Długa droga do domu

Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby prozatorskie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Regulamin forum
Zaczynasz poznawać światy własnej twórczości? Masz ciekawe wizje? Malujesz otoczenie metaforami? A polonistka nie nauczyła cię właściwie nic, jeśli chodzi o właściwe przelanie myśli na papier? Znasz zasady języka polskiego, lecz nie zawsze je stosujesz poprawnie?
Ten dział jest dla ciebie!
Nie martw się, nawet Hemingway od czegoś zaczynał. Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby literackie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Deneve

Długa droga do domu

Post#1 » 13 mar 2017, o 19:57

"Przedsłowie": mam wrażenie, że ten tekst jest mocno niedopracowany, ale poza fragmentem z listem, nie potrafię powiedzieć "gdzie" oraz "w jaki sposób". Generalnie to jakiś tam okruch z mojego życia, ale, jak już wspominałam wcześniej, nie do końca jestem zadowolona z tego, jak przelewam tego typu rzeczy na papier (czy raczej ekran). Będę wdzięczna za wszelkie wskazówki. :)
***
Wróciła jak zwykle. Późno. Resztki zimnego deszczu skapywały na posadzkę, znacząc ją bezkształtnymi rozpryskami szarości. Julia westchnęła ciężko, patrząc w blady ekran poznaczonego kroplami smartfona. Czat zalśnił na niebiesko, ukazując prośbę o to, by ten jeden raz ukochany odebrał ją z pracy. Miał niedaleko, co więcej, miał wolne. I jak na złość zapowiadali słońce, a potem pojawił się ten cholerny deszcz.
Julia spojrzała na ostatnią wiadomość, przełykając gorycz, gdy z salonu dobiegły ją odgłosy toczonej komputerowo bitwy oraz kilka przekleństw. Dziwne uczucie ścisnęło jej gardło, kiedy odczytywała kolejne litery, zlepiając je w bolesną całość.
Nie przyjdę, tutaj nie pada. Mogłaś wziąć parasol.
Pociągnęła nosem. Klucze zabrzęczały cichutko na blacie szafki. Zaraz po nich przemoczone buty mlasnęły, kiedy Julia z trudem zsunęła je z zziębniętych stóp. Potem ściągnęła jeszcze mokre skarpety. Podłogowe kafle pewnie były zimne, ale zmarzła tak bardzo, że nawet tego nie czuła.
— Wróciłam — przywitała się bez entuzjazmu.
— Co na obiad? — odpowiedział jej znajomy głos z salonu. — Kurwa, bierz tego fraga!
Coś przewróciło się jej w żołądku. Oblizała nerwowo usta i natychmiast je zagryzła, starając się nie wykrztusić choć słowa skargi. Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Już osiemnasta. Cały dzień siedział w domu i nie zrobił obiadu? Zmarszczyła brwi.
— Trzeba iść do sklepu — przypomniała ukochanemu, nadal nie przekraczając progu pokoju.
Nie było sensu. I tak wiedziała, co się stanie.
— To idź, umówiłem się z chłopakami na trzy mecze, a głodny jestem.

***

Dwudzieste piąte urodziny. No, ćwierć wieku na tym padole, nie ma co! Przyjaciele organizowali jej imprezę. Julia co prawda była zmęczona pracą, miała do oddania wiele projektów, ale ostatecznie chciała się wyrwać z czterech ścian i zwyczajnie do kogoś się odezwać. Nie musiała przecież dużo pić, a mogła miło spędzić czas. Ukochanego do wyjścia nie namówiła, jak zwykle zresztą.
Chyba pogodziła się z tym tak bardzo, że nawet jej to nie obeszło.
— Idziesz? — odbiło się w jej głowie.
— Nie, gramy z chłopakami kilka meczyków wieczorkiem.
Siedzieli w jakimś studenckim barze, standardowo w piwnicy. Napisała ukochanemu, gdzie byli, w końcu o to prosił. Wymienili jeszcze kilka wiadomości. Ale potem zgubiło zasięg. No, trudno, przynajmniej wiedział, w jakim miejscu się bawili.
Kiedy wracała, telefon brzęczał dziko w jej kieszeni. Wyciągnęła go na mróz, karcąc się za to, że nie zabrała ze sobą rękawiczek. Osiem połączeń od ukochanego, cztery wiadomości, jedno nagranie na pocztę głosową. Skrzywiła się do własnych myśli.
Pisała mu przecież, że może stracić zasięg.
Wreszcie nacisnęła klamkę drzwi wejściowych, które zaraz pchnęła, ale nie ustąpiły. No tak. Zamknięte. Zaraz, gdzieś tu miała klucze. Są. I… i nic. Zamek nawet nie drgnął. Ktoś musiał zostawić klucz wsunięty z drugiej strony.
Oparła głowę o drzwi i z rezygnacją westchnęła, by zaraz wcisnąć dzwonek. A potem jeszcze raz. I jeszcze.
Odsunęła się nieznacznie, słysząc po drugiej stronie leniwe kroki. Zamek szczęknął cicho, a drzwi uchyliły się nieznacznie.
— Zwariowałaś? — powitało ją w progu.
— Nie mogłam otworzyć drzwi — wyszeptała, nie mogąc nadziwić się, ile w jego tonie zmieściło się wrogości oraz jadu.
— Mogłaś odpisać!
— Wspominałam, że mogę stracić zasięg… Wcześniej pisałam co piętnaście…
— Wiesz, jak się martwiłem?
— Przepraszam — mruknęła, nie mając siły na dalszą dyskusję.
Obojętność dławiła ją w gardle.
Chciała zasnąć. Więc bez słowa zamknęła za sobą drzwi, gdy wreszcie wpuścił ją do ich mieszkania. Po drodze zgarnęła karton po pizzy, butelkę po ulubionym cydrze – dostała go od koleżanki, która nie mogła pojawić się na imprezie – teraz zupełnie pustą, i kilka puszek po piwie.

***

Weszła do kuchni i natychmiast się zatrzymała. Coś oślizłego przewróciło się jej w żołądku. Ale syf. A przecież myła ostatnio naczynia. Opuściła zrezygnowane spojrzenie. Co prawda chciała coś przekąsić, od rana siedziała nad raportem, ale to mogło poczekać. Zresztą nie miałaby nawet jak nalać wody do czajnika.
— Co tam robisz? — zapytał, wchodząc za nią do kuchni i, nie czekając na jej odpowiedź, dodał: — Idziemy na spacer?
Przytulił ją od tyłu i cmoknął w policzek.
Uczucie niepokoju oraz fala obrzydzenia zalały jej ciało. Chciała się wyrwać z tego uścisku jak najszybciej. Zamiast tego uśmiechnęła się pozornie pogodnie.
— Teraz?
— Ano.
— Nie mogę, trzeba to posprzątać — mruknęła, wyciągając kilka garnków i talerzy blokujących część zlewu.
— Wcześniej nie mogłaś? — Zamrugała szybko i obróciła się ku niemu na pięcie, słysząc te słowa, ale nawet nie dał jej dojść do słowa. — Nigdy przez ciebie nie wychodzimy. Ciągle tylko grasz. Mogłaś pozmywać wcześniej.
— Ale…
— Śmieszna jesteś.
Nie odezwała się już, do czasu, aż wyszedł. Zmrużyła oczy, sprzątanie zajęło jej sporo czasu. Później nie miała już ochoty na jedzenie. Westchnęła słabo, pocierając kark. Pewnie powinna coś w siebie wepchnąć, ale żołądek dosłownie związał się jej w supeł.
Wróciła do pokoju. No tak, powinna podpisać raporty.
Krzesło obrotowe skrzypnęło cicho pod jej ciężarem, kiedy machinalnie przeglądała kolejne dokumenty, sprawdzając, czy nie było w nich błędów. Gdy wreszcie upewniła się, że może oddać je szefostwu, odruchowo sięgnęła w znane miejsce, gdzie powinno być…
Podniosła szybko spojrzenie, nie czując niczego pod palcami.
— Kochanie? Przekładałeś gdzieś moje pióro? — zapytała głosem ściągniętym niepewnością.
— To ze złotą stalówką? Od tygodnia już go nie ma — odparł beznamiętnie.
— Jak to „nie ma”? — Zamrugała szybko, obracając się ku niemu powoli.
— No przecież mówiłem ci, że w końcu je sprzedam. I tak go nie używałaś.
— Myślałam, że żartujesz…

***
Odebrała kurtkę z portierni, nałożyła ją na siebie i natychmiast wsunęła dłonie w kieszenie. Ot, głupie przyzwyczajenie. Pod opuszkami palców wyczuła materiał papieru. Dziwne. Nie przypominała sobie, żeby tego typu artefakty mogły być w jej kieszeniach. Może to jakaś zagubiona lista zakupów albo zbłąkany paragon? Wyciągnęła równo złożony papier. Serce zabiło jej mocniej.
List?

Julio,

Gdzie jesteś? Nigdy cię z nami nie ma. Nigdzie już z nami nie wychodzisz. A nawet jeśli, ciągle wgapiasz się w telefon. Co z tobą? Widzieliśmy, jak wracałaś przemoczona do domu. Dlaczego Marcin po Ciebie nie wyszedł? Rozmawialiśmy wcześniej, tego dnia miał być w mieszkaniu. I czemu nie było go na Twoich urodzinach?
Wszystko jest okej? Nie chcemy się wtrącać, bo każdy może mieć w swoim mieszkaniu, co mu się żywnie podoba, ale z porządkiem chyba trochę u Was na bakier, co? Może powinnaś wziąć trochę wolnego? Nie, niech zgadnę. Marcin nie pomaga ci w porządkach?


***

— Co robisz? — powitało ją zdziwione i pełne irytacji pytanie.
— Pakuję się — odparła na wpół wściekle, na wpół zrozpaczona. — Wracam do rodziców — wycedziła.
Po raz pierwszy od dawna czuła jakiekolwiek emocje. Były jak dogasający węgielek. Teraz, kiedy pojawił się wiatr zmian, na powrót gorzały gorącą czerwonością. Tym razem nie czuła dławiącej bezsilności, nie było absurdalnego poczucia winy.
W końcu coś wydawało się takie, jakim być powinno.
— Jak to? Nie mówiłaś mi, że wyjeżdżasz.
— Wyprowadzam się. Wrócę po swoje rzeczy, jak znajdę mieszkanie.
Odpowiedziała jej cisza. Dłonie drżały nerwowo, kiedy składała niedbale kolejne ubrania. Nie wiedziała, co powinna ze sobą zabrać. Nigdy tak po prostu nie musiała spakować ośmiu lat swojego życia i udawać, że nigdy nie istniały.
— Zabieram koty — wykrztusiła łamiącym się głosem.
— Julia, nigdzie niczego nie zabierasz. Uspokój się!
Spojrzała na niego wściekle.
— Wyprowadzam się — powtórzyła kategorycznie. — Nie kocham cię. Od dwóch lat. Może dłużej. Nie mogę tak więcej — urwała, nie wiedząc, co powinna powiedzieć. — I zabieram koty.

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Długa droga do domu

Post#2 » 30 mar 2017, o 20:28

Tekst w gruncie rzeczy przygnębiający, ale ciekawy. Zauważyłem parę błędów, ale nie zakłociły one mojego odbioru, więc je pominę.
Toksyczny związek bohaterki mnie zaśmucił. Zawsze zastanawiam się, czemu ludzie się wdają w tego typu relacje, a nade wszystko: czemu się z nich nie wyłamują przy pierwszych sygnałach ostrzegawczych? Ale tę sprawę zostawmy...
Czytało się całkiem przyjemnie.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Deneve

Długa droga do domu

Post#3 » 31 mar 2017, o 19:07

Przejrzę jeszcze raz pod kątem błędów i postaram się je wyeliminować. :D
Co do toksycznego związku - sama w podobnym jeszcze niedawno tkwiłam. ;) Tego się nie zauważa. Te związki na początku są zdrowe, robią się toksyczne z czasem. A później, jak już się zauważa, że się jest w takim związku, następuje wyparcie tego faktu. Albo dodatkowo wmawianie sobie, że "nikt mnie nie zechce, bez niego jetem nikim, nie dam sobie rady sama, może się poprawi". I drogi są dwie. Albo się w takich związkach gnije, albo się dochodzi do momentu, w którym mówi się "dość" i nie ma już czego naprawiać. :(

Awatar użytkownika
Głodzia
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 332

Długa droga do domu

Post#4 » 2 cze 2017, o 19:18

Deneve pisze:Przejrzę jeszcze raz pod kątem błędów i postaram się je wyeliminować. :D
Co do toksycznego związku - sama w podobnym jeszcze niedawno tkwiłam. ;) Tego się nie zauważa. Te związki na początku są zdrowe, robią się toksyczne z czasem. A później, jak już się zauważa, że się jest w takim związku, następuje wyparcie tego faktu. Albo dodatkowo wmawianie sobie, że "nikt mnie nie zechce, bez niego jetem nikim, nie dam sobie rady sama, może się poprawi". I drogi są dwie. Albo się w takich związkach gnije, albo się dochodzi do momentu, w którym mówi się "dość" i nie ma już czego naprawiać. :(


A może po prostu ma się nadzieję, że coś się zmieni? Może bywają lepsze, krótkie momenty i zapala się iskierka, że może będzie jeszcze jak kiedyś? Pewnie też są myśli, że to nasza wina, nie tylko tej drugiej osoby i może powinniśmy coś zmienić... To naiwne myślenie, wzbudza jakąś nadzieję, ale w głębi wiemy, że i tak już nic się nie zmieni. Chyba faktycznie okłamujemy się, bo boimy się tego, co będzie, jak sobie poradzimy, w końcu przywykło się do tej osoby.

Tekst jest dobry.
Tam gdzie napisałaś, że Julia mechanicznie wertowała papiery, zamieniłabym słowo "mechanicznie" na "machinalnie" - lepiej brzmi.
Niebo nad jej głową było tak nieprzeniknione, tak niewyobrażalnie głębokie i bezkresne, że poczuła się malutka i nic nieznacząca.
______________________________
Enya <3
Leo Rojas <3

Deneve

Długa droga do domu

Post#5 » 2 cze 2017, o 20:54

Chyba tak. Niektórych aspektów się nie dostrzega, tak po prostu. Albo się je wypiera. Albo widzi z czasem. Albo i nie widzi, dopóki ktoś o nich dobitnie nam nie powie. Różnie to z ludźmi bywa, z naszą psychiką czasem jeszcze dziwniej. Im dłużej z kimś się jest, tym trudniej się wyrwać.
Spieszę z poprawkami i dziękuję za komentarz! :)

Wróć do „Scholarium prozatorskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość