. Nie rozumiecie?
Patrzyliśmy na niego, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Nie ma nieba, nie ma piekła, jest tylko miejsce, w którym zbierają się dusze umarłych. Piekło zostało stworzone nie przez Boga, ale przez nas samych.
– Chcesz powiedzieć, że piekło nie istnieje? – spytałem drwiąco.
– Ależ istnieje, wystarczy spojrzeć przez to małe okienko, by się o tym przekonać. Nie ma tam wiele poza cierpieniem, do którego tak nas przyzwyczajono, że nie wierzymy już w nic dobrego. – powiedział Samuel z wyraźnym zmęczeniem na twarzy.
Zegar na rynku wybił dwunastą, na zewnątrz słońce piekło niemiłosiernie. Na szczęście piwnica została głęboko wkopana w ziemię, dzięki czemu mieliśmy tu przyjemny chłód. Pewnie jakiś w miarę zamożny potępieniec wybudował ją, by ulżyć sobie od spiekoty dnia. Poczułem nagłe zmęczenie po tej jakże cudacznej nocy, że nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 925

Opowieść z piekła rodem

Post#22 » 10 wrz 2016, o 20:57

Przyznam, że ta część niezbyt mi odpowiada; w szczególności dlatego, że stała się standardowym horrorem i nic specjalnego z niej nie wynika. Znać też pośpiech i brak dopracowania, skutkujące błędami, których nie powinno być.
Mam nadzieję, że w trzeciej części będzie lepiej. Obrazek

Za plecami słyszałem jeszcze donośny, choć niewyraźny głos Samuela, który chyba dopiero teraz poczuł moc gorzkiego Wermuta.

"Wermutu"

podrygiwał tylko biodrami i układał stopy w takt wisielczego tańca. Sara pochylona za barem, była bledsza niż kiedykolwiek, tylko coraz okrąglejsze sine wypieki zdradzały,

Powtórzone "tylko".

ale najwyraźniej słabo jej to szło. W końcu sińce pokryły jej całą twarz i nie tylko.

Powtórzone "jej". I ponownie "tylko".

Kiedy spojrzałem za siebie zobaczyłem pędzącego Samuela i goniącą go na czterech łapach szkaradę, za którą biegła rozwrzeszczana Rebeka:

Kiedy spojrzałem za siebie, zobaczyłem pędzącego Samuela i goniącą go na czterech łapach szkaradę, za którą biegła rozwrzeszczana Rebeka:

Samuel uciekał szalenie, przewracając kosze na śmieci, by spowolnić straszydło.

Raczej: Samuel uciekał jak szalony,...

Podbiegłem do Samuela i razem z całych sił zaparliśmy metalowe drzwi. Kolejne uderzenie było chyba jeszcze silniejsze.

"sił - silniejsze": powtórzenie

Z zewnątrz usłyszałem jakieś przeraźliwe skrzeczenie, przypominające trochę rozdzieraną na pół blachę.

Usunąłbym "jakieś" i "na pół".

Tam, przy szafie, rzuć mi go do cholery! – wciąż wrzeszczał, przyjmując cały impet uderzenia na bark.

Tam, przy szafie, rzuć mi go do cholery! – Wciąż wrzeszczał, przyjmując cały impet uderzenia na bark.

– Co do Chuja się tu dzieje! – zawołał przebudzony Thango, zmizerowanym, obolałym głosem.

Dlaczego "Chuja" dużą literą?

a później bum i niewiadomo kiedy stoję twarzą w twarz ze straszydłem o zwierzęcym pysku, które chce mi odgryźć fiuta.

"nie wiadomo"

Za drzwiami słyszeliśmy donośne odgłosy gulgotania, jak w czasie rui wydają niektóre odmiany gadów.

"jaki w czasie..."

To z pewnością nie był jeden odgłos, ani dwa, mógłbym przysiądź, że wydaje je cała horda napalonych Przeklętnic.

"przysiąc"
Zastanawiam się - ale te przeklętnice, to chyba jednak małą literą, ma wrażenie, że to nazwa ogólna (jak czarownice czy wiedźmy)

– Do cholery – rzekł beznadziejnie Thango.
Usiedliśmy na drewnianej podłodze krzyżując nogi, jak Samuel. Sytuacja nie wyglądała za ciekawie, patrząc w nasze zatrwożone oczy, można nawet przypuszczać, że całkiem beznadziejnie.

Powtórzone "beznadziejnie".

Dla nich grzech to grzech, nic więcej – Przybliżył do nas swą podłużną twarz.

Dla nich grzech to grzech, nic więcej, – Przybliżył do nas swą podłużną twarz.

– Oni tego nawet nie sprawdzają. – wyszeptał, jakby w pokoju był jeszcze ktoś, o kim nie wiemy.

– Oni tego nawet nie sprawdzają – wyszeptał, jakby w pokoju był jeszcze ktoś, o kim nie wiemy.

– Kiedyś poznałem pewnego faceta, zaczął po krótkiej chwili milczenia, miał na imię Hender.

– Kiedyś poznałem pewnego faceta - zaczął po krótkiej chwili milczenia - miał na imię Hender.

Wy nazywacie ich Demonami, chociaż nie różnią się od was niczym specjalnym, poza tym, że to oni rozdają karty w piekle i mówią, jak macie żyć.

Demony potraktowałbym podobnie jak przeklętnice.

może wejść głęboko w psychikę człowieka i ją opętać, zamęczając ją fizycznie i psychicznie.

Powtórzone "ją".

może być związana z nim prawem krwi.
– Niemożliwe – od razu zaprzeczyłem. – przecież potępione dusze nie mają w sobie nawet jednej kropli krwi.

Powtórzone "krwi".
Zbędna kropka po "zaprzeczyłem".

Sesję odbyliśmy w jego domu, w marmurowym pałacu na obrzeżach Lexington. Usiedliśmy w zacisznym salonie,

Trzy razy "w".

Postawiliśmy go pod okienkiem, a na nim położyłem krzesło.

Lepiej: postawiłem krzesło.

Przejebane aż nadto, pomyślałem. W piekle nikt nie mógł umrzeć, bo przecież wszyscy byli już martwi, ale ból i cierpienie istniał tu w nadmiarze.

"...istniały tu w nadmiarze."

Niestety ta ostateczna wolności od cierpienia nigdy nie nadchodzi.

"wolność"

– Na początku sam nie mogłem w to uwierzyć – rzekł Samuel badawczo. Szukałem dowodów.

– Na początku sam nie mogłem w to uwierzyć – rzekł Samuel badawczo. - Szukałem dowodów.
"rzekł Samuel badawczo" - jakoś nazbyt dziwnie brzmi. Nie mówi się "badawczo".

– Gdy tam dotarłem, już jej nie było, ale na miejscu zaciągnąłem języka. Odszukałem sanitariuszkę, która asystowała przy wybudzaniu Katii. Musiałem użyć piekielnego uroku, by rozwiązać jej język. Dużo naobiecywałem. W damskim kiblu, kiedy robiłem jej dobrze, zdradziła w sekrecie,

Trzy razy "jej".

że jacyś przystojniacy w garniturach zabrali ją natychmiast, gdy tylko uzyskała świadomość, że jest martwa, i że trafiła do piekła. Twierdziła, że goście, którzy ją zabrali,

Powtórzone "ją".

Nie było wątpliwość – działał w zmowie z Henderem.

"wątpliwości".

Na szczęście piwnica stała głęboko wkopana w ziemię,

Chyba "została wkopana".

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Opowieść z piekła rodem

Post#23 » 11 wrz 2016, o 08:02

Dziękuję Gorgiaszu za wnikliwą poprawę błędów. Nie przypuszczałem, że aż tak wiele ich tam się zbierze. Co do samej kontynuacji to fakt, że strasznie się z tym pospieszyłem. Ten temat coś mi nie leżał. Lubię Horror w literaturze, jak i powieści post-apo. Przez co czasami będę pewnie zamieszczał tu moje skromne próby, jednak mam nadzieję, że w lepszym wydaniu.

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1708

Opowieść z piekła rodem

Post#24 » 11 wrz 2016, o 13:06

A zamierzasz poprawki Gorgiasza nanieść do tekstu powyżej? Mimo kiepskiej recenzji chciałbym przeczytać.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Opowieść z piekła rodem

Post#25 » 11 wrz 2016, o 13:52

szczepantrzeszcz pisze:A zamierzasz poprawki Gorgiasza nanieść do tekstu powyżej? Mimo kiepskiej recenzji chciałbym przeczytać.


Poprawione.

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1708

Opowieść z piekła rodem

Post#26 » 11 wrz 2016, o 18:28

przechodziła cienka żyłowata stróżka
Ani chybi ortograf. Powinno być "strużka".


pewien obraz zupełnie nie pasujący do świta żywych.
Literówka, "świata żywych"


Poczułem nagłe zmęczenie po tej jakże cudacznej nocy, że nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem.
Kiepsko to zabrzmiało. Niebezpieczny stwór próbuje wyważyć drzwi, perspektywy są raczej ponure, a potępiona dusza ot tak po prostu zasypia.

No cóż, nie znam się na horrorach więc trudno mi podzielać, bądź nie podzielać, Gorgiaszowej opinii. Czytało się nieźle, nawet nieźlej, korektę widać, słychać i czuć, ale o ile pierwszą część potraktowałem jako samoistne opowiadanie, o tyle te dwa fragmenty razem wzięte nie przypominają już niczego. Nie mogę odgonić wrażenia, że wpadłeś w pułapkę większej formy. Z takiej pułapki nie ma wyjścia, można tylko pisać, pisać, pisać... Aż do momentu, kiedy dojdziesz do końca i będziesz wiedzał, że to koniec. Popracuj, podoba mi się ten styl, a i potencjał w tekście widzę znaczny. Nie idż za tymi, u których pragnienie zaistnienia w Internetach jest tak silne, że kończą na siłę (czyli w praktyce niczego nie kończą) i publikują. Może za takie właśnie bezeceństwa można trafić do zaproponowanego przez Ciebie piekła :))

Pewien gość, który budzi we mnie dezaprobatę (głęboką, aż do granicy wstrętu) palnął kiedyś, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy. Z głupotą zawartą w owym stwierdzeniu dyskutować nie zamierzam, tym bardziej, że prawda wydaje mi się znacznie prostsza: facet to ten, co zaczyna i kończy.

Pozdrawiam, życzę miłej pracy i niecierpliwie czekam na całość ;))

SzczTrz

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Opowieść z piekła rodem

Post#27 » 11 wrz 2016, o 19:32

szczepantrzeszcz pisze: Niebezpieczny stwór próbuje wyważyć drzwi, perspektywy są raczej ponure, a potępiona dusza ot tak po prostu zasypia.


Oj Szczepanie jakbyś mi z gardła wyjął to, co chciałem napisać już we wstępie, ale moja i tak już mocna nadszarpnięta przyzwoitość na to nie pozwalała. Tekst w pewnym momencie pisania wzbudził u mnie tak silną niechęć, że rozbolała mnie głowa i czym prędzej musiałem go skończyć. Ostatni akapit jest tego wynikiem. Jednak nie uważam, by nawet kiepskie, czy też gorsze jakościowo teksty, niczego nas nie uczyły, jako twórców opowiadających świat poprzez słowa. Czasem napisanie złego tekstu może powiedzieć więcej niż najlepszego w całym życiu. Chodzi o to, że częściej uczymy się na błędach, popełniając je. Oczywiście nie twierdzę, że ten tekst jest zupełnie spartaczony. Otóż wcale nie. Był pewien zamysł, ale w pewnym momencie, coś poszło źle, coś nie styknęło, nie zazębiło i wyszło jak wyszło. Z tym, że jeśli autor chce się uczyć na błędach, musi dokładnie przeanalizować tekst i odnaleźć to coś. Mógłbym teraz napisać wiele na ten temat, ale przecież nie ma takiej potrzeby.
szczepantrzeszcz pisze: Pozdrawiam, życzę miłej pracy i niecierpliwie czekam na całość

Do niedawna pisałem tylko krótkie formy i bardzo trudno przestawić mi się na coś dłuższego. Dlatego jeszcze nie wiem, co jest całością, a co częścią.

Dziękuję za wyczerpujący komentarz.

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1708

Opowieść z piekła rodem

Post#28 » 11 wrz 2016, o 20:17

W kwestii krótszych form się nie wypowiem, bo po prostu nie potrafię. Dłuższe warto sprowadzić do zadawanego sobie pytania: co jeszcze chciałbym napisać, z akcentem na słowo "jeszcze", no i rzecz jasna do tego, o czym wspomniałem wcześniej: bez pośpiechu. Wszystko wymaga czasu. Proza również.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 925

Opowieść z piekła rodem

Post#29 » 12 wrz 2016, o 08:40

Tekst w pewnym momencie pisania wzbudził u mnie tak silną niechęć, że rozbolała mnie głowa i czym prędzej musiałem go skończyć.

I właśnie to daje się odczuć. Ale w żadnym razie się nie przejmuj. Nigdy nie ma tak, że wszystko się udaje i wychodzi jak byśmy chcieli, więcej; jak by wynikało z naszych możliwości czy umiejętności. Ja prawie rok temu utknąłem gdzieś w połowi nieźle zapowiadającego się opowiadania i nie mogę ruszyć.

Czasem napisanie złego tekstu może powiedzieć więcej niż najlepszego w całym życiu.

To prawda.

Oczywiście nie twierdzę, że ten tekst jest zupełnie spartaczony.

Zgadza się, nie jest. Ale wiesz jak to jest: komu wiele dano, od tego wiele się wymaga.

Był pewien zamysł, ale w pewnym momencie, coś poszło źle, coś nie styknęło, nie zazębiło i wyszło jak wyszło.

Całkowicie naturalne i kiedyś musi się zdarzyć. Nie jesteśmy maszynami, aby funkcjonować zawsze w równym rytmie.
Tak więc w żądnym wypadku się nie zrażaj. I chyba najlepiej będzie, jeśli odłożysz go na jakiś czas i zabierzesz się za coś innego, na przykład w stylu "Nocy w dolinie Hebronu" czy "Krótkiej rozprawy o Istocie".
Pozostaje żywić nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Opowieść z piekła rodem

Post#30 » 12 wrz 2016, o 19:20

Gorgiaszu, dziękuje ze te miłe, pokrzepiające słowa, jednak wcale się nie zraziłem. Po prostu tekst nie wyszedł i już. Kiedyś uczęszczałem na warsztatach z twórczego pisania. Pisywałem przeważnie okropne teksty, byłem tego świadomy jak cholera. Zajęcia prowadził pewien dość młody profesor, krytyk literacki, był też autorem wielu wspaniałych książek, które mnie inspirowały, był diabelsko inteligentny, a do tego miał niezwykle silną, uzależniającą osobowość. Potrafił mocno krytykować swych studentów. Zajęcia zawsze zaczynały się od tego, jak na głos czytał nasze krótkie wypociny i niezwykle zjadliwie je komentował. Autor tych wypocin, czerwieniąc się musiał na gorąco znosić krytykę przy wszystkich kolegach. Na jego warsztatach nie było ocen, jedyną oceną była jego zajadła krytyka. O ile na następne zajęcia przyniosłeś kolejną porcję wypocin i nie wychodząc z sali, zniosłeś krytykę, mogłeś pisać najgorsze gnioty ze wszystkich, a i tak cię nie wyrzucił z tych bardzo prestiżowych zajęć. Wyobraź sobie, ze te warsztaty zaczynało jakieś czterdzieści osób, a kończyło je sześć. Ja zalałem się w tej szóstce i wcale nie dzięki talentowi. Po prostu potrafiłem znieść jego ostrą krytykę i napisać pracę na następny tydzień, nie przejmując się, że znów zostanę zmieszany z błotem. Więc powtarzam, ja wcale się nie zraziłem. Uważam, że celna krytyka jest sto razy lepsza niż miałkie, ostrożne wypowiedzi.

Wróć do „2016”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości