[Harry Potter] Arkana smutku (zakończone)

fandom: Harry Potter

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

[Harry Potter] Arkana smutku (zakończone)

Post#1 » 17 wrz 2009, o 15:06

Niestety to "tylko" fanfiction, ale sam pomysł uważam za o tyle ciekawy, że warty wzięcia się za niego, a przynajmniej spróbowania. Wstęp, nazwany po prostu częścią "0", napisałam gdzieś jeszcze pod koniec wakacji, a zdecydowałam się na narrację pierwszoosobową, choć to może moja druga próba, więc pewnie nieudana. Jest w zupełnie innym stylu - szeroko to pojmując - niż jak zazwyczaj piszę, został też dość mocno okrojony z pewnych dialogów, które były istotne dla sceny, ale jednak uznałam, że będą lepiej leżały w jedynce :) To tylko trzy strony, więc mam nadzieję, że przeczyta i skomentuje jak najwięcej osób, bo w tym przypadku bardzo ciekawa jestem wszelkich uwag - i enjoy, mam nadzieję, że się spodoba. A jak nie, niech krew się poleje, na krytykę jestem zupełnie otwarta. 

ed: całość po poprawkach - 23 XI 2010. 

 

0 

— Szlag! 

Krew nam zakrzepła w żyłach, gdy zobaczyliśmy, co stało się owocem żartu. Małego żartu. Zwykłego kawału, który miał dać satysfakcję Syriuszowi.  

Teraz już nie bawił. 

Wstrzymałem oddech i spróbowałem przełknąć ogromną, rozżarzoną kulę strachu, która nieznośnie gniotła mnie w gardle. Nagle zaschło mi w ustach, chociaż czułem w nich też coś innego. Dziwaczny, metaliczny posmak. Jakbym...  

 

 

Minęło kilka dni. Bardzo wzburzonych, dziwnych dób, podczas których godziny raz dłużyły się w nieskończoność, a raz mijały za mrugnięciem. Czas płynął inaczej, takie odniosłem wrażenie, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać. Aż nagle nadciągnął październik — trudno było mi powiedzieć, gdzie zaginął ten czas. Minął i zniknął niezauważalnie, razem z liśćmi, które garściami opadały z drzew. Zrobiło się słotnie, ponuro i chłodno. Przedwcześnie nastała jesień, jakby w odpowiedzi na to, co się wydarzyło. Natura zgrała się z naszymi emocjami? Patrząc na to wszystko, czułem się tylko gorzej.  

Odczuwałem jednak olbrzymią ulgę, że nie udaliśmy się do Chaty już na drugi dzień tego... wypadku, by sprawdzić, co rzeczywiście się zdarzyło. Pamiętam mgliście, że te dwie noce w Skrzydle Szpitalnym wydawały mi się wiecznością, a strach oraz niepewność odpędzały nawet ból. Zawsze najmniejszy ruch sprawiał mi niepohamowane cierpienie. A wtedy... Wszystko wydawało się być nierealne; patrzyłem tylko w bielony sufit i zarys szafek ledwie widocznych w ostrym świetle malejącego już księżyca. I znowu byłem sam, tym razem jednak nie sprawiało mi to różnicy. Samotność pierwszy raz koiła.  

Powrót do zamku upłynął niemal jak sen — mgliście, powoli. Pewnych części błoni, na przykład terenu tuż przed bramą czy brzegu jeziora, i niektórych korytarzy nie pamiętałem, jakby klisza filmowa nagle się zerwała, miejscami ziała bolesna pustka. Gdy weszliśmy do dormitorium, zdawało mi się, że płomienie kominków są przyćmione, blade, wcześniej szkarłatne kotary wyblakłe, portret Grubej Damy płowy, a złotawe obicia foteli niemal białe — zupełnie inaczej odbierałem odcienie albo zdawało mi się tak, bo przez całe pokłady żalu i rozgoryczenia świat stał się szary, bury, niewyrazisty, taki, jakby nagle część jego uroku oraz żywotności uleciała.  

Cóż, wszystko tak naprawdę było jak sen. Lekcje, śniadania w Wielkiej Sali, nawet złośliwe droczenie się Lily z Jamesem — co on wciąż odbierał raczej jako coś na kształt zalotów, choć jednocześnie był bardziej markotny niż kiedykolwiek, co nie uszło uwadze rudej — czy wolne chwile mijały w ciszy, gdy ja bezmyślnie wpatrywałem się w swoje dłonie, a reszta Huncwotów obserwowała mnie zmartwionym wzrokiem. Czułem ich każde zerknięcie, ich skinięcia głowami na siebie, słyszałem ciche szepty.  

Całe moje życie zmieniło się przez jedno wydarzenie.


Tagi:

Awatar użytkownika
Bestia
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 65
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [NZ] Akrana smutku [wstęp]

Post#2 » 17 wrz 2009, o 17:36

Wybrałaś sobie bardzo ciekawy temat, ale... zdajesz sobie sprawę, że też bardzo trudny? Trzeba będzie dobrze opisać wszystkie emocje i co na nie wpływa, w jaki sposób - żeby to wszystko miało ręce i nogi. A dodatkowo odpowiednio poprowadzić całą historię.  

Póki co, a to dopiero początek, jest bardzo dobrze. I mam nadzieję, że dalej będzie tak samo, a nawet lepiej :) 

Tylko zastanawiam się... hm... wiem, że musisz w jakiś ciekawy sposób poprowadzić tę historię, jakoś ją rozwinąć. Ale wydaje mi się, że choć huncwoci byli cwaniakami i psotnikami, tak by tej sprawy nie załatwili... Z drugiej strony dobrze wiem, że jakby zachowali się honorowo, to nie byłoby tego opowiadania :) 

Tak więc czekam na kolejne części :D


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#3 » 12 maja 2010, o 20:06

Dedykuję wszystkim, tak po prostu - enjoy więc :) 

 

 

 

1 

— Na Merlina, co zrobiliśmy... — szepnął James ochrypniętym, zdumionym głosem, a ja modliłem się tylko o to, by przestało mnie mdlić. Gdy złapałem się za brzuch gestem, jakbym chciał uspokoić rozdygotany szokiem oraz strachem żołądek, Syriusz posłał mi zmartwione spojrzenie. Było tak bezradne i przygaszone, że przestałem się martwić, ale zaraz zacząłem myśleć nad sprawą zdecydowanie ważniejszą, poważniejszą — co się z nami stanie. 

— Cicho. — Black spojrzał na mnie nagle tak stanowczo i pewnie, że aż się wzdrygnąłem. — Spokojnie. Musimy się uspokoić. Inaczej zrobimy coś głupiego... 

 

 

— Sam... był sobie winny. — Pamiętam, że piątego dnia James kolejny raz zaczął temat. Posłał Blackowi znak, ponure spojrzenie pełne napięcia. Syriusz jak na komendę spoważniał, szykując się na wymyślanie coraz to nowszych argumentów. Od początku roku niemal codziennie słota zalewała okratowane okna Pokoju Wspólnego, grzaliśmy się wtedy w cieple dogasającego kominka, a takie wstępy do rozmowy o t y m były już swoistego rodzaju rutyną. Widząc pogodę rozszalałą na błoniach, od ranka duchowo się szykowałem na następną.  

Nic nie męczyło mnie bardziej niż ich próby, chociaż wiedziałem, jak gorączkowo szukali czegokolwiek, co mogłoby zwrócić winę ku Severusowi. Pewnie James zdawał sobie sprawę, podobnie jak Syriusz, jak ważna dla mnie była od t a m t e j chwili potrzeba znalezienia wytłumaczenia, czegokolwiek, co sprawiłoby, że nie czułbym się a ż tak winien, ale na nic się to zdawało. Zawsze ignorowałem ich, wpatrując się w płomienie lub pisząc dalej wypracowania, bądź nawet odchodziłem.  

Tym razem jednak poczułem, że powinienem zostać i wysłuchać ich. Podejrzewałem, że nie trafią do mnie ich tłumaczenia, a jednak… Jak mogłem wymigać się od dręczącego sumienia, skoro wydarzyło się to, co się wydarzyło? Nie życzyłem nikomu śmierci i nawet osoba tak podła oraz obmierzła jak… Snape nie zasługiwała na taki los.  

Zwłaszcza na taki.  

Patrzyłem na nich, wzdychając w duchu. Od zawsze byli wzorową parą przyjaciół, wspierającą się, ale też odnoszącą się do siebie ze sporym dystansem. Nic nie potrafiło ich poróżnić; czasami czułem się na uboczu, jak zbędny element doskonałej układanki, i byłem pewny, że Peter zapewne odczuwa to jeszcze intensywniej, on, tak nieśmiały, nieporadny i skromny przy naszych — choć prędzej ich — wyrazistych usposobieniach i całej tej otoczce popularności.  

— Nigdy nie był naiwny — kontynuował Syriusz. — A przecież już nie dawał nam się podpuszczać, kilka żartów z drugiej klasy przecież tak go uczuliło na nasze zagrania, a teraz... — Uniósł niemal czarne brwi tak, że zniknęły pod kosmykami w nieładzie opadającymi na jego wysokie czoło. — Sam sobie winny, Remus. Spójrz na mnie, no — powiedział nagle ostro. — Nie możesz tak się zachowywać…  

— Zawsze był nieufny! Skąd mieliśmy wiedzieć, że w ogóle posłucha tego gadania o Bijącej Wierzbie, ukrytym przejściu i pełni?! — dodał James, choć sam nie do końca wierzył w to, co mówił. Wiedziałem to po tym, jak nerwowo poprawiał okulary, ciągle je ściągał, przecierał rąbkiem koszuli, zakładał i znowu ściągał.  

Peter przyglądał nam się tylko w ciszy, ponury i cichy. Siedział w kącie, jakoś dziwnie odsunięty od nas, patrzył w kąt zupełnie nieobecnym wzrokiem. Pewnie byłoby mi go żal, gdyby nie to, że teraz akurat najbardziej żałowałem własnej głupoty. 

— Poza tym nikt się nie zorientuje, że zniknął. Nawet Lily jest pewna, że znów pojechał niespodziewanie na kilka dni do domu. Ta bajka o chorej matce… — Natychmiast przejął pałeczkę Syriusz. 

— Na pewno potrwa, zanim zauważą w tym coś podejrzanego. Być może wszyscy oprócz nauczycieli do tego czasu o tym zapomną — mruknął James i wzruszył ramionami.  

— Nie był nigdy lubiany, zawsze dbał tylko o siebie i zastraszał innych. Dziwak i tyle, do tego durny i wyniosły. — Black prychnął donośnie. — Poza tym nawet Filch wie o jego wycieczkach do Zakazanego Lasu, co dopiero Dumbledore i McGonagall. Pewnie pomyślą, że znowu się tam udał nielegalnie, choć tym razem nie pokarał go szlaban, ale... Więc nie martwmy się, bo nie ma czym — zakończył nieco kulawo, jak na swoją elokwencję i umiejętność manipulowania słuchaczami; wtedy dotarło do mnie, że i on się denerwuje. Chociaż tego nie okazywał, był kłębkiem nerwów, poznałem to po nieco ostrzejszych, bardziej chaotycznych gestach oraz kpiącym uśmieszku, który krył drżenie wargi. 

Milczałem, ale oni odetchnęli z ulgą, widząc, że ich wysłuchałem. 

 

 

 

— My JUŻ zrobiliśmy coś głupiego — syknąłem poirytowany; aż zdziwiłem się, że byłem w stanie powiedzieć cokolwiek tonem innym niż przerażonym. Wyszło na tyle dosadnie, że przez moment w jego oczach odbijała się cząstka zakłopotania, ale natychmiast otrząsnął się i zacisnął usta. — Spójrz tylko!  

 

 

 

Ale już drugiego dnia po naszej rozmowie zwołano specjalne zebranie dla uczniów każdego z domów. Dowiedziałem się o tym tuż przed spotkaniem i dotarłem do Pokoju Wspólnego jako ostatni, a co najbardziej mnie martwiło — krążyły także plotki, że McGonagall chciała zebrać osobno prefektów Gryffindoru. Aż mnie mdliło na myśl o tym; samo ukrywanie tego sprawiało mi tyle bólu, miałem teraz jeszcze kłamać w oczy tym, którzy na pewno martwią się zaginięciem ucznia?  

Gdyby nie to, że Pokój już był pełen ludzi i udało mi się przemknąć niezauważony, łowiąc jedynie pełne lęku spojrzenia pozostałych Huncwotów, a potem wcisnąć się gdzieś w kąt sali w wysłużony fotel, pewnie zasłabłbym z nerwów, widząc zdenerwowane spojrzenie naszej opiekunki i słuchając, jak mówiła o zaginięciu Severusa Snape’a. Syriusz natychmiast znalazł się koło mnie i położył mi dłoń na ramieniu, jakby chciał mnie uspokoić.  

Nie pomogło.  

— Wszyscy, którzy wiedzą cokolwiek o zniknięciu Severusa Snape’a, są zobowiązani zgłosić to jakiemukolwiek nauczycielowi — powiedziała McGonagall pod koniec, patrząc na nas srogo, ale jednocześnie niepewnie. — To sprawa najwyższej wagi.  

Wyglądała tak, jakby przez te dni postarzała się o kilka lat — miała sine cienie pod oczami i pożółkłą cerę, zazwyczaj misternie zapleciony kok był w nieładzie, a sama straciła swoją werwę. Była cicha, ale nie w ten sposób jak Peter, ona prawie jąkała się z nerwów. Czułem się temu winny, bo gdyby nie ja… 

— Może zjadło go coś w Zakazanym Lesie? — sarknął wtedy Syriusz na tyle głośno, by i ona dosłyszała. Zamarłem. 

— Panie Black — wycedziła. — Zaginął chłopiec, to nie czas na głupie żarty. — Spojrzała na niego tak surowo, że aż sam pobladłem. Jeszcze bardziej wgłębiłem się w fotel, byleby tylko mnie nie zauważyła, ale Syriusz wciąż patrzył na nią mieszanką pobłażania i bezczelności. — Wszyscy musimy dołożyć starań, by się odnalazł. Nawet jeżeli… mieliście osobiste zatargi — dodała.  

— Spokojnie, Remus — szepnął do mnie Syriusz, gdy McGonagall odwróciła wzrok i odpowiadała jakiejś pierwszorocznej blondynce, która ze strachem zapytała, co go mogło zjeść. Usłyszałem tylko pełne politowania i zrezygnowanie westchnienie naszej opiekunki, gdy Black zacisnął dłoń na moim ramieniu. — Na pewno wszystko w porządku? 

Skinąłem tylko głową.  

— Koniec zebrania — oznajmiła wtedy McGonagall. — Proszę prefektów o pozostanie na moment. 

Syriusz i James rzucili mi niepewne spojrzenie, a ja sam poczułem, jak serce przyspiesza mi jeszcze bardziej. Gdy Pokój pustoszał momentalnie, czułem na sobie wzrok innych Gryfonów, zwłaszcza tych młodszych, którzy szeptali między sobą przez całe zebranie i patrzyli na wszystkich ze strachem, ale i oni wkrótce zniknęli, kryjąc się w dormitoriach. Zrobiło się cicho, wręcz przerażająco, tylko deszcz bębnił o okna i blaszane parapety. Błysnęło nawet, zaraz zagrzmiało.  

Wstałem niepewnie, starając się wyglądać jak najnormalniej, uśmiechnąłem się blado i czekałem, co McGonagall ma nam do powiedzenia.  

— Porozmawiajcie z kolegami — rzekła w końcu, patrząc na nas uważnie zza szkieł okularów. Ja uporczywie wpatrywałem się w swoje buty, ustawiając się za Lily — która była blada jak ściana i wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć — i resztą prefektów i bojąc się nawet zerknąć na twarz McGonagall. Czułem tylko mdłości i potworne upokorzenie, chciałem, by wszystko skończyło się tu i teraz.  

— Jestem pewna, że ktoś może wie cokolwiek, może słyszał coś; to zrozumiałe, że mogą nie chcieć rozmawiać z nami, więc postarajcie się. Dobrze? 

— Tak, pani profesor — szepnąłem; zaraz zamarłem, miałem tak rozedrgany zmęczeniem i strachem głos, że nie zdołałem tego ukryć. McGonagall spojrzała na mnie znad szkieł okularów jakoś dziwnie, nieodgadnionym wzrokiem, i już zmroziło mnie przerażenie, ale wtedy skinęła do nas głową i skierowała się do portretu Grubej Damy. Wstrzymując oddech, śledziłem jeszcze jej plecy, aż zniknęła za obrazem, wtedy cicho wypuściłem powietrze z płuc.  

Jej spojrzenie było… Nie wiedziałem, czy powinienem się obawiać, że coś zaczęła podejrzewać — z trudem uwierzyłem w słowa Dumbledore’a, że moją tajemnicę zna jedynie on, żaden inny nauczyciel. Stanowiłem tak wielkie zagrożenie, więc zachował to tylko dla siebie? A jeżeli nie, czy trudno połączyć pełnię księżyca, gdy przemieniałem się w krwiożerczą bestię, która bez wahania zabiłaby kogokolwiek, z tajemniczym zaginięciem? Czy zacząłem już popadać w paranoję? 

Jednego byłem pewien.  

Tak bardzo chciałem zapaść się pod ziemię.  

I stamtąd nie wrócić.


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#4 » 12 maja 2010, o 20:36

Hm, ostatnio zupełnie oderwałam się od Potterowego fandomu i ficków (nadeszło już porządne "zmęczenie materiału"), więc trochę trudno mi będzie napisać jakkolwiek konstruktywny komentarz.  

Po pierwsze, pomysł jest ciekawy, a sama idea świata bez Snape'a wydaje się wręcz piękna. Tak, Remus przeżywa niepotrzebnie, powinni się cieszyć i wydać huczną stypę, o! A tak na poważnie, to przeżywa bardzo przekonująco i, jak sądzę, bardzo remusowo. James jest... James jest taki, jakim opisała go Rowling, więc nie mogę Cię winić za to, iż wydaje mi się nieco nijaki. Właściwie u Ciebie ma nawet więcej wyrazu, niż u pani Jot Ka. Podoba mi się za to postawa Syriusza, widać, że chłopak próbuje Remusowi pomóc, nawet jeśli tylko pogarsza swoje notowania u McGonagall. 

Podsumowując, zapowiada się (bo w sumie tutaj dalej jest trochę na etapie "zapowiadania się" ;) ) interesująco i jestem ciekawa, co Ci z tego dalej wyjdzie :)

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#5 » 29 maja 2010, o 11:43

Jeżeli już dedykować - dla Em. 

 

2 

Jak na komendę wszyscy spuściliśmy głowy. Widok nas przytłoczył, poczułem, jak coś ścisnęło mnie żelaznymi obcęgami w piersiach; byłem pewny, że nikt na pewno nie chciałby czegoś takiego ujrzeć, nawet jeżeli miałby nerwy ze stali — być może wyłączając Śmierciożerców, ale przy ich łaknieniu krwi czarodziejów oraz ludzi niemagicznych... Czy cokolwiek mogło ich zdziwić lub zniesmaczyć, czy w ogóle dręczyło ich coś takiego jak poczucie winy? Wątpiłem.  

Ze wstrętem patrzyłem na to wszystko. Krew przynajmniej zdążyła zaschnąć i wsiąknąć w podłogę, szczątki przyciemniały aż do głębokiego brązu, mniej zauważalne na tle drewna tego samego odcienia. Mimo wszystko fakt przejścia pełni wprawił mnie w fatalny nastrój, pewne niebłogie odrętwienie, ale i wyostrzenie zmysłów, emocji. Wolałem nie rozmyślać, jak mógłbym zareagować na podobny widok tuż po, ze świadomością, że ja go zj...  

 

 

 

Życie toczyło się dalej.  

Choć mi się wydawało, że stłukłem zmieniacz czasu i utknąłem, jakbym przeżywał jeden i ten sam dzień, niezmienny i bury — wszystko toczyło się dalej.  

Poza tym, co odczuwałem, zmieniło się także to, jak postrzegałem rzeczywistość; może to przez fale duszącego poczucia winy, które raz zalewały mnie, by później odejść i zostawić mnie na moment niemal ogołoconego z uczuć, ale i wrócić, gdy najmniej byłem na to gotowy.  

Wszystko wydłużyło się w jeden, nieznośnie długi dzień. Zacząłem dostrzegać, jak moje życie było i jest bezbarwne, począwszy na siedzeniu w klasach i pisaniu referatów na tematy, których i tak miałem nigdy nie wykorzystać, aż po wieczory w Pokoju Wspólnym. Raz na jakiś czas pojawiały się wydarzenia, które wybijały się z tego rytmu — jak rozmowa z McGonagall czy oficjalne ogłoszenie zaginięcia Snape’a na którejś z kolacji. Potem było tylko więcej bólu, niepokoju w oczach chłopaków, krąg się zamykał.  

Ale tego meczu Quidditcha nie mogłem zapomnieć.  

 

 

 

Masa zaschniętej, ciemnobordowej krwi na dębowych, starych deskach. Gdzieniegdzie strzępy rozszarpanego mięsa, które zdążyło już zacząć powolny rozkład; miejscami dało się dostrzec nieco brudną, kremową biel kości. Kłęby czarnych włosów, smętnie wyglądające fragmenty czarnej szaty w srebrno-zielone detale.  

Przeraziło mnie, że tylko dwa dni wystarczyły, by wydzielał się tak okropny zapach stęchlizny — a w dodatku, że tak niewiele zostało... Wolałem nie rozmyślać, nawet nie kierować myśli w nurt, dlaczego, co się z nim stało. Wiedziałem jednak, że to nie winą dzikich zwierząt była tak mała ich ilość — nie miały przecież dostępu do Wrzeszczącej Chaty, odkąd zabito ją na głucho... 

Ułamana różdżka na drugim stopniu schodów, zaraz obok wytartych na nich świeżo śladach, groteskowo bijących ostrością wśród tumanów kurzu. Tuż obok kominka leżał nadgarstek ze sterczącym w górę kciukiem.  

 

 

Środek listopada przyniósł ze sobą kłębowiska chmur, które nadciągnęły znad Anglii, by zadomowić się tuż nad zamkiem Hogwart i okolicami. Wraz z nimi temperatura spadła i było tak zimno, jak nigdy wcześniej o tej porze roku, i zaraz wszyscy powyciągaliśmy z kufrów swetry, które zazwyczaj zakładaliśmy dopiero zimą. Błonia zamieniły się w błotniste jeziora, a siekające ziemię krople padały tak zacięcie, że z okien Wieży Gryffindora wyglądały jak gęsta mgła. Raz nawet spadł śnieg, zupełnie niespodziewany gość, który jednak zniknął równie nagle, jak się pojawił — niezwykle mokry i ciężki, cienką warstwą przykrył drzewa w Zakazanym Lesie. Na tę chwilę Hogwart przypominał upstrzoną bielą Królową Śniegu, jednak wkrótce zaczęło siąpić i urocza biel przegrała z burym i dżdżystym ziąbem. Kolorowe liście zdążyły już nawet zbrunatnieć. Pogoda była jakby niezdecydowana, zupełnie nieprzewidywalna, i bynajmniej nie cieszyła nikogo. 

Zaszyliśmy się w Pokoju Wspólnym i, jak większość uczniów, z nikłą nadzieją wyczekiwaliśmy soboty — a w przypadku Syriusza i Jamesa meczu z Krukonami.  

Dla mnie był to dzień swoistego wyciszenia; wszystkie emocje nagle wyblakły, ale wciąż czułem dziwny ciężar na piersi. Wiedziałem, że to tylko chwilowe, że niedługo zostanę przytłoczony z jeszcze większą siłą, ale nie mogłem nic zrobić, czekałem. Nawet zaczynałem się do tego przyzwyczajać.  

— Świetnie! W taką pogodę to możemy zapomnieć o wygranym meczu. — Black ze złością podarł pergamin. Widniało na nim dość ładne, prawie kaligraficzne pismo — zapisany początek referatu o paktach z olbrzymami w XIII wieku. James tylko zerknął z konsternacją na zmięty kawałek papieru, który zaraz został rzucony tuż obok kominka, na straconą godzinę ślęczenia nad książkami o traktatach między czarodziejami i magicznymi rasami.  

— Przestań, mam dość tego deszczu… Do diabła z taką grą, ile może lać?  

— Długo — mruknął z przekąsem pulchny chłopak o wodnistych oczach. — Współczuję wam. Nie zazdroszczę grania w deszczu — dodał z niemal dobrze udanym przekonaniem, choć i tak każdy wiedział, jak bardzo chciał grać w reprezentacji Gryffindoru. Był jednym z tych, którym faktycznie brakowało umiejętności i zwinności, ale mimo to naprawdę rozczarowało go, gdy kandydatura na pałkarza została odrzucona nawet przed rozpoczęciem sprawdzianów na wyłonienie nowych członków drużyny. 

Syriusz potarł twarz dłońmi i ziewnął.  

— Tak czy inaczej, naprawdę mamy przewalone. Krukoni są ogólnie słabi, ale… 

— …ale radzą sobie w deszczu, wiemy — rzucił James znad swojego wypracowania. Nie spojrzał nawet na Syriusza, pochłonięty pracą, poprawił tylko okulary i pisał dalej.  

Nie wiedziałem, skąd wziął się jego nagły zapał do prac domowych, jednak przeczuwałem, że po prostu był to jego sposób na problemy. Każdy radził sobie z nimi inaczej, a on akurat rzucał się w wir książek i kolejnych stóp prac, zupełnie odwracając uwagę od tego, co było ważniejsze. Peter zrobił się milkliwy i cichy, ja… Cóż, nie radziłem sobie. Tylko Syriusz zachowywał się niemal tak samo, jak wcześniej. Chociaż może po prostu dobrze grał? Może nie bez powodu unikał tematu za wszelką cenę i zaczynał rozmowy o czymkolwiek innym? Coraz rzadziej pytał mnie, jak się czuję, zastąpił to pełnymi niepokoju zerknięciami — i milczał.  

— Tak… Już nawet nie mam do tego siły — podsumował, odrzucając z rozmachem książkę, którą wcześniej trzymał otwartą na kolanach, i wyciągnął się w fotelu. — Nie wiem, jak jutro damy sobie radę.  

— Przestań narzekać, to tylko gra — przerwałem mu. Zerknął na mnie jakoś dziwnie, ale szybko otworzył „Magiczne pakty i ugody” na pierwszym lepszym rozdziale i skierował wzrok na stare, pożółkłe strony księgi. Westchnąłem tylko, czując się nieswojo, bo pierwszy raz zdarzyło mi się, by Syriusz tak zareagował na cokolwiek, co powiedziałem, ale co miałem zrobić? Wyrzucić mu, że w pewien pokrętny sposób mnie to zabolało? Wierzyłem, że gdzieś tam odczuwa taki sam ból, jak my, nie chciałem dokładać mu zmartwień.  

Zapadła cisza, przerywana tylko trzaskaniem ognia w kominku i zgrzytaniem pióra. Pokój opustoszał niemal doszczętnie, poza nami i parą siódmoklasistów obściskujących się w kącie wszyscy gdzieś się rozeszli.  

— Wiecie… — Usłyszałem przepełniony niepewnością głos Syriusza. Zmarszczyłem brwi i odwróciłem wzrok od płomieni; za mną podążył James, patrzący znad szkieł okularów na Syriusza z niemałym zdziwieniem, i Peter z półotwartymi ustami.  

— Co?  

Pierwszy raz od kilku dni strach i zmartwienie były wypisane na jego twarzy. Zdziwiłem się. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że coś w nim pękło.  

— Nie, nic. — Szybko otrząsnął się, przeczesał dłonią czarne włosy i zaraz przywołał na twarz uśmiech. Patrzyłem na niego zupełnie nieprzekonany tą nagłą zmianą, ale on tylko wzruszył ramionami i rzucił mi spojrzenie, którego nie potrafiłem rozszyfrować.  

— James, dasz mi przepisać chociaż kawałek swojego wypracowania, no nie? 

 

 

 

 

Przez moment zakręciło mi się w głowie; myślałem już, że upadnę na t ę krew, j e g o krew, i stałoby się tak z pewnością, gdybym nagle nie znalazł oparcia w ramieniu Syriusza, który zareagował natychmiast i podtrzymał mnie, gdy pewnie ujrzał nagle bladość mojej twarzy oraz pociemniałe oczy.  

— Boże... Ja to zrobiłem — szepnąłem, a mój głos nagle załamał się. — To ja. M-moja wina. — Zacząłem się jąkać. Dlaczego uderzyło to we mnie tak nagle? — Boże, Boże, Boże! Ja go rozsz... 

— Ciii. — Usłyszałem cichy, kojący szept Syriusza. — Coś wymyślimy.  

 

 

 

 

Gdy rozległ się pierwszy grzmot, po trybunach poniósł się cichy pomruk zawodu i trzask rozkładanych parasoli. Słońce, które wychyliło się na chwilę zza chmur, znowu zniknęło za kłębowiskiem, zabierając nam tę odrobinę ciepła; zaraz chłodny wiatr stał się naprawdę nieznośny i skuliłem się na ławce w sektorze Gryfonów, tak bardzo pragnąc być gdzie indziej. Ale nie mogłem — był to znaczący mecz i nie mogłem tego zrobić Jamesowi i Syriuszowi, nie zważając na to, co czułem. Byłem im winny chociaż tę odrobinę zaangażowania i wsparcia.  

Mimo pogody godnej wyłącznie negatywnych emocji — zebrali się niemal wszyscy Gryfoni. Nad naszym sektorem falowały czerwonozłote szaliki, rozlegały się krzyki i piski, gdy ścigający obu drużyn bili się o kafla, a James i Matthew Hyneman, ponury i krępy Krukon, prześcigiwali się w poszukiwaniach znicza. Siedziałem w przedostatniej ławce, mając obok siebie kilka rozchichotanych drugoklasistek z maślanymi oczami śledzącymi popisy Syriusza.  

— Dziesięć punktów dla Krukonów! Tak, to był naprawdę świetny strzał! — Rozległ się głos komentatora. — Oby padło więcej takich pięknych bramek! 

Kibice Krukonów starali się krzyczeć jak najgłośniej w sektorze naprzeciw i wspomagali ich nawet niektórzy Ślizgoni — tak bardzo chcieli, byśmy przegrali. Mimo że nie byłem fanem Quidditcha, obawiałem się, że nasza drużyna — zazwyczaj świetna, jednak nie do końca potrafiąca dynamicznie grać podczas ulew — faktycznie może zostać pokonana. 

Tymczasem na boisku robił się coraz większy ruch — i gra robiła się coraz bardziej brutalna. Nie wiedziałem, gdzie zwrócić oczy — na Jamesa krążącego teraz tuż nad samą ziemią czy na Syriusza, który niemal został strącony z miotły przez tłuczek.  

— Mogę? — Usłyszałem nagle nad swoim lewym barkiem. Aż podskoczyłem i w zdziwieniu odwróciłem głowę. I spodziewałbym się być może każdego, ale nie jej.  

Lily Evans patrzyła na mnie z niepewnym uśmiechem, chowając się pod fioletowym parasolem. 

Skinąłem głową.  

Lily, ze względu na Jamesa i jego niezbyt udane próby przekonania jej do siebie, unikała nas wszystkich. Bez wyjątku. Być może i siedziałem sam, bo nad Peterem uniosło się fatum choroby i miał spędzić ten dzień w Skrzydle Szpitalnym, ale wciąż dziwiła mnie jej obecność. Choć może przesadzałem? Popadałem w paranoję? 

Uśmiechała się, chociaż widziałem po twarzy, że daleko było jej do radości. Miała chorobliwie bladą cerę i nieco opuchnięte oczy, jakby po całonocnym płaczu. I przeczuwałem, że jego przyczyną byłem ja — przyjaźniła się z Severusem przez całe lata, więc czy mogła coś zmienić sytuacja nad jeziorem? Wątpiłem, a teraz miałem niemal namacalny dowód, że martwiła się i bała. Nie mogło chodzić o nic innego, jak o ostatnie wydarzenia… 

— Co… Co tam słychać, Remusie?  

Popatrzyłem na nią, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Skierowała na mnie swoje zielone, głębokie jak studnia bez dna spojrzenie, aż poczułem straszne ukłucie w piersiach. 

— W porządku — wymamrotałem bez przekonania. — Co u ciebie? 

— Też dobrze — westchnęła cicho, ale zaraz uśmiechnęła się, jakby przypomniała sobie, że nie chce okazywać emocji. Taka była. Otwarta i przyjazna, ale uczucia zachowywała dla siebie, nie dzieliła się nimi nawet z przyjaciółkami. — Chociaż… Sam wiesz, Remusie, to naprawdę trudne, co dzieje się teraz. Po prostu… Każdy się boi. 

Odwróciłem wzrok na boisko i podających sobie błyskawicznie kafla ścigających Gryffindoru, a ona, widząc to, dodała: 

— Och, wiesz, o co mi chodzi. A rozmawiam o tym z tobą, bo widzę, że coś jest z tobą nie tak. 

Zaparło mi dech w piersiach, ale uśmiechnąłem się blado i mruknąłem: 

— Nie jest ze mną gorzej niż z kimkolwiek innym.  

— Przestań — żachnęła się. — Też się boję i nie ukrywam tego. Zaginięcie Severusa… — Spuściła wzrok i jeszcze mocniej zacisnęła dłoń na rączce parasolki, aż zbielały jej knykcie. — To naprawdę ciężkie dla każdego. To mógł być każdy — uzupełniła, jakby było to coś oczywistego, bez większych emocji, chociaż podejrzewałem, że toczyła ze sobą walkę.  

Zapadła cisza.  

Czułem się podle, spojrzałem tylko na boisko, gdzie znowu zaczęła się walka o kafla po zdobyciu punktów tym razem przez Gryfonów. Syriusz przelatywał akurat nieopodal trybun — i nasze spojrzenia spotkały się. Zauważyłem tylko jego dziwny wyraz twarzy, gdy zobaczył Evans rozmawiającą ze mną i pewnie moje zmieszanie, ale zaraz znalazł się tuż przy bramkach i stał się kolejną rozmazaną plamą na tle ulewnego deszczu. 

— Nie boisz się? — zapytała nagle. 

Nie odezwałem się. 

— Nie wierzę, że zniknął… Że się zgubił. Coś musiało mu się stać, znał tyle czarów, chodził może i po Zakazanym Lesie i dziwiłam się zawsze, że wracał cało, ale potrafił się bronić… Coś musiało się stać, wiesz, Remus? 

Zdębiałem. Co miałem odpowiedzieć? Że wiem, co się stało?  

— Ja… Nie wiem, Lily — odparłem, zacząłem się jąkać. Spojrzała na mnie dziwnie, przewiercając mnie wzrokiem na wskroś. 

— Remus, coś ci jest? Nagle zbladłeś… Zachowujesz się dziwnie. — Zmarszczyła czoło. — O co…? 

Ale wtedy tuż nad nami rozległ się świst, a Gryfoni jak fala skulili się i zaczęli krzyczeć, bo nad naszymi głowami przeleciała ubrana w barwy Gryffindoru postać. Ścigający. Zauważyłem czarne włosy odcinające się od bladej twarzy i zobaczyłem, jak się odwraca, rzuca mi znaczące spojrzenie. Szybko zerknąłem na siedzącą obok Lily, która zaniemówiła z wrażenia i patrzyła się w szoku na innych, którzy albo siedzieli z otwartymi ustami, albo zaczynali się śmiać.  

Wykorzystałem to. 

Zerwałem się z miejsca i, przepychając się między uczniami swojego domu, zniknąłem na schodach prowadzących na błonia. Nie pamiętam nawet tego, jak schodziłem po stopniach, ale zaraz poczułem na twarzy chłodny deszcz i znalazłem się na rozmokłej ścieżce. Westchnąłem tylko cicho, słysząc, jak dudni mi serce, i pospiesznie poszedłem w stronę zamku. 

Syriusz znowu mnie uratował.


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#6 » 29 maja 2010, o 15:02

Jej, bardzo spodobała mi się ta część. Przede wszystkim, bardzo podoba mi się Twój Remus, jest naprawdę wiarygodny, naprawdę... żywy. Z jednej strony, wzbudza współczucie, z drugiej, nawet lekką irytację. Współczucie, bo jednak wciąż cierpi, bo gnębi go poczucie winy, a irytację - bo nie tylko nie daje się z tego wyciągnąć, ale też jakby tak naprawdę nie chciał, by życie toczyło się dalej, by wróciło do normalności. Sam nie potrafi się otrząsnąć, pogodzić, ale innym też na to nie pozwala.  

I Syriusz, opiekuńczy, współczujący, dbający, który przecież też musi mierzyć się z tym wszystkim, ale woli kryć się za maską i niemal całą swą uwagę poświęcać Remusowi.  

Słowem - pięknie :)

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#7 » 4 cze 2010, o 23:59

Dla Lai - za najbardziej wzruszający komentarz, jaki kiedykolwiek dostałam :) 

 

 

3 

Nadeszła pełnia.  

Wielkimi krokami, nieubłaganie, w końcu nadeszła. Obawiałem się tego już kilka dni po poprzedniej, gdy dotarło do mnie, że będę musiał wrócić do Wrzeszczącej Chaty — i, co gorsze, nie z własnej woli, a z przymusu.  

Ale nie mogłem postąpić tak, jakbym chciał — uciec gdzieś, gdziekolwiek, byleby z dala od tego miejsca. Raz w miesiącu zamieniałem się w groźną dla wszystkich bestię, stanowiłem wtedy zagrożenie nawet dla samego siebie, nie mówiąc już o innych. Dla ich bezpieczeństwa kryłem się w tym starym domu… Choć trudno było mi o tym myśleć, że już raz to zawiodło z mojej winy. Co mogłem innego zrobić? 

Z początku wszystko wydawało się takie same. Jak te kilkadziesiąt pełni wstecz od czasu, gdy jako dziecko zostałem ugryziony. Rosnący lęk, bezsenność, wyczekiwanie, aż księżyca zacznie przybywać. Robiłem tak zawsze i z każdym dniem byłem coraz bardziej świadomy tego, co mnie czeka. 

W Hogwarcie rządziło się to trochę innymi prawami, więc na dzień przed pełnią pani Pomfrey zaprowadziła mnie aż do stóp bijącej wierzby. Słyszałem tylko świst jej gałęzi, które z furią przecinały powietrze. Ostatnie promienie zachodzącego słońca kładły się krwawym kobiercem po trawie, ale zaraz zniknęły. Unosiła się delikatna mgiełka; osadzała się na mojej szacie, orzeźwiała nieco. Mróz chwytał źdźbła, pokryte już białą warstewką lodu, pojawiały się też pierwsze gwiazdy. Ale księżyc wciąż był niepełny, brakowało mu tej odrobiny, która zapewniała mi jeszcze trochę czasu.  

— Poradzisz sobie, skarbie? — zapytała; było to swoistym rytuałem. Od pierwszej klasy, co dwadzieścia siedem dni postępowała niezmiennie — i zawsze pytała o to samo, nie wiedząc pewnie, co powiedzieć. Widziałem po niej, że to krępujące milczenie w drodze z zamku ją męczy, sam jednak nie odzywałem się, bo co miałem powiedzieć? Więc tylko patrzyła na mnie ze współczuciem, które niemal dodało mi otuchy.  

— Zobaczysz, szybko minie. 

Uśmiechnąłem się blado do niej i obserwowałem, jak odchodzi. Na tle granatowego, chmurnego nieba i ciemnej w mroku trawy wyglądała jak zjawa, biała postać krocząca powoli przez błonia.  

Jedynym, co mogło mnie wtedy pocieszyć, było to, że zaraz — gdy tylko Pomfrey, mała kropka na Mapie Huncwotów, pojawi się w ścianach Skrzydła Szpitalnego — mieli wyruszyć z zamku. I dołączą do mnie. Z tą myślą — choć trochę umniejszała strach — popatrzyłem na bijącą wierzbę.  

Zaraz potem znalazłem się w tunelu.  

Przyzwyczaiłem się już do tego dusznego, ciężkiego powietrza, w którym wisiał zapach wilgotnej ziemi, i nie zwracałem na niego uwagi. Nigdy też nie pamiętałem drogi, jakby wycięto te fragmenty z filmu. Poczułem w sobie tylko rosnący niepokój i ciężar w piersi, gdy tunel zaczął się unosić i zobaczyłem na jego końcu światło. Szedłem jak na skazanie, powoli i ociężale.  

Zbliżało się nieuniknione.  

Ale tam… Nic się nie zmieniło, jakby czas stanął w miejscu. Pokój nie nosił już żadnych śladów sugerujących, iż zaszło tam coś, co nie powinno nigdy się wydarzyć. Z początku prawie mi ulżyło. Rozejrzałem się tylko po ścianach odrapanych z tapet, śladach szponów na podłodze, roztrzaskanych meblach. Przez zabite deskami okna wpadało nieco księżycowego blasku. Prawie tak, jak kiedyś. Bo zaraz dostrzegłem, że na drewnianych panelach, szarych od kurzu, coś jednak pozostało.  

— Szlag… — szepnąłem i usiadłem, czując straszną bezradność. 

Małe, ciemne plamki, jakby ktoś rozlał farbę — ale wiedziałem, że to nie mogła być farba. Wtedy poczułem się niemal tak, jak tamtego dnia. Dławiłem się od uczuć, które mnie zalały. Byłem zupełnie bezradny wobec nich, po tym, jak przez tyle dni niemal ich nie odczuwałem. Chciałem krzyczeć, zniszczyć coś, zrobić cokolwiek, by nieco je osłabić.  

Wtedy usłyszałem miękki odgłos łap, po chwili dołączył do niego miarowy stukot racic uderzających o deski. Odwróciłem się.  

Przede mną pojawił się wielki, czarny pies o długiej sierści i błyszczących blado ślepiach. Nawet jako zwierzę miał w sobie nonszalancję, która biła z każdego jego ruchu. Poruszył nerwowo ogonem i szczeknął radośnie, gdy zaraz za nim wyłoniło się jeszcze potężniejsze zwierzę.  

Wzrok, jakim zawsze obdarzał mnie James w tej postaci, miał w sobie niezwykły blask. Był wyjątkowo dużym jeleniem — widywałem ich wiele w okolicy, w której dorastałem, ale tak dostojnego nigdy wcześniej nie widziałem. Miał rudą sierść, był wysmukły i wyglądał jak prawdziwy przywódca stada. Między jego porożem, wyglądającym jak korona władcy lasu, siedział Peter — mały szczur o czarnych wąsach, którymi nieustannie poruszał.  

Stojąc tak, wyglądali dumnie jak orszak, który przybył, by powitać nowego w stadzie — wilkołaka. Jedynego stwora w grupie, który nie potrafił panować nad sobą i który przerażał, a nie wzbudzał zachwyt — w przeciwieństwie do nich.  

— Przyszliście…  

Syriusz natychmiast podbiegł do mnie. Zaraz poczułem jego gorący oddech, który owionął mi twarz, gdy psim zwyczajem zaczął mnie obwąchiwać. Szczeknął i rzucił mi szybkie spojrzenie — mądre, pełne nostalgii, jako jedyne odróżniało go od prawdziwego psa. Potem położył się koło mnie, kładąc mi łeb na kolanach. Ogarnęło mnie dziwne wzruszenie — jak zawsze, gdy przychodzili do mnie w trakcie pełni. Mimo że wiedzieli, iż za niedługo zmienię się w bestię, nie odtrącili mnie, a wspierali jeszcze mocniej, niż wtedy, gdy nie wiedzieli. Byli najlepszymi przyjaciółmi, takimi, na jakich nigdy nie zasługiwałem. Tylko oni nie widzieli we mnie potwora. 

Wtedy Łapa nagle poderwał się i jakby wzruszył ramionami, jeżeli można użyć takiego określenia w stosunku do psa. I przemienił się, a ja zdębiałem. 

— Zgłupiałeś?! — krzyknąłem tylko, a on posłał mi zadziorne spojrzenie. 

— Och, przestań — żachnął się. — Mamy jeszcze kilka godzin, no nie, chłopaki? 

I, jak na znak, zaraz jeleń zniknął, a na jego miejscu pojawił się James, wysoki chłopak o rozczochranych smolistych włosach.  

— Jasne. — James poprawił okulary, które zsunęły się na czubek jego niemal orlego nosa, i uśmiechnął się. — Nie mogliśmy sobie odmówić.  

U jego stóp jednak nadal krążył szczur — i wcale mnie to nie zdziwiło. Peter był może nie tak śmiały, jak James i Syriusz — a za to o wiele rozsądniejszy; ten strach, który czasami czuł, nadawał jego decyzjom nieco racjonalności, ale… Nie był też pewny siebie, więc zaraz poszedł śladami przyjaciół. 

Popatrzył na mnie niepewnie i uśmiechnął się, garbiąc się nieco. Miał strach wypisany na pulchnej twarzy, ale też… Podziwiałem jego… odwagę? Mimo przerażenia stał przede mną — wiedząc, jak bardzo mogę być dla niego groźny. Zwłaszcza, że nawet się już przekonał…  

— No właśnie — dodał niepewnie. Zaczynał się czuć nieco swobodniej, bo patrzył na mnie z mniejszym lękiem, a nawet nieśmiało rozglądał się po pokoju. Skrzywił się, gdy zauważył to, co ja dostrzegłem wcześniej. Zbladł. 

— Oszaleliście, naprawdę — warknąłem, choć tak naprawdę czułem prawie że radość, aż zacząłem się uśmiechać. Widząc to, James parsknął śmiechem.  

— Narzekasz!  

— Przyjaciele robią dla siebie wszystko, nie?  

 

 

 

— Ja... Ja nie miałem z tym nic wspólnego! To nie moja wina! — krzyknął nagle Peter, wcześniej stojący gdzieś w głębi pokoju, tuż przy obdartej z tapety ścianie albo schodach. Teraz raptownie odżył, jakby się ocknął z głębokiego letargu. — T-to Syriusz! To on wymyślił ten żart! On powiedział Smarkeriusowi, że... 

— Glizdek, uspokój się! — warknął James tak karcącym tonem, że Peter aż zmalał z wrażenia. Poznałem go po bardzo niskim głosie, bo znowu czerń wstąpiła mi przed oczy. Nie zemdlałem jednak, a poczułem dziwaczne mrowienie, które roznosiło się jakby wraz z krwią płynącą mi w żyłach i które dążyło od palców stóp aż do głowy, a wtedy kolejną falę mdłości. Gdy odetchnąłem głęboko, ciemne plamy powoli zniknęły. Peter patrzył na nas, wskazując drżącym palcem, jakbyśmy tylko my byli winni. — Stało się, wiemy! Ale zamieszani jesteśmy w to wszyscy!  

— Jeden za wszystkich... — podszepnął Syriusz.  

 

 

Minęło jeszcze kilka godzin. Ciepłych chwil, rozmów, które podniosły mnie na duchu, śmiechu i żartów. Gdyby nie oni — nie wiem nawet, co bym zrobił. Nie poradziłbym sobie bez nich.  

Księżyc miał tym razem wzejść już w ciągu dnia, więc rano zostałem sam. Choć nie chcieli, musieli odejść — dla zachowania pozorów — by wrócić pod wieczór. Więc, gdy czekałem, znowu ogarnęły mnie uczucia, które wcześniej chociaż na chwilę zniknęły. Poraziła mnie ta bezradność, czułem się strasznie, jak potwór — bo z każdą sekundą ta świadomość narastała. W pierwszym odruchu miałem ochotę zrobić nawet coś, o co nigdy bym siebie nie podejrzewał, ale… 

Wszystko zniknęło. Uczucia ulotniły się nagle, a ja byłem niemal wolny. Ale zaraz zrozumiałem, dlaczego. 

Wtedy się zaczęło. 

 

 

 

 

Dzięki ich obecności… Mimo że narażali się tak bardzo, przybierając postaci zwierząt w biały dzień i przychodząc tu ze mną, nawet pod peleryną niewidką, czułem się o wiele lepiej. Jakby chociażby kilogram zszedł z tony mojego poczucia winy. Wiedziałem, że czyniłem nierozważnie, namawiając ich do tego i nie czekając nawet na nadejście nocy, jednak...  

— Wszyscy za jednego, dokładnie — dokończył Rogacz, podchodząc do Petera i patrząc mu pewnie w oczy. Gdy położył mu pocieszająco dłoń na ramieniu, ten wzdrygnął się, ale i kiwnął głową.  

— D-dobrze. Ale co teraz zrobimy? Stary Dumbledore domyśli się, że to my — zaczął, a słowa spływały mu z ust lawiną. To zawsze tworzyło zaskakujący kontrast z jego codziennym milczeniem i kryciem się w naszym cieniu. — On… Wyrzuci nas… 

— Nikt nikogo nie wyrzuci. Bo nikt się nie dowie.


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#8 » 5 cze 2010, o 21:32

Jej, dziękuję za dedykację :) 

Nadal podziwiam to opowiadanie. Tworzysz z Huncwotów coś więcej niż gryfońską "elitkę" lubiącą się popisywać i zabawiać kosztem innym. Widać, że są dla siebie prawdziwymi przyjaciółmi, których łączą silniejsze więzi niż te, które łączyły chociażby "Wielką Trójcę". Że dzięki nim Remus, choćby nie wiadomo jak bardzo chciał sobie poemować i ponarzekać, wcale nie jest całkowicie sam ze swoim problemem. Wszystkimi problemami. 

Ale nadal nie mogłam się powstrzymać przed wizją Syriusza wpadającego chaty i liżącego Remusa po twarzy xD

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#9 » 29 cze 2010, o 13:09

4-5 

 

Lily posłała mi zmartwione spojrzenie.  

Wielką Salę wypełnił trzepot skrzydeł dziesiątek sów, gdy — jak każdego dnia mojej już sześcioletniej nauki w Hogwarcie — wleciały przez ostrołukowe okna. Zaraz rozległ się jeszcze większy gwar, dźwięk rozdzieranych kopert rozbrzmiewał wszędzie i prawie zagłuszał inne odgłosy. Działo się tak każdego poranka i już zupełnie do tego przywykłem. Ale wciąż czułem wzrok, który starał się przewiercić mnie na wskroś.  

— Co jest? — Syriusz przestał przyglądać się wątpliwie listowi z wielkim herbem rodziny Blacków odbitym w kropli czerwonego wosku, odrzucił go między kubki i szturchnął mnie w żebra. Siedział tuż obok mnie, po drugiej stronie miałem Jamesa, a Peter niepewnie wpatrywał się w swoją owsiankę naprzeciwko.  

— Czemu się nie odzywasz? — zapytał z rozbrajającym uśmiechem, którym zawsze podbijał serca dziewczyn, ale zaraz złowił wzrok Evans. 

Zmrużył oczy; widziałem w jego minie zirytowanie. Cmoknął z niezadowoleniem i szepnął mi do ucha:  

— Ona tak ciągle? — Pokiwałem tylko głową, a Syriusz westchnął. Potem pomachał do niej z przesadną radością, aż wywróciła oczami i zajęła się rozmową z czarnowłosą czwartoklasistką, Anną Kettle.  

Wciąż czułem na sobie jej przenikliwe spojrzenie. Te świdrujące zielone oczy przewiercały mnie; naprawdę miały w sobie coś, co intrygowało, ale jednocześnie przerażało — i tym bardziej udawałem, że tego nie zauważam.  

Bałem się. Bo Evans coraz częściej na posiłkach siadała blisko nas — co kiedyś się nie zdarzało ze względu na Jamesa, którego unikała od pierwszej klasy. Nie odzywała się słowem, po prostu patrzyła na nas uważnie. A właściwie na mnie. Za każdym razem czułem rosnącą gulę w gardle, palącą i wręcz duszącą, wydawało mi się, że jestem pod ostrzałem. Najbardziej niepokoiła mnie myśl, że coś podejrzewała. Bałem się zastanawiać nad tym, a co dopiero powiedzieć chłopakom. Choć i oni coś przeczuwali — i nie odstępowali mnie na krok. 

Dzisiaj było tym gorzej, bo Lily usiadła niemal naprzeciw.  

Od czasu zebrania o zaginięciu Severusa już nikt o tym nie rozmawiał — minęły już dwa miesiące ciszy. Choć… może i więcej, bo zupełnie przestałem zauważać upływ czasu, a już zbliżała się kolejna pełnia. Z początku wszędzie dało się słyszeć szepty, wymyślano coraz to dziwniejsze teorie, aż skończono na plotce o porwaniu przez Śmierciożerców, o których ostatnimi czasy robiło się głośno. Kilka dni temu też odnaleziono ludzkie kości w jaskini nieopodal Hogsmeade, co jeszcze bardziej zwróciło uwagę wszystkich na ten pogląd. Chociaż cała sprawa była jeszcze niewyjaśniona i w zasadzie nie wiedzieliśmy o tym nic ponad to, że odkryto ciało, niektórzy naprawdę w to wierzyli.  

Tak naprawdę… Wniknęło to w codzienność i było czymś tak absurdalnie zwyczajnym oraz normalnym jak chodzenie na zajęcia czy odrabianie zadań. Jakby nikogo nie obeszło, że nagle zniknął jeden z uczniów; nawet wśród Ślizgonów zapomniano o tym po kilku dniach.  

Jedyną osobą „spoza” — jak w myślach zacząłem nazywać tych, którzy nie znali prawdy — która okazywała zmartwienie o losy Snape’a, była oczywiście Lily i tym bardziej czułem zaniepokojenie, zwłaszcza po tym, co zaszło na meczu. Zachowałem się nieostrożnie, mogłem jakkolwiek ukryć emocje — i miałem tylko nadzieję, że nie zacznie się niczego domyślać.  

Martwiłem się tym nawet bardziej niż ewentualnymi podejrzeniami ze strony McGonagall czy Dumbledore’a — którzy nie poświęcali mi większej uwagi niż kiedykolwiek. Dziwiło mnie to, bo spodziewałem się, że bez problemu połączą wszystko z pełnią. Jednak… Być może po prostu mieli jeszcze ważniejsze rzeczy na głowie? Śmierciożercy robili się ostatnimi czasy naprawdę aktywni, a oni — jako potężni czarodzieje — na pewno byli jakoś związani z przeciwdziałaniu Temu, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Trudna sytuacja w czarodziejskim świecie zapewniła mi pewien spokój z ich strony — i czułem się strasznie, mając tego świadomość. 

A Lily… Krzywdząc jedną osobę, skrzywdziłem też innych. Bałem się myśleć nawet o tym, jak wiele osób przeze mnie ucierpiało. A dlaczego wcześniej nie pomyślałem, że w szczególny dotknie to Evans? Przyjaźń między Gryfonką i Ślizgonem była czymś, co, w obliczu waśni między domami, było czymś publicznym — wiedział o tym każdy. I nawet mimo zajścia nad jeziorem — tej strasznej sceny, której winni oczywiście też byliśmy my — i słów Severusa, Lily martwiła się. Nawet jej nienawiść do Snape’a była grą — i, wiedząc o tym, czułem się potwornie.  

— To jak? — Rzucił niby od niechcenia Black, gdy atmosfera stała się wręcz nieznośna. Wyrwał mnie z zamyślenia. Na początku patrzyłem na niego ze zdziwieniem, potem dopiero pomyślałem, że stara się zachować pozory zawsze nieskrępowanego Huncwota, za którego wszyscy go mieli.  

— Co z Hogsmeade, chłopaki? — Wyszczerzył swoje idealnie białe zęby i zerknął na nas, szukając poparcia dla swoich słów. Gdy go nie znalazł, żachnął się: — Ej, trochę entuzjazmu! A ty, Potter — wycelował palec w Jamesa — koniec ślinienia się! 

Parsknął śmiechem, gdy James podskoczył, prawie rozlewając sok z mosiężnego dzbana, i oderwał wzrok od rudowłosej Gryfonki. Wyglądał, jakby został obudzony z marzeń sennych. Miał w oczach cień pretensji, choć tylko popatrzył na Syriusza ze złością i przeczesał włosy. Ale Lily nie miała zamiaru puścić tej uwagi bez komentarza.  

— Och, Black, skończ być takim dupkiem. — Posłała mu nienawistne spojrzenie. Jej normalnie niski, przyjemny głos był pełen złości. Pospiesznie zebrała swoje rzeczy i odeszła od stołu, a Anna zerknęła na nas przepraszająco i pobiegła za nią. James jeszcze przez chwilę śledził wzrokiem plecy Evans, aż zniknęła na korytarzu.  

— No, wreszcie sobie poszła. 

— Black, dałbyś spokój… Dobra, co chciałeś? — zapytał po chwili rezolutnie.  

— Hogsmeade, skarbie. — Syriusz uśmiechnął się łobuzersko. — Przydałoby nam się trochę… rozrywki.  

Objął mnie ramieniem i przygarnął do siebie. 

— Co ty na to, Remus? Nie możesz ciągle siedzieć w murach zamku, to niezdrowe.  

— Nie wiem… — odparłem po prostu. 

— Och, przestań — żachnął się. — Naprawdę, martwimy się o ciebie — szepnął mi do ucha.  

— Właśnie, Remus — westchnął James. — Nie możesz tak… rozpamiętywać — dodał, gdy upewnił się, że nikt nie przysłuchuje się naszej rozmowie. Było już dość późno i większość stołów zdążyła opustoszeć, a ci, którzy nie spieszyli się na pierwsze zajęcia, już dawno wyszli na błonia. Od samego rana słońce przypiekało wilgotną ziemię. Zaczynał się naprawdę parny dzień i było to odczuwalne nawet tutaj. Promienie słońca wpadały do Sali przez okna i rozświetlały ją ciepłym światłem, zupełnie innym niż tym, które zazwyczaj zapewniały unoszące się nad stołami rzędy świec. Po pełni mi ulżyło i nie bałem się już znaleźć w okolicy bijącej wierzby, ale straciłem całą ochotę na wylegiwanie się nad jeziorem.  

— Wiemy, jak się czujesz. Myśleliśmy, że po pełni jakoś się z tym pogodzisz, ale… — Spojrzał na mnie srogo. Już otwierałem usta, by odpowiedzieć cokolwiek, ale, widząc jego spojrzenie, zamilkłem. — Też czujemy się okropnie, zrozum, ale naprawdę nic ci to nie da. Myślenie o tym nie zwróci mu życia.  

— Zamartwiasz się na nic. Życie toczy się dalej — uzupełnił Syriusz. — Poza tym… Mała Evans dziwnie ci się przyglądała. Wyglądasz jak sto nieszczęść, nic dziwnego, że zwracasz uwagę. Chcesz, by ktoś zaczął węszyć?  

— Nie — westchnąłem. Kolejny raz udowodniono mi, jak wielkim potrafię być egoistą, choć starałem się tego unikać.  

— Zrób to dla nas i pojedź z nami do Hogsmeade.  

— To już pojutrze — mruknął Peter. – Zgódź się.  

— Nie masz wyboru, chłopie.  

 

Miałem. 

 

 

Black miał wtedy głos nieznoszący sprzeciwu. Jak zachowywał powagę w takiej sytuacji, nie wiedziałem i bardzo żałowałem, że sam nie potrafię ukoić myśli.  

— Wymyślimy coś, a nawet już wiem, co możemy zrobić. — Popatrzył w kierunku podniszczonego już kominka, który zdawał się dominować w tak pustym pomieszczeniu.  

 

 

Jestem na błoniach. Księżyc w pełni unosi się nade mną i uśmiecha się szyderczo, czuję to. Jest tak cicho, że w uszach dzwoni mi własne tętno. I jestem sam.  

Rozglądam się. Wciąż nikogo nie ma. Widzę, jak z drzewa na krawędzi Zakazanego Lasu przygląda mi się dziwny ptak, ma duże, żółte oczy. Wierzba bije powietrze gałęziami.  

Dziwne, myślę. Gdzie Syriusz i James? I Peter? Czuję coraz szybszy puls, serce uderza mi głucho w piersi. Coś tu nie pasuje.  

Jest jasno i ciemno jednocześnie, światło odbite od księżyca oświetla błonia, ale i tak niewiele widzę. Powietrze faluje od mgły, której dziwnie dużo jest zwłaszcza przy drzewach lasu. Trawa jest dziwnie śliska, zielona jak absynt i szemrze cicho, choć nie ma wiatru. Wszystko wydaje się znajome, ale jednak… 

— Coś tu nie pasuje — powtarzam nagle. Nie wiem, dlaczego, ale mówię sam do siebie, dziwi mnie to, bo nigdy mi się nie zdarzało. Czuję mrowienie w nogach, robię wtedy krok do przodu.  

Wtedy nagle dociera do mnie, co jest nie tak. 

Nie przemieniłem się. Księżyc wciąż świeci mi w twarz. Patrzę na swoje dłonie, są normalne, nie mają szponów. Rozglądam się znowu, ale wciąż jestem sam. Mam na sobie szatę, przemokniętą i ciężką od wilgoci.  

Zgubiłem gdzieś różdżkę. Jestem bezbronny. 

Wtedy słyszę wycie. Chmury zasłaniają księżyc, jest ciemno. Słyszę też, jak trzaskają gałęzie w Zakazanym Lesie, bo nagle stoję między nim a wierzbą. Widzę ślepia.  

Z mgły wyłania się postać. Jest wysoka i zgarbiona, przez chwile przygląda się, ale nagle biegnie. Jak pies — na czterech łapach. Wilkołak. Ma żółte oczy. Wciąż stoję w jednym miejscu. Nie mogę się ruszyć, strach panuje nade mną, aż nie mogę zaczerpnąć tchu. 

Zatrzymuje się. I wtedy nagle upada, dostaje konwulsji, futro znika, pojawia się blada skóra. Jest człowiekiem. Gdy wstaje, patrzy na mnie, spod narzuconych na twarz czarnych włosów pali mnie wzorkiem pełnym nienawiści. Ma na sobie strzępy czarnej szaty w srebrno-zielone detale. Wyciąga różdżkę. 

Widzę tylko, jak zielony promień biegnie w moją stronę.  

 

Obudziłem się z krzykiem.  

 

 

 

Potem powiedział nam, co wymyślił.  

Mogłem zrobić coś innego, ale… bałem się. 

 

 

 

Hogsmeade nigdy wcześniej nie było dla mnie takie ponure i szare. Być może za sprawą warstwy obłoków, które rankiem nadciągnęły z zachodu i zawisły nad okolicą ciemnym całunem, wszystko miało bure barwy. Z początku w powietrzu krążył śnieg, jednak wkrótce chmury zaczęły zrzucać z siebie lawiny deszczu. Szyldy Miodowego Królestwa i „Pod Trzema Miotłami” chybotały się na wietrze. Ulice opustoszały wraz z pierwszymi kroplami. To nawet nie była zwykła burza, a ulewa, jakiej nie widziałem od lat, jakby w karze za niedawne — a może jednak dawne? — wydarzenie. Zrzuciłem z głowy zupełnie przemoczony kaptur i owinąłem się szczelniej połami płaszcza, kilkoma ruchami dłoni przygładziłam ociekające wodą, zmierzwione włosy.  

Wszystkie puby i kawiarenki były przepełnione — zwłaszcza „Trzy Miotły” zgromadziły większość uczniów i nauczycieli, którzy mieli to szczęście, że weszli tam jako jedni z pierwszych, bo wkrótce miejsc zabrakło. Sami się o tym przekonaliśmy.  

Przez zalaną deszczem szybę widziałam co najwyżej rozmazane kontury uliczek na skraju wioski, zielonoburą plamę lasu i szare kłęby chmur, całkowicie zasłaniających niebo. „Pod Świńskim Łbem” nie bez powodu unikano. Nie chodziło nawet o to, kto tu zaglądał, bo plotki o tej gospodzie najczęściej były przesadzone — jednak musiałem przyznać, że parę osób popatrzyło na nas tak, jakby z największą przyjemnością rzuciłoby na nas urok. Po prostu, gdy miało się wybór — kremowe piwo w czystych kuflach wygrywało z lurami podawanymi tutaj. Jedyną zaletę stanowiło to, że zawsze można było znaleźć wolne miejsce, nawet w taką pogodę; siedzieliśmy więc w kącie sali, z dala od innych. 

James i Peter zniknęli w progu Miodowego Królestwa i mieli dołączyć do nas zaraz po zrobieniu zakupów. Potter i jego obsesja na punkcie miętowych ropuch była znana wszystkim — w niemal każdej wolnej chwili pochłaniał je wręcz na kilogramy — więc już się nie dziwiliśmy, gdy wracał z całymi zapasami słodyczy. Peter był jego nieodłącznym towarzyszem, bo sam w nie mniejszym stopniu uwielbiał czekoladę. Czekaliśmy więc na nich, patrząc podejrzliwie na kubki z herbatą, która wyglądała bardziej jak mieszanina wody z błotem. Modliliśmy się tylko o to, by przestało lać. 

— Zadręczasz się. — Usłyszałem nagle.  

Popatrzyłem na Syriusza, ale on wpatrywał się w łyżeczkę, którą uporczywie mieszał dawno wystygniętą herbatę.  

Dawno nie czułem się tak nieswojo. Gdy Syriusz przyglądał mi się bacznie, ale nie komentował, wydawało mi się, że jestem skończonym egoistą i nie powinienem posiadać przyjaciół, że nikt po prostu nie powinien się mną przejmować. Ale ciężko mi było myśleć o czymś innym. Wciąż rozpamiętywałem to pełne nienawiści: „Avada Kedavra”. Choć wiedziałem, że to zwykły sen, nie dawało mi to spokoju. Nie wiedziałem, czemu śniła mi się pełnia — teraz, gdy przeżyłem ją i powrót do Chaty, a nadciągała kolejna. Był to dziwny sen, realistyczny w pewien dziwny sposób, choć z drugiej strony… Wszystko odczuwałem jednocześnie intensywnie, ale i przytłumione, jakby zdławione. Sam nie potrafiłem tego nazwać.  

A sprawa Evans przelała czarę goryczy. I chyba przez nią dręczył mnie znowu niepokój — mimo że po pełni czułem się już o wiele lepiej, to wróciło.  

— To naprawdę głupie, wiesz? — zapytał jeszcze. 

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. 

— Mówiliśmy ci już, że nic nie zwróci mu życia.  

— Nie wiem, jak możesz tak mówić. Nie wiesz nawet, co czuję — wycedziłem. Znikąd zebrała się we mnie złość, która zaczęła dusić i palić mnie wewnątrz. — Przestań to powtarzać. 

Milczał. Zmrużył oczy, przyglądając mi się bacznie, ale nagle wywrócił oczami i westchnął. Ten jego stoicki spokój i typowe dla niego lekceważące spojrzenie rozjuszyły mnie jeszcze bardziej. Miałem ochotę naprawdę uderzyć go, by zapamiętał i nie poruszał więcej tego tematu. Było to zachowanie zupełnie do mnie nie pasujące i przeszło mi nawet przez myśl, jak bardzo potrafiło zmienić mnie to jedno wydarzenie, ale opanowałem się, bo wiedziałem, nawet w tej złości, że będę tego żałować. 

Ukryłem twarz w dłoniach i westchnąłem.  

— Zwłaszcza, że… Wiem, że myślisz, że to twoja wina — dodał cierpko. Nie patrzył już na mnie, a z pewnym zakłopotaniem wpatrywał się w stygnący, brunatny płyn w swojej szklance. — Przecież… — Podniósł wtedy wzrok, który miał w sobie o wiele więcej bólu, niż bym się spodziewał, i powiedział szeptem: — Gdyby nie ja, nic by się nie wydarzyło.  

Wtedy do mnie dotarło, słysząc słowa, które z takim trudem przeszły Syriuszowi przez gardło. Skupiłem się tylko na sobie. Myślałem tylko o tym, co sam przeżywam — a tak naprawdę to nie była tylko moja sprawa. Rozpocząłem swoisty łańcuszek bólu, ale swoim zachowaniem uniemożliwiłem nie tylko sobie zapomnienie o tym, co się wydarzyło, ale i chłopakom.  

— Remus, zrozum. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz się z tym pogodzić. Nic nie zwróci mu życia i nic już nie możesz zrobić. A my… Z chłopakami pomożemy ci zawsze, gdy będziesz potrzebował.  

Miałem mętlik w głowie. Niedawna wściekłość zupełnie ulotniła się, pozostawiając w zamian poczucie przytłaczającej bezradności. Nie umiałem nawet określić, co tak naprawdę czułem, czego potrzebowałem i co powinienem powiedzieć Syriuszowi, ale ta nagła bezradność była niczym w porównaniu do tego, co wcześniej odczuwałem. W pewien dziwny sposób… ulżyło mi.  

— Tylko… Musisz nam tylko pozwolić.  

 

 

 

Nie znajdowało się tutaj nic poza nim, schodami na piętro oraz kilkoma zabitymi deskami oknami. Wrzeszcząca Chata była najsmutniejszym miejscem, w jakim się kiedykolwiek znalazłem, chociaż jego przeznaczenie idealnie pasowało do wyglądu oraz klimatu — ponure, zniszczone, trzeszczące bez powodu, słowem opuszczone i uważane za nawiedzone. Perfekcyjne miejsce ukrycia szalejącego wilkołaka i paru jego przyjaciół. Zawsze wydawały mi się kpiącym żartem ornamenty wokoło paleniska oraz króle poręczy, które przedstawiały sylwetki jeleni oraz łań wplecionych w łańcuchy łodyg winogron.  

 

 

 

Wyszliśmy potem ze Świńskiego Łba. Staliśmy w deszczu, na skraju Hogsmeade, i wpatrywaliśmy się w stojącą na uboczu Wrzeszczącą Chatę. 

I — choć sam w to nie wierzyłem — teraz czułem się lepiej.  

 

 

 

Do niedawna nikt poza nami się do niej nie zapuszczał, teraz jednak... Przez nieprzemyślany kawał! 

 

 

Wszystko powoli wracało do normy.  

Śnieg wirował wokół nas, a tafla wody błyszczała mętnie. I nawet mimo zimy, która na dobre zagościła w Hogwarcie, siedzieliśmy na błoniach.  

Nic nie wskazywało na to, by coś szczególnego miało się wydarzyć. Panowała specyficzna atmosfera, ociężała, ale przy tym spokojna, jakby wszystko jeszcze było uśpione. Zupełnie zwyczajnie — ostatnio ciągle to powtarzałem, może dlatego, że wyczekiwałem, aż wszystko znowu wróci do normy? — herbata w kubku i tarta na śniadanie, później pergaminy wypracowania na transmutacje, nic konkretnego i zajmującego. Śnieg prószył za oknem, w kominkach trzaskał ogień i roztaczał swoje przyjemne ciepło, co tylko dopełniało senny nastrój.  

Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim uświadomiłem sobie, że coś się zmienia. Poczułem w sobie iskierkę, chęć zrobienia czegoś, czego unikałem od miesięcy — i nie wiem, jak to się stało, ale w końcu wyszliśmy nad jezioro. Nie musiałem nawet ich przekonywać, James od razu rzucił książki, twarz Petera rozjaśniała, a Syriusz uśmiechnął się z pewną ulgą. Może wracał stary Remus? Chociaż wiedziałem, że nic już nie będzie takie samo, jak przed tym, co się wydarzyło, miałem nadzieję. 

— Jak dobrze znowu się tu znaleźć — westchnął Syriusz, siadając tuż przy dębie i kładąc się na śniegu. Przeciągnął się jak po długim śnie z rękami nad głową. Akurat przestało sypać, z nieba leciały tylko pojedyncze płatki, wyjątkowo duże i wyraźne, niektóre pozlepiane jak maleńkie origami albo pojedyncze pajęczynki wzorów.  

Jezioro, puszczanie kaczek na jego tafli i wylegiwanie się w trawie. Czasami droczenie się z Lily i jej koleżankami, które równie często przesiadywały na błoniach. Kiedyś było to naszym zwyczajem. Co sobotę opuszczaliśmy zamek, nawet w największe zawieruchy, by spędzić tam choć chwilę. Ostatnio wiele się zmieniło, unikałem miejsc, z których widoczna była wierzba i które mogłyby wspomnieć mi to, co się wydarzyło, teraz po prostu poczułem coś nowego. Wiedziałem, że to czas na nowy początek. Przełom, o którym myślałem, że nigdy nie nadejdzie.  

— Tylko trochę zimno — mruknął Peter. Szczelniej owinął szyję czerwono-złotym szalikiem tak, że nie widać mu było brody, ust i połowy nosa. Po chwili potarł dłonie energicznie i zmrużył oczy. — A to słońce strasznie razi. 

— Odbija się od śniegu, nie? — Usłyszałem głos Jamesa, jego ton miał w sobie nieco politowania i zirytowania, ale uśmiechał się łobuzersko. — Nie marudź, Glizdek. Jest naprawdę ładna pogoda. 

— Ładna jak ładna — burknął ze złością. — Jest zimno, śniegu po kolana i zaraz pewnie znowu zacznie padać. — Wskazał dłonią na ciemne chmury, które kłębiły się nad nami.  

— Więc zacznie. Nie umrzesz od odrobiny śniegu.  

— Jesteś głupi. — Peter spochmurniał i popatrzył na niego spode łba. — Nie każdy lubi śnieg. 

Potter odwrócił głowę powoli, z szarmanckim uśmiechem i dzikim błyskiem w oku. 

— Czas polubić, nie sądzisz? — Zabrzmiało to jak nieco groźnie, ale w typowy dla Jamesa zawadiacki sposób. Dałbym sobie odciąć rękę, że było to zaproszenie do bitwy na śnieżki albo coś w tym stylu. Ale Peter chyba przejrzał jego zamiary i tylko mruknął: 

— Daj spokój.  

— No co? — Znów posłał mu rozbrajający uśmiech, ale ten tylko machnął ręką.  

— Obaj jesteście głupi. — Od strony dębu doszedł nas niski głos Syriusza. Leżał w dłońmi zasłaniającymi twarz, jakby bronił się przed słońcem, które naprawdę zaczynało dawać się nam we znaki. — Człowiek nawet chwili odpoczynku mieć nie może, bo musi słuchać takich bzdur.  

James parsknął i przeczesał kłębowisko czarnych włosów, a po jego wzroku widziałem, że zaraz zacznie się kolejna wymiana zdań.  

— Jesteś idiotą, wiesz? — Padło. Proste, mało wymyślne, ale jak zwykle podziałało — Syriusz poderwał się aż zadziwiająco szybko, rozrzucając wokół siebie tumany białego puchu. Już otwierał usta, by tylko jak najbardziej dociąć Jamesowi. Zaczęło się.  

Patrzyłem z uśmiechem, jak się sprzeczają ze sobą. Nie martwiłem się tym wcale — kiedyś często się przedrzeźnialiśmy, nie miało to jednak w sobie nic z kłótni, zwykłe, prawie że braterskie zachowanie. Kiedyś i teraz nagle wróciło. Widocznie naprawdę powoli wszystko wracało do normy.  

Potem nagle obaj wybuchnęli śmiechem. Zaraz dołączył do nich Peter ze swoim nieco nerwowym chichotem — i ja. Nie odzywałem się dotąd, po prostu ich obserwując, teraz poczułem nagle, że jestem szczęśliwy. Lekki i beztroski, jakby sto funtów ciężaru spadło mi z piersi.  

— Wiecie… — zacząłem. — Dobrze, że znowu… 

— …wszystko jest tak, jak dawniej? — wpadł mi w słowo Syriusz, uśmiechając się pogodnie. Skinąłem głową; w duchu dodałem jedynie „prawie jak dawniej”, ale już bez cienia goryczy. Było to najlepszym, czego mogłem oczekiwać po takich przeżyciach, i zaczynałem to doceniać. 

Zacząłem też inaczej patrzyć na pełnię. Może niekoniecznie na wszystkie jej aspekty, bo pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, jednak miała swoje plusy. Brzmiało to absurdalnie i chciałem śmiać się — pewnie szaleńczo — lub prychnąć, gdy tak o tym myślałem, jednak coś w tym było.  

Zawsze niewiele z nich pamiętałem — i teraz było to dla mnie zbawieniem. Kiedyś niemal przez pół miesiąca żyłem ze strachem i wyczekiwałem, aż nadejdzie następna, czekałem tylko na ten ból, gdy przemieniałem się, i nieokiełznany szał, w który wpadałem. Może i miałem tylko przebłyski tego wszystkiego — jak przez mgłę albo po wyśnieniu dziwnego snu, który się potem niemal w całości zapomina — ale bałem się tego strasznie. A teraz cieszyło mnie to. Czarne dziury w pamięci ocaliły mnie od uczuć i myśli o działaniach, o których nie chciałem teraz nawet myśleć i nawet przed sobą ukrywałem je. A gdyby dowiedzieli się o nich oni… 

Wolałem nawet nie myśleć, jak zareagowaliby. Szok, zmartwienie czy złość, że coś takiego przeszło mi przez myśl? 

Jednak poradziłem sobie z tym; wrócili do mnie, gdy tylko zaczęło się ściemniać, a ja już byłem wilkołakiem. Pamiętam tyle, że nagle znaleźli się przy mnie, gdy z furią zniszczyłem chyba wszystkie pozostałości mebli w przedpokoju Wrzeszczącej Chaty i miałem zamiar zdemolować pokoje na piętrze, więc w samą porę. Akurat cała fala złości dopiero mnie zalewała i mogli ją bez problemu opanować. Jako zwierzęta… Nie mogłem tego pojąć, ale panowali nade mną, a sam robiłem się niemal tak pokorny jak zwykły pies. Tylko czasami miałem ataki furii — Syriusz i James radzili sobie pokonaniem tego. Byłem jak ktoś chory psychicznie, nieszkodliwy, ale czasami wpadający w nieopanowaną złość — a oni moimi opiekunami. Dziwne, może niekoniecznie udane porównanie — ale takie miałem wrażenie.  

— Co robimy później? — Peter przerwał ciszę, która zapadła. Syriusz leżał na plecach i patrzył w niebo z nieobecnym wzrokiem, James miął w dłoniach śnieg, a ja siedziałem oparty o pień. Idylla, cisza i spokój. Aż dziwnie spokojnie, jak cisza przed burzą.  

— Nie wiem, co robimy. Ja mam szlaban u Ślimaka, zapomniałeś? — sarknął Black. — Naprawdę zaczynam mieć dość. 

Peter parsknął śmiechem. 

— Ty? Trzeba było nie wrzucać Evans smoczej łuski do kociołka. Wszystko eksplodowało! — Wyglądał, jak małe dziecko, radosne i uśmiechające się do wszystkich pogodnie, pełne niewinności. Naprawdę go to bawiło, a żarty Syriusza — mało wyrafinowane, jakby nie patrzeć — sprawiały mu radość, nawet mu imponowały. 

— Masz za swoje. — James posłał mu zadziorne spojrzenie i pokiwał palcem gestem rodzica, który ostrzega, że jeszcze trochę i dostanie karę.  

— Już trudno. Przynajmniej było zabawnie, no nie? 

Zaśmiałem się. Wszystko wracało, a ja czułem w piersi coś jakby kulę światła, nadzieję, która nagle zapłonęła z całą siłą i aż mnie rozpierała.  

— No nic. Może chodźmy do zamku, co? Chciałbym się choć trochę ogrzać przy kominku, zanim trafię do lochów.  

Tak, jak kiedyś; szlabany, kawały, beztroska, te niepowtarzalne chwile — mimo że nie było w nich niczego nadzwyczajnego. Cała otoczka bycia Huncwotem. Wracałem — ale i oni wracali. Powoli otrząsaliśmy się z tego, jak po wielkiej burzy, którą przetrwaliśmy. Teraz nie mogło się już wydarzyć nic złego. Nie, byłem nawet tego pewny — że los obszedł się z nami niezbyt łaskawie, ale nie mógł sprowadzić na nas większego nieszczęścia. 

Ale, choć nie mogłem w to uwierzyć, myliłem się.  

Później było jeszcze gorzej. 

 

 

 

— Transmutacja to wspaniała nauka — mruknął Syriusz, wskazując różdżką trzymaną w lewej dłoni pozostałości po ciele Ślizgona. — Dlaczego by nie zamienić w drewno i spalić w kominku?  

— My…


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#10 » 2 lip 2010, o 20:47

No nareszcie ktoś mu to powiedział. Dobrze, że Syriusz w końcu wprost wyjaśnił Remusowi, że nie jest jedynym, który czuje się winny. I że Remus w końcu choć trochę zaczął się z tym godzić.  

Ech, a zaczynało się robić tak pięknie...

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku

Post#11 » 10 lip 2010, o 21:52

6 

Mówi się, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. Czy to prawda? 

Pamiętam, że ten dzień zaczął się zwyczajnie. Tak zwyczajnie, że nie mógł tego zmienić nawet kolejny atak zimy, która ciężkim płaszczem owionęła mury Hogwartu. Wszystko wokoło pokryła prawie metrowa warstwa puchu — bardzo lekkiego i suchego w wielkim mrozie. Było zimno, ale pięknie. Światło odbijało się od śniegu, że za oknami aż jaśniało od tego blasku.  

Pamiętam, że to przyjemne ciepło obudziło mnie przed innymi. Przez moment wsłuchiwałem się, jak Syriusz mamrocze coś pod nosem przez sen, Peter chrapie, i patrzyłem na Jamesa całkiem schowanego pod kołdrą. I wtedy znowu poczułem w sobie to światło. Po cierpieniu i poczuciu winy, w których topiłem się ten cały czas, poprzez uczucie pustki — jakbym został pozbawiony emocji — nadeszło coś, czego tak naprawdę nie potrafiłem nazwać. „Światło” brzmiało niedorzecznie, ale nie umiałem tego inaczej określić. Dało mi to nadzieję, pewnie złudną, ale chciałem obudzić w sobie choć odrobinę optymizmu dla przyjaciół, by więcej nie być dla nich ciężarem. 

Nie sądziłem, że w taki dzień może wydarzyć się cokolwiek złego. Myślałem, że odcierpiałem swoje, pociągając za tym cierpienie innych — i że wreszcie… Wreszcie wszystko wróci do normy. Względnej normy. A przynajmniej do takiego stanu, jakiego można by oczekiwać po przeżyciu takich chwil. Podobno po każdym deszczu, nawet największej ulewie, wychodzi zawsze słońce — promień nadziei na lepsze jutro.  

Przekonałem się, że nie powinienem oceniać dnia przed jego zachodem. W prostym przysłowiu kryło się wiele prawdy — i poznałem to na własnej skórze.  

Jednak nigdy nie sądziłem, że jakikolwiek artykuł może wywołać taką panikę w szkole.  

Śniadanie — owsianka, sok z dyni i szpinakowa tarta, czyli monotonna codzienność — zmieniło się nagle w chwilę zupełnego szoku oraz rozpaczy.  

Pierwsze piski i zduszone westchnięcia rozległy się zaraz po tym, jak sowy wleciały do Wielkiej Sali i zaczęły rozlatywać się do adresatów z pocztą i prenumeratą gazet. Patrzyłem ze zdziwieniem na przerażone spojrzenia, które szybko pochłaniały kolejne linijki tekstu pod nagłówkiem Proroka Codziennego. Nie wiedziałem jeszcze, co się dzieje, myśląc o czymkolwiek, ale nie o takim obrocie sprawy. Bo kto od razu zakłada najgorsze?  

— Śmierciożercy… Oni… — Padło gdzieś, a ja już wiedziałem, co mogło się stać.  

Kilka Gryfonek zdążyło pospiesznie wstać od stołu i wybiec z Sali, niektórzy przyglądali się tylko albo milczeli z półotwartymi ustami — jak Peter, który wyglądał na zagubionego, jakby coś w nim nagle zgasło.  

— Merlinie — szepnął tylko.  

— Remus, masz gazetę? — zapytał wtedy James, unosząc brwi i obserwując rosnące zamieszanie.  

Pokręciłem tylko głową.  

— Szlag. Muszę się dowiedzieć, o co dokładnie chodzi.  

Akurat ostatnio zrezygnowałem z prenumeraty, a teraz żałowałem tego z całego serca.  

— Może ktoś będzie miał… — Zaczął się rozglądać po uczniach przy naszym stole.  

Na samym końcu zdążyła się sformułować grupka siódmoklasistów, którzy wspólnie przeglądali szybko strony, trochę bliżej siedziała Lily ze swoimi przyjaciółkami, zupełnie zasłonięte rozłożoną gazetą. Obok nas prawie że wyrywali sobie Proroka, a podobne zachowywało się jeszcze co najmniej kilkunastu Gryfonów. Byłem pewny, że nie damy rady zdobyć dzisiejszego wydania. 

— No nie wiem.  

Ale zaraz poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Syriusz przyszedł do nas — jak zwykle zaspał — trzymając w dłoniach wymięty egzemplarz Proroka Codziennego, który miał już podartą w kilku miejscach pierwszą stronę, jakby ktoś próbował mu ją wcześniej wydrzeć. 

— Obudził mnie płacz w Pokoju… Słyszałem go aż w dormitorium — powiedział na wstępie z lekką zadyszką.  

— Co piszą? — Natychmiast zainteresował się James. Miał błysk w oku, który zdarzał mu się rzadko. Peter podniósł wzrok; był nieco zarumieniony, chyba z nerwów.  

— Niewiele, mało konkretnie.  

Syriusz szybko usiadł obok mnie, podał Jamesowi gazetę i bezradnie potarł włosy. Miał cienie pod oczami i wyglądał, jakby nie przespał kilku nocy z rzędu. 

— Tyle że zaatakowano w okolicy Bridgwater, ale zaraz zaczęto zabijać mugoli w jakiejś wiosce obok. No i mieszkało tam kilku czarodziejów, próbowali ich jakoś powstrzymać, ale…  

„Masowy atak Śmierciożerców” widniało na pierwszych stronach. Zerknąłem na gotycką czcionkę i zdjęcie płonących domów, nad którymi błyszczał i zaczynał się już rozmywać Mroczny Znak. Niżej, mniejszym drukiem, umieszczono: „Setki zabitych mugoli, wśród ofiar czarodzieje”.  

— Więc…  

— Tak. To musieli być Śmierciożercy. 

— Słyszeliśmy  

— To jest chore… — szepnął Peter.  

— Nawet mi nie mów, stary — żachnął się Syriusz i westchnął.  

Potter pochłaniał wzrokiem kolejne wersy tekstu, a ja nawet nie chciałem tego czytać, sam nie wiedząc czemu. Może wystarczyło mi to, co słyszałem, zupełnie odebrało mi ochotę do czegokolwiek. Ogarnęło mnie zupełne zrezygnowanie. 

— Zabić tyle osób dla zabawy… Są jak zwierzęta, nawet gorzej.  

Potem zapadło ponure milczenie, wymieniano sugestywne spojrzenia. Niemal wszyscy zamilkli, tylko ze strony stołu Ślizgonów docierały szepty i ciche parsknięcia. Czułem w sobie gonitwę myśli, każdą niekonkretną, ale byłem pewny, że to nic w porównaniu z tymi, którzy być może za niedługo zostaną wezwani do gabinetu dyrektora. Zdarzały się już pojedyncze ataki, ale nigdy…  

Od tego zaczął się gorzki okres w całej szkole. 

 

 

 

— Można by je zakopać w Zakazanym Lesie, ale po co się męczyć? — nie dawał za wygraną. — I tak na zewnątrz szaleje ulewa, więc dym nie będzie widoczny, nie? A poza tym Chata jest tak oddalona od wioski, że na pewno nikt by się nie zorientował, że ktokolwiek rozpalił ogień. — Wzruszył ramionami. — Popiół rozsypiemy po podłodze, odrobina kolejnej warstwy brudu na pewno nie zaszkodzi.  

— Genialne! — szepnął James. Był jeszcze bledszy, gdy zaklęcie transmutacji przemieniało okrwawione szczątki mięśni i ścięgien w grubociosane bale drewna orzechowego.  

Black uśmiechnął się pod nosem.  

 

 

 

Gorzkie były rozmowy, zajęcia, czas między lekcjami i posiłki. A w końcu przerwa świąteczna. Nadchodziło Boże Narodzenie.  

Przy zamęcie, który wybuchł z początku, a który później ciężką ciszą zaległ wśród korytarzy i chłodnych od zimowego mrozu komnat, czułem się nikim, małym pyłkiem. Cierpiałem. Jednak teraz cierpieli prawie wszyscy.  

Nie wszyscy radzili sobie z tym, co się działo. Już na drugi dzień po ataku kilku uczniów zdecydowało się na powrót do domów. Mimo to zaczęto już rozwieszać ozdóbki i wnosić drzewka bożonarodzeniowe, zbroje już śpiewały kolędy, a małe elfy śmiały się z choinek. Jednak nie miały to być święta takie, jak kiedyś. Wszystko się zmieniało. 

Ale, co mnie najbardziej dziwiło, Lily nie wyjechała.  

Był to dzień jak poprzednie tej zimy, pozornie niczym się nie wyróżniał. Tydzień do wigilii. Wielka choinka przystrojona złotymi łańcuchami i czerwonymi bombkami skrzyła się tuż przy oknie magicznymi iskrami. W kominku trzaskały polana, było ciepło i — gdyby nie okoliczności — na pewno cieszyłbym się. Minęło południe i większość tych, którzy zostali w Hogwarcie na święta, zeszła już na obiad.  

— Na pewno nie idziesz z nami? — zapytał jeszcze Syriusz.  

Kiwnąłem głową; Syriusz klepnął mnie jeszcze w ramię, skinął chłopakom i zniknęli za obrazem Grubej Damy. W Pokoju Wspólnym pozostałem sam. 

Śnieg prószył na zewnątrz. Ciemnogranatowe chmury zaległy nad zamkiem; było ponuro — to odzwierciedlało atmosferę wewnątrz szkoły.  

I wtedy z dormitoriów zeszła Lily. Wstrzymałem oddech, patrząc, jak podchodzi do mnie z uśmiechem. 

— Można? — zapytała tylko, wskazując na pusty fotel obok mnie. Skinąłem głową. 

— Też nie masz ochoty nic jeść, co? — Popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, opadając głębiej w ciemnoszkarłatną pufę.  

Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, gdy dodała: 

— Te święta będą wyjątkowo ponure. —Westchnęła. Zdziwiłem się; nigdy nie była skora do zwierzania się, więc dlaczego zaczęła otwierać się akurat przede mną. Miałem złe przeczucia. Przez tyle dni obserwowała mnie w milczeniu, myślałem, że nie będzie chciała ze mną rozmawiać po tym, co się stało na meczu — i nie wątpiłem, że mogła coś podejrzewać. Teraz nagle po prostu podeszła i zaczęła temat, który na pewno był dla niej trudny.  

— Tak — przyznałem po prostu. — Dlaczego zostałaś? — zagadałem, nie wiedząc, co powiedzieć. Chciałem uniknąć ciszy, która nieuchronnie zapadłaby, gdybym się nie odezwał.  

— Wiesz… Wszystko działo się niedaleko mojego domu, więc rodzice kazali mi zostać tutaj…  

— No tak… — mruknąłem. Żałowałem, że nie ugryzłem się w język, dlaczego zadałem tak nieprzemyślane pytanie? Zacząłem sam kopać pod sobą dołki. — Rozumiem.  

— Chciałabym wyjechać, ale, jeżeli mają być dzięki temu spokojniejsi, to zostanę. — Wzruszyła ramionami, udając, że nie sprawia jej to bólu. Po drżącej wardze i trzęsących się dłoniach, którymi non stop poprawiała włosy, widziałem, że jednak z trudem sobie z tym radzi. 

— Musi ci być ciężko — wybełkotałem. Zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć, ale nie mogłem już teraz odejść i zostawić ją tak, gdy sama do mnie przyszła. Nie mogłem znów popełnić tego samego błędu i dać jej powód do myślenia, że coś się ze mną dzieje. 

— Jak każdemu. — Uśmiechnęła się blado. — Nikomu nie jest lekko, Remusie. 

— Najważniejsze, że nic się im nie stało… — Odwzajemniłem uśmiech, choć nie byłem skory do radości. Zaczynałem czuć się naprawdę niezręcznie, jedną ręką odruchowo położyłem na karku i patrzyłem na nią niepewnie. Nie chciałem, by myślała, że rozmowy na te tematy były mi niewygodne, ale chyba po prostu pomyślała, że i mi jest trudno, bo uśmiechnęła się ze zrozumieniem i wyszeptała:  

— Tak. O nic innego nie mogłam prosić…  

Wtedy nagle uniosła wzrok ku sufitowi, a w kącikach oczu zaczęły zbierać się łzy. Nie wiedziałem zupełnie, co zrobić. 

— Przepraszam, Remus, ja… — mruknęła zakłopotana, jedną ręką ocierając strużki, które spływały po policzkach, a drugą wykonując bezwładne gesty. Odwróciła głowę tak, bym nie widział, jak płacze. Nie wiedziałem, czy powinienem ją pocieszyć, przytulić, powiedzieć coś, więc… Tylko stałem bez ruchu. Minęła minuta, może dwie, ale była to najdłuższa chwila, jaką ostatnio przeżyłem.  

Gdy w końcu spojrzała na mnie, przygryzając wargi i uśmiechając się przepraszająco, spadł mi ciężar z piersi.  

— Remus, przepraszam — szepnęła cichutko — ale już po prostu tego nie wytrzymuję. Najpierw Severus, teraz to…  

Grzęzłem. Nie chciałem o tym rozmawiać, nie teraz… Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czułem się potwornie. To była moja wina. Padła ofiarą zmartwień, których źródłem byłem ja, ale i Śmierciożercy. Mordercy zabijający bezbronnych, bezwzględni. Czy byłem do nich podobny? Przełknąłem gulę goryczy, która nagle zaczęła uciskać mnie w gardle. 

Nie. Ja byłem taki sam jak oni. 

— Ja… Nie wiem, dlaczego w ogóle z tobą o tym rozmawiam. — Zaczęła nagle nerwowo śmiać się. Traciła głowę, była przytłoczona i już chyba nie wiedziała, co zrobić. Za bardzo się otworzyła i przygniotło to ją. — Ale wydaje mi się… Jestem pewna, że coś o tym wiesz. 

— C-co? O czym? 

Posłała mi dziwne, nieodgadnione spojrzenie. Zmarszczyła brwi i nabrała powietrza w płuca, jakby zbierała odwagę, by mi coś powiedzieć.  

Cholera, pomyślałem.  

— O Severusie. — Skrzywiła się, jakby to imię z trudem przeszło jej przez gardło. Spojrzała wtedy na swoje buty i zamilkła na chwilę — kolejny moment wieczności. Ale gdy się już odezwała, jej głos miał w sobie wiele zdecydowania. — Nie musisz tego przede mną ukrywać — powiedziała zdławionym głosem. Po policzkach pociekły kolejne strumienie łez, a oczy już całkiem napuchły od płaczu, stały się małe i zaszklone. — Ja… Mi możesz powiedzieć.  

— Ale… Nie wiem, o czym mówisz — mruknąłem, starając się brzmieć obojętnie, ale głos nieco mi drżał. Musiałem jakoś sobie z tym poradzić, chciałem uciec i zrobiłbym to, gdybym nie pamiętał, jaki już raz popełniłem błąd. Musiałem z tego wybrnąć, choć wiedziałem, że już przegrałem.  

Wtedy stało się coś, czego nie oczekiwałem. Nie po Evans, spokojnej dziewczynie, może i skrzywdzonej. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo się zmieniła przez to, co się wydarzyło. Byłem temu winny.  

— Nie wiem, czemu to robisz — warknęła nagle z bólem, mrużąc oczy — ale mnie nie oszukasz.  

Wstała z fotela i wyszła.


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku [6/7]

Post#12 » 10 lip 2010, o 22:55

Biedna Lily, trochę jej odbija. Moment, w którym zaczęła wypytywać Remusa jest świetny, doskonale oddałaś jego napięcie. Taki Syriusz pewnie wyłgałby się w parę sekund, ale widać, że nieszczęsny Remus po prostu tego nie potrafi, bo, bądź co bądź, jak wiemy, to dobry chłopak. Teraz sumienie zaczęło go zżerać właściwie podwójnie i już można się domyślić, że znów wpadnie w czarną dziurę.
"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Arkana smutku [6/7]

Post#13 » 17 lip 2010, o 12:58

Kończąc "Arkana smutku" chciałabym podziękować wszystkim, którzy czytali i komentowali, bo w przypadku tego tekstu wszelkie uwagi, opinie czy nawet pojedyncze słowa były dla mnie szczególne ważne i nie mogłabym o tym nie wspomnieć. Zostawiam otwarte zakończenie i możecie mnie za to zabić - pozwalam - a sama z Remusem się nie żegnam w żaden sposób, bo jednak Remus to Remus, jedna z moich ulubionych rowlingowskich postaci. 

Enjoy ostatni raz!  

 

 

Siódma i ostatnia 

— Remus, wszystko w porządku? — zapytał mnie, a ja zorientowałem się, że jego dłoń ponownie lekko objęła mnie w pasie, jakby się bał, że znowu zrobi mi się słabo.  

— Tak — skłamałem.  

 

 

 

Nie minęła może godzina, gdy wróciła. Podeszła do mnie i powiedziała ozięble: 

— Dumbledore wzywa cię do siebie. 

Zdębiałem, patrząc na Lily. Odwróciła wzrok i mruknęła jeszcze: 

— Hasłem są: „Karmelki”. 

Więcej się do mnie nie odezwała. Potem poszła do dormitorium — i też więcej jej nie widziałem.  

Cały ten czas przesiedziałem sam, czując lawinę myśli. Starałem się zachować spokój, choć wiedziałem, że coś jest nie tak. Bałem się, że zaraz przestanę sobie z tym radzić, już teraz ledwie to potrafiłem udźwignąć, a wtedy ona wróciła i…  

Nagle tyle spraw spadło na mnie. Czułem się strasznie — teraz dopiero w pełni uświadamiałem sobie, co uczyniłem. Nie tylko zabiłem. Zrobiłem coś znacznie gorszego i zasługiwałem tylko na potępienie. Chciałem nawet przyznać się, powiedzieć Dumbledore’owi — zawiodłem jego zaufanie i strasznie mnie to przytłaczało. Ale czy mogłem zrobić coś takiego chłopakom? Gdy tak naprawdę to JA byłem mordercą? Ja zabiłem, nie oni. Nie mogły tego zmienić nawet słowa Syriusza, bo co z tego, że przez jego żart Severus odkrył tunel i przyszedł do Wrzeszczącej Chaty? Gdybym nie był wilkołakiem, nie zginąłby. 

Tak, byłem mordercą. Teraz całym sobą, wszystkimi cząstkami duszy i ciała, czułem się potworem. Miałem ochotę umrzeć… Co z tego, że nie byłoby to sprawiedliwe względem tych, których skrzywdziłem? Przynajmniej nie skrzywdziłbym już nikogo więcej. To się teraz liczyło, bo z tym, co już się stało, nie potrafiłem już nic uczynić.  

Widząc codziennie Lily, czułem się jak morderca nie tylko jednej osoby — zabiłem i ją. Nie zabiłem fizycznie, a mentalnie, zabiłem jej osobowość i duszę. Zmieniłem ją we wrak człowieka, istotą zbyt kruchą i niepotrafiącą się odnaleźć we wszystkim, co się działo. Jak mogłem myśleć, że śmierć przyjaciela nie wpłynie na nią? Ale dlaczego zmieniło ją to aż tak? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że byłem temu winny. Chciałem jej pomóc, ale nie potrafiłem. 

A teraz to… Jak to się mogło stać? Powiedziała Dumbledore’owi? Czy wiedział? 

Szedłem jak na ścięcie, a towarzyszył mi tylko odgłos moich kroków w pustych korytarzach. Lily została w Pokoju, nawet na mnie nie patrząc — i to mnie martwiło. Dlaczego nie chciała spojrzeć mi w oczy? 

Widziała we mnie potwora, pomyślałem. I chciała trzymać się jak najdalej. 

Gdy znalazłem się przed gabinetem, spojrzałem w oczy chimery. Szepnąłem tylko:  

— Karmelki… 

To chyba był mój koniec.  

 

 

Co miałem innego powiedzieć? Że właśnie zawalił się cały mój świat, nadzieje i plany na przyszłość? Wszystko, co zdążyłem już przemyśleć nagle stało się nieistotne lub nieważne, bo jak mógłbym być chociażby magomedykiem, żyjąc ze świadomością, że zabiłem innego ucznia? 

 

 

— Witam, panie Lupin. — Usłyszałem już dobrze znany głos, gdy tylko wszedłem do gabinetu. Dumbledore w swojej fioletowej szacie stał za biurkiem i uważnie mi się przyglądał. Momentalnie serce przyspieszyło groźnie i poczułem zawroty głowy. Zwykle nie tak dyrektor zachowywał się, gdy już kilka razy byłem jego gościem. Dawał chwilkę na obejrzenie portretów, swojego feniksa, czekał te kilkanaście sekund, aż uczeń się nieco uspokoi — dopiero wtedy ujawniał swoją obecność. Teraz było inaczej. 

Coś było nie tak.  

Naprawdę to był mój koniec. Wie…, pomyślałem.  

— Dzień dobry, panie profesorze… — powiedziałem szybko. Starałem się brzmieć spokojnie, ale już drżał mi głos.  

— Czy aby na pewno uważasz go za dobry, Remusie? 

Zdębiałem. W jego głosie usłyszałem srogość.  

— Wiele złych rzeczy wydarzyło się ostatnio — kontynuował. Wskazał mi dłonią krzesło, patrząc na mnie znad szkieł okularów-połówek.  

— C-co ma pan na myśli? 

— Och, Remusie. Zdawało mi się, że wiesz. Zawsze wierzyłem, że jesteś inteligentnym chłopcem. — Posłał mi to swoje pogodne spojrzenie. Lekko mi ulżyło i uśmiechnąłem się niepewnie do niego, ale wciąż miałem wątpliwości. Po co mnie wezwał. Dlaczego? Dlaczego akurat teraz?  

— Myślałem, że o atakach Śmierciożerców wiedzą wszyscy, mylę się? 

— S-skąd — odparłem od razu. Nie chciałem, by poznał, że się tak denerwuję. Znów uśmiechnąłem się blado i oparłem łokcie o podłokietniki krzesła. Nie chciałem nawet zacząć się rozglądać po wnętrzu gabinetu; miałem dziwne wrażenie, że tym pokażę, że nie chcę patrzeć na niego, a to z pewnością dałoby wyraz mojemu zdenerwowaniu.  

— Oczywiście. Ten Prorok Codzienny… Powiedz mi, Remusie, co sądzisz o Śmierciożercach? — zapytał nagle.  

— J-ja? Oczywiście, są potworami, zabić tyle osób… 

— Prawda? Okrutne i smutne. 

— Co ma pan na myśli? — powtórzyłem znowu to pytanie. Czułem, że dopóki rozmawiamy o Śmierciożercach, jestem stosunkowo bezpieczny. Nie wiedziałem jednak, dlaczego wybrał taki temat. Dlaczego? 

— Okrutne jest to, że był to jedynie atak przeprowadzony dla ich przyjemności. A smutne… Jak pan myśli, co w tym jest smutne? — W jego niebieskich oczach błysnęła jakaś dziwna iskra. 

— Nie wiem — odparłem i wstrzymałem oddech. — Może… Że bawią się ludzkim życiem? — wypaliłem, chcąc powiedzieć cokolwiek. 

— Można tak to ująć. A teraz, panie Lupin — nagle wrócił do mówienia mi po nazwisku — gdyby miał pan szansę, chciałby pan ich powstrzymać? 

I przez to pytanie umiejętnie wprowadził mnie w swoje sidła. O to chodziło? O to? Zapytać mnie, czy zabiłbym, gdybym mógł? Co miałem odpowiedzieć? 

— N-nie wiem — szepnąłem. Przegrałem, naprawdę przegrałem. Na pewno wiedział. — Czy nie powinni zająć się tym Aurorzy?  

— Owszem. — Uśmiechnął się do mnie, ale wciąż przyglądał mi się uważnie. Udało mi się, tym razem mi się udało. Ale to był przypadek i wiedziałem, że nie powinienem się cieszyć. Gdyby chciał, i tak dowiedziałby się wszystkiego. O ile już nie wiedział. 

— Niestety, ostatnio dzieje się źle — powiedział. — Nawet na terenie naszej szkoły dzieje się zło. 

O to cały czas chodziło.  

— Zaginięcie Severusa Snape’a, Remusie. 

— C-czy wiadomo już, co się z nim stało? 

— Owszem. — Zabrzmiało to złowrogo. Skuliłem się, ale czekałem. — Sytuacja się klaruje, ale, oczywiście, są to informacje przeznaczone dla grona pedagogicznego. Pewne rzeczy mogłyby wywołać u uczniów panikę. 

Takie jak wilkołak, pomyślałem. 

— Żyjemy w jednym świecie, panie Lupin. I wszyscy musimy starać się i pracować nad sobą, byśmy mogli żyć w pokoju i szczęśliwie. Nie zawiedziesz mnie, prawda? 

— Ale co ma pan na myśli? 

— Remusie — zaśmiał się. — Domyślam się, że wiesz.  

Krew zaczęła prawie wrzeć mi w żyłach. Zbladłem, w piersi poczułem ogromny uścisk. Dumbledore popatrzył na mnie bacznie, a w oczach błysnął mu znów ten dziwny ogień. Ale zapytał tylko: 

— Może dropsa, panie Lupin? 

 

 

— Myślę, że na razie nie ma czego roztrząsać. Wracajmy jak najszybciej do zamku, zanim w dormitorium ktokolwiek spostrzeże, że nas nie ma.  

Syriusz zerknął na mnie ostrzegawczo. Potem powiódł wzrokiem ku Jamesowi i Peterowi, jakby ich też chciał ostrzec przed czymś. 

 

 

— Remus! Tu jesteś, szukałem cię… — usłyszałem głos Syriusza. Jak burza wpadłem do Pokoju Wspólnego; był pusty. Szybko pobiegłem do niego i szepnąłem z trwogą: 

— On wie! 

— Czekaj, Remus… O co ci chodzi? 

— O Dumbledore’a! On o wszystkim wie! 

Zacząłem krzyczeć. Stałem naprzeciwko niego, zdyszany i wystraszony, chciałem rwać sobie włosy z głowy i uciec gdzieś.  

— Uspokój się — żachnął się. Złapał mnie za ramiona i potrząsnął lekko. Patrzył na mnie z tym swoim wyrachowanym sceptycyzmem. Jak mógł?! Prawie umierałem ze strachu, a on mi nie wierzył! — Na pewno nie wie — mówił powoli, jakbym był dzieckiem. — Zresztą skąd to wiesz? 

— Wezwał mnie do gabinetu, a ja, ja… Jestem tego pewny, uwierz mi!  

— Cii, uspokój się. — Położył mi dłoń na ramieniu, miał troskę w oczach. — A niby skąd wie? 

— Lily, ona… powiedziała mu. Na pewno. 

— No coś ty — parsknął śmiechem. — Zwariowałeś, niepotrzebnie się denerwujesz, no naprawdę.  

Pokręcił głową i tym mnie tylko rozjuszył.  

— Domyśliła się.  

Wyszarpnąłem się i zacząłem krążyć po Pokoju.  

— On wie — powtórzyłem. Podniosłem rękę do ust i zaraz opuściłem, machinalnie znów uniosłem i zacząłem nerwowo przeczesywać włosy. — Jestem pewny. Ale nie powiedziałem mu nic… 

— Czekaj, czekaj, Remus, spokojnie. Nic się nie dzieje — mruknął do mnie uspokajająco. Ale mnie nic już nie mogło uspokoić. — W ogóle co ci powiedział?  

— On… — zacząłem i sapnąłem. — Sam nie wiem! Najpierw mówił o Śmierciożercach, potem zapytał, czy bym ich zabił…  

— Co? No teraz już przesadzasz, stary Dubel? — Znów parsknął. Popatrzył na mnie dziwnie i otworzył usta ze zdziwieniem. Musiałem wyglądać strasznie, cały się trząsłem i czułem, jak krew mi odpływa z twarzy, ale czy mnie to obchodziło?! 

— Tak! Zapytał, czy zrobiłbym to, gdybym mógł!  

— Muszę pójść po Jamesa — powiedział nagle bezradnie.  

— Czekaj! — znów wykrzyknąłem. Syriusz szybko obejrzał się, ale Pokój wciąż był pusty. Czemu go obchodziło, czy ktoś nas usłyszy? Były ważniejsze sprawy! — Potem mówił o Snape’ie! Że wie, co mu się stało!  

— Remus… Na pewno źle go zrozumiałeś. — Starał się mnie uspokoić, ale nie udawało mu się. Był bezradny. — Poczekaj, pójdę po chłopaków i porozmawiamy o tym na spokojnie, dobrze? 

Znów wstrząsnął mną dreszcz.  

— Ja… Ja muszę coś załatwić — szepnąłem tylko i pokiwałem głową. 

— Lepiej byłoby, gdybyś tu został, ale… — Wzruszył ramionami. — Bądź tu za chwile, dobra?  

Skinąłem głową i wybiegłem z Pokoju, zanim Syriusz zdążył zrobić jeszcze cokolwiek.  

 

 

 

Być może miał rację, być może w jego stwierdzeniu krył się sens. Ja jednak poczułem się dotknięty, jakby coś w duszy znowu zapaliło się męczącym płomieniem, że tak łatwo panował nad sobą i chciał tę sprawę odłożyć na bok.  

— Potem będzie czas na poczucie winy, smutki i rozważanie wszystkiego, jasne?  

W milczeniu tylko skinęliśmy.  

 

 

 

Czy musiałem coś załatwić? O tak. I wiedziałem co. Nagle przejaśniło mi się w głowie, jakbym doznał olśnienia, ale… Wiedziałem, co muszę zrobić. To było jedyne wyjście. Jedyne, by to zakończyć. Chciałem tylko być sam. 

Przez błonia i wilgotną rosę na trawie, przez duszące powietrze w tunelu i wreszcie w miejscu, gdzie to się zaczęło. Komuś innemu wydałoby się to dramatyczne, że to miejsce wybrałem, ale… Było mi przeznaczone, specjalnie, bym mógł tu spędzać pewien czas sam. No i tu nie mogłem już nikomu zrobić krzywdy. 

Zacząłem krążyć po pokoju. Mimo że wiedziałem, co powinienem zrobić, ja… Bałem się. Czy mogłem to uczynić? Ale nie o to się bałem. Bałem się, co o tym pomyślą, bo byli moimi przyjaciółmi… Choć musieli zrozumieć, że nie było innego wyjścia. Tak, domyślą się. Zrozumieją.  

Byłem sam i o to chodziło. Teraz tylko wystarczyła odwaga. Inaczej nie mogło się stać i wierzyłem w to.  

Zacząłem coś, czego nie potrafiłem powstrzymać. Byłem groźny. Zawsze to wiedziałem, ale teraz… Przekonałem się, jak bardzo. Że nie mogę ufać zwłaszcza sobie, że, jakkolwiek będę się starać, i tak wydarzy się coś, czego będę żałować. 

Dla chłopaków byłaby to szansa na nowy początek. To ja ich wplątałem, przeze mnie nie mogli zapomnieć. Kto normalny przyjaźni się z wilkołakiem? To musiała być litość. Teraz mogłem ich uwolnić, by wreszcie żyli tak, jak na to zasługiwali, by nie musieli się kryć w cieniu razem ze mną. 

Ale najbardziej żałowałem Lily, ona… Nie zasłużyła na to. Nie ona.  

— Szlag! — krzyknąłem i z całą siłą uderzyłem dłonią w ścianę. Ona nie ucierpiała, a po mojej dłoni pociekła krew. Nie ulżyło mi.  

Chciałem tylko zostać sam. Nikt nie powinien mi wtedy towarzyszyć, tamtej nocy, i teraz też nie. Była to sprawa między mną a wilkołakiem, który siedział we mnie. Musiał zginąć.  

Krążyłem jeszcze chwilę po pokoju, w sumie nie wiem, jak długo. Czas płynął dziwnie, może dlatego, że myślałem o jednym. Chciałem wyć, krzyczeć, zniszczyć wszystko, zrobić sobie krzywdę, cokolwiek, byleby mi ulżyło. Musiałem się w sobie zebrać.  

Pod koniec usłyszałem nagle: 

— Tu jesteś! Szukaliśmy cię godzinami, a na mapie… — Spojrzenie moje i Syriusza spotkały się. Za nim James i Peter zamarli. Ścisnąłem różdżkę.  

Nie tak miało być. Ale musiało się skończyć.  

— Remus, czekaj! 

Syriusz zaraz wyciągnął różdżkę i zaczął nawet krzyczeć:  

— Expellia…  

Byłem już pewny.  

— Avada…! 

Tak. Nie po każdym deszczu wychodzi słońce.  

 

 

…nigdy przedtem nie użyłeś Zaklęcia Niewybaczalnego, tak? Musisz chcieć go użyć! Musisz naprawdę chcieć zadać ból…  

Bellatrix Black, Harry Potter i Zakon Feniksa


Lira
Wójt gminy Artefakty
Wójt gminy Artefakty
Posty: 1338
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][Z] Arkana smutku [7/7]

Post#14 » 19 lip 2010, o 16:19

Znałam ten tekst już wcześniej bardzo dobrze, ale przed skomentowaniem całości chciałam go sobie jeszcze raz dobrze przypomnieć, żeby przypadkiem czegoś nie przekręcić. Z resztą komentuję dopiero teraz, wybacz, bo naprawdę nie lubię czytać nieskończonych opowiadań, potem w komentarzach rozdrabniam się tylko na jęczenie jak to ten bohater mi się podobał, a jak to tego nie lubię… Nie, Arkanom potrzebny komentarz z prawdziwego zdarzenia, trumna godna tego opowiadania. 

 

Postępowanie Remusa początkowo wydawało mi się nieco nierealne, ale miało to głównie podłoże takie, że <i>ja bym tak nie postąpiła.</i> Po przemyśleniu jednak, stwierdziłam, że jest jak najbardziej realistyczny. Biorąc pod uwagę sytuację i fakt, że przez poczucie winy, strach i niepewność, żaden normalny człowiek nie byłby w stanie chłodno ocenić sytuacji – tak, jest Remusem Lupinem, którego znamy z książki. Poniekąd przypomina mi też marionetkę, łatwą do zmanipulowania przez przyjaciół. 

 

Wyrzuty sumienia, które opisałaś naprawdę cudnie, zasługują na osobną wzmiankę. Nie przesadziłaś, nie opisałaś tego w pretensjonalny sposób, nie dałaś po prostu jednego fragmentu z użalaniem się nad sobą, nie poszłaś na łatwiznę. Ten ból i żal widać w całym tekście. Remus się zmienia, po trochu staje się coraz bardziej paranoiczny, gorzki. Jego depresja pogłębia się z każdym Twoim słowem, może trochę niezauważalna początkowo, a wszystko po to, żeby na końcu uderzyć czytelnika prosto w twarz. 

 

Syriusz wyszedł Ci troszeczkę przerażający. Oczywiście, dbał o swoich przyjaciół, oczywiście zrobił by dla nich wszystko. Ale jednocześnie miał w sobie coś takiego… Chłodnego. Tak jakby wciąż kalkulował. Sam fakt, że jako pierwszy się ocknął, że poradził sobie z faktem, że zabił człowieka (poniekąd to była jego wina, nie Remusa), że przeszło to dla niego niemal bez echa… To bardzo w jego stylu, bo pomimo faktu, że bardzo Blacka lubię, to jednak ta żyłka mrocznego czarodzieja zawsze była w nim dobrze widoczna. 

 

James, tak łatwy do osądzania innych, a jednocześnie tak pobłażliwy dla przyjaciół. Według niego Snape zasługiwał na śmierć, ale oni, mordercy przecież, kary uniknąć mogli. Takie to potterowskie. Ślizgoni są źli przecież od samego początku, jedenastoletnie dzieci, które, często nieświadome co do znaczenia tego faktu, zostały przydzielone do Slytherinu to przyszli Śmierciożercy, oczywiście, dlaczego od razu nie wtrącić ich do Azkabanu? 

 

Peter, który początkowo chciał zrzucić z siebie winę. Bał się, automatycznie szukając wyjścia z sytuacji, nawet kosztem innych. Gdyby nie było tam innych, to pewnie postąpił by zgodnie z własną naturą i sprowadził na nich wszystkich karę. 

 

Lily, Lily zrozpaczona utratą Severusa, Lily podejrzliwa i szukająca zemsty. Realistyczna i żywa, do końca przerażająco kanoniczna. Evans by tak postępowała. Evans szukałaby prawdy od początku do końca, zawsze, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, kto był dla niej ważny. 

 

Dumbledore chyba ze wszystkich postaci epizodycznych wyszedł Ci najlepiej. W końcu teraz nie wiemy – czy on naprawdę coś podejrzewał, czy może to tylko przewrażliwiony Remus, a za nim i my, tak go postrzegał? 

 

Pomysł… Typowe AU do Pottera zawsze oscylują raczej dookoła głównego wątku. Według większości ludzi tego typu opowiadania wymagają wielkiej zmiany na początku, wielkiego bum, dzięki któremu historia potoczy się inaczej. Tymczasem właśnie coś tak „drobnego”, teoretycznie nieznaczącego w większej perspektywie, choć zapewne niesamowicie wpływającego na tych, których dotyczyło, może zmienić wszystko. Jedna śmierć, człowieka, który nie był nawet głównym bohaterem, zmienia wszystko. Lupin już nigdy nie będzie taki sam, nawet jeśli uda mu się przeżyć końcówkę (zakończenie otwarte, hm?). Huncwoci też się zmienili, trudno żeby morderstwo nie wpłynęło na ich sposób postrzegania świata. Stracili coś: dzieciństwo, może niewinność. Jedna głupia zabawa i wszystko się zmieniło. Tak samo jak w prawdziwym życiu, kiedy jeden błąd kosztuje nas tak wiele. 

 

Zaczęłaś od paniki, potem gładko przeszłaś do zacierania śladów. Zaraz po spadku adrenaliny nadeszły wyrzuty sumienia, strach przed odkryciem prawdy. Paranoja, która w końcu doprowadza do ponownej tragedii. Znakomicie wczułaś się w bohaterów nadając im realistyczne cechy, przeprowadzając przez każdy etap, który na swojej skórze odczuwają wszyscy nie do końca winni przestępcy. 

 

Twoje opisy, zwłaszcza początkowe – Wrzeszczącej Chaty, to absolutne mistrzostwo. Nie będę się przesadnie rozwodzić nad Twoim stylem, bo dobrze wiesz, że uwielbiam Cię czytać i zawsze jestem na tak. 

 

Nie wiem czy zrobiłaś to specjalnie (pewnie tak), ale zakończenie jest idealne właśnie dlatego, że pozostawiłaś je otwarte, a cytat… A cytat tylko to przypieczętował. Jeżeli Remusowi udałoby się rzucenie tego zaklęcia… Jak bardzo zdesperowany i zniszczony musi być człowiek, żeby móc zabić samego siebie Avadą? Jak bardzo musi się nienawidzić? 

 

A jeśli Remus przeżył… Cóż, w takim razie czekamy na ciąg dalszy. ^^ 

 

Che, po prostu pisz, a nie marudź, marudo! XDDD

Hell hath no limits, nor is circumscrib'd in one self place; but where we are is hell, 

And where hell is, there must we ever be.


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][Z] Arkana smutku [7/7]

Post#15 » 23 lip 2010, o 21:29

*w*! Taki dłuuuugi komentarz!  

Ciężko mi odpowiedzieć po kolei, więc ogólnie - no, przede wszystkim dzięki, nie sądziłam, że Arkana mogą wywołać tak pozytywne emocje, bo to jednak były tylko ćwiczenia pisane w dodatku z dość nietypową koncepcją (bezfabularnie, tylko uczucia), więc nie nastawiałam się, że komukolwiek się spodobają i mówię to szczerze, bez fałszywej skromności. Naprawdę zostałam miło zaskoczona, zresztą sama zdążyłam Remusa polubić i się do niego przywiązać, więc tym bardziej się cieszę *w*  

Arkana będą miały swoją kontynuację, już mam dla nich nawet tytuł, więc to tylko kwestia czasu, aż napiszę coś i zacznę publikować. Może to chwile potrwać, bo mam ostatnio strasznie dużo pomysłów na autorskie, a kontynuacja chyba musi dojrzeć jak same Arkana (prolog przeleżał dłuugo samotny), ale na pewno coś się pojawi ;)


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości