Zachęcamy do komentowania tekstów! Na zwycięzcę tytułu Komentatora Kwietnia czeka nagroda książkowa - powieść ''Książę Mgły" - Carlos Ruiz Zafon!

Zapraszamy do udziału w zabawie komentatorskiej „Piórko”! Rozruszajmy forum na wiosnę!

Obrazek

Romek umrzeć wczoraj

Wyróżnione teksty z 2016 roku.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 403

Romek umrzeć wczoraj

Post#1 » 28 gru 2016, o 19:42

Nie jest łatwo być synem pułkownika, który dowodzi rodziną jak wojskiem. Trzeba albo bić ojcu w dach, albo zbuntować się i uciec.
Romek nie chciał bić w dach i prędko ojcowym gwiazdkom przeciwstawił pacyfkę, czyli został hippisem. Już na początku ogólniaka zaczął uciekać z domu. Smakował wtedy życia i, na swoje nieszczęście, prymitywnych narkotyków na bazie makiwary. Jego narkomania postępowała tak szybko, że do matury już nie doszedł. Wyklęty z rodziny pojechał w Bieszczady szukać wolności. Zachłysnął się nią i przedawkował tak bardzo, że któregoś dnia znaleziono go przy drodze do Dwernika zaćpanego prawie na śmierć.
Miał szczęście, że znalazł go inny hippis. Tamten zaprowadził go na Caryńskie, gdzie od niedawna Wienio Nowacki prowadził ośrodek leczenia narkomanów. Tam Romek trafił z deszczu pod rynnę, czyli spod ojcowego dryla pod rękę Wienia. Nowacki bowiem nie uznawał leniuchowania i gonił swoich podopiecznych do roboty. Wyznaczał każdemu konkretne zadania, utrzymywał iście wojskową dyscyplinę i – o dziwo – miał posłuch. Hippisi pracowali i nie ćpali, bo za to wylatywało się z ośrodka. Romek też nagiął się do tamtejszej dyscypliny, pracował, nie ćpał i wyglądało na to, że wróci do normalnego świata.
Gdy ludzie pułkownika Doskoczyńskiego zrujnowali ośrodek, Romek pozostał w górach. Pracował trochę w lesie, trochę na budowach, mieszkał kątem u różnych ludzi i jakoś żył. Któregoś lata dostał pracę przy remoncie schroniska. Pracował dobrze i po remoncie został zatrudniony na stałe. Nie ćpał, ale – ponieważ suma nałogów człowieka musi być stała – zaczął popijać.
Sprzyjała temu schroniskowa atmosfera. Romek był przystojnym mężczyzną. Z twarzy i zarostu przypominał Chrystusa z odpustowych obrazków i do tego grał na gitarze. Był więc chętnie zapraszany przez gości schroniska na posiady przy ogniskach lub kominku. Tam częstowano go godnie alkoholem, a on nie odmawiał, bo – jak sam mawiał – miał słabą silną wolę. Z początku było to tylko okazjonalne picie z turystami, potem jedno piwko co wieczór „na sen”, potem coś mocniejszego i tak z narkomanii wpadł w alkoholizm.
Poznałem Romka podczas jednego z takich spotkań przy ognisku i tak zaczęła się nasza znajomość. Czasem odwiedzałem go w schronisku, ale częściej on nocował u mnie, będąc w mieście. Zawsze były to miłe spotkania, bo dobrze nam się gadało.
Przystojny gitarzysta wpadł w oko Krysi, która przyjechała do schroniska, żeby w górskiej głuszy zapomnieć o stresującym życiu w stolicy. Wpadł tak bardzo, że po miesiącu przyjechała znowu i zamieszkała w jego służbówce.
Byli razem, chociaż należeli do innych światów. On był odrzuconym przez rodzinę byłym narkomanem bez matury, a ona pochodzącą z bogatej rodziny, wypachnioną absolwentką uniwersytetu. Podczas gdy on pracował w schroniskowym obejściu, ona wiła wianki z łąkowych traw lub opalała się nago nad potokiem.
Może ta inność, może kaprys Krysi, a może miłość przywiodła ich do tego, że postanowili się pobrać. Romek poprosił mnie, żebym był świadkiem na ich ślubie, bo – jak szczerze przyznał – nikt inny nie przyszedł mu do głowy.
Zgodziłem się i wyznaczonego dnia o umówionej porze przyjechałem do urzędu stanu cywilnego. Wkrótce poobijanym ARO przyjechali też państwo młodzi ze świadkową i wtedy okazało się, że tylko ja byłem w garniturze. Pan młody był w dżinsach i białej koszuli z ukraińskim haftem, panna młoda wystylizowała się na Słowiankę w lnianej sukience i wianku z chabrów, a świadkowa była ubrana w karminową bluzkę i dżinsy. Gminnej pani ksiądz to się nie podobało. Ślubu jednak musiała udzielić, bo wszyscy mieliśmy wymagane dokumenty i byliśmy trzeźwi. Wieczorem opiliśmy zaślubiny w schronisku i wtedy widziałem Krysię po raz ostatni.
Młodej żonie prędko znudziło się wicie wianków i postanowiła wrócić do wielkiego świata. Spakowała swoje rzeczy i wyjechała. Broń Boże, nie zabroniła mężowi dalszej pracy w schronisku, ale było jasne, że ona już tam nie wróci. On natomiast byłby mile widziany w stolicy, gdzie jej rodzina miała możliwości załatwienia mu dobrej pracy.
Romek przez jakiś czas męczył się z podjęciem decyzji o wyjeździe, a ból tej męki tłumił alkoholem. Pił już prawie codziennie różne tanie napitki, bo na lepsze trunki nie było go stać. Koniec końców zdecydował się rzucić pracę w schronisku i pojechać do żony.
W dniu wyjazdu spotkałem go przypadkowo przed dworcem kolejowym. Swój skromny dobytek miał spakowany w jeden plecak i był lekko zawiany. Powiedział, że wyjeżdża na stałe i serdecznie zapraszał mnie do odwiedzenia go w Warszawie. Niestety nie podał adresu, a ja zapomniałem o to zapytać. Tak oto rozstaliśmy się i wszelki słuch o nim zaginął.
Odezwał się wiele lat później na portalu „Nasza-klasa”. Mieszkał w małej prowansalskiej wiosce i zaprosił w odwiedziny. Nie miałem ochoty na tak daleką podróż, ale on ciągle ponawiał zaproszenia. Chyba po pół roku napisał, że jest ciężko chory i że chciałby choć raz w życiu najeść się do woli… krówek. Po otrzymaniu tej smutnej informacji pojechałem do Francji.
Wioskę, gdzie mieszkał, stanowiło kilka domostw rozrzuconych w dolinie, a jego na wpół drewniany dom stał na jej końcu. Na spotkanie mi wyszedł człowiek, którego z trudem poznałem. Był wychudzony, twarz miał porytą zmarszczkami i ziemistą cerę. Brak przednich zębów i wory pod oczami dopełniały widoku człowieka zniszczonego życiem. Z dawnego Romka pozostał tylko uśmiech i łagodny tembr głosu.
Mieszkał razem z Annette, o której mi wcześniej nie wspominał. Nie wiedząc o jej istnieniu, przywiozłem prezenty tylko dla Romka: wielkie pudło świeżych krówek i butelkę żubrówki. Zaraz po powitaniu, gospodarz zagarnął cukierki dla siebie, więc Annette i mnie pozostało popijanie wódki, bo Romek już nie mógł pić alkoholu. Na stole szybko rosła kupa papierków po krówkach, żubrówki w butelce ubywało wolniej, a gospodarz opowiadał, co przeżył od opuszczenia schroniska.
W owym dniu naszego pożegnania na dworcu dokupił na drogę jeszcze kilka piw i wsiadł do pociągu. W przedziale był sam, więc wypiwszy piwa, zdjął buty i zasnął. Gdy się obudził, pociąg stał już na bocznicy w Warszawie, a jego plecak i buty zniknęły. Do mieszkania żony dotarł boso, wzbudzając sensację wśród przechodniów i pasażerów w tramwaju.
Nowy miesiąc miodowy trwał kilka tygodni, a potem Krysia zaproponowała wyjazd do Paryża, gdzie miała drugie mieszkanie. Miała tam też wielu znajomych i zaraz rozpoczęła się niekończąca się zabawa. Dniami i nocami różni ludzie przychodzili i wychodzili, pili, ćpali i uprawiali wolną miłość… również z Krysią.
Romek w swojej hippisowskiej przeszłości przeżył wiele, ale tego paryskiego życia nie mógł już dłużej znosić. Któregoś dnia, wytrzeźwiawszy nieco, „pożyczył” od żony trochę pieniędzy i wsiadł do pociągu byle jakiego.
Był to pociąg do Marsylii i właśnie w nim poznał Annette, która jechała do Prowansji. Odziedziczyła tam po babce stary dom na wsi i jechała, żeby rozpocząć w nim nowe życie. Była starsza od niego i też miała za sobą hippisowską przeszłość. Romek był więc dla niej bratnią duszą i tak dwoje exhippisów zamieszkało w chacie za wsią.
Annette znalazła pracę w restauracji w pobliskim mieście, a on w sadach owocowych pokrywających zbocza okolicznych wzgórz. Na początku pracował przy zbiorach, a potem nauczył się szczepić i pielęgnować drzewa. Robił to dobrze i był cenionym pracownikiem. Niestety, nie przestał pić i każdy dzień kończył na rauszu.
Zatruty wcześniej narkotykami i stale podlewany alkoholem organizm w końcu zbuntował się. Romek trafił do szpitala, gdzie z trudem go odratowano. Lekarze orzekli, że jedyną szansą dla niego będzie przeszczep wątroby. Został wpisany na listę oczekujących na operację. Czekał na nią i żył wiarą, że będzie niedługo. Nie pił już ani kropli, a jego ciało było tak uczulone na alkohol, że nawet nie mógł nim dezynfekować ran.
Nie mogąc już pracować w sadach, zajął się fotografowaniem. Robił zdjęcia kurom sąsiada, koszykom wyplatanym przez Annette, górom, drzewom, liściom, talerzom na stole – jednym słowem wszystkiemu. Potem obrabiał je komputerowo, tworząc z nich obrazy czasem kolorowe i wesołe, a czasem czarno-białe i ponure. Miał ich setki i wszystkie, przynajmniej w mojej ocenie, były bardzo dobre. Najlepsze z nich umieszczał we własnej galerii internetowej, którą stale przeglądał. Prowadził długie korespondencje z internautami, którzy ją odwiedzali i oceniali zdjęcia. Pisał też smutne i, według mnie, trudne do zrozumienia wiersze.
Spędziłem u Romka trzy dni. Spacerowaliśmy po okolicznych wzgórzach, przysiadając co chwilę, bo nogi już ledwo go nosiły. W czasie marszu fotografował krajobrazy i skały, a odpoczywając – zioła, swoje opuchnięte stopy lub moje dłonie. Przez cały ten czas opowiadał o swoim życiu we Francji i o ludziach, których tu spotkał.
Wieczorami, zajadając krówki, pokazywał inne zdjęcia, czytał swoje wiersze i mówił, wielokrotnie powtarzając i uzupełniając niektóre wątki. Mówił tak, jak by chciał zdać mi jak najdokładniejsze sprawozdanie z ostatnich lat swojego życia.
Trzy dni minęły jak z bicza trzasnął. Przy pożegnaniu Romek zaproponował, żebyśmy kontaktowali się tylko mailowo, a nie telefonicznie, bo tak byłoby mu mniej smutno. Potem uściskał mnie mocno i stał przed domem, aż zniknąłem za zakrętem.
Kontaktowaliśmy się tylko raz lub dwa razy w miesiącu. Pisał o nowych zdjęciach umieszczonych w internetowej galerii, o tym, co Annette uprawiała w ogródku lub ile jagniąt przyszło na świat u sąsiada. Nigdy nie uskarżał się na swoje zdrowie, ale każdego maila kończył, podając swoje miejsce w kolejce do operacji.
Aż któregoś dnia napisał, że był na badaniach, po których lekarze orzekli, że robienie mu przeszczepu byłoby… marnowaniem wątroby, która i tak nie uratowałaby mu życia. Nie było w tym mailu ani pretensji, ani rozpaczy, ani nawet rozżalenia. Był to nasz ostatni kontakt, bo potem Romek już nic nie napisał, a jego telefon milczał.
Po kilku miesiącach dostałem z Romkowej skrzynki maila od Annette, która napisała: „Romek umrzeć wczoraj.”

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4739

Romek umrzeć wczoraj

Post#2 » 1 sty 2017, o 19:59

Chciałam dać znać, że przeczytałam, ale z początku bardzo trudno było mi w jakikolwiek sposób skomentować ten tekst. Wprawnie napisania miniatura, smutna i gorzka.
Podoba mi się tytuł - choć z początku sądziłam, że to literówka, a nie zamierzona pisownia.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 403

Romek umrzeć wczoraj

Post#3 » 1 sty 2017, o 21:01

Camenne, dziękuję Ci za przeczytanie mojego opowiadanka i za komentarz. Jestem tu nowy i bardzo czekałem na pierwsze opinie.

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Romek umrzeć wczoraj

Post#4 » 8 sty 2017, o 15:32

Cóż mogę rzec... :) Podoba mi się. Narracja elegancka, pasuje do klimatu.
Również zdziwił mnie i zaintrygował tytuł.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

szczepantrzeszcz
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 1644

Romek umrzeć wczoraj

Post#5 » 13 sty 2017, o 14:35

Sprawnie napisana relacja. Zaimkoza czy też powtórzenia trochę przeszkadzają, jednak Autor pojawił się i zniknął (a przynajmniej w forumowym życiu udziału brać nie zamierza), więc też sens koerkty wątpliwym się wydaje.

Czego mi zabrakło? Dialogów, tych (niekoniecznie nocnych) bieszczadzkich rozmów, które na podobieństwo złotych połonin równie mocno w krajobrazie i we wspomnieniach siedzą. Zabrakło akcji. Sucha relacja nie zastąpi sekwencji wydarzeń. Tekst odebrałem bardziej jako materiał na długie opowiadanie, ewentualnie powieść, a nie opowiadanie sensu stricto.

A co przypadło do gustu? Starym znajomym wyjaśniać nie potrzebuję, a Autorowi mogę jedynie serdecznie podziękować za przywołane wspomnienia. Wprawdzie lata siedemdziesiąte to raczej Gorgiaszowy świat, Szczepan brykał po połoninach dekadę później, ale Bieszczad, choć zmienny jak kobieta, był, jest, będzie i w pamięciach wędrowców pozostanie.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 403

Romek umrzeć wczoraj

Post#6 » 13 sty 2017, o 20:19

Nie było mnie tu kilka dni, wiec przepraszam za spóźnioną odpowiedź. Grafoman, dziękuję Ci za przeczytanie mojego tekstu i za ocenę. Miło mi, że się podobało.

Dodano po 13 minutach 42 sekundach:
Dziękuję Ci, Szczepan za przeczytanie mojego opowiadanka i za ocenę. Będę pamiętał, żeby walczyć z "zaimkozą" i powtórzeniami. Możliwe, że z dialogami byłoby to lepsze, ale jakoś dialogi mi tam nie pasowały. Chciałem krótko opowiedzieć o Romku. Uważam, że w latach siedemdziesiątych, żyli jeszcze ostatni prawdziwi bieszczadnicy, bo ci późniejsi to już tylko podróbki.

szczepantrzeszcz
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 1644

Romek umrzeć wczoraj

Post#7 » 13 sty 2017, o 22:18

Marian pisze:Uważam, że w latach siedemdziesiątych, żyli jeszcze ostatni prawdziwi bieszczadnicy, bo ci późniejsi to już tylko podróbki.
Nie będę pytał, co masz na myśli mówiąc "prawdziwy bieszczadnik" bo dyskusja mogłaby się zaognić bardziej niż te polityczne... chociaż z drugiej strony Bieszczady wykluczają pojęcie jedynej prawdziwej słuszności, więc może nie mam racji.

Z Majstrem Biedą siedziałem jeszcze przy ognisku gdzieś w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Rzecz jasna psa już wtedy od dawna nie było, ale Pan Henryk miał się całkiem dobrze.

Awatar użytkownika
Karen
mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1250

Romek umrzeć wczoraj

Post#8 » 14 sty 2017, o 10:18

W moim odczuciu tekst, który nadawałby się jako zarys do dłuższego opowiadania /powieści. Jednak w tej formie też się dobrze czyta, ale zabrakło mi dialogów, nakreslenia wyraźniej charakterów i motywacji bohaterów.
Jedyne, co mi zgrzytnelo od strony technicznej, to sprawa przeszczepu wątroby (wybacz, takie skrzywienie zawodowe). Po 1 nikt od tak nie wpisuje alkoholika na listę oczekujących na przeszczep. Wręcz przeciwnie, robi się to bardzo niechetnie, a sam pacjent musi spełnić wiele restrykcyjnych warunków. Przynajmniej tak jest w Polsce. Kolejna nieścisłośc - jeśli decydują się na przeszczep, to robią komplet badań i raczej regularnie kontrolują, czy pacjent się nadaje. Każde miejsce na liście jest na wagę złota, więc troszkę wątpię żeby nagle się lekarze '' rozmyslili''. Po trzecie wieloletni alkoholik raczej '' od tak'' nie przestanie pić '' tylko'' dlatego, że dowiedział się, że ma marskosc wątroby.
Oczywiście to tylko moje wątpliwości, podejrzewam, że ktoś nie siedzący w medycynie by nie zwrócił na to tak uwagi. :)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 403

Romek umrzeć wczoraj

Post#9 » 14 sty 2017, o 19:38

Tak, Majster Bieda był prawdziwym bieszczadnikiem. Może źle sformułowałem moją myśl. Pisząc o bieszczadnikach lat siedemdziesiątych miałem na myśli tę ich generację, która wtedy lub wcześniej pojawiła się w Bieszczadach. Masz rację "Bieszczady wykluczają pojęcie jedynej prawdziwej słuszności" i niech tak zostanie na wieki.
P.S. Majster Bieda miał na imię Władysław.

Dodano po 13 minutach 31 sekundach:
Dziękuję Ci Karen za przeczytanie mojego opowiadanka i za uwagi. Myślę, że kiedyś napiszę jeszcze coś o Romku i wtedy postaram się jakoś to rozbudować. Nie znam się na procedurze przeszczepów wątroby. Napisałem o Romkowym przypadku tyle, ile wiedziałem. Zapewne były jakieś inne lub dodatkowe badania, ale nigdy w rozmowach z Romkiem tego tematu nie drążyłem.
"wieloletni alkoholik raczej '' od tak'' nie przestanie pić '' - zapewne w 99,99% tak jest, ale ja znam jednego (poza Romkiem) człowieka, który przestał pić z dnia na dzień. Po prostu któregoś dnia wylał zapas wódki do zlewu i przestał.
Serdecznie pozdrawiam.

szczepantrzeszcz
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca
Posty: 1644

Romek umrzeć wczoraj

Post#10 » 15 sty 2017, o 12:44

Marian pisze:P.S. Majster Bieda miał na imię Władysław.
Oczywiście. Pozajączkowało mi się z mieszkającym swego czasu nad zatoką Panem V.

Wróć do „2016”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości