Noc wendetty IV

Teksty wyróżnione w cyklicznych plebiscytach na prozę miesiąca oraz corocznych wyborach prozy roku.
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4487

Noc wendetty IV

Post#1 » 19 maja 2016, o 15:28

Część pierwsza Część poprzednia

***


Kochankę Louretere faktycznie każdy znał. Zadanie znalezienia jej przypadło Aleis — Terrant przyjął tę decyzję z milczącym kiwnięciem głową. Argument, że Aleis wygląda na pełną zaufania osobę, nie do końca go przekonał, ale trafił do niego ten dotyczący jego podkrążonych oczu. Co myśleliby sobie ludzie, gdyby mężczyzna wyglądający jak nieświeży trup wypytywałby o miejscową piękność? Terrant wolał oszczędzić sobie upokorzenia. Aleis podobne zadania nie sprawiały trudności; wystarczyło, by ubrała najskromniejszą suknię, jaką miała w zniszczonym podróżnym kufrze, upięła włosy w skromny, niski kok, tak gładki, że tafla włosów niemal raziła odbijanym światłem, i była trochę mniej sobą. Dziewczyna zresztą nie zastanawiała się długo. Po wejściu na plac targowy, zanim Terrant zdążył jej podpowiedzieć, kto jego zdaniem wygląda na gadułę, już zdążyła podejść do pierwszego lepszego straganu. Gdy zadała pierwsze pytanie, Terrant cofnął się w tłum.
Przyjaźnie wyglądająca kobieta sprzedająca cięte kwiaty okazała się niezgorszym źródłem informacji. Najprostsza wymówka, że Aleis poszukuje swojej krewnej po matce kuzynki stryja, którą oczywiście była kochanka Louretere’a, zdała egzamin. Od razu wiedziała wszystko. Jak wyglądała, jakie kwiaty najbardziej lubiła, co kupowała na straganach, do których sklepików z galanterią najczęściej chodziła, w jakich kapeluszach ją widywano, jak układała swoje włosy i jak chętnie wnosiła najnowsze trendy na ulice Ad Moris. Że lubiła krzykliwe kolory — bogowie, jak można nosić majtkoworóżowe kapelusze, przecież to nie wypada, panienko, nie zgodzi się panienka? — że zaglądała na targ warzywny co każdy wtorek, a na rybny wysyłała wyłącznie posłańców, by atłasowe rękawiczki nie przesiąkły zapachem ryb… ale przede wszystkim, że miała zostać żoną Louretere’a.
Aleis już nie lubiła Teuny. Jako wychowanka kobiety niegrzeszącej reputacją miała wpojony pierwotny instynkt zazdrości, który teraz uruchomił się niechciany; burdelmama zawsze powtarzała: „Uważaj na kobiety, to twoje konkurentki. Każda jedna”. Podświadomość Aleis wchłonęła to zdanie jak motto. Aleis marszczyła nosek, nie przestając uważnie słuchać, ale sprzedawczyni zdawała się tego nie dostrzegać.
— Teuna to piękna kobieta, ale niebezpieczna — podsumowała kobiecina, machając pękiem herbacianych róż, które układała właśnie w bukiecik. Jej nalaną, okrągłą jak pszenny podpłomyk twarz pokrywały piegi, a właściwie ich całe stado, śmiesznie układające się w półksiężyce pod oczodołami. Wyglądała na dobroduszną osobę i ewidentnie taka musiała być, tak chętnie odpowiadając Aleis i nie widząc niczego podejrzanego w zadawanych pytaniach. Aleis z kolei nawet nie czuła się winna, że wykorzystuje jej poczciwość. — Uwiodła już niejednego, naprawdę, słyszałam kilka niezgorszych historii. Była matroną kilku, z trzy razy narzeczoną, oczywiście przed poznaniem kupca Louretere’a. O, chyba nawet jeden nawet zabił dla niej swoją żonę, tak sobie przypomniałam. Ale tylko słyszałam, nie żebym rozpowiadała plotki… — zaprzeczyła gorliwie, chcąc przekonać chyba samą siebie. Gestykulowała tak żarliwie, że nieustanne podmuchy zmiotły już sporo pęków z bukieciku. Aleis, zezując lekko, spojrzała na kwiaty, który teraz miała tuż przed samą twarzą. Kwiaciarka nawet nie zauważyła, że wymachuje różami jak gdyby orężem. — Nie chcę panienki zniechęcać do ciotki, o nie. Skoro jest pani ciotką, to panienka najpewniej o tym wie, prawda? — dokończyła z dramatycznym opuszczeniem ramion.
Kobieta uśmiechnęła się ciepło, a Aleis szybko odwzajemniła uśmiech.
— Tak, tak. Papa mi opowiedział kilka historii. A gdzie ją znajdę?
— Ciężko powiedzieć — cmoknęła handlarka, odkładając bukiet. Przecięła nożykiem szarfę taniej, karminowej wstążki i obwiązała nią róże. — Podobno po śmieci Louretere’a załamała się, kto by sądził, że jest taka bogobojna, prawda? Ale nie moja sprawa, nie będę wnikać… niech panienka nie marszczy tak brwi, nie miałam niczego złego na myśli, pomyślałam sobie tylko, że może będzie w świątyni? Zawsze lubiła tę przy ulicy Zwiędłych Dalii, świątynia Zapomnianych Bożków, widziałam ją tam parę razy na święcie wiosennego przesilenia. Łatwo trafić.
— Dziękuję bardzo. — Aleis uśmiechnęła się tak miło, jak tylko potrafiła, skinęła głową i odwróciła się na pięcie. To ostatnie wyszło jej z teatralną perfekcją; w końcu ćwiczyła na Terrancie aż nazbyt często.
— Może panienka chce bukiecik? Tylko pięć koron!
Aleis nie zatrzymała się. Jeszcze przez chwilę słyszała za sobą wysoki głos sprzedawczyni. Przeszła przez tłum, przepychając się łokciami i pochylając czasami, by przejść pod wyciągniętą ręką, raz wbiła w czyjąś stopę obcasik, ale finalnie minęła rozwidlenie i skręciła w mniejszą alejkę.
— Teuna — mruknęła do Terranta, który cały czas stał u wylotu uliczki. Skrywała zadowolenie z siebie, próbowała nie uśmiechnąć się tryumfalnie, ale aż zaniemówiła, gdy zobaczyła swojego nieszczęsnego partnera. Nie próżnował przez ten czas, bo w ręce wciąż trzymał patyczek po smażonej kiełbasce, którą musiał kupić lub może zwinąć ze straganu mięsnego. Mlaskał, ewidentnie próbując usunąć coś językiem spomiędzy zębów. Aleis z trudem odmówiła sobie komentarza, że kiedy ona zajmuje się czymś pożytecznym, on się obżera. Kontynuowała: — Chyba Teuna, ale może Tauna? Ciężko było mi ją zrozumieć, strasznie popiskiwała. I chyba chciała mnie nadziać na kolce róż.
— No dobrze — skinął głową — a wiesz coś więcej? Z samym nazwiskiem wiele nie zrobimy.
— Oczywiście! — żachnęła się, uśmiechając się jednym kącikiem ust. Terrantowi nigdy nie podobał się ten krzywy uśmieszek. — Wiem nawet więcej, niż bym chciała. A tobie chyba te tłuste kiełbaski służą, wory pod oczami masz mniejsze niż zazwyczaj! Szkoda, że rośnie ci od nich bandzior.
Terrant puścił mimo uszu uwagę o stanie swoich mięśni brzucha.
— Na przykład co słyszałaś?
— Pomyślmy… Interesuje cię, że najbardziej lubi delikatne, atłasowe halki nocne? Mnie interesowało, przynajmniej wiem, gdzie mogę ładne kupić.
„A podobno nie mamy pieniędzy” — pomyślał już drugi raz w ciągu ostatnich kilku dni. Zmrużył oczy, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać. W zamian za to wykorzystał trzymany w ręku patyczek, by pogrzebać w nim w zębach.
— To może się przydać, zobaczymy — mruknął, z ulgą przyjmując, że skórka od kiełbasy wreszcie opuściła przestrzeń między jego górnymi jedynkami. Silił się na nonszalancki, obojętny ton, ale to chyba rozbawiło Aleis.
— I? — parsknęła. — Może powinnam wrócić i zapytać, jakie gorsety lubi?
Nie odpowiedział. Po chwili, która Aleis wydała się wiecznością — Terrant wciąż dłubał w zębach, a ona biedna się temu przyglądała — podała w końcu najważniejszą informację.
— Musimy znaleźć Zapomnianych Bożków.
— Co? Świątynię, tak?
— Tak — kiwnęła głową. — Nie wiem, skąd biorą takie nazwy, są trochę zbyt pretensjonalne na mój gust, ale...
— Pasują do tego miasta — zauważył.
— Chyba tak. — Aleis przyznała mu rację. Rzuciła szybkie spojrzenie po uliczce, brukowanej i ograniczonej z dwóch stron rzędami szarawych kamienic i wywróciła oczami. Tu wszystko wyglądało, jakby zostało zapomniane przez bogów. — Żebyś wiedział. Najedzony? Możemy iść?
Aleis ruszyła w stronę, w którą według niej należało skręcić, by dojść do ulicy Zwiędłych Dalii. Co prawda nie była pewna, gdzie ona jest, ale nie przeszkadzało jej to, póki Terrant sam nie wiedział, gdzie mają trafić, dzięki czemu nie mógł komentować jej beznadziejnej orientacji w terenie.
— A mówiła o niej coś jeszcze? — zapytał po chwili.
— Wiele — zaśmiała się. W swoim skromnym odzieniu wyglądała jak pensjonarka, która zgubiła się w drodze ze świątyni do pensji i stwierdziła, że warto to nieszczęście uczcić wysmarowaniem włosów dużą ilością pomady. — W sumie nic ciekawego, tyle że… Coś wspomniała, że miała być jego żoną, ale też że jest niebezpieczna. — Ściągnęła brwi i wydęła usta. — Podobno dla niej ktoś zabił swoją żonę. Nieliche osiągnięcie, powiem ci.
— Na pewno jest „nielicha” — skwitował Terrant. — A myślisz, że zwykła kobieta związałaby się z Louretere’em? — Uśmiechnął się kwaśno. — Musieli do siebie pasować.
— Czy jakakolwiek związałaby się z nim? Może i bogaty, ale to straszny skurwysyn! Mama mi mówiła, że wiele można zrobić, by dostać w prezencie parę diamentów… albo kilka ładnych kolii. Ale nawet ja znam granice.
— Nie ona pierwsza związała się ze skurwysynem. Niektóre kobiety to lubią. To taki rodzaj sportu lub wrodzony masochizm.
Gdy napotkał powątpiewające spojrzenie Aleis, tylko westchnął. Pewnie chciałaby odciąć się, że żadna kobieta nie chciałaby związać się z nim, lub rozpocząć tyradę o tym, jak wiele potrafi ścierpieć kobieta w imię czegoś konkretnego — diamentów na przykład — ale, o dziwo, nie odpowiedziała nic.
— Może i masz rację, Aleis — powtórzył, by ją udobruchać — ale tym bardziej nie oznacza to, że mogła go zabić.
— Wiem. Ale może COŚ znaczyć — dodała znaczącym tonem i uśmiechnęła się z satysfakcją.
— Żebyś się nie rozczarowała.

[center]***[/center]

Tymczasem nad Ad Moris nagromadziło się sporo ciemnych chmur, które na moment przesunęły się na zachód, ale znów wróciły. W całym mieście słychać było szum wzburzonego morza — a przecież takie dźwięki zwykle tłumiły inne odgłosy miasta, chociażby krzyki i stukot koni. Zbliżał się sztorm, mgła nadciągnęła znad rzeki i wszystko wskazywało na to, że słońce nigdy nie wychodzi tutaj na dłużej niż dzień.
Podła pogoda jednak nie zraziła panny Teuny do pieszych wycieczek pod okryciem ażurowej parasolki i w pudroworóżowych pantofelkach, które niechybnie przemokłyby pierwsze przy ledwie deszczu. Minęła stojące przy Alei Asfarotherael trzy czarne powozy czekające na skinienie zainteresowanego podwózką, przeszła na drugą stronę, skręciła w Kameliową i zagłębiła się w sieć mniejszych uliczek. Nawet tam, mimo wielkiego tłoku ludzi pragnących wrócić do domów przed ulewą, nie potrafiła się wtopić w tło.
— Witam, panienko Teuna! Wspaniały mamy dziś dzień!
— Faktycznie wspaniały.
Skinęła głową na powitanie, uśmiechając się kącikiem pełnych ust, przywyknąwszy do konieczności ciągłego odpowiadania mijającym ją ludziom.
W Io Altum, gdzie większość kobiet była blada i jasnowłosa, Teuna z pewnością wyróżniała się nie tylko niemal hebanową kaskadą spadającą na plecy. Być może dzięki pełnym, ale bladym ustom, małemu noskowi, łagodnemu owalowi twarzy i wyraźnie zarysowanym brwiom uchodziłaby za jedną z piękniejszych oraz byłaby rozchwytywana przez mężczyzn, ale cieszyła się względnym spokojem. Gdyby nie oczy, czarne i zmrużone w złości, być może byłaby hrabiną czy nawet księżną. Odrzucały niemal każdego. Mało kto miał odwagę choćby zagaić, niektórzy mężczyźni traktowali ją jak motyla czy coś równie nieuchwytnego, coś, co nigdy nie da się złapać i usidlić, inni rezygnowali już na samym początku. Teuna wyglądała, jakby nosiła w sobie tajemnicę, a te nie interesowały ani wysoko postawionych ludzi, ani prostych czeladników, ale ci w większości nie interesowali Teuny, więc w rozrachunku nikomu nie działa się krzywda.
— Zejdź mi z drogi — syknęła dźwięcznie, gdy na zatłoczonej uliczce ktoś zaszedł jej drogę. Wygięła usta w grymasie rosnącej wściekłości i szarpnęła się, gdy mężczyzna szybko uskoczył. Prychając, parła przed siebie, a w tłumie tworzył się przed nią wąski tunel. Nikt nie chciał wejść jej w drogę, każdy, kto miał dość rozsądku, wolał na moment wyzbyć się trochę dumy, by nie stracić czegoś więcej
Niedoszłej pani Louretere widocznie się spieszyło.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014
Posty: 880

Noc wendetty

Post#2 » 19 maja 2016, o 17:11

Przeczytałem z zainteresowaniem. Dobrze napisane, obrazowy styl, lekka, płynna narracja. Ale jestem taki wstręciuch, że zawsze znajdę, do czego się przyczepić. Obrazek

Przeszła przez tłum, przepychając się łokciami, czasami schylając się, by przejść pod wyciągniętą ręką, raz wbiła w czyjąś stopę obcasik, ale finalnie minęła rozwidlenie i skręciła w mniejszą alejkę.

Napisałbym (w celu likwidacji „się”): Przeszła przez tłum, przepychając się łokciami (,) (i) pochylając czasem, by przejść pod wyciągniętą ręką, raz wbiła w czyjąś stopę obcasik, ale finalnie minęła rozwidlenie i skręciła w mniejszą alejkę.

— Oczywiście! — żachnęła się, uśmiechając się jednym kącikiem ust. Terrantowi nigdy nie podobał się ten krzywy uśmieszek.

Nie za dużo tych „się”? Może: — Oczywiście! — żachnęła się, a uśmiech zabarwił kąciki ust. Terrantowi nigdy nie podobał się ten krzywy uśmieszek.

— Chyba tak. — Aleis przyznała mu rację.

Sądzę, że za dużo Aleis. Napisałbym: — Chyba tak — przyznała mu rację.

Co prawda nie była pewna, gdzie ona jest, ale nie przeszkadzało jej to, póki Terrant sam nie wiedział, gdzie mają trafić, dzięki czemu nie mógł komentować jej beznadziejnej orientacji w terenie.

Powtórzone „jej”.

Coś wspomniała, że miała być jego żoną, ale też że jest niebezpieczna — Ściągnęła brwi i wydęła usta.

Kropka po „niebezpieczna” uciekła.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4487

Noc wendetty

Post#3 » 19 maja 2016, o 19:42

Dzięki za komentarz, Gorgi, strasznie się cieszę, że fragment spodobał ci się. Poprawki już naniosłam :)
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 1998

Noc wendetty

Post#4 » 24 maja 2016, o 00:50

Jejku jej, ależ mi się nostalgicznie zrobiło, tęskniłam za Twoim pisaniem :)

Mam nadzieję, że mi wybaczysz, ale, pudroworóżowe buciki Teuny zapadly mi szczególnie w pamięć po przeczytaniu tego fragmentu. Może dlatego, że Ad Moris to nadmorskie i widać dość deszczowe miasto i nie mogę przestać myśleć o tym, jak to to musi się strasznie brudzić.
Brawa przede wszystkim za postacie. Fragment nie jest zbyt długi, ale każdy, kogo opisujesz - łącznie z kwiaciarką, która w końcu sluży jedynie za źródło informacji dla Aleis - ma wyraźną osobowość. W Twoim tekście każdy jest człowiekiem z krwi i kości, i niby to oczywiste, że przecież tak powinno być, ale ostatnio naczytałam/naoglądałam się tylu rzeczy, w których nie dało się tego powiedzieć o większości postaci, że cieszy mnie niezmiernie, kiedy wreszcie widzę porządnie wykonaną robotę.

Pisz, pisz, będę czytać :D
"I'm not evil, I'm just differently moral."

"Life's a bitch, now so am I."

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1448

Noc wendetty

Post#5 » 20 cze 2016, o 15:39

Wiedz, że przeczytałem od początku (zdążyłem zapomnieć fabuły, ech skleroza), ale przynajmniej miałem miłą lekturę. Czekam na więcej! Dzięki tobie dowiedziałem się o dwóch nowych kolorach majtkoworóżowym i pudroworóżowym, co najśmieszniejsze wiem, który z nich jest jaśniejszy.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Wyróżnione”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość