Laura w Krainie Rzeczywistości - Rozdział drugi

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika

Autor tematu
LittleDiana
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 12
Zobacz teksty użytkownika:

Laura w Krainie Rzeczywistości - Rozdział drugi

Post#1 » 18 sty 2021, o 13:13

Rozdział Drugi - "Wsi Spokojna,Wsi Wesoła" 

 

Hej 

Mamy już nowy rok, 2021,Wszyscy mają nadzieję, że koronawirus pójdzie sobie w las, w sensie ja też mam taką wielką nadzieję, ale nie jestem na tyle naiwna by wierzyć, że w lutym będzie wszystko okej, nie, niestety nie. Poczekamy sobie na normalność jeszcze długo. 

 

Zaplanowałam sobie, że będę pisać dzisiaj przy niezwykle romantycznej aurze padającego śniegu, jednak los znowu poleciał sobie ze mną w kulki bo śniegu jest tyle co kot napłakał, jakieś małe kupki białego puchu walają się na naszej słabo utwardzonej wiejskiej drodze, nie przypomina to ataku zimy w innych częściach kraju, a przecież u nas na wschodzie powinno być go najwięcej, w końcu do Ukrainy mamy rzut beretem. 

 

Co do mojej grypy to już jest lepiej w pewnym momencie było tak źle, że myślałam, że już mi po prostu nigdy mi nie przejdzie, ale antybiotyk przepisany zdalnie przez lekarkę z ośrodka zdrowia z sąsiedniej wsi i inhalację od bratowej pomogły, chociaż boję się, że niedługo mogę mieć nawrót bo delikatny kaszel znów zagościł w moim gardle, ale piję dużo mleka z miodem, biorę okazjonalnie aspirynę oraz chyba po prostu będę brała antybiotyk do końca i jakoś to po prostu przejdzie, a przynajmniej mam taką głęboką nadzieję. 

No i mam stres bo boję się, że tak jak kiedyś napiszę wam tylko pół strony tekstu w LibreOffice, bardzo się cieszę, że są takie darmowe programy do pisania bo za mojego dzieciństwa na Windowsie XP to miałam do dyspozycji tylko notatnik i jakiś inny program którego nazwy nie pamiętam, ale wiem że nie poprawiał błędów, a już wtedy miałam zadatki na to by pisać. 

 

W tym roku skończę dwadzieścia sześć lat, co prawda dopiero pod koniec sierpnia,ale pewnie szybko zleci, dwa trzy turnusy i ciach urodzinki! Trochę się źle z tym czuję bo do trzydziestki coraz bliżej niż dalej, a ja nadal mam mentalność oraz emocjonalność nastolatki, jednak i nawet we mnie kiełkuje myśl by robić w życiu by robić coś innego niż rehabilitacja, oczywiście najlepszy byłby scenariusz gdyby to co będę robiła nie kłóciło się z turnusami i rehabilitacją miejscową, ale w sumie nawet nie jestem pewna co bym chciała robić, to się zobaczy. 

 

Dobra, teraz poopowiadam wam o mojej wsi, moim domu i mojej rodzinie. 

No tak czyli jak już wiecie mieszkam na wsi dwadzieścia kilometrów od granicy z Ukrainą, czuć tu bardzo wschodni klimat, do czasu pandemii można było w tej zaludnionej części wsi usłyszeć na przemian ludzi rozmawiających po ukraińsku, rosyjsku no i oczywiście po polsku, wszystkie tabliczki czy reklamy są dwujęzyczne, ba nawet w sklepie w którym pracuje moja mama nazwy produktów są co prawda po polsku, ale w razie czego każda sprzedawczyni zna podstawy albo rosyjskiego albo ukraińskiego, oczywiście od marca tamtego roku ta umiejętność przydaje się coraz mniej, ale przed pandemią warto było owe podstawy znać, szczególnie że miejscowi rodacy wolą raczej albo kupować w „Stokrotce” która znajduje się w sąsiedniej, większej wsi, ewentualnie szturmują różne markety i supermarkety w pobliskim miasteczku. W tej zaludnionej części wsi znajduje się wyżej wspominany sklep spożywczy, mały drewniany kościółek oraz pusty budynek po mojej dawnej wiejskiej podstawówce, szkołę zamknęli dobre parę lat temu, bo była nieopłacalna. W całej szkole było może z trzydziestu uczniów, nawet nie znałam zbytnio mojej klasy bo miałam lekcje indywidualne na terenie szkoły, w praktyce oznaczało to że siedziałam w miniaturowej świetlicy i miałam lekcje tylko z danym nauczycielem, nie wspominam tego okresu jednak jednoznacznie źle. Do gimnazjum i liceum chodziłam już do pobliskiego miasteczka, w gimnazjum byłam w klasie integracyjnej, a dzięki upartości mojej mamy i innych rodziców niepełnosprawnych z mojej klasy i w liceum otworzyli dla nas taki oddział, efektem było że wzięto mnie na profil matematyczno-logistyczny tylko dlatego że robili tam klasę integracyjną z nauczycielem wspomagającym który i tak zmieniał się co roku, a ja nie uczyłam się tam zbyt dobrze, bo trudno uznać za matematycznego geniusza kogoś kto oblał maturę z tego przedmiotu trzy razy z rzędu, przy tym to, że chodziłam do klasy z trzema osobami z mojej klasy z gimnazjum to był pikuś, oczywiście oprócz nas było tam trochę nowych, zdrowych uczniów, była też dziewczyna z mojej klasy z podstawówki, parę razy była u mnie na przysłowiowej kawie, ale pomimo obietnicy utrzymania kontaktu nie odzywa się do teraz, no ale o przyjaźniach będzie w następnej notce. Teraz wracam do tematu mojej wsi. 

 

Mieszkam w tej mniej zaludnionej części wsi . Po środku ziemi wylana jest utwardzona droga, do autostrady temu daleko, albo nawet do dobrze utwardzonej drogi, nie zliczę ile razy trzeba było naprawiać przez to auta czy to mamy czy to starszego brata. Wracając jednak do krajobrazu, po prawej stronie można zauważyć pola, w sumie to latem rosną tam zboża a trochę dalej kukurydza, koniec końców nie wiem do kogo należą te ziemie, na pewno nie do mnie ani do moich nielicznych, najbliższych sąsiadów. Co do sąsiadów to po lewej stronie utwardzonej drogi możecie zauważyć trzy identyczne,parterowe szare bryły gotowe do zamieszkania, tak to są domy. Ten środkowy to jest nasz, po lewej należy do typowej rodzinki pięćset plus czyli Seba Karyna i ich liczne potomstwo, na szczęście większej patologii tam nie ma. Po prawej żyje starsza schorowana, ale dość nieprzyjemna pani, obecnie jej nie ma, bo każdej zimy jej syn bierze ją do siebie, ale na wiosnę staruszka zapewne wróci. Każdy dom ma swoje podwórko odrodzone przeróżnymi płotami i siatkami od posesji sąsiedzkich, nasza siatka jest zielona, chociaż nie wiem kogo tak naprawdę to interesuje. 

 

Domki są tak zbudowane by żyły w nich po dwie rodziny, jednak jedynie nasz dom pełni tą funkcję. Gdybyście otworzyli drzwi wejściowe do naszego domu to byście zauważyli krótki korytarz z drewnianą podłogą oraz boazerią pokrywającą ściany, wszystko to oczywiście w dwóch odcieniach brązu. Zarówno po lewej i po prawej stronie znajdują się pojedyncze drzwi. Po lewej stronie stronie znajdują się drzwi do mieszkania w którym mieszkam ja z moją mamą i młodszym bratem, a te drzwi po prawej prowadzą do mieszkania mojego starszego brata i jego rodziny. 

 

Tak jak mówiłam, mieszkam z mamą która jak już wspominałam jest sprzedawczynią w sklepie spożywczym, Moje relacje z nią nie są ani skrajnie pozytywne ani skrajnie negatywne, jest nadopiekuńcza i mało o mnie wie, no i często jest ze mnie niezadowolona z powodu tego, że nie chodzę tak dobrze jak ona by chciała, nie jestem tak społeczna jak ona by chciała, ale jak ma dobry humor to się z nią dobrze żyje. Mój młodszy brat, Norbert jest młodszy ode mnie o siedem lat i jest uczniem technikum mechanicznego. Nasze relacje też nie są z gruntu złe czy dobre , czasami jest spoko, żartujemy, kupi mi kebsa czy inne żarcie sam z siebie a innego dnia mówi jaki to ja mam okropny charakter i jak ma mnie dosyć, wiem też że z naszym starszym bratem, Ignacym gada o mnie i narzekają na to jaka jestem zła, że pewnie moja małomówność wynika z tego jaka to jestem wredna, że powinnam być wdzięczna za pomoc, że tylko męczę mamę, że gdybym się starała to już pewnie dawno bym sama chodziła, a jak nie to powinnam jeździć na wózku, że oni to się nie będą mną zajmować, że już powinnam mieć męża i dziecko. Bracia są ze sobą strasznie blisko pomimo tej dużej różnicy wieku. 

 

Co do Ignacego to jest on ode mnie starszy o osiem lat ( jest w tym samym wieku co Paweł) nie odzywa się do mnie zbytnio bo nie lubi mnie z wyżej wymienionych powodów, raz dziesięć lat temu gdy zrobił mi pogadankę o tym, że prawie nie ćwiczę ( bo faktycznie wtedy to jeszcze nie lubiłam ćwiczyć i nie widziałam w tym sensu) i wykorzystuję mamę żeby mnie nosiła (co nie było i nie jest prawdą) to się popłakałam i od tamtej pory jest tym faktem zniesmaczony i oświadczył że nie będzie ze mną o niczym gadać bo nie ma z kim gadać, tak przynajmniej powiedział Norbertowi. Ja parę razy próbowałam zagadać do Ignacego, ale po roku odmów z jego strony po prostu przestałam. Jednak trzeba mu oddać to, że od kiedy skończył osiemnastkę to woził mnie na moje obozy, niedługo tą „fuchę” przejmie Norbert. 

 

Co do żony Ignacego, Renaty to poznał ją jakoś z pięć lat temu. Warto dodać że Ignacy prowadzi w pobliskim miasteczku swój warsztat samochodowy, tam się właśnie poznali, była jego klientką a potem jakoś poszło. Renata jest dwa lata starsza ode mnie jest bardzo miła, ale to jedyna cecha którą się wyróżnia, nigdy nie byłyśmy blisko, jedną jedyną rozmowę miałyśmy w lipcu, to było w samochodzie, Renata pierwszy i jedyny raz zawiozła mnie na rehabilitację do Tośki bo mama miała zepsuty samochód. Rozmowa według mnie była udana, ale być może Renacie się nie podobało, bo już nigdy się nie powtórzyła. Bratowa z zawodu jest przedszkolanką i pracuje w przedszkolu w sąsiedniej wsi, oczywiście wtedy kiedy owe obiekty nie są zamknięte 

 

Ignacy i Renata mają córkę. Lena skończy w tym roku już cztery latka i uczęszcza do przedszkola, ale innego niż tego w którym pracuje moja bratowa Przedszkole bratanicy znajduje się w pobliskim miasteczku. Kiedy Lenka miała rok brat i bratowa wzięli skromny ślub cywilny zakończony obiadem w ich części domu. Moja mama ciągle nie może tego przeboleć i wciąż namawia ich na kościelny, ale widać, że od początku totalnie im się nie śpieszy, a od czasu pandemii to już w ogóle. 

 

Zapytacie pewnie gdzie jest mój tata? Jest na cmentarzu, w sensie, że nie żyje. Zmarł gdy miałam jedenaście lat, był typowym budowlańcem a wódka mogła śmiało robić za jego drugie imię, ale o dziwo umarł nie po pijaku tylko na trzeźwo w wypadku samochodowym. Mama powiedziała, że od tamtej pory to ma dość facetów i do tej pory nie związała się z nikim innym, chociaż miała adoratora takiego typowego pijaczka, pana Zbysława, starego kawalera, nawet z kwiatami przychodził ale był zawsze przeganiany przez moją rodzicielkę za pomocą kija od szczotki, po czterech takich akcjach odpuścił. 

 

Pewnie zapytacie jak Święta i Sylwester? Ano, Święta u nas się nie różniły niczym szczególnym niż zazwyczaj. O ile wiem w wielu rodzinach do różnych babć zjeżdżają się całe rodziny, u nas zawsze to wyglądało, że każdy spędza ten czas z tą najbliższą rodziną, więc nic w tym dziwnego, że mama i moje ciotki spędzają ten czas tylko ze swoimi dziećmi, teściami, zięciami, synowymi czy w przypadku moich cioć – mężami. Na jedyną babcie którą mi została (mama mojej mamy) nie mogę liczyć pod tym względem , bo dziesięć lat temu stała się przykładnym Świadkiem Jehowy. Dziadka od strony mamy nigdy nie poznałam, bo umarł parę lat przed moimi narodzinami a dziadkowie od strony ojca zmarli w krótkim odstępie czasu gdy zaczynałam liceum. To dziadkowie zamieszkiwali część domu w której teraz rezydują Ignacy, Renata i Lenka. 

 

Co to ostatnich Świąt to spędziliśmy je tak jak zawsze w naszej kuchni przy rozkładanym stole. Były potrawy i kupcze i zrobione przez moją mamę (np. Ryba po meksykańsku, Karp ), ale większość była kupiona co nikogo jest nie dziwi ani nie oburza, bo nikomu się nie chciałoby stać przy garach. Nie był to wyjątkowy czas bo przecież i tak się widujemy niemal codziennie, więc podzieliliśmy się opłatkiem, zamieniliśmy parę drętwych zdań, to znaczy oni zamienili a ja zgodnie milczałam jak zawsze, poza tym czułam się zgrzana w mojej świątecznej, swetrowej sukience. Trochę zjedliśmy ale mało, bo poszliśmy do mojego pokoju, bo tam była ( i nadal jest) choinka więc były i prezenty. Ja od mamy dostałam dwie koszulki z Myszką Miki oraz skarbonkę a od Ignacego i jego rodziny świąteczny koc. Oczywiście najwięcej prezentów dostała Lenka która szalała wprost z radości. 

 

Mojego Sylwka to miałam spędzić z czatem oraz ze smętnym ruskim rockiem, ale gdy moja mama zaczęła narzekać jak to rodziny jej sióstr są zgrane i spędzają ten dzień razem a my nie, to żeby mieć czyste sumienie to około dwie godziny przed północą poszłam do dużego pokoju i na kanapie pod kocem słuchałam „Sylwestra z Dwójką” towarzyszyły mi cola i czekolada, to chyba był najgorszy sylwek w moim życiu, ale też po raz pierwszy zrobiłam coś wbrew sobie dla kogoś. Może to ten słynny rozwój duchowy? Norbert spędzał tą imprezę u Ignacego. 

Miałam opisać mój wygląd, ale ta notka i tak ma już cztery strony. W następnej to zrobię. 

 

Sławek nadal przyjeżdża, na szczęście już około jedenastej, ale czasami w ostatniej chwili zmienia godzinę i oświadcza że będzie o dziesiątej gdy do tej dziesiątej zostało piętnaście minut! Jednak wzięłam się na sposób i po prostu ubieram się wcześniej i przed jego przybyciem ćwiczę sama, nie chcę mieć poczucia że nic nie robię. Poza tym jeszcze nie podpisał tej umowy o prace, więc trzymam się ostatniej nadziei, że zmiana jeszcze nadejdzie, inaczej będę musiała się z nim użerać aż do kwietnia. 

 

Dodam tylko, że od jakiegoś czasu pisze do mnie na fejsie jakiś chłopak, zza wschodniej granicy, przedstawia się jako Kostia. Jakimś cudem znalazł moje stare opowiadanie, które opublikowałam pod moim imieniem i nazwiskiem a teraz chłopak do mnie wypisuje bym dokończyła. 

 

Irytujące. 

 

Dobra, na tym skończę, trzymajcie się!


Tagi:

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości