Zakładki - jak działa forumowa opcja dodawania zakładek. Zapisz tekst na liście i przeczytaj później!

Event Noc Świętojańska - zachęcamy do czytania prac uczestników!
Odsłona poetycka i prozatorska.

Klucz do Wieloświatu - Prolog

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
AjronX
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 3
Zobacz teksty użytkownika:

Klucz do Wieloświatu - Prolog

Post#1 » 13 sie 2019, o 22:12

Prolog
Drzwi małego, oświetlonego kilkoma świecami pokoiku, otworzyły się gwałtownie, z trzaskiem uderzając o przyległą ścianę. Impet z jakim wszedł do pokoju starszy mężczyzna, zgasił jedną ze świec na biurku. Kilka kartek wzbiło się w powietrze i opadło z szelestem na drewnianą podłogę, a płomienie reszty świec zatańczyły niespokojnie. Mężczyzna w długiej, poszarpanej i ubłoconej szacie, zatrzasnął drzwi i przywarł do nich plecami. Dyszał ze zmęczenia, a jego pierś unosiła się i opadała rytmicznie z każdym, łapanym ciężko oddechem. Zamknął oczy i szeptał do siebie nerwowo.
— To… jak to?... Jak ona... mnie znalazła? To... niemożliwe… — słowa wypadały z jego ust przy każdym, głośnym wydechu. — Znowu… muszę… to… naprawić! — otworzył oczy i zerwał się gwałtownie, odpychając od drzwi w kierunku starej, drewnianej biblioteczki. Deski półek uginały się pod ciężarem dziesiątek książek o różnokolorowych grzbietach. Gdzieniegdzie wciśnięte w nieładzie zwoje, dopełniały złudzenia niezwykłej delikatności całej konstrukcji. Mężczyzna rzucał wzrokiem chaotycznie, czytając bezgłośnie napisy na grzbietach książek.
Sięgał po niektóre, zatrzymując dłonie w powietrzu, jakby wydawało mu się, że znalazł tę właściwą.

— Jest! — wyjął uradowany trzy niegrube książki i wrzucił je do skórzanej torby leżącej na biurku. — O, już bym zapomniał! — Zebrał z blatu otwartą książkę, zapisaną ręcznie do połowy.
— Mam nadzieję, że to ci wystarczy — powiedział do kogoś nieobecnego, patrząc z niepewnością na niedokończone zapiski. Wtem wzdrygnął się i spojrzał odruchowo na drzwi pokoju. Z dolnego piętra domu rozległ się trzask wyważonych brutalnie drzwi.
— Wy dwaj, przeszukajcie dół i piwnicę! Reszta za mną, na górę — dobiegł z podwórza wyraźny rozkaz kobiety.
Mężczyzna wrzucił ostatni rękopis do torby i podbiegł do okna wychodzącego na frontowe wejście domu.
— To ona! — nie zastanawiając się długo, zerwał się z miejsca i podbiegł z powrotem do biurka. Chwycił za pustą kartkę i zamoczył pióro w kałamarzu. Zawiesił je nad kartką i myślał przez chwilę, co napisać. Czasu zostało niewiele. Trzaski drzwi, przewracanych mebli i krzyki plądrujących w pomieszczeniu obok stawały się coraz głośniejsze. Krople potu skapywały mężczyźnie z nosa lądując na pustej kartce, a on wciąż nic nie napisał.
— No dalej! Przecież myślałem o tym już tyle razy! — wyszeptał wściekle przez zaciśnięte zęby. W tym momencie raban w sąsiednim pomieszczeniu ucichł.
— To koniec? Jestem bezpieczny? Odpuścili? — przez głowę czarodzieja przemykały teraz same pozytywne myśli. — Zaklęcie iluzji musi jeszcze działać.
Cały ten pokój oraz wejście do niego zostały zamaskowane. Z zewnątrz, zamiast tego piętra, widać jedynie skośny dach z kominem, równie zaniedbany, co reszta ścian domu. Taka iluzja wymaga nie byle jakiej wyobraźni oraz odpowiedniego zasilania. Czarodziej zamyślił się, gdy powtórzył swoje słowa.
— Iluzja jeszcze działa. Jeszcze... — spojrzał w kąt pokoju obok okna. Odłożył pióro i powolnym krokiem ruszył w stronę zamkniętego kufra, starając się nie wywołać skrzypienia desek starej podłogi. — Musi działać, skoro jeszcze tu nie wparowali.
Odsunął kufer od ściany, by móc do końca otworzyć wieko. Z wnętrza wydobyła się niebieska, migocząca nierówno poświata; kryształ zasilający jest na wykończeniu. Wskazywało na to również świecenie ostatniej z pięciu lamp gazowych, które wskazywały poziom naładowania Generatora Podtrzymania Zaklęć.
— Kurdebele, poniżej jednej kreski. Zaraz padnie.
Wstał i podszedł do szklanej gabloty przy przeciwnej ścianie. Wertował wzrokiem po półkach przedziwne, mechaniczne ustrojstwa, które kompletnie nie zdradzały swojego przeznaczenia, ale on wiedział czego szuka. Ściągał z półek co poniektóre z nich, by lepiej się im przyjrzeć, ale nie znalazł w żadnym kryształu zasilającego.
— Po prostu świetnie. Bez zasilania, to po prostu wystawa osobliwych ciekawostek. Złom! — nie krył złości do samego siebie, bo przerabiał to już wiele razy. Lenistwo, odkładanie wszystkiego na później. — Noż kurde! Kiedy się w końcu nauczę...
Usiadł na krześle przy gablocie i uderzył ze złością pięściami w kolana. Bił się tak naprzemiennie po nogach, jakby oszalał ze wściekłości. W końcu wstał, podniósł krzesło i cisnął nim o podłogę, aż rozleciało się i połamało na wykałaczki. W rękach został mu tylko fragment oparcia. Kiedy tak się pochylił, z kieszeni na na jego piersi wypadło pozłacane urządzenie w kształcie sześcioramiennej gwiazdy. Upadło głucho na deski wierzchnią stroną i zaczęło klikać, jak tryby wewnątrz zegarka.
Mężczyzna spojrzał na urządzenie z przerażeniem.
— Oj… — w tej sekundzie, powietrze wokół niego zawirowało i zajarzyło się złoto—niebieskim blaskiem. Regał, gablota i wszystkie luźno porozrzucane przedmioty, uniosły się w powietrze. Mężczyzna, rozkraczony i pochylony z kawałkiem drewnianego oparcia, także zaczął odrywać się od podłogi.
— Kur…! — nie dokończył, rozpływając się w obłoku wirującego zarysu jego postaci, wciągniętego do urządzenia. Jego spód zajarzył się na biało tak gorąco, że wydobyły się z niego iskry i strużka dymu. W powietrzu uniósł się smród spalenizny.
W pomieszczeniu obok znów rozległy się głosy.
— Musi gdzieś tutaj być, nie przestawajcie szukać. Choćby ukrył się w ścianie, macie go znaleźć!
Tymczasem mężczyzna pojawił się po chwili z powrotem.
— Jasny gwint, o mało znowu tam nie namieszałem. — Chwycił leżące na podłodze ustrojstwo, które było już zimne w dotyku. Złota, sześcioramienna gwiazda, na środku wypukły i wytarty już przycisk. Na płaskim odwrocie niebieski kryształ zasilający we wgłębieniu. Ten migotał teraz nierówno, trochę stabilniej niż ten z Generatora. Był jednak na wyczerpaniu.
— A może by tak… — mężczyzna wpatrywał się w świecący kryształ w milczeniu, jakby próbował znaleźć w nim odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Kolejne spojrzenie, na ledwo zipiący Generator Podtrzymania Zaklęć, w kącie pokoju. Rozmyślał, czy może podmienić kryształ i utrzymać iluzję, która go teraz ochroni, ale z tyłu głowy miał już ustalony plan, na tygodnie przed tym jak wbiegł do tego pokoju. Nie miał więcej kryształów, więc decyzję musiał podjąć naprędce. Wiedział co musi zrobić, ale wciąż był niezdecydowany.
— To nic nie da. Nie mogę się tu ukryć. Dość namieszałem, On musi to odkręcić! — wspomniał zdecydowanie o kimś dla niego ważnym. Spojrzał na książkę na biurku oraz leżącą obok pustą kartkę. Nie napisał na niej jeszcze nic. Zamiast atramentem, skropił ją jedynie kroplami potu, ściekającymi z przerażenia.
— Kartka… wiadomość! — oprzytomniał i zerwał się z miejsca. Podbiegł do biurka, chwycił pióro i ponownie zanurzył w kałamarzu.
— Macie przeszukać każdy kąt, choćbyście mieli lizać ściany! — kobiecy krzyk w pomieszczeniu obok, wyrwał mężczyznę z zamyślenia i w przypływie adrenaliny naskrobał na kartce dwa słowa. Zarzucił na ramię torbę z książkami i wsunął wiadomość. Wyciągnął z kieszeni urządzenie w kształcie gwiazdy. Na zamku szyfrowym, poniżej centralnego przycisku, wykręcił liczbę 2007, następnie obracał po kolei cztery pierścienie z otworkami wskazującymi wartości liczbowe. Pierwszy ustawił na 7, potem kolejno, 26 i 23. Położył gwiazdę na podłodze i wstał, otrzepując nogi i ręce, jak pływak, który ma za chwilę oddać skok do basenu. Niebieskie światło ze skrzyni pod oknem zgasło. Zza ściany dobiegł krzyk.
— Drzwi! Tu są drzwi!
Iluzja kryjąca ten pokój przestała działać.
— Odsuńcie się! — krzyknęła kobieta, a drzwi eksplodowały, obracając się w drzazgi. Do pokoju wbiegło dwóch, odzianych w czerń i czerwone płaszcze mężczyzn. W dłoniach dzierżyli po książce i mieczu. Za nimi siwowłosa kobieta w czarnej sukni z czerwoną peleryną, a w ręku trzymała drewniany kostur, wycelowany wprost na mężczyznę.
— Nigdzie nie pójdziesz! W końcu zapłacisz!
Mężczyzna cofnął się o krok i nadepnął na urządzenie. Ponownie, powietrze zawirowało, a przedmioty w pokoju oraz wszyscy zebrani, zaczęli unosić się delikatnie nad ziemią. Kobieta i jej ludzie patrzyli z przerażeniem, patrząc na stopy odrywające się od ziemi.
— Co się dzieje? Co ty robisz?!
— Żałuję tego co Ci zrobiłem, ale naprawdę muszę już iść. Naprawię to. Obiecuję — z laski kobiety wystrzeliła siatka, którą zamierzała schwytać mężczyznę, ale on w tym momencie zniknął. Wszyscy w pokoju zamarli w bezruchu, włącznie z siatką. Czas się tutaj zatrzymał.

* * *
Wieczór w Watermill był tego lata wyjątkowo ciepły. Bezchmurne niebo zdobiły niezliczone gwiazdy oraz księżyc, który oświetlał okolicę lepiej niż uliczne latarnie. Asfalt błyszczał skropiony padającym niedawno deszczem. Z okien domków wzdłuż ulicy nie biło już światło, miasteczko spało. Na podjazd jednego z domów wjechał samochód, ktoś najwyraźniej miał ważne sprawy do załatwienia przed północą. Na środku ulicy, w środku ronda, stała kamienna studnia z pięknym, skośnym daszkiem. Po chwili powietrze nad studnią zawirowało i zajarzyło się na złoto—niebiesko. Samochody zaparkowane wzdłuż ulicy uniosły się na kilka centymetrów, a latarnie gasły parami, najpierw te najbliżej studni. W świecącym nad nią powietrzu pojawił się starszy mężczyzna, w długiej, poszarpanej i ubłoconej u dołu szacie. Runął z wysokości pierwszego piętra na studnię, doszczętnie niszcząc jej odnowiony daszek. Powietrze uspokoiło się, latarnie znów zaświeciły, a samochody opadły z niemałym trzaskiem na swoje miejsca.
— Kurdebele, kompletnie zapomniałem o tej studni… no i muszę w końcu opracować Przestrzeń… Czas, to za mało. Ja i moje przeklęte lenistwo... — jęknął mężczyzna zwijający się z bólu. Wstał z ulicy, chwycił się za bolące żebra i rozejrzał po okolicy. Dostrzegł znajomy widok; dom z okratowanym na pierwszym piętrze oknem i srebrne kombi na podjeździe. Ruszył pospiesznym krokiem w przeciwnym kierunku i przystanął kilka ulic dalej.
— Wow, jeszcze stoi. — Uśmiechnął się patrząc na znajomy dom, którego nie widział od wielu lat, a oczy zaszły mu łzami. Przetarł je rękawem i ruszył przed siebie.
Furtka była zamknięta, ale jeden ruch ręki w powietrzu uchylił ją przed mężczyzną. Poszedł na tył domu, gdzie zobaczył na ścianie drewnianą kratownicę, po której pięły się pnącza jakiejś rośliny, zapewne bluszczu. Drewniana konstrukcja sięgała do balkonu na pierwszym piętrze.
— O, nie. Jestem już za stary na takie zabawy. — Wyciągnął dłonie przed siebie i okrężnym ruchem zatoczył od góry łuki w obie strony. Gdy dłonie się spotkały, zacisnął je w pięści i uniósł w linii prostej w grę. Stopy mężczyzny oderwały się od ziemi i wylądował na balkonie na pierwszym piętrze.
Drzwi były otwarte, zresztą nietrudno o to przy letnim ukropie. Uchylił zasłonę i rozejrzał się po ciemnym pokoju. Księżyc nie zapewniał tutaj dobrego światła, ale zasłony były na tyle cienkie, że przepuszczały delikatne widmo jego blasku. Mężczyzna postąpił krok do pokoju. Tuż przed nim stał zagracony ubraniami i pudłami stół. Jego uwagę zwrócił natychmiast czerwony napis, który wyświetlał się na suficie.
— BO… BOEZ? — wydukał mężczyzna niepewnie. — to jakieś zaklęcie? — zażartował sobie, nie rozumiejąc napisu.
W kącie po prawej, pod oknem, zobaczył w łóżku śpiącego chłopca. Uśmiechnął się i wzdychnął, jakby z politowaniem.
— Śpij, Eriku, śpij. Jutro zacznie się twoja wielka przygoda. — Podszedł do stołu i wyciągnął ze swojej torby cztery, spakowane naprędce książki. Włożył je do kartonu z innymi.
— Jutro poznasz prawdę. Jutro dowiesz się kim… — nie dokończył, gdyż zaczął posuwać się w tył, całkiem bezwiednie. Próbował zrobić krok naprzód, ale wciąż cofało go w stronę okna. Zaczął oglądać się wokół siebie, ale nie wiedział co się dzieje. Ostatnim, przerażonym spojrzeniem, zerknął na torbę.
— List! Wiadomość! — wyciągnął kartkę z torby i próbował odłożyć do kartonu książek. Puścił ją, ale w tej sekundzie jakaś niewidzialna siła szarpnęła nim do tyłu. Wyleciał przez balkonowe drzwi, uderzając o barierkę, a kartka, którą trzymał w dłoni, pofrunęła obok stołu i spadła pod łóżko śpiącego chłopca.
— Ja chcę cytrynowe, uwielbiam je! — chłopiec przebudził się gwałtownie słysząc uderzenie o barierkę balkonu. Wyrwany ze snu, nie wiedział co się dzieje. Zerknął na swój cyfrowy budzik.
Postawiony był do góry nogami, więc ustawił go i wytężył zaspany wzrok, by wyczytać godzinę.
— 23:08. Czemu ja nie śpię, czemu nie jem lodów? — Spojrzał w stronę balkonu. Zasłona huśtała się jeszcze, ale zbyt silnie, by mógł nią poruszyć wiatr. Zwróciło to uwagę niemal nieprzytomnego chłopca, więc sennym krokiem zbliżył się do okna i wyszedł na powietrze. Rozejrzał się po podwórku, ale niczego nie zobaczył. Wrócił do pokoju przecierając oczy. Spojrzał na książki w kartonie i wziął pierwszą z wierzchu.
— Co to? To moje? Abaracaradurus? — wybełkotał sennie i odłożył ją na miejsce, nie zastanawiając się nad tym wcale. Pragnął już tylko spać i wrócić do sennych marzeń. — Kurdebele, co mi się śniło? Coś fajnego to było! Ja chcę spać, dawaj spać... Aaa, lody! — podreptał do łóżka i wtulił się w poduszkę z nadzieją kontynuowania smacznego snu.

Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości