Opętanie przez G.

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Konrad Mazur
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 114
Zobacz teksty użytkownika:

Opętanie przez G.

Post#1 » 10 wrz 2019, o 22:41

Pan Fanta siedział na pustym, betonowym wazonie, postawionym przed wejściem do sklepu z galanterią. Gdy obok niego przechodziła grupa upośledzonych dzieci, prowadzonych przez starszą kobietę o znudzonym wyrazie twarzy, zamknął oczy i zacisnął usta. Przypomniał sobie, jak jego ojciec zaprowadzał pod studnię w starym ogrodzie i straszył, że go tam wrzuci, gdy syn nie przestanie się jąkać. Krzyczał „Jesteś głupek” i „Twoje miejsce jest tam w dole!”. Mały Fanta bardzo się bał, wrzeszczał jak opętany i kurczowo trzymał nogawek swego taty. Po dwóch latach takiej ostrej terapii nie jąkał się już i potrafił płynnie deklamować wiersze polskiego poety Czechowicza, którymi zachwycała się jego mama, pochodząca z miasta Danzig. A do studni nigdy już nie zajrzał, bo bał się tego, co zobaczy na jej dnie.

Gdy upośledzone dzieci zniknęły, wchłonięte przez wnętrze sklepu, pan Fanta otworzył znów oczy i podrapał się po czubku nosa. Następnie dołożył palec wskazujący do ust i skupił się na myśli, która krążyła mu po głowie, zanim jeszcze zobaczył obok te biedne, chore maleństwa. Myśl ta brzmiała: „Kiedy spotkał Pisarza Johanna Gambolputty de von Ausfern Schplenden Schlitter Crass Cren Bon Fried Digger Dingle Dangle Dongle Dungle Burstein von Knacker Thrasher Apple Banger Horowitz Ticolensic Grander Knotty Zieliński Spelltinkle Grandlich Grumblemeyer Spelter Wasser Kurstlich Himble Eisenbahnwagen Gutenabend Bitte einen Nürnburger Bratwürstel Gespurten mit Weimache Luber Hundsfut Gumeraber Schönendanker Kalbsfleisch Mittleraucher von Hautkopft Misiewicz z Buenos po raz pierwszy?”. Zadumał się, cofając wspomnieniami w czasie do tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku.

(…) puste ulice Berlina Zachodniego sprawiały wrażenie, jakby było się samotnym człowiekiem na Ziemi, ostatnim mieszkańcem planety. Na widok przechodnia, krzyczałem „O, ktoś idzie!”, a potem przeskakiwałem na drugą stronę ulicy. Takie wrażenie robiła na mnie inna, obca osoba w tym mieście. Czy wojna ich przetrzebiła, czy bali się wychodzić z domów? Często i długo nad tym rozmyślałem, kiedy przebywałem w swoim pokoju, na piętnastym piętrze wielkiego budynku przy Bartnigallee11/13. Te samotne chwile, których miałem w nadmiarze, ciążyły mi niczym kamień przywiązany do szyi. Dusiły, pozbawiały tchu, do tego męczyła mnie astma, której nabawiłem się w dzieciństwie. Tak przynajmniej mówiła mi moja mama, kiedy jeszcze chciała się do mnie odzywać.

Kawiarnia „Zuntz”. Tam go spotkałem. Pamiętam dobrze, jakby to było zaledwie tydzień temu. Pisarza z Argentyny, choć podobno urodził się w Polsce, czego nikt nie potrafił mi udowodnić. Nieliczne chwile, spędzane w tym lokalu, w gronie równieśników z Uniwerystetu Berlińskiego, młodych anarchistów, zielonych, pacyfistów i intelektualistów lewicowych, sprawiały mi niebywałe poczucie spełnienia. Wybierałem się tam zawsze w czwartki i poniedziałki, zaraz po godzinie siedemnastej. Przygotowany byłem porządnie do dyskusji od strony strukturalizmu C.S. Straussa, egocentryzmu i nowoczesnej powieści francuskiej. Chciałem zaimponować, zabłysnąć, zrobić wrażenie na pewnej dziewczynie, która też tam przychodziła i zawsze miała coś mądrego do powiedzenia. Rogowe, duże oprawki okularów, ciemne, długie włosy związane w kitkę i nerwowe przygryzanie dolnej wargi, kiedy traciła pewność siebie, albo zapominała argumentów na obronę swego twierdzenia. Taką ją zapamiętałem. Kilka razy starłem się z nią słownie, tylko my, we dwoje, prowadziliśmy wtedy dialog, a reszta nam się przysłuchiwała. Pisarz patrzył na nas swoimi nieprzeniknionymi oczami i gładził się po gładkich policzkach. Czasami lekko się uśmiechał i kiwał potakująco głową, jakby tym gestem dodawał otuchy w tych potyczkach i dyskusjach. To były piękne chwile, dla których warto było studiować te potężne księgi, pisane przez niezrozumiałych oraz piekielnie trudnych filozofów europejskich, a po takiej lekturze miałem niezły mętlik w głowie. Czasem ból fizyczny.

A potem, gdy my już się wystrzelaliśmy z tematów, gdy kurz bitewny opadł po naszych debatach, on zaczynał opowiadać. Mówił pięknym, hiszpańskim językiem, który tłumaczono nam na bieżąco, dzięki uprzejmości pani Braun, żony pewnego Katalończyka, właściciela restauracji w Berlinie. Pisarz siedział za stolikiem, zwykle ubrany w lniany, jasny garnitur, jedną rękę trzymał na blacie, druga zwisała mu bezpiecznie z boku i przedstawiał nam zawiłe problemy filozoficzne, które w jego interpretacji stawały się przejrzyście proste. Niekiedy opowiadał nam o swoich książkach, których byliśmy wielkimi wielbicielami.

Ucieczka w młodość. To był jego zasadniczy projekt, na którym oparł swoją twórczość. Niedojrzałość sprzeciwiająca się dojrzałości, piękno kontra brzydota, człowiek przeciw ludzkości. Oczy mu się świeciły, gdy mówił o swojej pierwszej powieści, wydanej jeszcze przed II Wojną. Traktował ją jak najsłodsze dziecko, co to bezwarunkowo się je kocha. Dzięki tej książce zdobył uznanie na rynku czytelniczym w Hiszpanii, a potem wyjechał do Argentyny, w której spędził dwadzieścia dwa lata życia.

Wszystkie jego dzieła zostały przetłumaczone na język niemiecki. Posiadałem je oczywiście w mojej prywatnej biblioteczce, tomy stojące w eksponowanym miejscu na środkowej półce. Do „Dzienników” Pisarza, dzieła wybitnego i totalnego, liczącego ponad 3000 stron, wracałem często, szukając w nich odpowiedzi na nurtujące mnie pytania oraz by pogłębić stan swojej wiedzy o ludzkiej wyobraźni. Posiadałem oczywiście dedykację, napisaną pięknym charakterem pisma przez Pisarza. „Dla Fanty, który potrafi słuchać, potrafi mówić i potrafi łączyć te stany w jedno”.

Czym mnie zachwycił, iż stałem się jego wielbicielem i Uczniem? Czemu On? A nie inny zawodowy literat? Mieliśmy wtedy, w latach sześćdziesiątych w Berlinie Zachodnim, kilku genialnych pisarzy, ocierających się nawet o literacką Nagrodę Nobla, o Nagrodę Formentor czy uporczywie szukających swej sławy w wielotysięcznych nakładach książek, wykupowanych na pniu przez Czytelników. Ten Pisarz był ponad nimi. Swą nieprzeciętną inteligencją górował nad wszystkimi znanymi mi osobami. Jakby to sam Anioł, co zszedł na chwilę na Ziemię, by dać swą obecnością dowód w istnienie Boga. I ja stałem się jego wyznawcą. Zazdrościłem mu wiedzy, talentu, sposobu bycia. Chciałem być jak on. Nawet śniłem o tym, w lustrze oglądając jego głowę na moim tułowiu.

Gdy Pisarz odlatywał do Paryża, po wypełnieniu rocznego stypendium literackiego w Berlinie, przyznanego przez Fundację Forda dla najznakomitszych artystów dekady, byłem na lotnisku, żegnając go z pokładu widokowego. Machałem gazetą i bawełnianym szalikiem zwisającym z szyi, a w oczach błyszczały mi łzy. Na zawsze zmienił on moje patrzenie na świat, na życie wewnętrzne, a stosunki personalne z innymi ludźmi stały się bardziej pełniejsze i wyraziste. Poświęciłem mu pracę doktorską, bronioną na Uniwersytecie Berlińskim. Po jego wylocie do Paryża, a później do Argentyny, gdzie umarł w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku na niewydolność pracy serca, nie dane mi było go zobaczyć ponownie.

Ale los płata różne figle.



(…)

Pan Fanta poprawił nogawki swoich spodni, marszczących się od byle ruchu nóg. Spojrzał na budynek Poczty, gdzie przed paroma minutami zniknęła jego małżonka. Zbliżały się Święta Wielkiej Nocy, radosny, oczekiwany moment dla każdego chrześcijanina. Kobieta poszła wrzucić kartki świąteczne do skrzynki, a przy okazji odebrać paczkę, jaka przyszła na adres domowy państwa Fantów, których akurat nie było w domu, kiedy listonosz ją przyniósł. Zostawił więc awizo w drzwiach i ruszył w dalszy obchód swego rejonu.

Pan Fanta czekał cierpliwie na żonę, siedząc opartym o betonowy wazon, w którym to, kiedy jest sezon letni, rosną kolorowe bratki oraz różnorodne magnolie. Zabijał w sobie wielką ochotę na zapalenie papierosa. To już trzy tygodnie, gdy rzucił palenie. Trzy bardzo trudne tygodnie, w których zdążył pokłócić się z połową sąsiadów w kamienicy, bratem, bratową i trochę z własną żoną, którą, jako trenerkę zimnej yogi (ćwiczy się w pomieszczeniu, gdzie jest mniej niż siedem stopni Celsjusza), nie łatwo było wytrącić z równowagi. To z nią właśnie toczył te pamiętne debaty intelektualne, gdy spotykali się, siedemnaście lat temu w kawiarni „Zuntz”, przed przysłuchującym się im Pisarzem oraz gronem studentów. Została mu żoną, kochanką, przyjacielem i towarzyszem życia. Zapisała się do partii marksistowskiej, gdzie robiła karierę jako radna dzielnicy Steglitz, on wykładał literaturę niemiecką na Uniwersytecie. Nie mieli dzieci. Pan i Pani Fanta.

– Mam ją – kobiecy, miły dla ucha głos, zabrzmiał nad uchem Fanty – Z Argentyny nadana. Ciekawe od kogo?

– Hmm? – Pan Fanta ocknął się z zamyślenia, w które wciągnęły go marzenia o zaciągnięciu dymem z papierosa – Skąd ta paczka?

– Z Argentyny. Nie słuchasz mnie? Czy niewyraźnie mówię? – w jej tonie zabrzmiała nikła nutka irytacji. Pani Fanta znajdowała się na etapie gruntownych przemyśleń o przyszłości swego małżeństwa z bezpłodnym, nudnym i niepewnym siebie partnerem. Chciała go zostawić i ułożyć swoje życie z kimś innym, z kimś, kogo miała już na myśli. Pan Fanta nic o tym nie wiedział, nie domyślał się nawet. Faceci rzeczywiście mają małe pojęcie o kobietach.

– Kto mógł nam przysłać stamtąd przesyłkę? Adresat się przedstawił? – zapytał, patrząc na zgrabne nogi swej żony.

– Nie. Lakonicznie zaadresowana. Pisze: dla Fanty. Może być więc do mnie, jak również i do ciebie. Otwieramy tutaj, czy w domu?

– A ty jak uważasz?

– Zadałam ci pierwsza pytanie i oczekuję na nie odpowiedzi, jak od odpowiedzialnego i poważnego mężczyzny. Nie zmuszaj mnie do podejmowania każdej decyzji w naszym związku – irytacja kobiety stała się bardzo wyczuwalna. Instynktownie zaczęła dążyć do kłótni.

– Może w domu? – nieśmiało zaproponował pan Fanta.

– Dobrze. Niech będzie w domu. Kupimy jeszcze po drodze kiełbaski na obiad i zostawisz u dozorcy klucz do piwnicy. Niech go ten stary piernik naprawi wreszcie, bo nie mam zamiaru mocować się z zamkiem, za każdym razem gdy schodzę do piwnicy po ulotki. Chodź.

Pan Fanta podniósł się, podrapał po pośladku, co nie uszło krytycznej uwadze swojej żony, i wyciągnął rękę po paczkę.

– Może ja ją wezmę? – rzekł spokojnym głosem, jakim zwykle przemawiał do swoich studentów.

– Nie trzeba – krótka odpowiedź zabrzmiała w wiosennym powietrzu, niczym świst kija do golfa.



(15 minut później)



– Co to jest?

– Kaseta VHS. Niepodpisana. Kto nam mógł wysłać kasetę z Argentyny? Masz tam jakichś znajomych, krewnych? – Pan Fanta wpatrywał się swymi okrągłymi oczami na blat biurka, gdzie leżała czarna taśma. Obok niej położyli czystą kartkę papieru, którą nadawca dołączył do przesyłki.

– Nikogo nie znam, nie mam. A ty? – kobieta zwróciła się do męża, drapiąc się po piersi. Podejrzewała, choć nie chciała tego teraz okazywać, że jest to związane z jakimś niecnym czynem jej faceta, którego dopuścił się bez jej wiedzy. Zdrada? Tego by mu nie wybaczyła. Nielegalny zakup jakiegoś produktu z Ameryki Południowej? Wybaczyłaby, lecz z oporem.

– Też nie. Trochę to dziwne, prawda?

– Włącz magnetowid. Zaraz zobaczymy co tam jest na taśmie.

Pan Fanta podłączył kabel do urządzenia, poczekał chwilę, aż telewizor włączy się i pokaże na ekranie kolorowe paski, migające szybko w poziomie. Pół roku zbierali pieniądze na to ultranowoczesne urządzenie medialne, z wbudowanym magnetowidem i dwoma głośnikami stereo.

Włożył kasetę do otworu, zniknęła ona zaraz w czeluściach sprytnej maszyny. Ekran zrobił się czarny, a po krótkiej chwili zobaczyli początek nagrania. Za sporym biurkiem, w pokoju pomalowanym na kolor zielony, siedział Pisarz, ten sam, którego Pan Fanta żegnał na lotnisku w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku, który zmarł przecież tyle (ile?) lat temu. Ręce trzymał sztywno na blacie, plecy miał proste, a głowę podniesioną wysoko, by wyniośle patrzeć na rozmówcę. Takim go pan Fanta zapamiętał. Uśmiechnął się do wspomnień, a potem zamarł w bezruchu na kanapie, zdziwiony tym, iż niedawno przecież, może trzydzieści minut temu, siedząc przed sklepem z galanterią i czekając na swoją małżonkę, wspominał pobyt tego Pisarza w Berlinie. Co za zbieg okoliczności nieprawdopodobny! Czy to był przypadek? Hmm. A jeśli nie?

– Drogi kolego – zaczął mówić pisarz, tym swoim wysokim głosem, który przyjmował piskliwy ton, czasami nieznośny i denerwujący otoczenie. Używał języka niemieckiego, z ciężkim akcentem. – Zwracam się do ciebie z prośbą nietypową. Wręcz, można powiedzieć, ciekawą tobie. Ja już jestem na ścieżce prowadzącej do śmierci, niewiele życia pozostało. Bez owijania w bawełnę powiem, że umieram. Może jutro, może za tydzień – zakasłał trzy razy, a potem wytarł sobie usta husteczką, wyciągniętą z wewnętrzej kieszeni jasnej marynarki – a może w przeciągu miesiąca. Tylko Stwórca zna dokładną datę – uśmiechnął się smutno i odłożył husteczkę na biurko. Z nosa pociekła mu kropla krwi, ale jej już nie wycierał, pozwolił by pociekła w stronę wargi.

– Zauważyłem pana podczas mego pobytu w Berlinie. Poznałem tam wiele młodych osób, niektórzy mnie pozytywnie zaskoczyli swą wiedzą, paru przeraziło ignorancją i jałowością intelektualną, wiele z was było szarą masą, jakiej wiele jest na świecie. Ale Pan mnie zainteresował. Doskonale pamiętam te pańskie próby dyskusyjne o filozofii Kierkegaarda czy strukturaliźmie, którym przysłuchiwałem się z niekłamaną uwagą. Cóż. Dużo kosztowało mnie energii, bym nie zareagował i nie rzucił się w wir wymiany myśli z Panem. Ale do rzeczy. Nie będę się rozgadywał przed okiem tej kamery, gdyż peszy mnie to milczenie bezdusznego obiektywu.

Kropla krwi wyleciała tym razem z drugiej dziurki w nosie. Jej też Pisarz nie wytarł.

– Wedle mojego życzenia, które znajduje się w testamencie, dwanaście lat po mojej śmierci ma pan otrzymać to nagranie. Czemu dwanaście? Ot, dobre pytanie. Jest to liczba oznaczająca pełnie i doskonałość w Biblii. To coś, co fascynowało mnie od wielu lat. Ale przechodzę już do rzeczy, czas nagli. Podczas mego pobytu w Berlinie napisałem intymny dziennik oraz powieść. W dzienniku obnażyłem się okrutnie, bez przekłamań i przeinaczeń opisując fakty z życia. Wielu może poczuć się zdegustowanych po lekturze, a niektórzy literaci europejscy wręcz się obrażą na mnie śmiertelnie, takie rzeczy o nich wyjawiłem – zaśmiał się, tym razem szczerze. – O ile jeszcze żyją, szelmy i kanalie. Dobrze. Tyle o dzienniku. Powieść jest, podle mojej opini, najwspanialszym dziełem, jakie stworzyłem. Pełnym, potężnym, mocnym. Dotykam w niej jądra szaleństwa, i to znacznie mocniej, niż zrobił to Joseph Conrad w swoim dziele. Stworzyłem tam świat bez formy, ludzkość bez nadzoru, gdzie żadne prawa, nawet te boskie, nie działają bo nie muszą. Odmienność zupełna mojego „Kosmosu”. I teraz zwracam się do pana, Panie Fanta.

Pisarz spojrzał w oko kamery przenikliwym wzrokiem. Wprost na słuchającego tych słów z przejęciem Pana Fanty, który wpatrywał się w ekran telewizora z otwartymi ustami.

– Rękopisy ukryłem w piwnicy kawiarni „Zuntz”. Jeśli tego lokalu już nie ma, albo coś się stało podczas ewentualnego remontu czy rozbiórki, to moja strata i, można tak powiedzieć, piramidalna głupota. Lecz jeśli kawiarnia wciąż tam jest, wciąż stoi otwarta i nic się zmieniło od tych lat, kiedy przesiadywałem w górnej salce i prowadziłem swój salonik literacki dla młodzieży studenckiej, to mój projekt się udał. Czysta prowokacja losu. W piwnicy, do której wejście znajduje się za drzwiami do damskiej toalety, na końcu długiego korytarza, dzięki pomocy pana Kruga, ówczesnego kierownika lokalu, schowałem pudełko z dwoma rękopisami. Za stertą cegieł, w dziurze wyżłobionej przez pierwszego właściciela kamienicy, służacej jako skrytka na kosztowności. Gdyby pan mnie wtedy widział, z jakim szelmowskim uśmiechem na twarzy czyniłem ten ryzykowny postępek. Jak uczniak w gimnazjum, w ukryciu przed światem, w wielkiej tajemnicy, ukryłem efekt mej rocznej pracy. Z myślą, że za kilkanaście lat pan – wskazał na Fantę palcem – to odnajdzie i wykorzysta. Wykorzysta wedle własnej woli. Może spalić, czego szczerze nie polecam, zachować tylko dla siebie, co też nie jest w porządku, albo wydać mój intymny dziennik i ostatnią powieść, co stanie się zapewne wielkim wydarzeniem kulturalnym na świecie. Zalecenia znajdzie pan na kartce, dołączonej do paczki. Warto zauważyć, iż karta ta jest pusta. – Pisarz znów się zaśmiał, odchyliwszy znacząco głowę do tyłu, aż widać było jego poruszającą się grdykę. Potem zakasłał i czyjaś ręka, prawdopodobnie damska bo wisiały na niej dwie bransolety, poklepała go po plecach. – Proszę uczynić to, co sumienie podpowie. Ja naznaczyłem Pana, osobiście wybrałem. Mam nadzieję, że postąpiłem rozsądnie. Do zobaczenia w przyszłym życiu.



Tutaj nagranie się skończyło. Czarny ekran na telewizorze nie dawał żadnych wątpliwości o tym. Pan Fanta skierował wzrok na żonę, siedzącą obok na kanapie. Widać było, iż znajdowała się w lekkim szoku.

– Co to było? – zapytał, skubiąc dolną wargę. – Wiesz, kto to był? Wiesz? Pamiętasz go ze spotkań?

– Hmm – kiwnęła głową w zamyśleniu.

– On mnie wybrał …. Mnie. Ale dlaczego?

W magnetowidzie coś zaskrzeczało, pękła jakaś sprężynka, poszedł dym z bocznej obudowy a potem telewizor się zapalił. Ogniem zajęła się firanka, po niej grube zasłony i dywan, z którego buchnął gęsty dym. Pan i Pani Fanta nie zdążyli nawet odpowiednio zareagować, by wodą z kuchni ugasić ten pożar. Pani Fanta utknęła przy drzwiach wejściowych, które okazały się zamknięte na zasuwę oraz klucz, co akurat gdzieś się zawieruszył. Pech?

Ktoś z kamienicy zaalarmował straż pożarną. Płomienie strzelały z rozbitego okna, a dym unosił się w niebo. Pomoc przyjechała szybko, bo już po siedmiu minutach. Niestety, mieszkania nie udało się uratować. Tym bardziej lokatorów, których zwęglone szczątki leżały w przedpokoju, przytulone do siebie w ostatnim geście miłości. Potem strażacy wynieśli je do ambulansu, zaparkowanego przed bramą. Gapie zbiegli się z całej ulicy, szukając sensacji i tanich emocji w zbiegowisku. Ktoś płakał głośno, jedna kobieta zemdlała, większość ludzi wyciągała szyje, by lepiej wszystko widzieć.



35 lat później

Studio telewizyjne w TVP Kultura. Ulica Jana Pawła Woronicza 17, Warszawa, Polska.

Prowadzący program „Pegaz”, redaktor Kamienicki, rozejrzał się po gościach, siedzących przy długim, prostokątnym stole. Przed każdym z nich leżały dwa egzeplarze książki. Jedna to „Chimera 2 – Dziennik intymny”, druga „Opętanie”, obie autorstwa wielkiego kiedyś Pisarza, który zmarł w tysiąć dziewięćset sześćdziesiątym roku w Argentynie.

Na kamerze zapaliła się czerwona lampka, znak, że nagranie ruszyło. Producent programu, siedzący w pokoiku nagrań, podniósł w górę palec. Zaczynajcie.

– Proszę państwa – powiedział redaktor Kamienicki do kamery – Szok to jest zbyt delikatne słowo na opisanie tego, co wydarzyło się w świecie literackim. Wydawnictwo ABCD wypuściło dzisiaj, wczesnym rankiem, trzymając to wcześniej w pełnej tajemnicy, dwie książki autorstwa wielkiego Pisarza. Jego intymny dziennik oraz ostatnią, niewydaną powieść. Podobno napisane zostały podczas pobytu w Berlinie, na stypendium fundacji Forda. Głos chciałbym oddać pani profesor Wioli Bem, znawczyni twórczości Pisarza, niekwestionowanemu autorytetowi w tej dziedzinie. Pani Wiolu, oddaję pani głos.

– Proszę państwa. Nie pamiętam, by coś takiego wcześniej się wydarzyło w świecie książek. Jest to prawdziwa bomba literacka! – Profesor wzięła do ręki egzemplarz powieści, z czarną okładką, na której znajdował się tylko tytuł i nazwisko autora – Rękopisy odnalezione zostały, podobno, bo tego dokładnie nie wiemy, parę miesięcy temu w Berlinie, w jednej z kamienic. Kto je tam odnalazł i jak dostały się do Polski, prawdziwej ojczyzny Pisarza, tego nie wiemy. Wydawnictwo ABCD zastrzegło sobie nieudzielanie żadnych informacji na ten temat. Brak reklamy tych dzieł jest, będzie dla nich, najlepszą reklamą. Z tego co udało mi się dziś przeczytać, z ciepłego jeszcze egzemplarza „Chimery 2 – Dziennik intymny”, mogę stwierdzić, że mamy do czynienia z niesamowitym dziełem, który rzuci nam nowe światło na życie Pisarza oraz jego kolegów po piórze, żyjących i tworzących w tamtych czasach. Szczególnie te pikantne fragmenty o JP Sartre i Louisie Aragonie zmroziły mi umysł. Nie miałam jeszcze okazji zacząć czytać „Opętanie”, bo dziennik intymny wchłonął mnie do reszty. Brak mi słów na to, co się stało. Nawet w najśmielszych snach nie sądziłam, że zdarzy się coś takiego. Że pojawią się niepublikowane nigdzie, ukryte gdzieś, rękopisy Pisarza, który był najgenialniejszym literatem XX wieku Europy. Zza grobu sprawił nam niespodziankę, o której mówić będziemy jeszcze przez wiele miesięcy.

– Proszę o głos pana Wajsa – redaktor Kamienicki wskazał na siwego mężczyznę, siedzącego po prawej ręce pani Bem. – Wiem, że od samego rana czyta pan „Opętanie”, które jest potężną książką, gdyż liczy prawie dziewięćset stron. Prosimy o parę słów z wrażeń po lekturze.

Pan Wajs chrząknął i uśmiechnłą się pod bujnym wąsem. Oczy mu błyszczały, a czerwone czubki uszów świadczyły, iż targały nim mocne emocje. Podniósł książkę ze stołu i przyłożył ją do serca.

– Genialne – powiedział i rozpłakał się.



Koniec

Tagi:

Irys
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 245
Zobacz teksty użytkownika:

Opętanie przez G.

Post#2 » 12 wrz 2019, o 12:40

Dobrze się czytało, jestem na tak.

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości