Polisemia

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).


Autor tematu
JoannaMay
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 23
Zobacz teksty użytkownika:

Polisemia

Post#1 » 7 paź 2020, o 23:55

Konferencja prasowa zaraz się zacznie. Wszyscy zainteresowani nią dziennikarze czekają w przestronnej sali z dużymi oknami, których szyby mają widoczne smugi i tłuste odciski palców. Fakt, trudno myć te okna i dbać, by ich szyby codziennie błyszczały. Pani Franciszka ustawiła się z tyłu pomieszczenia, skąd dobrze widziała podium, mikrofony, kamery, plecy dziennikarzy, jednak jej wzrok nieustannie przyciągały okna.  

- Wczoraj po południu dokładnie je umyłam - powiedziała do siebie pod nosem. 

Z zamyślenia nad tajemniczym sprawcą zabrudzenia okien wyrwały ją podniesione z przodu sali głosy. 

- Dzień dobry! Nazywam Radosław Rozpychalski i mam zaszczyt prowadzić dzisiejszą konferencję. Proszę państwa o zadawanie działaczom krótkich i jasnych pytań. Proszę pamiętać, że obowiązuje nas kultura zachowania. Nadmienię, że to ja będę udzielał państwu głosu. Pamiętajmy, że szacunek to podstawa relacji w cywilizowanym społeczeństwie.  

Pani Franciszka spojrzała na młodego blondyna stojącego z przodu podium. Jej uwagę zwrócił błyszczący guzik, który ledwie spinał obie części marynarki na brzuchu głośnego młodzieńca. Zdawało się, że guzik lada moment wystrzeli w powietrze i uwolni uciskany nim brzuch. Im głośniej mówił blondyn, tym większą objętość uzyskiwała jego klatka, jeszcze bardziej napierając na i tak mocno naciągnięte odzienie. Czerwone policzki i płynąca po skroniach strużka potu zdawały się nie zgrywać z potrzebą chwili. Należało być zimnym i opanowanym. Sytuacja wymagała ratunku ze strony kogoś, kto głosem Jana Suzina obwieści wyraźnie i z przekonaniem, acz nie za głośno, co ustaliła komisja kontrolna. Pani Franciszka przypomniała sobie, że wczoraj po południu ten właśnie chłopak ćwiczył przemawianie na podium. Zapamiętała jego zlewający się z szyją podbródek oraz żywą gestykulację. Nie pamięta za to, o czym mówił. Pewnie nic nowego ponad to, czego można się dowiedzieć z telewizji. Zresztą, pani Franciszka istotnie tylko ogląda telewizję, rzadko włączając głos. Dla niej od zawsze ważne były obserwacje. Jak się nieraz przekonała, ludzie najwięcej informacji przekazują w sferze obrazu, nie dźwięku. Wzrok pani Franciszki był królem jej zmysłów, stąd zbieranie danych o tym, co wokół, odbywało się głównie za sprawą oczu. 

- Nie, szanowny panie, to ja udzielam głosu! Proszę zacząć respektować ustalenia dotyczące przebiegu dzisiejszej konferencji albo będę zmuszony wyrzucić pana z sali - krzyczał rozjuszony blondyn, którego oczy uzyskały maksymalną wielkość, pomniejszając przy tym pole czoła.  

- Ja tylko chciałem dopytać o szczegóły działalności ... - mówił spokojnie i z pokorą w oczach czterdziestokilkulatek z rozczochraną czupryną.  

Siedzący za stołem starszy, elegancko ubrany mężczyzna, z plakietką Prezes na piersi, postanowił natychmiast włączyć się do dyskusji. 

- Tak, przyznaję, przeżywamy pewien kryzys wizerunkowy. Nie bądźmy jednak hipokrytami. Przecież każdy z nas wykorzystał kiedyś określoną sytuację, jak i sprzyjające okoliczności. Jak to mówią: kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. 

- Bez grzechu! - krzyknęła szczupła brunetka w okularach, mocno trzymając notes w rękach. 

- Nie twierdzę, że ma pani grzechy - zarechotał złośliwie prezes.  

Za starszym, pewnym siebie i opanowanym mężczyzną śmiechem wybuchnęli inni zasiadający za stołem działacze stowarzyszenia. Prezes January Benben nie takie sytuacje ratował, a ta przemądrzała czarnulka nie jest w stanie zbić go z tropu.  

- W Biblii jest mowa o ... - nie zdążyła dokończyć zdania.  

"Ty biurwo ty! Ty suko! Ty kurwi pomiocie!" - ciskał w myślach prezes w stronę dziennikarki.  

- Proszę pani, my tu nie przyszliśmy na spotkanie towarzystwa biblijnego - wyjaśnił stanowczo i z uśmiechem prezes, po czym skierował twarz w prawo, by dać znak Radosławowi, który miał za zadanie wytypować kolejnego dziennikarza. 

Pani Franciszka spojrzała na stojącą na stole konferencyjnym paprotkę. Dba o nią od bardzo dawna - podlewa dwa razy w tygodniu, a do tego regularnie spryskuje jej liście i nie zapomina o nawożeniu. Paprotka częściowo zasłaniała twarz wysportowanego mężczyzny, który jako jedyny z działaczy przyszedł na spotkanie w stroju typowym do ćwiczeń w siłowni. Chłopak nerwowo poruszał nogami, przechylał się raz do przodu, innym razem do tyłu, wiercił się i kręcił na krześle, niespokojnie spoglądał na zegarek. Trudno powiedzieć, czy młody Benben rozumiał powagę sytuacji, jak również zarzuty, jakie postawiono działaczom. Napił się wody mineralnej prosto z butelki, co pani Franciszce przypomniało o obowiązku zroszenia paprotki.  

- Po konferencji zajmę się tobą, dostaniesz wody i urządzę ci małą kąpiel - uśmiechnęła się łagodnie sprzątaczka. 

Tymczasem do głosu doszedł Radosław, całkiem już bordowy na twarzy, z gęstą śliną zgromadzoną w kącikach ust.  

- Nie, pani już nie będzie zadawać więcej pytań! Proszę o pytanie od pana w brązowym swetrze - wykrzyczał rozjuszony konferansjer. 

Z krzesła podniósł się łysy dziennikarz, którego wzrok i wyraz twarzy zapowiadały konkretne, ale i miażdżące pytanie, takie, które długo układa się w głowie, by potem dokonać słownej rzezi.  

- Dzień dobry. Jan Dogłębny, gazeta "Ekonomista". Moje pytanie: Jak to możliwe, że głównym księgowym tak dużego stowarzyszenia został Kevin Benben, którego edukacja skończyła się na uzyskaniu matury w prywatnej szkole średniej, kształcącej głównie rolników i ogrodników? 

Zapadła cisza. Czas oczekiwania na odpowiedź ze strony któregokolwiek z działaczy. Tymczasem każdy z nich włączył tryb uśpienia. Kevin popatrzył na ojca, po czym postanowił zabrać głos. 

- Co się pan czepia mojej szkoły? - zapytał niemalże ze łzami w oczach.  

- Ja się nie czepiam. Pytam jedynie, jakie sita rekrutacji przeszedł pan w drodze na stanowisko głównego księgowego stowarzyszenia z przychodami rzędu 20 milionów złotych rocznie? - dopytał Dogłębny. 

Twarz prezesa nie wyrażała żadnych emocji. Nic, absolutnie nic, nie można było z niej wyczytać. Franciszka zna taki wyraz twarzy, gdy ktoś zbiera myśli, reguluje oddech i stara się utrzymać równowagę emocjonalną. To nie pierwsza konferencja, której przygląda się sześćdziesięciolatka w kolorowym fartuchu. Jedynie oczom Franciszki nie uchodzi widok małej, tętniącej żyłki na skroniach prezesa. Krew w bordowo-fioletowej żyłce wibruje, podnosi lekko skórę, by potem opaść i znowu dać o sobie znać. Po chwili widać pulsujące nozdrza prezesa i lekkie drżenie górnej wargi. Pod nosem spływa kilka kropel potu. Wzrok prezesa kieruje się na dziennikarza, który z kolei usiadł wygodnie w oczekiwaniu na odpowiedź.  

"Ty bezczelny skurwielu! Jeszcze mi się przyglądasz z uśmieszkiem. Oj, postaram się zetrzeć ci ten uśmieszek z buzi. Zajmę się tobą po konferencji. Dojadę cię!" - wykrzyczał w myślach prezes. 

- To jest bardzo dobre pytanie i ja dziękuję, że pan je zadał. Takie pytania są coś warte, bo one dążą do odpowiedzi, która zawiera w sobie czystą prawdę, bez manipulacji i wieloznaczności. Polisemia często prowadzi nas do błędnego rozumienia określonej wypowiedzi, a co za tym idzie tworzy łańcuchy myśli, potem zdarzeń, których nie można łatwo cofnąć. Weźmy moje nazwisko - Benben. Ileż to razy słyszałem, że nie tak się to pisze. A ja cierpliwie tłumaczę, że Benben to prawzór wszystkich piramid, kamień idealny i święty, boski dar dla Egipcjan. Tymczasem polski "bęben" oznacza prosty instrument muzyczny. Szanowni państwo, czy aktualnie nie mamy do czynienia ze złośliwym przyglądaniem się tylko jednej stronie medalu? Czy nie ma w naszym społeczeństwie dążenia do utrwalenia tylko jednego, do tego złośliwego wyjaśnienia określonych zdarzeń? - zapytał z dobroduszną miną Benben.  

Pani Franciszka wyjątkowo wysłuchała do końca wypowiedzi prezesa. Stała pod ścianą z rękami włożonymi do kieszeni fartucha oraz otwartymi ustami, które wydawały się czekać na kolejne tłumaczenia Januarego, znanego jej osobiście z dzieciństwa. Różnica między dawnym a obecnym Januarym była taka, że kiedyś mówił jaśniej, bardziej zrozumiale. I Franciszka, i January wychowywali się w domach bez ojców. Ojciec Franciszki, żołnierz spod Monte Cassino, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Znaleziono go martwego nieopodal lasu. Jego plecy - pocięte i czarne od uderzeń - oraz skatowana twarz nie wskazywały, że był to przypadkowy mord. Brak świadków zdarzenia oraz poszlak wskazujących winnych tego morderstwa nakazały, by starszy posterunkowy Jerzy Benben zamknął śledztwo. Wkrótce i jego znaleziono nieżywego w dole po niewybuchu, których nie brakowało w pobliskim lesie. Franciszkę z zamyślenia nad sprawami z przeszłości wyrwał gruby, męski głos działacza z plakietką Prawnik na piersiach.  

- Jest to rozwiązanie wadliwe prawnie. Kazus, o którym pan wspomina, nie może mieć zastosowania w przypadku rozpatrywanej właśnie sprawy - oznajmił z wyższością prawnik. 

- Czuję się bardzo rozgoryczony, że nasza dyskusja nie przebiega w przyjaznej atmosferze. Sądziłem, że będziemy mieli możliwość złożenia możliwie dokładnych wyjaśnień. Powiem za Herbertem - "Spieszmy się kochać ludzi". Szanujmy się! - powiedział prezes głosem, który miał wzbudzać swego rodzaju litość.  

- To ks. Jan Twardowski napisał słowa, które pan cytuje - powiedziała głośno, ale wyraźnie dziennikarka. 

- A pani znowu wychwytuje jakieś szczegóły, które są bez znaczenia. Co one wnoszą do naszej dzisiejszej dyskusji? 

- Wnoszą przede wszystkim rzetelność, która powinna charakteryzować publiczne wystąpienia. 

"Ty wygłodniała chłopa babo! Co, dawno nikt cię porządnie nie zerżnął, co?!" - odgryzł się prezes, by potem głośno zapytać: 

- Czy pani tu przyszła, by się kłócić? Czy ma pani w sobie tak wielkie pokłady nieżyczliwości wobec bliźniego, że nawet w czasie tak poważnej konferencji nie może się pani powstrzymać od wylewania jadu na zgromadzonych tu ludzi? Trzeba koniecznie każdego dnia odnajdywać w sobie miłość do każdej istoty ludzkiej - oznajmił dobrotliwym głosem prezes. 

Dziennikarka chciała zabrać głos, jednak Radosław wskazał palcem kolejnego dziennikarza, któremu wolno było zadać pytanie. 

- Dzień dobry. Malwina Koza, czasopismo "Hot newsy". Mam pytanie do pana Kevina. Jak wygląda pana aktualne życie, biorąc pod uwagę, że jest pan oskarżony o poważne malwersacje finansowe? 

- Hmm, staram się żyć normalnie. Uczestniczę w kilku projektach, chodzę na eventy, staram się lajkować to, co warte mojego polubienia, uprawiam trójbój siłowy, a jutro mam casting do ...  

Kevin nie zdążył dokończyć zdania. Benben senior postanowił zakończyć wypowiedź syna zanim ten do reszty skompromituje siebie i swojego ojca.  

- Proszę państwa, mój syn prowadzi intensywny tryb życia. Jest pracowitym, pełnym ambicji młodym człowiekiem. Jak mało kto, Kevin dba o swoją tężyznę fizyczną, jak i rozwój duchowy. W mediach społecznościowych ma mnóstwo followersów, dla których mój syn jest jednym z najlepszych, polskich influencerów modowych. Kevin stawia na stroje wygodne, casualowe i sportowe. Ponadto niedługo ukaże się książka autorstwa mojego syna.  

- Jaki tytuł będzie mieć książka pana Kevina? - spytała dociekliwa brunetka. 

- Kevin postanowił napisać poradnik, który oparty jest na jego doświadczeniach. Warto nie tylko kupić tę książkę, przeczytać ją, ale także spróbować zmienić swoje życie, idąc za radami z poradnika "Jak mądrze i dostatnio żyć bez zagubienia siebie samego?" - poinformował z dumą w głosie January. 

Franciszka ponownie skierowała swój wzrok na Radosława, który podszedł do mikrofonu. W jej wieku widzi się i rozumie więcej. Zdawało jej się, że odczytuje myśli młodzieńca, którego twarz miała coraz większe rumieńce.  

"Tylko bez emocji. Skup się. Nie machaj rękami. Bądź wiarygodny. Patrz przed siebie. Wyprostuj się. Nie kręć głową. Nie chrząkaj" - Radosław upominał sam siebie.  

Z mikrofonu popłynął wyuczony na pamięć tekst, ten sam, którego Franciszka słyszała wczoraj po południu. Nie ma sensu wsłuchiwać się w słowa, które nic nie przekazują. To kolejne pustosłowie, którego Franciszka nie odbiera i nie magazynuje w swojej głowie. W jej wieku szkoda czasu na pozory, jak również szkoda zdrowia na kumulowanie złej energii. Tymczasem popatrzy sobie na ludzi, którzy z uwagą słuchają Radosława, robią notatki z jego wypowiedzi, pstrykają zdjęcia.  

"I po co to wszystko? A co nowego oni usłyszą?" - zadumała się Franciszka. 

Po uczestnikach konferencji zostały porozsuwane krzesła, brudne naczynia, puste butelki po wodzie mineralnej. Pani Franciszka patrzy na pustą salę. Jej wzrok pada na paprotkę, pod którą leży mała karteczka papieru. "Nie odzywaj się więcej!" - przeczytała pod nosem treść zapisków. "Święte słowa. Im mniej człowieku mówisz, tym lepiej na tym wychodzisz" - dodała od siebie. 

Na szybach pojawiły się pierwsze krople deszczu. Niebo pociemniało, zerwał się silny wiatr unosząc pył i brud, które zalegały na chodniku. Franciszka przyglądała się temu zjawisku, gdy wnet do szyby przykleił się duży, lekko poszarpany plakat z zaproszeniem na spektakl teatralny. Podeszła bliżej, a jej oczom ukazał się napisany u góry plakatu tekst:  

"Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy! Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem, błyskawicznie bierzecie się w garść i wiecie, co należy powiedzieć, żeby ukryć prawdę, i wygłaszacie to niezmiernie przekonywająco, i nie drgnie na waszej twarzy żaden muskuł, ale - niestety - spłoszona pytaniem prawda na okamgnienie skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone." - M. Bułhakov. 

Franciszka całą drogę do domu rozmyślała, kim był lub jest Bułhakov. Nie znała go osobiście, ale czuła, że jest jej bliski. "Zawsze mówię, po co słuchać. Lepiej popatrzeć, a wszystko, co miały przykryć słowa, odkryje ciało".


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość