Ten, którego nie ma.

Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby prozatorskie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Regulamin forum
Zaczynasz poznawać światy własnej twórczości? Masz ciekawe wizje? Malujesz otoczenie metaforami? A polonistka nie nauczyła cię właściwie nic, jeśli chodzi o właściwe przelanie myśli na papier? Znasz zasady języka polskiego, lecz nie zawsze je stosujesz poprawnie?
Ten dział jest dla ciebie!
Nie martw się, nawet Hemingway od czegoś zaczynał. Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby literackie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten, którego nie ma.

Post#1 » 1 year temu

Obudził się, a raczej zerwał, bo w jego śnie wybuchowe ciasto przeniosło jezioro do domku, w którym się znajdował. Zanim zrozumiał, co jest snem, a co rzeczywistością, zasypały go przedmioty leżące na blacie szafki nocnej. Gwałtowne przebudzenie zakończył, leżąc tym razem na twardej podłodze. Strącił dłonią zalegające na nim przedmioty, a gdy podźwignął się do pozycji pionowej, tylko telefon pozostał mu w dłoni.

– Super – wyrwało się z zachrypniętego gardła bohatera, kiedy mimowolnie spojrzał w lustro wiszące nad szafką. – Pan Szrama – skomentował widok, bo na więcej nie miał ani siły, ani ochoty.

- Przestań! – krzyknąłem na znak sprzeciwu przed deszczem liter, odczytując i dostrzegając znaczenie zdań, w ciszy zalewających ekran naprzeciwko moich oczu.

Krzyknąłem głośno, choć przeprowadzony atak był cichy, bo ust, na szczęście, bohater nie posiadał. Zaatakował znienacka, wdzierając się wyłącznie w przestrzeń jednego zmysłu, zmysłu wzroku.

– Przestań zaśmiecać ekran! – warknąłem ostrzegawczo, gdy zauważyłem zmianę w pulsowaniu kursora, który swym migotaniem teraz już złowrogo, zaznaczał swoją obecność.

Niechybny znak, że ktoś próbuje przejąć we władanie pusty ekran i wirtualną kartkę mojej powieści. Spojrzałem za siebie, szukając wzrokiem sprawcy wysypu znaków.

- Gdyby choć znaki… Litery mogły być przypadkowe, to mógłbym… To na pewno obarczyłbym winą zachlapaną klawiaturę.

Mieszanka płynów, pochodząca z lepkich drinków, często potrafiła zblokować przycisk któregoś z klawiszy, wypuszczając w biel ekranu przypadkowy ciąg liter. Ale żeby się ułożyły w logiczne zdanie? – rozmyślałem, szukając zaprzeczenia w przebytych doświadczeniach, gdy idąc w stronę jedynego okna i gwałtownie przymykając żaluzje, odciąłem się od świata zewnętrznego. Przynajmniej taką miałem nadzieję.

– Teraz spróbuj – głośno zapowiedziałem wygraną, przeczuwając udział osób trzecich.

- Trzecich? – Na monitorze pojawiło się pytanie, posuwając w prawo migoczący kursor i stawiając go na końcu nowego zdania. – To nie jesteśmy sami? – poskładane litery, zakończone pulsującym znaczkiem, wraz z kolejnym przeczytanym pytaniem, skopiowały się pełnym zdaniem do mojej świadomości.

- Słyszysz mnie? – rzuciłem głośno, ale dla pewności, a może z obawy, że to zbyt ulotna forma komunikacji, powtórzyłem pytanie, odpisując w kolejnej linijce: – Czy mnie słyszysz?

Moje zapytanie także zapulsowało cienką linią znacznika umieszczonego za ostatnią literą, a ja, jak debil, ogniskując wzrok na cienkiej pionowej linii kursora, czekałem na odpowiedź znikąd. Spojrzałem na migoczącą zieloną diodę, pulsującą w podobnym tempie jak oczekujący kursor na ekranie, wystającą jednak z puszki komputera. Karta sieciowa – odnalazłem zdradzieckie źródło i z dziką radością wyszarpnąłem mrugający plastik z gniazda. Teraz jestem sam – podsumowałem w myślach patrząc, jak pulsujący kursor wędruje w rytmie moich, wyłącznie moich słów, zapełniając ekran od samej góry wirtualnego arkusza.

- Odezwij się, to wyłączę monitor – zapowiedziałem głośno, a także pisemnie, wyłącznie dla żartu.

Zażartowałem, wiedząc i pamiętając o tym, że do piwnicy. w której piszę, nie zagląda nikt, nawet zdrowy rozsądek przestał mnie odwiedzać… Może to jest przyczyna ataku?

- Baran! – zamigotało w odpowiedzi, przynajmniej zanim wyłączyłem monitor.

Ciekawe, co się dzieje na ekranie? Dobrze, że można pisać bez patrzenia na monitor – pocieszałem się ciszą, a raczej brakiem widoku poczynań obcej mi osoby. Uruchomiłem wzmacniacz, ustawiając źródło dźwięku na pochodzące z wyjścia komputera… Milczał/o… Zachęcony sukcesem, a może brakiem sukcesu w kontynuowaniu dziwacznej konwersacji, uruchomiłem monitor. Uruchomiłem z nadzieją na odnalezienie wyłącznie swoich liter. Przestanę oglądać wiadomości z kraju – zaprzysięgłem uroczyście, przenosząc cały ciężar wiary zagorzałego ateisty, jakim jestem, na nowy rodzaj podporządkowania się rutynie, jako najwyższej formie pokuty.

- To jesteśmy sami czy nie jesteśmy? – wyrzucił z siebie kursor, niszcząc biel nieistniejącej elektronicznej kartki. – Potwierdź, bo chyba mi odwala! – kolejne słowa zapełniły górę ekranu.

- Tobie? – napisałem, czekając na efekt dialogu z kimś, kogo, tak jak i arkusza w edytorze, fizycznie nie było w pomieszczeniu. – Nie wiem, jak to robisz, ale marnujesz czas – pisemną groźbę skierowałem wprost w najważniejszą walutę naszej ery.

Powinno zadziałać – pomyślałem z nadzieją, że odbiorca odczyta, jak wielką sumę chcę mu podarować, a raczej, jaką chcę mu umorzyć.

- Pijesz czy nie pijesz? – zapytało niewidoczne „coś”. Niewidoczne, aczkolwiek bardzo dobrze zorientowane w dylematach współczesnego Hamleta. – Napiłbym się czegoś, może być nawet czysta wódka – rzucił zachęcająco.

- To sobie weź, jest w górnej szufladzie zamrażarki – zażartowałem, nie do końca wiedząc, jak wygląda proces „wspólnego” picia z kimś, kogo nie wiedzę, a także kogo fizycznie nie ma.

Nie ma? – zastanowiłem się, obserwując obce mi linijki tekstu, które pojawiły się po moich słowach, a których istnieniu nie mogłem zaprzeczyć.

- Słuchaj, a może gdzieś pójdziemy, wiesz, jakaś rozróba? Chodź, skoczymy do wujka – zaproponowało bezosobowe „coś”, piszące tym samym charakterem pisma, co ja, bo tą samą szeryfową czcionką.

- Wujka? – zdziwiło mnie, a jednocześnie ukierunkowało na kolejne pytanie. – Skąd wiesz o wujku? Jeszcze tego nie wydałem, skąd znasz tekst? Skąd znasz wujka?! – wrzucałem pytania, przeklinając, że brak jest głośniejszych zaznaczeń dla tekstu pisanego, łatwiej by poszło, gdybym mógł je wykrzyczeć temu „czemuś” bezpośrednio w twarz…

Albo w „coś”, w to „coś”, co „coś” ma zamiast twarzy… Nawet splunąć mu nie mogę… Znaczy mogę, ale to nie „coś” wytrze ekran, tylko ja… Też mi „coś”…

- Dobra, wygrałeś! – zażartowałem w duchu, a fizycznie, oprócz odpowiedzi, mając to „coś” bliżej pośladków niż serca. – Porozmawiajmy – napisałem ugodową propozycję, sam się sobie dziwiąc, że przystępuję do rozmowy z nieznajomą/ym, o nieciekawym wyglądzie Times New Roman.

- Sami jesteśmy?

- Sami – potwierdziłem, ciesząc się, że nie widzi i nie poczuje mojego szyderstwa. – Tylko ja i ty – dodałem, choć palce korciło do zduplikowania „ja”, także do drugiego członu oświadczenia.

- Ironia nie pomaga w kontaktach z innymi – odpisało „coś”, mimo wszystko odgadując moje nastawienie.

- Z innymi… Ale ludźmi… - odpisałem, korzystając z ulubionych wielokropków, w liczbie trzech kropek.

Kropek trzech, a nas dwóch – pomyślałem, czekając na odpowiedź ze strony tego „czegoś”…

- Marek! – pojawiło się imię z krzyczącym akcentem, którego nie mogłem zignorować.

Dokładniej, to słowa… imienia nie mogłem zignorować, ale wykrzyknik olałem. Olałem odpowiednią dawką drinka, który zasilił moje gardło, a potem, rozgrzewając mój żołądek, spowodował eksplozję w innej części mojego ciała.

- Podzielisz się? – Pytanie Marka, zabrzmiało dziwnie, bo bezdźwięcznie.

Bezdźwięcznie, bowiem do Marka nie przypasowałem jeszcze odpowiedniego tembru głosu. Litery pozostawały zatem zlepkiem, które bez mojego własnego i czytającego głosu były niemym wyznacznikiem obecności słów na ekranie. Bezosobowe „coś”, każące nazywać się Markiem, przynajmniej wzrok miało nad wyraz dobry, bo zauważyło trzymaną w mojej dłoni szklankę.

- Podzielę się – zapowiedziałem, bezładnie szukając drogi dotarcia do celu, czyli ust protestującego Marka. – Monitor czy komputer? – zapytałem, starając się zawęzić pole poszukiwań do stojących skrzynek.

- Klawiatura! – zażyczył sobie Marek. – Napisz! Napisz na klawiaturze!

- Taaa – podsumowałem, odczytując drugi człon podpowiedzi i, po czasie, rejestrując intencje wzywającego do podzielenia się drinkiem. – Poczekajjjjjj, muszę przetrzećmjnphgsazv’ klawiaturę – dodałem klikając lepkimi opuszkami i posiłkując się papierową chusteczką, osuszałem przyciski z niezgrabnego chlapnięcia.

- Marek popijał drinka, sącząc z pękatej szklanki zmieszaną słodycz rumu i malibu, z ortodoksyjnie cierpkim sokiem cytrynowym – wymyśliłem składniki na biegu, starając się nie zdradzić grymasem twarzy, jak ja bym zareagował na wypicie takiej kompozycji w jednym drinku. – Może być? – dodałem po chwili, siląc się na neutralność w tonie… W pisaniu… Cholera wie, czym on się posiłkuje z rozmowie ze mną?...

- Bleee… - zabrzmiało streszczenie smaku drinka. – Wiesz, że nie lubię babskich mieszanek! – zabrzmiało zadziwiające stwierdzenie w postaci kilkunastu kolejnych liter na ekranie.

- Zagwarantujesz, że kiedy napiszę „Marek pije wyski z colą”, to nie ubędzie płynu ze stojących butelek? – zapytałem, a może… Zadrwiłem tylko. – Kim jesteś? – postanowiłem rozpocząć bliższe poznanie z nieoczekiwanym towarzyszem.

Mam nadzieję, że obejdzie się bez brudzia – pomyślałem, patrząc na dwudziestosześciocalowy monitor, na którym pojawiały się słowa naszej konwersacji. – Nie mam zamiaru siłować się z tym bydlakiem, nawet kiedy nikt nie obserwuje moich poczynań – dodałem w myśli, ale na wszelki wypadek wtłoczyłem w siebie nową porcję alkoholu. Alkohol zawsze pomagał mi przełamać pierwsze lody, nawet te o talii zbliżonej gabarytami do wielkości komputerowego ekranu.

- Mnie też polej, tylko mniej wykwintne niż ostatni drink – zażyczył sobie Marek. – Dziwne, zazwyczaj mnie nie męczysz takimi mieszankami – zaznaczył swoją obecność kolejnym rządkiem liter, o foncie idealnie naśladującym te, co wyrazach moich odpowiedzi.

- Dobrze – poddałem się sugestii niewidocznego towarzysza. – Marek usiadł, trzymając wiaderko z burbonem i colą, idealną mieszanką pół, na pół – napisałem, oczekując pochwały i starając się zapanować nad chaosem w naszej dziwacznej konwersacji.

- Wiesz, jak ciężko jest pić z wiaderka? – Pytanie pojawiło się w nowej linijce i wcale nie sprawiało wrażenia zachwalającego moją pomysłowość.

- Pij, nie pier… - odparłem z przyzwyczajenia, a raczej odpisałem na zarzut. – Lepiej powiedź, kim jesteś? – Postanowiłem odzyskać zwrot, licząc na równie hojne potraktowanie ze strony Marka, wzbogaconego nową miarą pod tytułem wiadro.

- Dobrze, że chociaż mnie usadziłeś. Zawsze to wygodniejsza pozycja przy spożywaniu drinków, szczególnie pitych z wiaderka. Musisz spróbować – zachwalał niewidoczny, nad wyraz rozpisując się nad tematem, który w żaden sposób nie spełniał moich oczekiwań.

- Jesteś mężczyzną? – upewniałem się, bo płakał nad trzymanym ciężarem niczym żeński odpowiednik. – Znamy się?

- Czy się znamy? – gwałtowny wysyp liter zatrzymał się równie nieoczekiwanie, jak się pojawił, i mrugnął złowrogim kursorem. – Jestem TOBĄ!

Przepysznie – pomyślałem kręcąc głową i powstrzymując się od śmiechu wyłącznie z powodu mieszanki, którą trzymałem w ustach, a której nie miałem ochoty ścierać z klawiatury, nie wspominając już o monitorze.

- Nie mam na imię Marek! – odpisałem, kiedy uwolniłem dłoń od trzymanej szklanki i mogłem przystąpić do ataku.

Frapujący przeciwnik – pomyślałem, szybko podejmując zabawę z nieznajomym. – Zawsze to jakaś rozrywka.

- Tak mnie nazwałeś, widocznie wstydzisz się swojego… Mariuszu… - odpisało wirtualne „coś”, pretendujące do miana „ja”.

- Najwidoczniej bardziej „się” lubię w wirtualnej postaci, bo to „ty”, siedzisz nad wiaderkiem, a nie nad butelką z burbonem – rzuciłem zaczepnie, sprawdzając inteligencję piszącego, a raczej sprawdzając, czy nie jest to w pełni sztuczna inteligencja.

- Jeśli moja moc sprawcza wzrośnie, to „ja”, będzie siedziało nad wiaderkiem, bo na razie, to „ty” robisz wszystko, co wymyśli „ja” – pokrętnie, aczkolwiek logicznie odpowiedział Marek.

- No proszę, jesteś mną… - pozwoliłem sobie zażartować. – Dobrze, że moje alter ego nie jest kobietą.

- Bardzo dobrze – szybko zgodził się towarzysz.

Jedynie poprzez zachwiany rytm w pisaniu, mogłem odczytać jego zawahania, pomyłki i wycofania. Dziwnie się rozmawia z kimś, kto nie ma twarzy albo chociaż oczu – pomyślałem, analizując wskakiwanie liter znikąd, pojawiających się za sprawą niewidocznej klawiatury. Baaa, za sprawą niewidocznego kogoś.

- Jesteś mężczyzną, a jak wyglądasz? – rzuciłem pierwsze pytanie, jakie pomogłoby w wizualizacji Marka.

- Wysoki, w miarę… Mam sto osiemdziesiąt dwa centymetry.

- Super – zatrzymałem powstający obraz. – Jak tylko zobaczę kogoś o takim wzroście, to od razu cię rozpoznam. Brawo – pochwaliłem krótkim pisemnym stwierdzeniem, ale głośno wypowiadane cierpkie słowa znacznie dłużej padały z moich ust i biegły w stronę monitora.

- Czego się spodziewałeś? – pojawiło się szybkie pytanie. – Sam mnie tak opisujesz. Sam siebie tak opisujesz! – zafurczał dopisek, popędzony oskarżycielskim wykrzyknikiem.

- Masz na imię Marek, a jedyne, co nas łączy, to wzrost! – odkrzyknąłem, a przynajmniej tak samo zakończyłem wykrzyknikiem. – Czym się zajmujesz, panie „ja”?

- Jestem detektywem. Prywatnym detektywem, gdybyś zapomniał – tempo przybywających liter w linijce poniżej mojego zapytania było zaskakująco znajome.

Ironia, ukryta pośród słów, także była znajoma, tylko zbieżności w wykonywanych profesjach nie odnalazłem.

- Czemu więc dostąpiłem zaszczytu poznania pana, panie Marku? – rzuciłem na odczepnego, bo potrzebowałem czasu na dopełnienie stojącej na blacie szklanki.

Przynajmniej z Markiem nie będzie takiego problemu – pomyślałem o pojemności naczynia, z którego pił wirtualny towarzysz.

- Najwidoczniej moje alter ego jest bardziej leniwe niż przedstawia to w książkach – sprawnie odpisał Marek, który, jak rozumiem całkiem dobrze opanował już sztukę picia z wiaderka. – Może ruszymy się gdzieś? Jakaś nowa sprawa, morderstwo, a może wyślesz mnie na wakacje?

- Namówiłeś mnie. Wakacje to bardzo dobry pomysł – odpisałem i naprawdę tak pomyślałem. – Marek, zmęczony ostatnimi wydarzeniami, postanowił wyjechać na długie wakacje. Zaopatrzony w najpotrzebniejsze sprzęty, wylądował na uroczym cyplu pośrodku jeziora Mausz. Pasuje? Co słychać na wakacjach? – napisałem i dopytałem po chwili przerwy, sam mając czas na kolejną dawkę burbona z colą.

- Siedzę na drewnianym pomoście w koszulce z krótkim rękawkiem i w klapkach, a obok mnie stoi wiaderko. Coś jeszcze ci opisać? Nie wysiliłeś się – odrzekł obdarowany wakacjami, nie wysilając się na cokolwiek ponad suchy opis miejsca, które zajmował jego tyłek i zdecydowanie mniej kształtne wiaderko.

- Nie ułatwiasz – odparłem, a z racji ubywających z butelek składników pisarskiego paliwa napędzony i popędzony postanowiłem dopisać kilka szczegółów. – Marek, zadowolony i z uśmiechem na twarzy, patrzył na otaczające go jezioro, a lekki poryw wiatru kierował w jego stronę białą łódź z z krwistoczerwonym żaglem… - wstrzymałem pisanie, zastanawiając się nad doborem towarzystwa, które mogłyby przybyć na pokładzie żaglówki, ale napływające na ekran litery przerwały proces myślowy.

- Super, właśnie rozwaliłeś pomost za mną! – krzyczał obdarowany. – Łódź na lodzie pokonuje jezioro szybciej niż zanurzona w wodzie. Baranie!

Faktycznie, gdybym się pospieszył, miałby przynajmniej towarzystwo w postaci rozbitków, a tak?... Znowu problem…

- Skąd miałem wiedzieć, że zimą wylądowałeś na wakacjach? – zapytałem, nie odnajdując w sobie najmniejszego czynnika prowadzącego do pomyłki, a zwłaszcza do katastrofy mojego titanica. – Kożuch chcesz? – rzuciłem, w nadziei na szybkie zakończenie sporu z niewidzialnym.

- Chcę do siebie! Do biura chcę! – zażyczył sobie Marek i przynajmniej był konkretniejszy we wskazaniu miejsca docelowego.

- Marek, po udanych wakacjach, znalazł się w swoim biurze, gdzie w cieple kominka spokojnie popijał drinka – odczarowałem okolicznik, przenosząc Marka w znane mu miejsce. – Ponieważ był zapoznanym estetą, popijał z wiaderka wyłącznie posrebrzaną chochlą – dodałem, rekompensując mu minuty, które spędził na mrozie, uzupełniając szlachetnym, a nawet szlacheckim sznytem.

- Metalową! Pił metalową chochlą!

- Dobra! Marek pił drinki metalową chochlą, którą, dla ułatwienia, miał przywiązaną niedługim łańcuchem do prawej nogi. Pasuje? – zapytałem złośliwie, znajdując idealny sposób na ujście narastającej we mnie złości.

- Myślisz, że to jest śmieszne?

- Wiesz co, marudo, napisz lepiej, co takiego mam zrobić, żeby się ciebie pozbyć? To wtedy obaj skończymy w najlepszym możliwym towarzystwie, dobijając samotnie do dna naczyń z burbonem.

- Nie uda się! – pojawiła się odpowiedź Marka.

Przekaz, choć treściwy w swojej prostocie, nie uśmierzył nerwów nadszarpniętych przez wkroczenie niewidocznego czegoś/kogoś w moje… życie, tak, w moje życie. Ktoś, każący się nazywać Markiem, nieistniejący prywatny detektyw, niszczy mi wieczór? – Popatrzyłem na litery w oczekiwaniu, że ich tu nie znajdę, a może, że zdematerializują się nagle, odwracając ciąg zdarzeń z ostatnich minut i obudzę się wpatrzony w pustą kartkę edytora, iii…

I samotnie migający kursor, oczekujący na mój ruch…Pierwszy wyraz mojej powieści… Mojej!

- Taaa – zamiast tego napotkałem wzrokiem komentarz interlokutora. – Nie uda się! – ponowił zapewnienie.

Czyżbym nie miał prawa do decydowania… Decydowania o swoim losie.

- Jesteś pewien? – rzuciłem maksymą, którą niestety musiał znać… Przecież był bohaterem jednej z moich powieści… - Cholera – zakląłem, a raczej rozpocząłem litanię przekleństw, ale z racji długości określeń, najlepiej szło mi spisywanie możliwych wyjść z sytuacji.

- Wakacje… Nie udało się.

- Niech zajmie się pracą?... Pewnie i tak będzie przeszkadzał, kiepski pomysł.

- Uśmiercę go! – Trzeci, tak trzeci pomysł był najbardziej obiecujący. – Uśmiercę cię! – zapowiedziałem z szelmowskim uśmiechem, bo tylko ten sposób wydał się odpowiednią wersją dla potrzeby zemsty.

Zemsty, jaka już zrodziła się w mojej głowie i narastała z każdą kolejną słowną potyczką.

- Nie uda się! – odpowiedź Marka zagnieździła się w nowym wierszu, zagnieździła się także w mojej głowie, ale tego najwyraźniej potrzebowały moje emocje, aby potraktować odpowiedź od nieistniejącego jako zapalnik.

- Nie? To popatrz! – wysyczałem zajadle, niepotrzebnie uzupełniając słowa o dźwięk, bo w naszej potyczce liczyły się wyłącznie słowa pisane. – KONIEC.

Obudził się, a raczej zerwał, bo w jego śnie wybuchowe ciasto przeniosło jezioro do domku, w którym się znajdował. Zanim zrozumiał, co jest snem, a co rzeczywistością, zasypały go przedmioty leżące na blacie szafki nocnej. Gwałtowne przebudzenie zakończył, leżąc tym razem na twardej podłodze. Strącił dłonią zalegające na nim przedmioty, a gdy podźwignął się do pozycji pionowej, tylko telefon pozostał mu w dłoni…

Tagi:

Ewelina

Ten, którego nie ma.

Post#2 » 1 year temu

Nie musisz zdradzać, że rozmawia z bohaterem swojej powieści. Czytelnicy się domyślą. Chociaż chyba się mu to śni.

Prawdziwi pisarze to w większości samotnicy. To taki dar i przekleństwo zarazem. Z potrzeby serca rodzą się nieraz ciekawe postacie.

Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten, którego nie ma.

Post#3 » 1 year temu

Masz rację...
Spotkałem ostatnio menela, zaprosił do siebie, usiadłem na ławce.
- Napijesz się? - spytał, kulturalnie wręczając niewielką szklaneczkę.
...patrz, poznał, że pisarz. Szkło literatki idealnie leżało w mojej dłoni. :)

Wracając do meritum, najważniejsze, że zniszczyłem to "coś"...

Wróć do „Scholarium prozatorskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość