Próba

Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby prozatorskie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Regulamin forum
Zaczynasz poznawać światy własnej twórczości? Masz ciekawe wizje? Malujesz otoczenie metaforami? A polonistka nie nauczyła cię właściwie nic, jeśli chodzi o właściwe przelanie myśli na papier? Znasz zasady języka polskiego, lecz nie zawsze je stosujesz poprawnie?
Ten dział jest dla ciebie!
Nie martw się, nawet Hemingway od czegoś zaczynał. Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby literackie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Próba

Post#1 » 2 sie 2017, o 13:26

Popełniłem ten tekst w ramach wprawki do krótszych form. Mam nadzieję, że nie jest tragicznie. :)

Życie bywa niesprawiedliwe. To była pierwsza rzecz, o jakiej pomyślał Witek, wchodząc do dużej sali. Spotkana przy wejściu kobieta kazała mu iść prosto, skręcić w prawo przed doniczką z fikusem i, nie mijając drzwi do łazienki, skierować się na lewo. Problem tkwił w tym, że Witek skręcił w lewo zaraz za wejściem do toalety. Zdziwił się co prawda, widząc napis „Sala Gimnastyczna”, ale, przypomniawszy sobie zapewnienie o tym, że wszystko się może zdarzyć, wszedł. Miał nadzieję zobaczyć biurko i patrzącą w ekran komputera recepcjonistkę. Zamiast tego ujrzał wysoką na jakieś cztery metry halę z lśniącą podłogą. Po obu stronach pomieszczenia ciągnęły się długie rzędy drabinek gimnastycznych, pod nimi gdzieniegdzie przewalały się gumy, piłki i ciężarki różnych rozmiarów. O żadnej recepcji nie mogło być mowy. Mimo to postanowił spróbować.
— Dzień dobry! ¬— krzyknął Witold, nerwowo przeczesując ciemnokasztanowe włosy. Nieposłuszne nakazom woli kosmyki rozsypały się na wszystkie strony.
— Dzień dobry! — powtórzył. Echo odbiło się od ścian.
— Pan tu jest nowy? — spytał czyjś miły dla ucha tenor. Brunet rozejrzał się, ale nie zobaczył nikogo.
— Kto tu jest?!
W odpowiedzi rozległ się cichy szmer jadących po podłodze gumowych kół. Witek odwrócił się w stronę dźwięku. W głębi pomieszczenia, pod drzwiami, których wcześniej nie zauważył, ujrzał siedzącego na wózku inwalidzkim mężczyznę. Nieznajomy ubrany był nad podziw elegancko i staromodnie. Spod okrywającego nogi czarnego koca widniała para skórzanych kapci.
Siedzący podjechał bliżej i zlustrował Witka od stóp do głów.
— Złamanko? — zapytał, mrużąc oczy. Tęczówki były ciemnoszare.
Chłopak kiwnął głową. Nieznajomy zaśmiał się.
— Do wesela się zagoi. Skąd pan jest? Jak się pan nazywa i jak pan tu do nas trafił?
Oszołomiony ilością pytań chłopak milczał chwilę.
— Nazywam się Witold Adamski. Jestem z Otwocka — wydukał w końcu.
— Z Otwocka? — podchwycił mężczyzna. — To zapewne trafił pan do Kliniki Ortopedycznej, prawda?
Witek przytaknął. Szarooki uśmiechnął się gorzko.
— Znam to miejsce jak własną kieszeń. Mój brat był tam ordynatorem przez wiele lat. Zmarł na raka trzy miesiące temu. Kto teraz przejął jego gabinet?
Witold wykrztusił, że nie wie.
Mężczyzna prychnął.
— Jak to?! Zresztą, nieważne. Zostaje tu pan na długo? — Spojrzał na usztywnioną rękę Witolda i dorzucił: — Tak, na pewno zostaje pan na długo. Ćwiczenia bolą, uprzedzam, a rehabilitant to prawdziwy cham. Ale przyzwyczai się pan dość prędko. Nie ma zresztą innego wyjścia. — Uśmiechnął się krzywo. Witold zauważył, że twarz nieznajomego jest po jednej stronie bardziej podobna do maski, niż do żywej tkanki, a lewa powieka wyraźnie przysłania większą część gałki ocznej.
— No, czuje się pan gotowy na odebranie kluczy do celi? — spytał nagle inwalida, odsuwając się nieco w bok. — Jeśli tak, to proszę wyjść, skręcić w prawo, pójść do rejestracji, podać nazwisko i czekać na łaskę. Jak już się pan doczeka, proszę tu wrócić.
Witek bez słowa wykonał polecenie. Siedząca w recepcji kobieta leniwie wstukała dane do systemu, ziewnęła parę razy, znów coś wpisała, znowu ziewnęła i, przeciągając się, rzekła:
— Pokój numer czternaście. Klucz do odbioru w okienku naprzeciwko. — Zniknęła za kotarą, by po chwili wyjrzeć zza szybki po drugiej stronie korytarza.
Chłopak podziękował i udał się do okienka naprzeciwko. Operacja z ziewaniem i wpisywaniem danych powtórzyła się. W końcu Witek otrzymał klucz i ruszył w stronę klatki schodowej. Po drodze natknął się na szarookiego.
— A to tak się wraca? Dobrze, że pana złapałem. — Chwycił chłopca za zdrową dłoń. Palce miał długie i niesamowicie silne. — Jaki ma pan numer pokoju?... Czternaście? To dokładnie obok mnie. Mam nadzieję, że nie będzie pan zbytnio hałasował. — Uśmiechnął się krzywym, sfinksowatym uśmiechem. — Jak się tu panu podoba?
Witold, na próżno próbując wyrwać się z uścisku hakowatych palców, odpowiedział, że całkiem nieźle.
— Optymista z pana! — fuknął nieznajomy. — A wie pan, że to może i dobrze się składa? Im szybciej przyzwyczai się pan do otoczenia, tym prędzej przestanie pan odczuwać Weltschmertz. Albo tym prędzej przestanie pan go świadomie przeżywać. Tak! Zdecydowanie lepiej to brzmi! Zatopi się pan w nim jak w miękkim puchu świeżo powleczonej pościeli i będzie pan bezduszną, przeprocedurowaną istotą. To dużo lepsze, niż miotanie się z kąta w kąt i tłuczenie się o ściany niewiedzy i cierpienia… Wie pan, co to jest Weltschmertz?
Witek wykrztusił, że nie wie. Dopiero teraz dotarło do niego, że, słuchając przemowy tajemniczego mężczyzny, przemieścił się o dobrych parędziesiąt metrów i znalazł się u wejścia na szeroką przestrzeń ogrodu zimowego.
— Weltschmertz to ból istnienia. Przynajmniej tak mówią podręczniki. A tak naprawdę, to cierpienie samo w sobie, strach, nieustanny strach przed nieuniknioną katastrofą i jednoczesna tęsknota za samozniszczeniem. — Inwalida wypuścił dłoń rozmówcy, przejechał przez próg oranżerii i skinął. — Proszę tu usiąść. — Wskazał na wolne krzesło przed sobą. — Pragnienie katastrofy i jednoczesny strach przed nią. Tym właśnie jest Weltschmertz, panie Witoldzie!
Okrzyk, krótki i ostry jak świst bicza, wstrząsnął Witkiem. Nogi ugięły się pod nim i sam nie poczuł, jak usiadł. Mężczyzna zachichotał przenikliwie, przy czym lewe oko nie śmiało się zupełnie.
Przez chwilę w oranżerii panowała cisza. Witek przełykał ślinę i myślał o tym, dlaczego tajemniczy typ na wózku go śledzi. W pewnym momencie za plecami rozległ się szum rozsuwających się drzwi. Witek odwrócił się, ale nikogo nie zobaczył. Widok przesłaniały gęsto splecione konary wszechobecnego fikusa. Za to bardzo wyraźnie usłyszał przeplatany skrzypnięciami stukot.
Inwalida podniósł pokrytą ciemnobrązowymi włosami głowę i powiedział:
— Właśnie weszła pani Antonina. Ma protezę lewej nogi, więc trochę jej zajmie dojście tutaj. To zła kobieta i radzę panu się jej wystrzegać jak ognia…
Witek podniósł się.
— Niech pan stąd znika czym prędzej, póki ta harpia nie schwyciła pan w swoje szpony. Strasznie się znęca nad nowymi. Trzeba mieć do niej odpowiednie podejście.
Chłopak odwrócił się i już miał wyjść.
— Panie — szepnął nieznajomy. — Poratuj pan gazetą. Jest na stojaku za panem. Muszę się zakamuflować.
Witek pochylił się, na oślep wybrał jakieś czasopismo i podał je niepełnosprawnemu. Ów uśmiechnął się i zatopił w lekturze reklamy jakichś kosmetyków.
Pani Antonina właśnie wtaczała się na środek oranżerii. Była to kobieta gruba, o twarzy naznaczonej siatką naczyń krwionośnych. Oczy, niemalże całkowicie tonące w tłuszczu, wyrażały gniew i czepliwość. Witold minął ją bez słowa. Na szczęście nie zauważyła go, zajęta gmeraniem w przewieszonej przez pulchne ramię torebce. Wychodząc, zauważył, że wyjęła z niej paczkę chusteczek i wysmarkała się głośno. Po czym cisnęła chustkę do kosza.
— Co tam pan czyta, panie Feliksie? — spytała. Głos miała skrzekliwy i bardzo nieprzyjemny. — Coś ciekawego?
— O tak, natknąłem się na niezwykle interesujące zdanie — odparł dobrodusznie. — Niech pani posłucha: „Tylko teraz za jedyne dziewięćdziesiąt dziewięć złotych nabędziesz zestaw doskonałych kosmetyków naszej produkcji. W skład zestawu wchodzą: dwufazowy płyn micelarny, puder najwyższej jakości, korektor, kredka do ust, szminka oraz niepowtarzalny krem nawilżająco-łagodzący.” Wytłumaczy mi może pani co oznaczają te wszystkie fachowe terminy?
Pani Antonina zaśmiała się skrzecząco.
— Pan to mnie zawsze umie rozbawić, panie Felciu!
— Wypraszam sobie te zdrobnienia, pani Antonino! — kokieteryjnie mrużąc szare oczy, odfuknął Feliks. — Nie jesteśmy jeszcze na tym etapie znajomości. Zresztą, nie mam najmniejszej ochoty na bliższe poznawanie pani.
Kobietę aż zatkało ze zdumienia.
— Pan mnie obraża! — wysyczała po chwili.
— A gdzież bym śmiał! Po prostu wyrażam swoje zdanie. Chyba nie odbierze mi pani tego ostatniego prawa, które zostało mi po utracie możliwości błyskawicznej ucieczki na pani widok?
Antonina prychnęła gniewnie, pokuśtykała na drugą stronę pomieszczenia i opadła na pokrytą zielonym skajem kanapę. Po chwili jednak wstała, wyjęła z torby paczkę papierosów.
— Ma pan zapalniczkę? — spytała przez zaciśnięte na filtrze usta.
Pan Feliks udał, że do reszty zajęła go analiza niezwykłych promocji Rossmana. Otyła kobieta powtórzyła pytanie.
— Zapalniczkę? Zamierza pani puścić ten przybytek z dymem?
— Z dymem to ja zaraz pana puszczę!
— O, mogłem się tego spodziewać. Niestety, nie posiadam żądanego przez panią narzędzia zbrodni.
— Nawet pan nie szukał! — sapnęła rozwścieczona kuracjuszka.
Mężczyzna zaśmiał się. Pchana głodem nikotynowym Antonina podeszła do wózka i pochyliła się nad inwalidą.
— Nie szukał pan! — powtórzyła tonem oskarżycielki.
— Nie, nie szukałem. A wie pani, dlaczego? Bo akurat tak się składa, że zapalniczka znajduje się w tylnej kieszeni moich spodni, a wstać mi się nie chce. Za duże koszta energetyczne, rozumie pani?
Antonina nie wierzyła swoim uszom.
— I pan na tym tak cały dzień siedzi?!
Powietrze przeciął śmiech.
— Tak. Siedzę i myślę, że nieźle byłoby wstać i wyjąć to ustrojstwo spod tyłka, ale za każdym razem zwycięża lenistwo.
— Ale… Przecież palił pan dzisiaj.
— Tak, moja złota pani Antonino, paliłem. Ale pożyczone i odpalone od cudzego ognia.
— Jest pan chamem!
— Chciała pani powiedzieć: semitą? Tak, istotnie. Moja nieodżałowana matka była stuprocentową Żydówką. Co sobotę chodziła do synagogi, a co niedzielę do kościoła. Rozumie pani, w ramach urozmaicenia wyznaniowego czy jak to się tam jeszcze nazywa… ekumenizm chyba…
Pani Antonina wydała z siebie nieartykułowany jęk i cofnęła się.
— Zamknijże się pan wreszcie, na litość boską!
— Zamknąć się niestety nie mogę, moja pani, gdyż korka nie posiadam. Gdyby jednak była pani tak łaskawa, by użyczyć mi papieroska, zapewne sprostałbym żądaniu i zamilkł na jakiś kwadransik.
Zrozpaczona kuracjuszka załamała ręce, pogrzebała w torebce i wyciągnęła paczkę papierosów w stronę nieznośnego rozmówcy. Przyjął poczęstunek ze skinieniem.
— I czym pan teraz zapali? — spytała zaczepnie.
Pan Feliks uśmiechnął się, sięgnął do wewnętrznej kieszeni lnianej marynarki i wyjął zapalniczkę. Ogień zaigrał wesoło między palcami i musnął końcówkę papierosa. Zapalniczka powędrowała na miejsce.
— A mnie pan nie podpali?!
Szarooki rzucił jej rozmarzone spojrzenie i odszepnął coś niezrozumiale. Pani Antonia zaśmiała się.
„Co oni palą?” — myślał stojący pod drzwiami Witek. W pierwszej chwili chciał pójść do swojego pokoju, ale zabawna w gruncie rzeczy wymiana zdań dwojga skazanych na niepełnosprawność ludzi zainteresowała go. Stał więc za dzielącą oranżerię od reszty budynku szybą i słuchał. Nie mógł zrozumieć, skąd w rozmówcach tyle dobrodusznej zgryźliwości. Przecież ludzie zależni od wózka czy też odpinanej na noc protezy muszą być źli i rozgoryczeni. Muszą czuć się pokrzywdzeni przez los, zapomniani i porzuceni przez Opatrzność. A tymczasem tych dwoje…
Witold potrząsnął głową. Nie rozumiał ich wesołości.
Idąc w stronę klatki schodowej, wciąż słyszał dobiegający z oranżerii szmer rozmowy.
W pokoju było ciemnawo. Słońce za oknem chyliło się ku zachodowi. Witek przesunął dłonią po ścianie. Na włącznik natrafił niemalże od razu. Jasne światło oślepiło go na chwilę, ale gdy oczy przywykły, zobaczył, że stoi na progu czegoś, co istotnie bardziej przypomina celę, niż pokój. Pokryty purchlami sufit, odpadająca od ścian farba olejna koloru zgniłej trawy: wszystko to przywodziło na myśl dawno zapomniane więzienie.
Świeżości pomieszczeniu dodawał stojący na nocnym stole bukiet żółtych kwiatów. Choć sztuczne, sprawiły, że chłopak od razu poczuł się bardziej swojsko. Matka stawiała takie kompozycje na parapecie, ilekroć spodziewała się wizyty. Na czas „odwiedzin” Witold był musowo wyprawiany do babci, a potem, kiedy już podrósł i zrozumiał, kogo mama przyjmuje, sam wychodził z domu i, bywało, że wracał dopiero następnego dnia. Było mu dobrze z tym, że matka nie dzwoni, nie pyta o godzinę powrotu. Wtedy czuł się naprawdę wolny. Podczas jednej z takich samotnych wypraw stało się coś, czego skutki okazały się bardziej bolesne, niż myślał.
Tego jesiennego poranka matka jak zwykle wystawiła bukiet plastikowych żonkili i poszła do łazienki. Wyszła umalowana jak nieboskie stworzenie. Duszący zapach perfum zalał przedpokój. Wystarczyło jedno znaczące spojrzenie i Witek zniknął. Po drodze nad rzekę, nad którą najchętniej spędzał czas, myślał o tym, że jego ojciec zapewne już odpadł z sił od ciągłego przewracania się w grobie. Zmarł piętnaście lat temu, na zawał. Przed śmiercią pokłócił się z matką o coś, czego Witek zupełnie nie rozumiał. Rodzice wciąż powtarzali imię sąsiada z naprzeciwka. Po chwili ojciec wyszedł do przedpokoju, założył buty i nagle przewrócił się jak popchnięty. Próbowali go ratować, ale nic nie pomogło. Pogotowie przyjechało za późno. Witold miał cztery lata i niewiele rozumiał z tego, co się stało. Było tylko niesamowicie smutno z powodu utraty ojca.
Tamtego dnia, kiedy matka wystawiła na parapet żółte kwiaty, przygnębienie pchnęło go w stronę niewielkiej plaży, na której lubił się wygrzewać w te dni, kiedy świeciło słońce. Piasek był przyjemnie miękki i ciepły. Witek rozebrał się do rosołu, wskoczył do wody. Była idealna. Jej łagodne chlupotanie szybko rozleniwiło chłopaka na tyle, że zamknął oczy i poddał się prądowi rzeki. Nagle poczuł, że jego ciało coraz głębiej zanurza się. Poczuł tańczący pod nogami wir. Zaczął rozpaczliwie młócić rękoma groźnie spienioną wodę. Tylko cudem udało mu się uciec z wirującej pułapki. Wychodząc na brzeg, zahaczył nogą o coś metalowego. Szarpnął się i upadł. Kiedy się podniósł, piekący ból przeszył łydkę. Z trudem dotarł do miejsca, w którym zostawił ubranie. Wciąż jeszcze drżąc z przejęcia i strachu, pobiegł w stronę lasu. Noga bolała, ale nie chciał zwalniać. Bał się rzeki jak nigdy przedtem. W pewnej chwili zaczepił stopą o wystający korzeń i runął. Lewa ręka podwinęła się pod tułów. Próbował nią poruszyć, ale nie mógł. Każdy ruch bolał piekielnie. Ledwo powstrzymując płacz, Witek wyjął komórkę i wezwał pogotowie. Ratownik stwierdził złamanie z przemieszczeniem. Resztę wakacji chłopak spędził w gipsie.
Niestety, kość zrosła się źle. Rękę złamano jeszcze raz, nastawiono i znów zakuto w gips. Kiedy zdjęto go po paru tygodniach, okazało się, że mięśnie są zbyt osłabione, by mogły normalnie funkcjonować. Witka czekała długa rehabilitacja w pobliskim sanatorium. Chodzenie w temblaku, ciągłe drżenie kończyny przy najmniejszej próbie jej obciążenia, czasami odzywający się w przedramieniu tępy ból: wszystko to nieuchronnie prowadziło do stopniowej utraty wiary w wyzdrowienie. Witold uciekł taksówką po paru dniach. Kiedy stanął na progu domu i zadzwonił do drzwi, matka dała upust swej wściekłości i natychmiast zapisała syna do ośrodka rehabilitacyjnego w małej mieścinie, oddalonej o dobre kilkadziesiąt kilometrów.
Tym razem Witek nie miał najmniejszych szans na ucieczkę. Do zabitej dechami wiochy, gdzie mieściło się sanatorium, nie docierały żadne autobusy, a zasięgu w komórce prawie nie było. Z zewnątrz lecznica przypominała więzienie o zaostrzonym rygorze. Kierowniczka placówki z twarzy przypominała wychudzonego buldoga. Po niezbyt serdecznym powitaniu kazała Witkowi udać się do recepcji, sama zaś uczepiła się ramienia matki i gdzieś z nią zniknęła. Tak właśnie chłopak wpadł w szpony szarookiego inwalidy na wózku.
Wspomnienie niedawnego zdarzenia przy wejściu wprawiło Witolda w stan przygnębienia. Śladową uwagę, jaką obdarzyła go rodzicielka, odebrał jako wyraz jej nienawiści do siebie. Wiedział, że od razu po rozmowie z kierowniczką ośrodka wsiądzie do samochodu i pojedzie do domu. I na pewno nie będzie tam czekać bezczynnie. W końcu trzy tygodnie nieprzerwanej nieobecności syna nie zawsze się zdarzają.
Rozmyślania Witka przerwało donośne pukanie.
— Proszę!
Głos zza drzwi niewątpliwie należał do szarookiego.
— Idzie pan na kolację?
— Idę! — automatycznie odkrzyknął Witold i wyskoczył na próg. Na szczęście usztywniona ręka nie przeszkadzała mu w szybkim chodzeniu. Omal nie zderzył się z siedzącym na wózku mężczyzną, który w ostatniej chwili odjechał na tyle daleko, aby uniknąć wypadku.
— No, panie Witoldzie! Litości dla inwalidów! — I machnął ręką w kierunku korytarza.
Jadalnia była duża. Po obu stronach sali stały dwa rzędy stołów. Powietrze pachniało świeżo pokrojoną wędliną i chlebem.
— Proszę wybrać sobie miejsce, póki los nie zrobi tego za pana — szepnął szarooki i skierował się w stronę jednego ze stolików. Witek automatycznie podążył za nim.
Kolacja upłynęła w milczeniu. Nawet pan Feliks milczał, małymi kęsami jedząc posmarowaną masłem bułkę. Wędliny nikt nie tknął. Witold sięgnął po półmisek.
— Nie jedz pan tego — syknął ktoś. — Paskudztwo straszne.
Chłopak posłusznie odstawił naczynie. Po skończonym posiłku poszedł do pokoju i zamknął się na klucz. Nie chciał z nikim rozmawiać. Usiadł na łóżku i zatopił się w smutku. Rzucane półgłosem przez szarookiego słowa długo krążyły mu po głowie, powodując nieznośny mętlik. Weltzschmertz… Pragnienie katastrofy… Tak, szarooki miał rację. Katastrofa była potrzebna. Matka potrzebowała zagłady, aby w końcu zwrócić uwagę na syna. A on mógł zrobić tylko jedno, by tę zagładę przyspieszyć.
Usztywniona ręka przeszkadzała w wiązaniu węzła, ale nie potrzebował mocnej konstrukcji. To tylko próba samobójcza.
— Tylko próba — wmawiał sobie, włażąc na stołek. Taboret zachybotał się i upadł. Sznur był mocniejszy, niż myślał. Nie mógł się wyzwolić ze śmiertelnego ucisku. Ciemność zabrała go wraz z nadchodzącą nocą.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1520

Próba

Post#2 » 2 sie 2017, o 16:12

''Tęczówki były stalowoszare i roztaczały wokół siebie niesamowity blask.'' Tęczówki. Roztaczały blask. Wokół siebie. Tęczówki. Właśnie wyobraziłam sobie faceta z oczami świecącymi jak reflektory.
''Do wesela minie'' - chyba raczej ''się zagoi''. ''Minie'' mi tu nie pasuje.
''...że całkiem nieźle.
- Optymista z pana! – fuknął nieznajomy. – A wie pan, że to może i całkiem dobrze się składa? Wychodząc, zauważył, że wyjęła z niej paczkę chusteczek i wysmarkała się głośno. Poczym cisnęła chustkę do kosza.'' - 2x całkiem i ''poczym'' :kuku:
Opowiadanko przyjemne. Brakuje mi tylko większego umotywowania wyboru Witka - wcześniej gdzieś na początku wspomnieć, jak bardzo pragnął uwagi matki, a jak bardzo ona go w dupie miała.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Próba

Post#3 » 2 sie 2017, o 16:18

Dziękuję za komentarz, Karen. Coś ja się zawziąłem na facetów ze świecącymi oczyskami. :)
"Poczym"? Jestem zdumiony, że nie mogę z pierwszego razu tego poprawnie napisać... :kuku:
Nad motywem pomyślę, faktycznie go zabrakło.
Merci!
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

szczepantrzeszcz
Księżycowe Ostrze
Księżycowe Ostrze
Posty: 2002

Próba

Post#4 » 3 sie 2017, o 08:42

Na początek książka życzeń i zażaleń.

Witek jest brunetem? W pierwszym akapicie zabrakło przynajmniej jednego, a lepiej dwóch, zdań opisu.

Oszołomiony ilością pytań brunet milczał chwilę.
Tutaj "brunet" nie jest konieczny.

Po drodze natknął się na szarookiego.
"Szarookiego" wydaje mi się nieco mylące (potem już nie, ale na początku...). Napisałeś wcześniej, że tęczówki były stalowoszare i gdyby nie kontekst, bym nie załapał.

Moja nieodżałowana matka była stuprocentową Żydówką. Co sobotę chodziła do synagogi, a co niedzielę do kościoła. Rozumie pani, w ramach urozmaicenia wyznaniowego…
Boskie! Chociaż zamiast "urozmaicenia wyznaniowego" użyłbym słowa "ekumenizm". Dialog stalowoszarookiego i pani Antonii - rewelka.

Idąc w stronę prowadzącej na piętro klatki schodowej,
"prowadzącej na piętro" - Graf, spróbój przekonać samego Siebie, że ten krótki fragment nie jest Ci potrzebny. Gdybyś miał wątpliwości mogę podpowiedzieć, że czytelnikom na pewno nie jest :))

Tamtego dnia przygnębienie pchnęło go w stronę niewielkiej plaży,
Rozumiem, że piszesz o nieodległej przeszłości, jednak wcześniej zrobiłeś retrospekcję i w pierwszym momencie nie wiadomo czy chodzi o dzieciństwo Witka, czy o współczesność.


Miło przeczytać coś, co praktycznie nie zawiera błędów, zaomkoza w oczy nie kłuje, a całość wskazuje na to, że po prostu lubisz pisać. Czekam, kiedy skończysz Swoje wielkie dzieło. Chętnie przerobię na papkę intelektualną.

Dialogi zgrabne, ale znasz moją opinię o używaniu dywizów. Obciach i tyle :(

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Próba

Post#5 » 3 sie 2017, o 11:51

Dziękuję za opinię, Szczepanie. Uwagi się przydadzą. Dywizy... Ach, przeklęta nieuwaga! Pardon!
szczepantrzeszcz pisze:Czekam, kiedy skończysz Swoje wielkie dzieło. Chętnie przerobię na papkę intelektualną.

Możesz śmiało przerabiać, na razie nie mam siły na przeróbkę całości, a końcówka już jest wydana na pastwę. :)
Pozdrawiam,
Graf

Dodano po 26 minutach 49 sekundach:
Błędy poprawiłem. Mam nadzieję, że tym razem dialogi wyszły poprawnie. :)
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1066

Próba

Post#6 » 4 sie 2017, o 16:11

Przeczytałem dwukrotnie z przyjemnością. Dobrze napisane!
Przyczepiłbym się (moja specjalność) tylko do dwóch miejsc: pierwsze powtórzę za Karen – brak większego umotywowania postępku Witka, dodałbym kilka zdań w tej kwestii i coś o przygotowaniu. W każdym razie zakończenie jest zaskakujące – to oczywiście plus. Drugie: biegł przez las, przewrócił się, z ręką coś nie tak i wzywa pogotowie? Do lasu wjechało? Trochę to brzmi nienaturalnie. Mógł przecież iść, powinien (teoretycznie) dojść do domu, a przynajmniej gdzieś na drogę i dopiero dzwonić.

Chłopak podziękował i udał się do okienka naprzeciwko. Operacja z ziewaniem i wpisywaniem danych powtórzyła się. W końcu Witek otrzymał klucz i ruszył w stronę klatki schodowej. Po drodze natknął się na szarookiego.

Trochę za dużo „się”. W następnym zdaniu też będzie. I dalej gdzieniegdzie też jest ich sporo.
Można na przykład tak:
Chłopak podziękował i podszedł do okienka naprzeciwko. Operacja z ziewaniem i wpisywaniem danych została powtórzona. W końcu Witek otrzymał klucz i skręcił w stronę klatki schodowej. Po drodze wpadł na szarookiego.
Nie musisz likwidować wszystkich; chciałem tylko pokazać, że można.

— Wypraszam sobie te zdrobnienia, pani Antonino! — kokieteryjnie mrużąc szare oczy, odfuknął Feliks.

— Wypraszam sobie te zdrobnienia, pani Antonino! — Kokieteryjnie mrużąc szare oczy, odfuknął Feliks.

Chyba nie odbierze mi pani tego ostatniego prawa, które zostało mi po utracie możliwości błyskawicznej ucieczki na pani widok?

Powtórzone „mi”. „pani” również, ale w rozmowie to nie razi.

Nagle poczuł, że jego ciało coraz głębiej zanurza się.

Nagle poczuł, że jego ciało zanurza się coraz głębiej.

Awatar użytkownika
pauvrelelian
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 111

Próba

Post#7 » 4 sie 2017, o 21:36

Co do rzeczy najważniejszych, zgadzam się z Przedmówcami, zwłaszcza w kwestii podkreślenia tego pragnienia uwagi, na tyle silnego, że w finale chłopak próbuje upozorować samobójstwo. Od siebie dodam, że opowiadanie bardzo mnie urzekło. Jest w nim coś niesamowicie ciepłego, może to zasługa staruszków, może tych żółtych kwiatów (choć ich znaczenie jest raczej negatywne) - nie wiem, ale na pewno Twój tekst i jego klimat zapamiętam. Poza tym bardzo dobry warsztat. Dziękuję za lekturę!
facebook: Marcin Podlaski Poezja Record
instagram: marcinpodlaski_poetryrecord

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Próba

Post#8 » 10 sie 2017, o 11:40

Pauvrelelian, dziękuję za lekturę i komentarz. Nad podkreśleniem motywu myślę, chociaż trochę za mało. Chodzi mi po głowie inny, nieco większy pomysł i na nim się skupiam. Ale do "Próby" wrócę. :)
Cieszę się, że tekst wywołał pozytywne wrażenie.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Wróć do „Scholarium prozatorskie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości