Kanarek a stan wojenny

Wyróżnione teksty z 2017 roku.
Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 489

Kanarek a stan wojenny

Post#1 » 18 wrz 2017, o 11:21

– Nie poszedłbyś jutro na narty? – zapytał mnie kolega. – Pojedźmy autobusem o szóstej do Dąbek i stamtąd spróbujmy przyjść z powrotem.
Zgodziłem się i nazajutrz rano stary autobus o zaszronionych szybach powiózł nas do wioski leżącej przy samej granicy.
Dzień był mroźny i mglisty. Światła ulicznych latarń ledwie były widoczne, a w górach wszystko tonęło w białej ciszy. Dąbki spały jeszcze i nawet pies nie zaszczekał, gdy na nartach ruszyliśmy w drogę. Wędrowaliśmy cały dzień przez zaśnieżone pustkowia i dopiero około osiemnastej wróciliśmy do miasta. Przez zasnute mgłą i zupełnie opustoszałe ulice doszedłem do mieszkania.
Po prysznicu i posiłku, z kubkiem kawy w dłoni rozsiadłem się na kanapie i włączyłem telewizor. Spodziewałem się kreskówki dla dzieci, a zobaczyłem... Generała Jaruzelskiego czytającego swoje "orędzie do narodu". Potem umundurowany spiker przeczytał listę zakazów i nakazów, których od północy powinienem był przestrzegać. Złamałem już, co najmniej dwa z nich: bez zezwolenia opuściłem miejsce zamieszkania i łaziłem po granicy państwa.
Mimo popełnionych wykroczeń spałem spokojnie i rano grzecznie poszedłem do pracy. Przed bramą fabryki stał opancerzony transporter i kilku żołnierzy z kałachami. Zaraz po rozpoczęciu zmiany dowiedziałem się, że ja tu nie pracuję, tylko wypełniam powszechny obowiązek obrony państwa, bo nasz zakład został zmilitaryzowany.
Niebawem też przybył komisarz wojskowy i rozpoczął lustrację fabryki, czyli zaglądanie do wszystkich zakamarków – nie wyłączając ubikacji. Któregoś dnia komisarz zawitał do budynku centrali telefonicznej i zażądał wezwania jej szefa, czyli mnie. Pobiegłem tam, czym prędzej i zobaczyłem grubego pułkownika w towarzystwie jednego z naszych strażników i sekretarza czy adiutanta z notesem w dłoni.
– Nazywacie się... – powiedział pułkownik i zawiesił głos.
Przedstawiłem się imieniem i nazwiskiem, uzupełniając rozpoczęte przez niego zdanie.
– Zapisać – rozkazał właścicielowi notesu.
– Mieszkacie... – kontynuował komisarz.
Podałem mój adres, który też wylądował w notesie.
– Numer telefonu...
– Nie mam telefonu – odpowiedziałem.
– Jak to? – zdziwił się pułkownik. – Odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu! A jakby trzeba było was wezwać w nocy? Jakby wybuchł jakiś pożar albo co?
– Moje podanie o telefon czeka już pięć lat – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Zapisać – rozkazał komisarz i skierował się do wyjścia.
Następnego dnia fabryka oddała do mojej dyspozycji jeden ze swoich numerów wraz z nowiutkim aparatem telefonicznym marki "Tulipan".
Komisarz nadal krążył po zakładzie i któregoś dnia zawitał do naszego warsztatu.
– A! To wy – przywitał mnie łaskawie. – Co tu się robi? – zapytał.
Wyjaśniłem mu, co robimy i byłby już sobie poszedł, gdyby nie... kanarek. Mieliśmy bowiem w warsztacie kanarka Wacka, który przyśpiewywał nam do pracy. Wacek wyraźnie nie rozumiał powagi sytuacji, bo zaczął skakać po klatce, rozsypując dokoła karmę.
– Co to? – zdziwił się komisarz. – Ptak w miejscu pracy? Do tego jeszcze brudzi!
Struchleliśmy.
– Albo pod klatką będzie porządek, albo ten ptak stąd zniknie – zawyrokował komisarz. – Zapisać – rzucił sekretarzowi z notesem.
Postanowiliśmy bronić Wacka. Zafundowaliśmy mu nową klatkę i uszczelniliśmy jej dno tak, żeby nic z niej nie wypadało. Gdy nawet coś wypadło, to zaraz było zamiatane i mieliśmy nadzieję, że komisarz będzie zadowolony. Nie wątpiliśmy, że przyjdzie nas sprawdzić i faktycznie po kilku dniach przyszedł.
– Widzicie? Można utrzymać czystość na warsztacie – pochwalił.
W taki to sposób Wacek dostał nową klatkę, ja upragniony telefon i stan wojenny zapowiadał się nam różowo.
Pod koniec lutego spotkałem na ulicy Grzegorza – leśnika romantyka mieszkającego w samotnej leśniczówce. Nie widzieliśmy się już od lata. Chętnie pogadalibyśmy, ale Grzegorz śpieszył się na autobus.
– Za dwa tygodnie mam imieniny. Wpadnij do mnie, to pogadamy – powiedział w przelocie.
W dzień Grzegorzowych imienin zerwała się zamieć, więc poszedłem do niego na nartach. Imieninowych gości poza mną było tylko dwoje: Halina, nauczycielka z pobliskiej wsi i Andrzej, mechanik z tamtejszego pegeeru. Obydwoje przyjechali tu poprzedniej jesieni, byli zachwyceni górami i planowali zostać na stałe. Usiedliśmy w ciepłej kuchni i rozpoczęły się wieczorne rodaków rozmowy.
– Miałem w lecie trochę kłopotów – rozpoczął Grzegorz. – Czterech moich szkolnych kolegów przyjechało tu ze swoimi dziewczynami. Rozbili namioty i zaczęli balować. Wieczorami pili i śpiewali, a we dnie leczyli kaca i kąpali się nago w potoku. Po wsi rozeszło się, że u mnie są jacyś hippisi. Któregoś dnia przyjechali gliniarze, spisali wszystkich i chcieli ich zabrać na dołek. Milicjantów jakoś udobruchałem, a kolegom kazałem się wynosić. Później jeszcze kilka razy milicja sprawdzała, czy jest tu spokój. Sprawa doszła oczywiście do szefostwa i nadleśniczy dał mi za to po uszach. Na początku stanu wojennego myśliwym i leśnikom poodbierano broń. Teraz myśliwym broń już oddali, ale mnie nie, bo jestem podpadnięty. Wychodzę wieczorami przed dom i słucham, jak po górach kłusownicy walą do zwierzyny. Nie mogę nic zrobić, bo bez flinty nie mam czego szukać w lesie – zakończył Grzegorz.
– No, to wypijmy za zdrowie milicji – zażartowałem, napełniając kieliszki.
– Zdrowie gliniarzy! – zawołał Grzegorz i wypiliśmy do dna.
W tejże chwili usłyszeliśmy walenie do drzwi. Grzegorz poszedł otworzyć i po chwili wrócił w towarzystwie... dwóch uzbrojonych milicjantów.
– Obywatele okażą dowody osobiste – zarządził jeden z nich, otrzepując ze śniegu buty i kurtkę. Drugi zrobił to samo i na podłodze zaczęła się tworzyć kałuża.
Pokazaliśmy nasze dowody. Grzegorzowy i mój był w porządku, ale Haliny nie.
– Gdzie obywatelka mieszka? – zapytał milicjant.
– W Zielonej Górze – odpowiedziała Halina.
– To co obywatelka tu robi bez zameldowania i zezwolenia? – zapytał, chowając jej dowód do kieszeni. – I obywatel też nie ma zezwolenia na pobyt tutaj – powiedział, oglądając dowód Andrzeja. – Obydwoje ubierać się i idziemy – zakomenderował.
Nie pomogły żadne tłumaczenia ani prośby i już po chwili milicjanci wyprowadzali Halinę i Andrzeja z leśniczówki. Przed progiem stały jednokonne sanie, a w nich siedział zakutany w kożuch woźnica. Koń, sanie i człowiek pobielone były przez mocno zawiewający śnieg. Milicjanci z aresztantami wsiedli i zaprzęg ruszył w zaśnieżoną ciemność.
– Ktoś ma mnie na oku i donosi – powiedział Grzegorz, zamykając drzwi. – Bo przecież gliniarze nie jechaliby taki kawał w ciemno.
Grzegorz był wściekły i przestraszony jednocześnie. Siedzieliśmy jeszcze długo, pijąc i kombinując, jak pomóc Halinie i Andrzejowi. Nie wymyśliliśmy nic, ale upiliśmy się i zasnęliśmy, gdzie który padł.
Za kilka dni Halina zadzwoniła do moich drzwi.
– Skąd się tu wzięłaś? – zawołałem na jej widok. – Wchodź i opowiadaj, co się wtedy stało.
Okazało się, że milicjanci zawieźli ich oboje na dworzec kolejowy, wsadzili do pociągu i zakazali pokazywać się w okolicy. Halina jednak przyjechała, bo chciała wrócić do pracy w szkole, z której w międzyczasie została zwolniona dyscyplinarnie. Przywiozła wszelkie możliwe zaświadczenia i zezwolenia, ale dyrektor nie chciał lub bał się z nią rozmawiać.
– Ja to wszystko odkręcę – zakończyła opowiadanie. – Czy mogłabym pomieszkać u ciebie kilka dni, zanim się z tym uporam?
Zgodziłem się.
Jak powszechnie wiadomo, za dobry uczynek często ponosi się karę. Tak było i tym razem. Na trzeci dzień o szóstej rano zbudziło mnie głośne stukanie do drzwi. Zaspany otworzyłem je i zobaczyłem dwóch milicjantów pod bronią.
– Tu mieszka niezameldowana... – wyrecytował jeden z nich, podając prawidłowo imię i nazwisko mojej znajomej. – Proszę budzić – dodał.
Drugi przesunął kałacha z pleców pod ramię i obydwaj wpakowali się do mieszkania, wnosząc błoto i chłód poranka. Wszedłem do pokoju, gdzie spała Halina, trąciłem ją w ramię i powiedziałem:
– Wstawaj! Milicja do ciebie.
– Głupi jesteś! Daj spać – zamruczała i obróciła się do ściany.
– Obywatelko! Wstawajcie! – powiedział milicjant, który wszedł za mną.
To było chyba najstraszniejsze przebudzenie w jej życiu. Wyskoczyła półnaga z łóżka i o mało co nie rozbiła się o framugę, biegnąć do łazienki.
– Oboje ubierać się i idziemy – zarządził funkcjonariusz.
Tak oto o siódmej rano zamiast w pracy znalazłem się z Haliną na komendzie milicji. Dyżurny zaprowadził nas do pustego pokoju i kazał czekać do ósmej, aż przyjdzie funkcjonariusz, który się nami zajmie.
– Czy mogę zadzwonić do fabryki i powiedzieć, co się stało? – zapytałem najgrzeczniej jak umiałem.
– Nigdzie nie będziecie dzwonić – usłyszałem w odpowiedzi.
– To niech chociaż pan zadzwoni pod ten numer i powie, że tu jestem – poprosiłem i podałem numer telefonu do mojego kierownika.
– Dobrze. Zadzwonię – odpowiedział niechętnie i wyszedł, zamykając drzwi na klucz.
Po ósmej rzeczony funkcjonariusz spisał nasze dane i powiedział, że zaraz staniemy przed kolegium do spraw wykroczeń. Tam też dowiemy się, o co jesteśmy oskarżeni. Potem wyprowadził nas i ruszyliśmy w stronę ratusza.
– Właściwie to powinienem was skuć, ale myślę, że nie będziecie uciekać – powiedział łaskawie.
Kolegium składało się z tlenionej blondyny o wydatnym biuście i dwóch mężczyzn o zmęczonych twarzach. Milicjant w imieniu ludowego państwa oskarżył nas o niedopełnienie obowiązku meldunkowego, a biuściasta Temida wymierzyła nam kary miesiąca aresztu z zamianą na grzywny w wysokości mniej więcej mojej miesięcznej pensji.
Halina musiała wrócić na komendę, a ja dostałem dwie godziny na wpłacenie grzywien za nas obojga. Poważnie naruszając stan moich oszczędności, wpłaciłem do magistrackiej kasy żądaną kwotę i obydwoje byliśmy wolni.
Natychmiast potem pobiegłem do pracy. Moje wejście spowodowało, że warsztat ucichł, a tylko niczego nieświadomy kanarek ćwierkał jak zwykle i rozsypywał karmę mimo wojskowych zakazów. Koledzy już słyszeli o moim aresztowaniu i ze strachu nie wiedzieli, czy mogą się do mnie odzywać.
– Masz się zaraz zgłosić do szefa – powiedział któryś odważniejszy.
Od kierownika dowiedziałem się, że dyżurny milicjant zamiast do niego zadzwonił bezpośrednio do dyrektora i powiedział, że zostałem aresztowany. Dyrektor zrugał szefa za tolerowanie w pracy podejrzanych ludzi i kazał natychmiast meldować o wszystkim, czego się dowie. Zdenerwowany przełożony wypytał mnie o poranne wydarzenia, następnie zażył łyżeczkę lekarstwa na wrzody i dopiero potem zadzwonił do dyrektora.
– Znalazł się nasz aresztant – zameldował. – Nic takiego się nie stało. Przygruchał sobie jakąś przyjezdną babę do łóżka, a dobrzy sąsiedzi donieśli. To nie było nic politycznego – zakończył.
Wysłuchał jeszcze jakichś pouczeń od dyrektora, przytaknął grzecznie i w końcu odetchnął z ulgą.
– To nie była żadna baba do łóżka – zaprotestowałem.
– To jest dobra wersja wydarzeń i jej się trzymajmy – odpowiedział szef. – Wracaj na warsztat, trzymaj gębę na kłódkę i pilnuj roboty. A wiesz, jakie teraz będziesz miał powodzenie u kobiet, gdy się to rozniesie? – zakończył, mrugając.
Halina jeszcze tego samego dnia wyjechała i już nigdy nie wróciła.
Minęły lata. Stan wojenny odwołano. Doczekaliśmy się nowego państwa. Pozmieniało się wszystko, tylko biuściasta blondyna jak dawniej pracowała w ratuszu i stale miała wymalowane na twarzy dostojeństwo przedstawiciela wszechmocnej władzy.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 996

Kanarek a stan wojenny

Post#2 » 18 wrz 2017, o 11:47

Jak zawsze – przyjemnie poczytać.

Któregoś dnia komisarz zawitał do budynku centrali telefonicznej i zażądał wezwania jej szefa, czyli mnie.

„Któregoś dnia” sugeruje, że odbyło się to po kilku-kilkunastu dniach od ogłoszenia stanu wojennego. Raz, że nagły przeskok w czasie, a dwa, centrale telefoniczne były w pierwszej kolejności sprawdzane (kibelki chyba jednak mniej ważne).

– Jak to? – zdziwił się pułkownik. – odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu!

– Jak to? – zdziwił się pułkownik. – Odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu!

Pozmieniało się wszystko

Wszystko – to nie.

Awatar użytkownika
Kelorth
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 39

Kanarek a stan wojenny

Post#3 » 18 wrz 2017, o 12:51

Bardzo przyjemnie się to czyta. Nie ukrywam, że ciekawią mnie tamte czasy.
Od strony technicznej brakuje wcięć przy dialogach i pauz zamiast myślników w dialogach (lewy alt+0151 na klawiaturze numerycznej).
Sometimes... I dream about cheese...

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 489

Kanarek a stan wojenny

Post#4 » 18 wrz 2017, o 19:48

Gorgiasz pisze:Jak zawsze – przyjemnie poczytać.

Któregoś dnia komisarz zawitał do budynku centrali telefonicznej i zażądał wezwania jej szefa, czyli mnie.

„Któregoś dnia” sugeruje, że odbyło się to po kilku-kilkunastu dniach od ogłoszenia stanu wojennego. Raz, że nagły przeskok w czasie, a dwa, centrale telefoniczne były w pierwszej kolejności sprawdzane (kibelki chyba jednak mniej ważne).

– Jak to? – zdziwił się pułkownik. – odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu!

– Jak to? – zdziwił się pułkownik. – Odpowiedzialny za łączność nie ma telefonu!

Pozmieniało się wszystko

Wszystko – to nie.


Dziękuję Gorgiasz za odwiedziny i komentarz. Poprawiłem "o" na "O".

Do centrali telefonicznej wpadli już w nocy trzynastego grudnia. Chcieli ją odłączyć przez wyrywanie kabli. Na szczęście nasz dyżurny był na tyle kumaty, żeby wytłumaczyć im, że wystarczy odłączyć zasilanie i zaplombować wyłącznik.
Natomiast rzeczony komisarz wizytował budynek po budynku idąc od bramy głównej. Zaliczał kolejne obiekty, bez względu na ich przeznaczenie i znaczenie. Gdy dotarł do budynku centrali, to była ona już przywrócona do życia.

Pozdrawiam serdecznie

Dodano po 2 minutach 41 sekundach:
Kelorth pisze:Bardzo przyjemnie się to czyta. Nie ukrywam, że ciekawią mnie tamte czasy.
Od strony technicznej brakuje wcięć przy dialogach i pauz zamiast myślników w dialogach (lewy alt+0151 na klawiaturze numerycznej).


Dziękuję Kelorth za wizytę i komentarz.
Tamte czasy były takie, jakie były. Czasami zastanawiam się, czy warto do nich wracać pamięcią.
Pozdrawiam

Awatar użytkownika
Eneriston
Zdobywca Artefaktu 2017 i Komentator Miesiąca
Posty: 249

Kanarek a stan wojenny

Post#5 » 18 wrz 2017, o 19:53

Dla mnie lektura tego tekstu to również była czysta przyjemność, nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca.
Marian pisze:– Tu mieszka niezameldowana... – wyrecytował jeden nich

Chyba powinno być: – Tu mieszka niezameldowana... – wyrecytował jeden z nich
Granice mojego języka są granicami mojego świata.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 489

Kanarek a stan wojenny

Post#6 » 18 wrz 2017, o 20:52

Eneriston pisze:Dla mnie lektura tego tekstu to również była czysta przyjemność, nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca.
Marian pisze:– Tu mieszka niezameldowana... – wyrecytował jeden nich

Chyba powinno być: – Tu mieszka niezameldowana... – wyrecytował jeden z nich


Dzięki Eneriston za przeczytanie mojego opowiadanka. Cieszę się, że Ci się podobało.
Dziękuję też za wskazanie błędu. Już poprawiłem.

Pozdrawiam

Enmerker
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 7

Kanarek a stan wojenny

Post#7 » 6 lis 2017, o 19:58

Chociaż doskonale pamiętam tamten dzień, to chętnie czytam publikacje dotyczące tamtych czasów.
Każdy z nas widzi je inaczej, szczególnie jak się patrzy z perspektywy czasu. Liczy się każda
indywidualna ocena. Balzak twierdził, że nie jest powieściopisarzem lecz historykiem. O tym tekście
można chyba powiedzieć to samo.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 489

Kanarek a stan wojenny

Post#8 » 7 lis 2017, o 09:48

Enmerker pisze:Chociaż doskonale pamiętam tamten dzień, to chętnie czytam publikacje dotyczące tamtych czasów.
Każdy z nas widzi je inaczej, szczególnie jak się patrzy z perspektywy czasu. Liczy się każda
indywidualna ocena. Balzak twierdził, że nie jest powieściopisarzem lecz historykiem. O tym tekście
można chyba powiedzieć to samo.


Dziękuję Ci za odwiedziny i komentarz.
No, do Balzaca to mnie jeszcze nie porównywano. :wink:
Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1738

Kanarek a stan wojenny

Post#9 » 7 lis 2017, o 14:02

Kiedyś będę miał przez Ciebie problemy. Przeczytałem ten tekst ponownie, w trakcie wykładu i naprawdę z trudem tłumiłem śmiech. Świetnie napisane.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

szczepantrzeszcz
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1895

Kanarek a stan wojenny

Post#10 » 7 lis 2017, o 17:15

Jak zwykle rewelka.

Na początku lata A.D. 1982 znalazłem się w Karpaczu. Tam to dopiero pilnowali. I jeszcze Zomowcy na przełęczy Okraj - towarzystwo naładowane prochami i totalnie niekumate. Biednym wopistom czasami opadały i ręce, i kałachy, i wszystko inne :))

Wróć do „Proza 2017”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości