Ten trzeci - obudził się...

Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby prozatorskie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Regulamin forum
Zaczynasz poznawać światy własnej twórczości? Masz ciekawe wizje? Malujesz otoczenie metaforami? A polonistka nie nauczyła cię właściwie nic, jeśli chodzi o właściwe przelanie myśli na papier? Znasz zasady języka polskiego, lecz nie zawsze je stosujesz poprawnie?
Ten dział jest dla ciebie!
Nie martw się, nawet Hemingway od czegoś zaczynał. Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby literackie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten trzeci - obudził się...

Post#1 » 16 mar 2017, o 15:31

Spadał, poślizgnął się i spadał. Nie mógł nic zrobić, tylko czekać na nieunikniony upadek. To przez wrodzony lęk wysokości upadek przerażał go najbardziej ze wszystkiego. Przez głowę przeleciała mu jeszcze dziwna myśl, że to nie prędkość zabija, tylko nagłe, gwałtowne zatrzymanie. Prześmiewczy Clarkson i jego komentarz. Zawsze myślał, że zabije go brawura za kółkiem, a nie głupie i bezsensowne poślizgnięcie się na dachu kamienicy. Nie, to nie mogło być takie proste. Po co? To pytanie kołatało się w głowie tuż przed tym, nim rozpłaszczył się na chodniku w jakże mało ciekawej okolicy tego miasta. Spadając, zdążył policzyć jeszcze cegły wyrastające z elewacji zapuszczonej kamienicy. Czy spadanie może trwać tak długo? Czemu ta tortura tyle trwa? Coś chyba jest nie tak, czy nie powinno to być mgnienie oka i już? Komu biją dzwony? Co oznaczają? Znowu pytania, same pytania. Jego ciałem wstrząsnął skurcz przygotowujący ciało na twarde lądowanie. Skurcz był prawdziwy, dźwięk dzwonów także, reszta, choć była tak rzeczywista, prysła w jednym bolesnym momencie. Przebudził się gwałtownie, a jego ręka, zbyt szybko wyrzucona w lewo, trafiła tylko w pustą przestrzeń, o wiele łatwiej przebiegła jej droga powrotna i odnalezienie twarzy.

– Gdzie ja, kurwa, jestem? – Głośne pytanie wyrwało mu się z gardła i jeszcze chwilę krążyło po pokoju.

Zaskoczenie spowodowało chwilową ciszę i teraz tylko ona towarzyszyła jego gonitwie myśli. Przetarł zmęczone oczy, spojrzał w sufit, jakby tam znajdowała się odpowiedź na dręczące go pytanie. Sufit jednak był tak samo pusty i sądząc po pulsowaniu w skroniach na pewno też w lepszym stanie niż jego głowa. Plan, trzeba mieć plan – pomyślał. Zaczniemy od telefonu, bo to z niego wydobywają się te piekielne dźwięki bijących dzwonów. Kilka ruchów ręki i gałek ocznych pozwoliło odnaleźć poranne narzędzie tortur. Czarna nokia wylądowała w prawej dłoni i nareszcie zamilkła. Okno na przeciwległej ścianie było zasłonięte, mimo to rozświetlało pokój zbyt mocno jak na tę porę roku. Czyżby w końcu trafił się słoneczny dzień po tygodniu depresyjnej pochmurnej pogody – pomyślał i szybko podźwignął się z łóżka, choć wygodny materac kusił ciało, a zwłaszcza umysł. Jeszcze raz nerwowo przetarł oczy i stojąc chwiejnie przy łóżku powoli lustrował otoczenie. Teraz można się było skupić na nurtującym pytaniu o lokalizację. Odpowiedź była banalna. Dom, to był jego dom. Brawo ty – pomyślał. Jakoś jednak znalazł się w swoim nowym mieszkaniu. Słowo „jego” było na wyrost, mieszkanie wynajmował raptem od tygodnia, ale już traktował je jak swoje. Może nie licząc tej chwilowej dezorientacji. Błądząc wzrokiem po ciasnej sypialni trafił w końcu na wiszące lustro. Co za sadysta powiesił ten ogromny grzmot naprzeciwko łóżka? Pewnie służyło poprzedniej właścicielce do kontroli i poprawiania urody, jednak to, co on ujrzał w odbiciu, nie kwalifikowało się do poprawy. Utylizacja. Toby teraz zrobił najchętniej. Pomimo słusznego wzrostu stu osiemdziesięciu centymetrów i szczupłej sylwetki najbardziej w oczy rzucała się jego zmęczona twarz i równie zmęczone oczy.

– Szczupłej? Szczupły to ty byłeś – powiedział na głos zachrypłym barytonem, przeczesując krótkie włosy. – Taaaa, to sobie zabalowaliśmy, chłopie.

Pomysł, by jakoś przełamać tę grobową ciszę i zmusić się do myślenia lub działania, wydawał się dobry. Przyniósł niestety zadziwiający zwrot spowodowany kolejnym zmysłem, zmysłem powonienia. Zwrot, zaraz zrobię zwrot – pomyślał i pobiegł do kuchni w poszukiwaniu czegoś lepkiego i nadającego się do wypicia. Cokolwiek, żeby szybko zmyć ów posmak w ustach i nie ukwiecić podłogi wczorajszą kolacją. Na szczęście nie musiał długo szukać, bo otwarty karton z sokiem czekał na stole zaraz na wejściu. Pomarańcza, prawie jak prawdziwa pomarańcza. Smak napoju rozchodził się drapieżnie, gdy łapczywie sprawdzał pojemność kartonu. Nawet nie czuć, żeby zaczynał fermentować. To nieomylny znak, że wczoraj nie było tak źle, skoro uzupełnił płyny i pozostawił sok na wierzchu.

– To pogoniliśmy trampka – kontynuował monolog, teraz już pozbawiony chrypy. – Dobrze jest, znaczy dobrze może być – dodał ciszej, spoglądając na swoje odbicie w oknie.

Chyba faktycznie nie było tak źle, skoro udało mu się rozpakować do samych bokserek. Zastanawiał się tylko, dlaczego resztę ubrania zostawił wczoraj na oparciu krzesła w kuchni. Płaszcz, marynarka i koszula wisiały w kolejności ich zdejmowania. Czyli zaczynał od skarpetek, potem reszta. Musi zapamiętać, by zmienić miejsce na swoją garderobę.

Zaraz, jakie wczoraj? Przecież piliśmy do trzeciej nad ranem, tak mu się zdawało, bo o tej godzinie zamykali Szpilkę, gdzie zwykle kończyli dożynki. Dożynki – bo tak zwykli nazywać rytuał dotarcia do tego miejsca i powitanie wschodu słońca przy butelce. Śmiali się, że to jest ich mekka, tylko częstotliwość zmienili, raz do roku nie wydawało się wyzwaniem, raz na tydzień już bardziej. Czas w dobrym towarzystwie, zwłaszcza cementowanym płynami, znowu zapisał się znakiem zapytania, ale nie po to wymyślili aparat w telefonie i historię połączeń wychodzących, żeby teraz się tym martwić. Wystarczy wierna nokia i zaraz będzie wszystko wiadomo. Jak na zawołanie odezwały się dzwony w pokoju obok, nie było więc czasu snuć rozważania nad wczorajszym spotkaniem. Tym razem spokojnie stawiając kroki wrócił do sypialni, by ponownie wyłączyć budzik w telefonie. Drzemka, poprzednio musiał wcisnąć drzemkę – to tylko go utwierdziło w niepewności, jaką koordynacją dysponuje tego ranka.

Czemu ja wczoraj tyle wypiłem? I to w czwartek, dzień przed pracą? – odpowiedź na pytanie przyniósł ekranu telefonu, który wyświetlał godzinę 7:06 oraz datę: piątek, 1 listopada, Święto Zmarłych.

– Ufff, nie jestem jednak tak szalony, jak myślałem – głośno i z radością wypowiedziane słowa oraz świadomość wolnego dnia zadziałały pokrzepiająco. – Czemu dzwonisz, czarna zołzo, w dzień świąteczny?

No tak. To nie było skomplikowane, zaznaczył przecież alarm w telefonie od poniedziałku do piątku, więc sam się skazał na te poranne dzwony. Łóżko znowu kusiło widokiem pościeli, a zamykające się oczy wręcz błagały o więcej snu. Ostatnio zarywane noce w pracy musiały jednak go nadwerężyć i tych kilka godzin, to zdecydowanie za mała rekompensata, by się zregenerować. Chwilę jeszcze postał wpatrując się w łóżko, ważąc wirtualnie za i przeciw. Przeciw jednak wygrało, jego przekora była chyba silniejsza niż to sobie wmawiał. Postanowił rozpocząć ten dzień klasycznie, od siódmej rano, nie miał żadnych zleceń na weekend, więc spokojnie nadrobi brak snu w sobotę lub w niedzielę. Chyba, że znowu ktoś zadzwoni i zaprosi na kolację – pomyślał.

– Dobra, czas się zebrać w sobie. – Głośnego pokrzepiania ciąg dalszy miał zwiastować jakiś szalony ruch, ale skończyło się na szybkim spojrzeniu na buty do biegania i przejściu do drugiego pokoju. – No to co przywdziejemy w ten jakże piękny dzień?

Drugi pokój był dużo większy i praktycznie pusty. Jedyny mebel stanowiło przyokienne biurko, które wypełniało całą szerokość pokoju no i może ta zabudowana szafą wnęka. Czy to jest mebel, czy już element składowy mieszkania? Tego nie wie nikt, ale skoro urząd skarbowy tak chętnie karał za bezpodstawne odliczanie vat–u od takich szaf, to chyba należy uznać za mebel.

– Dobrze, nie na tym miałem się skupić. – Głośne wyrażanie myśli pomagało rozbudzić umysł. – To szykujemy się na sportowo, może później pobiegamy. – Słowa nadal były bardziej optymistyczne niż działania.

Szybko przygotował bieliznę oraz luźny dres do przebrania i zaniósł do łazienki. Zerknął jeszcze na wnętrze sprawdzając, czy jest szampon, żel i ręcznik. Robił to chyba tylko z przyzwyczajenia, bo od kiedy zamieszkał sam, to nic przecież nie zmieniało już miejsca. Coraz bardziej zaczynało mu się podobać przebywanie solo, niby taki drobiazg jak teraz, a już przynosiło jakiś widoczny powód do zadowolenia.

Natrysk czy wanna? Poranny dylemat nie męczył go długo. Miał w końcu wolny dzień i nie zamierzał się spieszyć. Odkręcił kran, pozwalając gorącej wodzie powoli napełnić dużą wannę. Spojrzał na pralkę, która stanowiła naturalną półkę na czasopisma i książki. Przygotował sobie kilka zaległych gazet i wydobył ze sterty książkę – może jeszcze zacznie ten nowy norweski kryminał. Uwielbiał czytać w wannie i ten element wyposażenia łazienki bardzo go cieszył. Uznał, że przyda się jeszcze sok – tak na wszelki wypadek, no i poranna kawa. Czego, jak czego, ale życia bez kawy sobie nie wyobrażał. Wrócił więc do kuchni i włączył swój nowy bajerancki ekspres. Urządzenie jak zwykle zaatakowało go komunikatami, żądając od razu uwagi. Oczyścił kratkę ociekową, sprawdził poziom ziaren kawy, dolał wody do pojemnika, a mimo to ekspres się nie poddawał, wypluwając kolejne komunikaty. Kiedy zobaczył pełną listę żądań, jego cierpliwość się skończyła i nerwowo wyciągnął wtyczkę z gniazdka.

– Czemu ludzie zawsze muszą komplikować tak proste urządzenia? – Przeklinając postęp cywilizacyjny, słownie wyładował frustrację.

Lekko już uspokojony, wyciągnął tradycyjną kawiarkę i pudełko ze zmieloną kawą. Przynajmniej to urządzenie nigdy go nie zawiodło, znał je na wskroś – w końcu towarzyszyło mu już wiele lat i stanowiło jeden z kilku starych przedmiotów w jego mieszkaniu. Rozkręcił aluminiową obudowę uwalniając sitko na kawę. Wlał filiżankę wody do dolnego zbiornika i przykrył sitkiem wypełnionym dwiema miarkami kawy. Skręcił obie części kawiarki i postawił na szklanej płycie kuchenki elektrycznej. Cieszyło go, że wynajmujący zostawili te nowoczesne i drogie urządzenia. Zwykle w mieszkaniach do wynajęcia oglądał stare i byle jakie sprzęty, przypominające raczej rupiecie z wystawki niż to, co oferują teraz sklepy „nie dla idiotów”. Zresztą całe mieszkanie wyglądało jakby dopiero co je umeblowano i wyposażono w nowy sprzęt. Tym, czego w nim brakowało, zajął się już pierwszego dnia po wprowadzeniu. Lodówka nareszcie nie straszyła pustką i ostrym światłem, wszystkie szafki zagospodarował posegregowanymi przedmiotami. Cieszył go ten porządek – jego porządek – wreszcie nie musi niczego szukać; tak jak ustawił, jest i będzie. Pokrzepiony taką wizją przeniósł kawiarkę na najmniejsze pole grzejne i wcisnął, a raczej dotknął sensora, który powinien uruchomić to pole. Powinien – dobre słowo. Spokojnie, jest jeszcze i drugie, i trzecie, a nawet czwarte pole. Jeśli nawet pierwsze nie działa, to zawsze zostają trzy dobre. To jak w skeczu Laskowika, co z tego, że jedno koło „tlaktola” jest popsute, skoro trzy są dobre. Kolejna próba jednak nie przyniosła żadnego efektu i dwie kolejne też nie. Natarczywe próby różnych kombinacji pozostały bez skutku. Pola grzejne nadal były zimne, tak jak zimne jego bose stopy. Matematyczny umysł pewnie by opisał zjawisko, jako odwrotnie proporcjonalne do temperatury jego umysłu, ale po pierwsze, jego umysł był wyjątkowo humanistyczny, a po drugie, woda nie mogłaby osiągnąć tak niskiej temperatury.

– Ja pierdolę! – nie wytrzymał, walnął z całej siły w blat obok kuchenki. Miał jeszcze na tyle rozsądku, by nie sprawdzać wytrzymałości szklanej tafli. – Co za dzień.

Blat na szczęście dzielnie zniósł ten nagły wybuch złości, a bolące kostki prawej ręki ostudziły zapędy w kierunku kontynuacji dalszych bezcelowych wymachów. Na pocieszenie wyobraził sobie minę właścicielki mieszkania, gdyby zadzwonił tak wcześnie rano i znienacka zapytał, jak się uruchamia tę przeklętą kuchenkę.

Taaa, niedoczekanie twoje – pomyślał. Jak każdy rasowy mężczyzna, odpuścił to proste rozwiązanie i skupił się na innym wyjściu z sytuacji. Rozkręcił ponownie aluminiową kawiarkę i przesypał zmieloną kawę do filiżanki. Pozostaje zawsze najstarsza i najprostsza metoda, ostatecznie tradycyjna plujka też jest dobra. Aromat wsypywanej kawy pozwalał przypuszczać, że nawet tak barbarzyński sposób parzenia pozwoli uwolnić moc i smak drzemiący w tej mieszance. Teraz wystarczy już tylko wrzątek i gotowe. Wzrok przeczesał pożądliwie blat w kuchni, tym razem nagrodą miał być zwykły czajnik elektryczny. Co jest? Czyżby zapomniał go rozpakować z pudełka? No tak – przypomniał sobie dzień zakupów. W ferworze walki z listą zakupową nadwerężył limit na karcie i rezygnacja z czajnika elektrycznego oraz małego telewizora wydawała się najlepszym i najprostszym rozwiązaniem. Przynajmniej do teraz. No nic, zawsze może zagotować wodę w zwykłym garnku i już.

– Ja pierdolę, kurwa mać – wyrzucił z siebie przekleństwa, jakby były zaklęciem uwalniającym od problemów. – No to wróciłem do początku problemu. – Nie potrafił przecież uruchomić kuchenki.

Odwrócił się energicznie i równie gwałtownie wyszedł z kuchni do pokoju dziennego – ostatniego na jego włościach – gdzie oprócz sporego i nowoczesnego narożnika ustawił ostatni zakup, który teraz miał go uratować. Sprzęt grający w postaci sporej wielkości bum boxa dumnie opatrzonego logiem SONY. Niezaprzeczalnym atutem tego sprzętu, oprócz potężnego głośnika basowego, była możliwość połączenia bezprzewodowo z jego telefonem. Czas, by go przetestować w akcji, z czytania przygotowanych czasopism i książki nici. Bardziej teraz przyda się jakaś spokojna muzyka i dostęp do wujka Google, gdzie postanowił poszukać instrukcji obsługi kuchenki, no i oczywiście tego przeklętego ekspresu do kawy. Ustawił głośność na połowę mocy, a sprzęt na parowanie w sieci WiFi, po czym wszedł do łazienki. Decyzja jak najbardziej w punkt. Jeszcze chwila i woda wypełniająca wannę po brzegi trafiłaby na podłogę, a potem, zgodnie z prawem ciążenia, zalałaby sąsiadów piętro niżej. Na pocieszenie pozostawała mu świadomość, że mieszkając na drugim piętrze zalałby tylko dwóch w jego pionie. Co prawda nie poznał jeszcze innych sąsiadów z klatki – nie licząc indywiduum piętro niżej – ale liczył, że reszta okaże się normalna. Może nawet pozna kogoś ciekawego i nowe miejsce będzie również atrakcyjne pod tym względem. Upuścił wody z wanny, by nie spowodować podtopienia łazienki, i powoli zanurzył się w gorącej wodzie. O tak, tego mi trzeba – pomyślał z zadowoleniem. Powoli poranne niepowodzenia oraz, co tu ukrywać, lekki kac opuszczały jego głowę. Ostrożnie, tak by nie wypuścić telefonu z rąk, przeszukał katalogi nagranej muzyki i wybrał składankę Tracy Chapman. Dźwięki powoli wypełniły pokój obok i miło sączyły się przez uchylone drzwi do łazienki. Jeszcze chwilę się wahał, po czym odłożył telefon w bezpiecznej odległości od wanny.

Instrukcje nie zając, nie uciekną – pozwolił, by myśli powoli uleciały w bezpieczne rejony, w końcu miał czas tylko dla siebie. Odnalazł w tym kolejny plus mieszkania w pojedynkę, coraz więcej przyjemności odnajdował też w nowej sytuacji. Czekał go, co prawda, rozwód, ale to nie pierwszyzna. Pierwszy był trudny i pozostał mu w pamięci na długo, przynajmniej na tyle, by przez pewien czas nie myśleć o kolejnym. Widocznie prawdą jest, że czas leczy rany i po kilku latach znów zawierzył przeznaczeniu czy może intuicji. Teraz już nie pamiętał, co tak naprawdę nim kierowało, a może nie chciał pamiętać. Żył już wystarczająco długo, żeby wyrobić w sobie mechanizm obronny, nierozpamiętując niepowodzeń, tylko skupiać się na rozwiązywaniu problemów. Przeciwności, jakie go dopadały, powodowały jedynie, że coraz szybciej i śmielej decydował się na zmiany w swoim życiu. Przynajmniej w życiu osobistym, bo jakoś nie wyobrażał sobie gwałtownej zmiany branży, w której działał. Co prawda, kilka lat temu musiał opuścić wypracowane z trudem stanowisko w policji, ale to, co robił teraz, niewiele się różniło od tego, co wykonywał będąc mundurowym. Może praca była dziś bardziej absorbująca niż ta w poprzedniej firmie, ale niewątpliwie brak przełożonego stanowił wystarczającą nagrodę, by zapomnieć, w jakich okolicznościach odchodził z pracy. Policja miała być idealnym miejscem dla kogoś takiego jak on. Młody, inteligentny, uparty i z zasadami, których nie łamał. Niestety, mimo że potrafił działać w grupie i dość dobrze asymilował się z innymi, coraz częściej do głosu dochodził jego niedający się pohamować indywidualizm. Już na początku pracy w policji miał kłopoty przez swoje specyficzne podejście do wykonywanych zadań; partnerzy na niego wsiadali, że je zbyt serio traktuje i przegina. Przełożeni znowu narzekali na jego, jak to określali „niesubordynację”, ale to on miał wykonywać realizacje i to on obrywał, gdy coś poszło nie tak. Z czasem jednak się poddał, a może po prostu ewoluował. Obroną przed wszechogarniającymi regułami i wytycznymi stał się cynizm, podobno graniczący ze złośliwością. Jego policyjny kajet często stawał się narzędziem do walki z nudą, ale była to broń obosieczna, nie zawsze dawało się obronić zapisane w nich jawne drwiny. Nie mógł znieść nakazu notorycznego wpisywania wszystkich czynności, jakie wykonywał, ciągnąc z buta po mieście. Jak tylko pojawiła się możliwość przejścia ze szweja, jak nazywali prewencję, na gumisia, jako jeden z nielicznych na to się zdecydował. Sam musiał przyznać, że praca w sekcji kryminalnej to nie było to, o czym marzył, ale liczył na szybszy awans i możliwość wyboru innej jednostki. Przez dwa lata napatrzył się na wystarczającą liczbę ludzkich zwłok, poznał wystarczającą ilość określeń na powieszonych, zadźganych czy w stanie rozkładu, by zatęsknić za pracą z żywymi. Na szczęście to, co przekreślało go w prewencji i kryminalnych, okazało się pożądane w innych działaniach. Zasugerowane przeniesienie do wydziału wywiadu kryminalnego przyjął jak wybawienie i poniekąd takim było. Trafił do sekcji, gdzie robiło się wszystko to, co wymagało więcej działania niż pisania, a i dyrektywy z Komendy Głównej też jakby się oddaliły. To był najlepszy czas, jaki zapamiętał w firmie. Zapomniał już, co to lola, nie chodził jako czarnuch i mógł się ubierać jak większość młodych ludzi w jego wieku. Miał wtedy raptem trzydzieści lat, a w mundurach już się nalatał. To były czasy – pomyślał – policyjna szmata dawała zupełnie inny komfort pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W konfrontacji z gangusami to niby nic, ale na przeciętnym przestępcy robiło wrażenie, nie mówiąc już o większości sytuacji, gdy trzeba było coś załatwić dla siebie, czy komuś pomóc. Zresztą nie ma co wspominać – skarcił się za ostatnie myśli, choć właśnie to pomaganie ściągnęło mu na głowę problemy w firmie i ostateczne wydalenie ze służby.

Dalsze roztrząsanie lat w policji przerwało pojawienie się dźwięku, mocno wybijającego się ponad muzykę. Ostry sygnał w postaci dzwonka do drzwi wyrwał go z zamyślenia. Co za baran dobija się o tej porze? Czemu nie przestaje dzwonić? – Faktycznie brzęczący dzwonek uparcie oznajmiał swoje istnienie. Szybko zrobił rachunek sumienia, starając się sobie przypomnieć, czy z kimś się umówił tego ranka, zapomniawszy o Święcie Zmarłych. Nic mu nie przychodziło do głowy, a żaden z kolegów nie wiedział jeszcze, dokąd się wyprowadził. Ciekawiło go, co za namolny człowiek wpił się w jego dzwonek. Nie zamierzał jednak ruszać się z ciepłej kąpieli, wstał tylko i przymknął drzwi do łazienki, odcinając się znacznie od dźwięku dzwonka, niestety też pozbawiając się możliwości słuchania muzyki. Dobre i to, w końcu nieproszonemu znudzi się i odejdzie. Kakofonia dźwięków trwała niestety parę dobrych minut i był już bliski wyrwania się z wanny, gdy kilka łupnięć w drzwi zakończyło dziwne poranne najście. Zadowolony, wysunął nogę z wody i popchnął drzwi, wystawiając się ponownie na dźwięki muzyki. Sięgnął po telefon. Była dopiero 8.10, a on czuł się już wystarczająco pobudzony, żeby zająć się przeczesywaniem netu w poszukiwaniu instrukcji do opornego sprzętu AGD. Kilka prób i przygotował sobie odpowiednie strony z poradami. Uznał, że wystarczy tej porannej parówki i czas dokończyć toaletę. Wyszedł z wanny, nie wycierając ciała, i stanął naprzeciw lustra. To, co zobaczył, napawało większym optymizmem niż wcześniejsze odbicie w sypialnianym lustrze. Co prawda zaczynał go drażnić widok srebrzących się gdzie niegdzie siwych włosów, ale postanowił się tym nie przejmować. Włosy na głowie skrupulatnie przycinał na 16 mm długości, te na klacie i tak zwykle zakrywało ubranie, a tygodniowego ostrego zarostu postanowił się teraz pozbyć. Przeszukał szuflady w poszukiwaniu nowej maszynki jednorazowej, którą i tak będzie dręczyć jeszcze wielokrotnym goleniem. Tym razem postanowił nie narażać się na zacięcia lub podrażnienia skóry twarzy, czekało go wieczorne wyjście na groby, a nie chciał wyglądać, jakby spotkał Nożycorękiego czy Freddego Kruegera. Ogolony, z zadowoloną miną oglądał odbicie w lustrze, gdy ponownie odezwał się dzwonek do drzwi. Choć tym razem dźwięk rozległ się tylko trzykrotnie i tak spowodował, że wezbrała w nim gwałtowna złość. Gdyby nie to, że stał nagi na środku łazienki, już pewnie wciskał by ciało intruza w ścianę klatki schodowej. Walcząc z oporną bielizną, w samych bokserkach, ślizgając się po ceramicznej podłodze, dopadł drzwi wejściowych. Nie zamierzał sprawdzać przez wizjer, kto go nachodzi, bo jedynie Muhammad Ali byłby poskromić złość, jaką odczuwał. Raptownie otworzył drzwi i stanął w wejściu do mieszkania.

– Czego? – krzyknął, nie ukrywając emocji, jakie nim targały. – Czego? Grzecznie pytam!

Pytanie w takiej formie najwidoczniej zaskoczyło przybyszy – liczba mnoga wynikała z tego, że za drzwiami czekało ich dwóch, a raczej para. Mężczyzna i kobieta. Nie dał im jednak czasu oraz możliwości odpowiedzeć na jego grzecznie postawione pytanie, bo widok zamykanych drzwi zaskoczył ich podobnie, jak ich wcześniejsze otwarcie.

– Kurwa, to świnia jedna – głośny komentarz, nie odnosił się jednak do nieproszonych gości, tylko do sąsiada z dołu, bo to on najpewniej był sprawcą niezapowiedzianej wizyty.

Nie było jednak czasu na analizowanie, komu i czemu zawdzięcza wizytę mundurowych. Wspominałem policję to teraz mam – przemknęło mu szybko przez głowę, gdy biegł do łazienki założyć dres. Nie zamierzał wpuszczać ich do środka, ale stać w drzwiach prawie saute też nie miał zamiaru. Nerwowo wciągnął spodnie i zapiął bluzę, nie zakładając koszulki. Chwycił jeszcze telefon i szybko uruchomił w nim tryb kamery.

– Show time – powiedział do siebie i ponownie otworzył drzwi na korytarz. Trudno zgadnąć, czy ponowne ich otwarcie spowodowało zdziwione miny na ich twarzach, czy strój, jaki przybrał w tym czasie, nie zamierzał dawać im czasu do namysłu. Niech się zastanawiają później, czy to, co widzą, to kolejny w ich karierze dres, czy po prostu taki ma styl każdy dzisiejszy intelektualista. Wyciągnął przed siebie telefon, tak by mieli świadomość, że rejestruje całe zajście.

– Czy już wiecie, czego chcecie? – zaczął, zaczepnie patrząc im w oczy i mimowolnie oceniając szanse, jakie ma w konfrontacji, czy to słownej, czy ewentualnie bardziej siłowej.

– Dzień dobry, po pierwsze, jesteśmy z policji – powiedział mężczyzna, zaznaczając, że w tej parze to on jest samiec alfa, choć kobieta też przybrała srogą minę. – Jestem dzielnicowym, drugi komisariat policji w Łodzi, starszy aspirant…

– Przecież widzę, że nie hiszpańska inkwizycja – przerwał mu litanię, nie pozwalając, by policjant przejął inicjatywę.

– Że co? – zapytała niepewnym głosem policjantka. Spojrzał na nią tak, żeby w końcu wyczuła drwinę zawartą w wypowiedzianym zdaniu, wyglądała na świeżaka po szkole i pewnie towarzyszyła samcowi tylko po to, by robić tłum. Jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, nieźle, jak na kobietę, ale twarz i sylwetkę miała zbyt dziewczęcą, żeby osiągnąć coś więcej w tej parze. Wrócił wzrokiem do mężczyzny, on bardziej go interesował. Był od niego wyższy, miał ponad sto dziewięćdziesiąt, i choć sylwetką nie przypominał kwadratu, jego szerokie barki pozwalały przypuszczać, że trenował kulturystykę. Czy był sztucznie napompowany, czy nie, to na niego będzie musiał uważać.

– Niech będzie. Dzień dobry zatem – powiedział. – Wyskoczycie ze szmat, to może porozmawiamy – dodał, nie spuszczając z tonu.

O dziwo, przemówienie w ich języku przyniosło spodziewany efekt i dwójka funkcjonariuszy wyciągnęła legitymacje służbowe. Powoli przeczytał ich dane, zaczynając od kobiety, natomiast kiedy doszedł do danych jej kompana, o mało nie wybuchł śmiechem. Pozwolił sobie na ich uwiecznienie, przyzwyczajenie wzięło górę – nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać – a po za tym nazwisko faceta idealnie nadawało się na temat przyszłoweekendowych dowcipów. Nie mógł sobie odpuścić takiej okazji.

– Otrzymaliśmy prośbę o interwencję od pana sąsiadów – kontynuował policjant. – Mamy zgłoszenie zakłócania ciszy i musimy zadać panu kilka pytań. – Ręka policjanta zmierzająca w stronę drzwi nie pozostawiała złudzeń co do jego intencji. Mundurowi wyraźnie chcieli załadować się do jego mieszkania. Niedoczekanie wasze – pomyślał.

– Masz krakersie kwit, że się tak ładujesz do wejścia? – zdążył powiedzieć odtrącając zbliżającą się rękę, a mina mężczyzny była bezcenna. – Z tego, co pamiętam, sytuację reguluje Kpk art. 219 do 221, czyż nie tak? – dodał.

Widać, że przytoczone artykuły były znane policjantowi, nie na darmo wtłaczali je w szkole i na ćwiczeniach z interwencji. Odtrącona ręka wróciła na swoje miejsce. Czyli mamy 1:0. Czas poznać zamiary przeciwnika – kurde, tych kilka lat nowej pracy i już traktuje ich jako przeciwników – niepokojąca myśl jak na czternaście lat pracy w psiarni.

– Dobrze, poprosimy więc pana o dokument tożsamości – ugodowym już tonem rozpoczęła kobieta.

– W jakim celu? – postanowił nie ustępować tak łatwo pola funkcjonariuszom.

– W celu spisania notatki z zajścia – odpowiedziała. – Skoro pan taki obeznany, to powinien sobie zdawać sprawę, że zostanie sporządzona notatka służbowa.

– Z jakiego powodu? – Udał zaciekawienie, choć podejrzewał powód najścia. Znowu temu baranowi z dołu przeszkadzała muzyka.

– Z powodu zbyt głośno słuchanej muzyki. – Tym razem to policjant zamierzał przejąć przysłowiową pałeczkę. – Zakłóca pan spokój innym.

– Jakiej głośnej muzyki, czy ta muzyka jest zbyt głośna? – zapytał, bo od momentu jak uruchomił sprzęt grający, muzyka nieprzerwanie sączyła się z głośników i jakoś nie przeszkadzała im w wymianie zdań. – Czy pan uważa, że ta muzyka gra zbyt głośno?

– Nie jestem od tego, by oceniać, czy muzyka jest głośna – odpowiedział mundurowy. – Poproszę o pana dowód.

Ten absurdalny tekst zniechęcił do dalszej polemiki z tą parą, widocznie nie wyrośli ponad dyrektywy, jakie im bez przerwy wbija Komenda Główna.

– Nie mam – odpowiedział zgodnie z prawdą.

To znaczy prawie, bo zostawił dokumenty, jak zwykle, w samochodzie, ale nie zamierzał z powodu tej dwójki po nie drałować. Zwłaszcza, że zaparkowałem auto w sporej odległości od mieszkania – przypomniał sobie.

– Jak to pan nie ma? – krzyknęła kobieta. – Musi pan mieć i okazać na wezwanie policjanta!

– Jestem w swoim domu i nie muszę mieć, nie ma takiego obowiązku. – Powoli zaczynali go denerwować. Teraz nie wiedział, kto jest bardziej upierdliwy, czy ten policjant o śmiesznym nazwisku, czy ta udająca heterę dziewczynka.

– Więc proszę o podanie pana imienia i nazwiska – wykrzyczała hetera. – Sporządzimy notatkę.

– Marek Kmita. – Niech to już się skończy. – Coś jeszcze?

– Jeszcze. – Nie odpuszczała kobieta. – Imiona rodziców?

– Grażyna i Marian. – Jej intonacja zaczynała go drażnić.

– Nazwisko rodowe matki?

– Musiał. – Pozwolił sobie na pierwszy żart. – Kończymy?

– Data urodzenia? – kontynuowała, nie dając się sprowokować.

– Matki? – odpowiedział pytaniem z miną niewiniątka.

– Pana! – Tym razem to policjant nie wytrzymał i wrzasnął. – Pana data urodzenia?

Drzwi naprzeciwko jego mieszkania się otworzyły i w szparze pojawiła się głowa mężczyzny w średnim wieku. Pomimo godziny, wyglądał na właśnie dopiero co obudzonego powstającym powoli hałasem.

– Czy panu nie przeszkadza moja muzyka? – Marek starał się wykorzystać sytuację i zapytał pierwszy raz widzianego sąsiada.

Niestety, widok umundurowanych policjantów był dla niego chyba bardziej szokujący, niż można by przypuszczać. Co prawda niepewnie pokiwał przecząco głową, ale nie do końca było wiadomo, czy była to bardziej próba zaprzeczenia rzeczywistości, czy potwierdzenie, że nie przeszkadza mu muzyka. Ratunek w postaci wsparcia sąsiada znikł wraz z zamkniętymi drzwiami od jego mieszkania.

– Pana data urodzenia? – Tym razem policjantka przeprowadzała atak.

– Dwudziesty czwarty stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, wodnik, oczy ciemne – odpowiedział zgodnie z prawdą, nigdy nie wiadomo, czy odpuszczą, skoro tak się na niego zawzięli.

– Proszę odpowiadać tylko na zadane pytania. – Znowu kąsała słownie policjantka, wpisując do kajetu podawane dane. – Adres zameldowania?

– Nie mam, nie posiadam. – Małe kłamstewko nie zaszkodzi, uznał szybko, uśmiechając się w duchu.

– Jak to pan nie posiada? Musi pan posiadać! – nie odpuszczała.

– Obowiązek meldunkowy już zniesiono, nie nauczyli w szkole. – Uśmiech z duszy przeniósł się mimowolnie na usta. – Może warto by było choć studia skończyć, skoro w szkole rolniczej nie nauczyli.

– Adres, na jaki mamy wysłać panu zawiadomienia? – Tym razem oboje już grali złych policjantów, a może już powoli doprowadzał ich do ostatecznej eksplozji. Zamierzał to sprawdzić, zwłaszcza w momencie gdy zauważył, że policjant również sporządza notatkę. Niezły cyrk – pomyślał, patrząc spokojnie na ich zaangażowanie.

– Niech pomyślę. – Udał zadumę i niespiesznie dodał: – Może wpiszecie państwo adres, pod który przyjechaliście? Taka delikatna sugestia.

– Pana numer telefonu? – Tym razem policjant nie musiał udawać wzburzenia, ewidentnie pokraśniał na twarzy.

Czyli był blisko – pomyślał Marek – to mówimy szach.

– Pan raczy żartować, w jakim celu mam podać numer telefonu?

– A jak mamy się z panem skontaktować, gdybyśmy chcieli? – wydyszał z wściekłością mundurowy.

Już brakowało tylko jednego małego ruchu, jednego zdania, Marek jakby tylko czekał na ten moment. To mówimy mat – dodał w myślach.

– Proponuję wysłać list. – Ciekawe, czy to zdanie, czy może mina niewiniątka przechyliło szalę, a raczej erupcję uczuć funkcjonariusza. To, co wypowiedział, chyba zaskoczyło i Marka, i policjantkę.

– Proszę nie robić zbiegowiska, proszę się rozejść! – wykrzyczał na całe gardło rozwścieczony policjant.

Co było robić, przy takiej zachęcie ze strony władzy, uznał, że czas opuścić pole starcia wymownym jebnięciem drzwiami.

– Uffff – wysapał, całe zdarzenie kosztowało go sporo nerwów, ale uznał, że było warto. Sprawdził, czy udało mu się nagrać całe zajście i z lubością odtworzył finał. Ciekawe – zastanowił go rozkaz „rozejść się”. – Przecież byłem sam, jak miałem się rozejść – podsumował szybko.

Postanowił jednak nie prowokować losu kolejną konfrontacją z policjantami. Tak, to była wyjątkowo udana parodia interwencji, no i nagrał wyjątkowo udany film. Gdyby nie ochrona danych osobowych, chętnie by zamieścił filmik z panem Kotasem i jego panienką na YouTubie.

Tagi:

Ewelina

Ten trzeci - obudził się...

Post#2 » 16 mar 2017, o 19:25

Masz sporo powtórzeń w tekście. Pozbądź się ich.

A co do opowiadania- przeczytałam pobieżnie, bardzo długie i monotonne dosyć. To, jak traktuje policję też niezbyt mi się podoba. Tak jakby się na nich, Bogu ducha winnych, za coś wyżywał. Ciężki charakterek.

Awatar użytkownika
Marian
runiczny rapier
runiczny rapier
Posty: 467

Ten trzeci - obudził się...

Post#3 » 16 mar 2017, o 20:08

Za dużo opowiadania o kuchni, kawiarce i innych sprzętach AGD. Tworzy to za długi wstęp do właściwej akcji, czyli wizyty policji.
A czy wizyta policji naprawdę może tak przebiegać i tak się kończyć?
Musisz popracować i nad formą i nad pomysłem. Ale nie odpuszczaj. ;))

Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten trzeci - obudził się...

Post#4 » 17 mar 2017, o 09:25

Dzięki... Popracuję!

Interwencja może tak przebiegać, powiem więcej... Dokładnie tak przebiegała. :)

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Ten trzeci - obudził się...

Post#5 » 17 mar 2017, o 10:36

Dobrze się czytało. Uważam, że interwencja Policji może tak wyglądać. Na poziomie narracji potrafisz wejść w szczegół tak, że nie mam ochoty porzucić tego tekstu w połowie zdania. Często robi się ciekawie, ale niestety równie często nudno. Narracja musi udźwignąć uwagę czytelnika, a uwagę przykuwa temat tego o czym się pisze. Jednak warsztat masz, widać, że to nie Twój pierwszy tekst.

Nadużywasz słów gwałtownie i nagle.

Nie mógł nic zrobić, tylko czekać na nieunikniony upadek. To przez wrodzony lęk wysokości upadek przerażał go najbardziej ze wszystkiego

Powtórzenie

...to nie prędkość zabija, tylko nagłe, gwałtowne zatrzymanie.

W tym wypadku raczej zderzenie.

…rozpłaszczył się na chodniku w jakże mało ciekawej okolicy tego miasta. Spadając, zdążył policzyć jeszcze cegły wyrastające z elewacji zapuszczonej kamienicy.

Icy – kamienicy. Tworzy się niepożądany rym.

"...bo otwarty karton z sokiem czekał na stole zaraz na wejściu."
Przy wejściu.

Mariusz_Kocon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 48

Ten trzeci - obudził się...

Post#6 » 17 mar 2017, o 13:15

Masz rację, poprawię...
"... to nie prędkość zabija, tylko nagłe, gwałtowne zatrzymanie" - przytoczenie słów, raczej powinno pozostać w oryginale?
"Icy" - faktycznie!
Przy wejściu - bezsprzecznie!

Co do nudy...
To nie jest opowiadanie tylko początek powieści, która ma ponad czterysta stron redaktorskich - więc jest to najnudniejsza część mojej książki...
Piotrek84 - trafiłeś, pierwszej książki... Druga jest podobno znacznie płynniej napisana, a pierwsza została surowa tak jak ją pisałem, a napisałem w miesiąc, więc zdaję sobie sprawę, że jak na pierwszy tekst od niepamiętnych czasów, to... Ale uczę się, i dziękuję za uwagi oraz wszelką merytoryczną pomoc!

Wróć do „Scholarium prozatorskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość