[Harry Potter] Esencja strachu

fandom: Harry Potter

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i inne teksty dużej objętości. Mile widziane wszelkie możliwe gatunki literackie i teksty, które nie mieszczą się w dziale Miniatury i drabble. Prosimy o odpowiednie tagowanie tekstów!
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble". 

 

Przydatne definicje 

drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów 

 

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 znaków 

 

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą 

 

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń 

 

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż objętość dopuszczalna przez skrypt, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości. 

Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".  

Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).

Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

[Harry Potter] Esencja strachu

Post#1 » 24 lis 2010, o 23:39

(Kontynuacja Arkan smutku.) 

 

Jak obiecałam, bezseverusowy świat powraca przedpremierowo.  

Lojalnie uprzedzam już teraz, że kochane studia są bardziej czasopochłaniające, niż bym sobie tego życzyła, a co za tym idzie, nie wiem, jak często i jak długie części będę wrzucać ;) Zakurzyć się nie powinno.  

Ogólnie dodam jeszcze od siebie, że Ci, którzy poprzedniej części nie czytali, a z jakiś względów im się nie chce, na siłę Arkan nadrabiać nie muszą - wydaje mi się, że fabuła będzie zrozumiała, choć nie mogę tego obiecać ;)  

Enjoy! 

 

 

1 

Zdarza się, że jedno wydarzenie zmienia cały bieg historii. Jak mały klocek domino, jeden z dziesiątków lub nawet setek innych, sam nic nie znaczy, ale wprawiony ruch potrafi zniszczyć wszystko. Tak się stało wtedy.  

Syriusz siedział na parapecie w salonie, obserwując zza ciemnozielonej zasłony pustą uliczkę. Szybę omywały smugi deszczu, który wyglądał jak lawina kropli w promieniach latarni stojącej tuż przed bramką ogrodzenia kamienicy. Złota aureola ledwie oświetlała Grimmauld Place, mimo to wciąż siedział i wypatrywał najmniejszego ruchu. 

— Już za późno — odezwał się głos za nim. Syriusz podskoczył i odwrócił się z grymasem roztargnienia na twarzy. Popatrzył ze złością na bruneta trzymającego różdżkę rzucającą mu w twarz światłem Lumos.  

— Musisz mnie straszyć? — warknął.  

James przeczesał z zakłopotaniem włosy.  

— Daj spokój — westchnął. — Strasznie tu ciemno… — dodał, mrucząc zaraz „Nox”. Magiczne światło zniknęło, ale Syriusz tylko machnął z politowaniem ręką, podchodząc do okna i odgarniając zasłony. Nic. Tylko deszcz, zmrok i latarnia. 

James wiedział, że sytuacja ciążyła na Blacku, ale nie mógł zrozumieć, dlaczego tak mocno go przygniotła. Dlaczego jego? Każdemu było ciężko, ale czy ktokolwiek inny zmienił się tak diametralnie? Wojna, ataki, strach. Zaszył się w starym mieszkaniu rodziny, mimo że tak nie znosił tego miejsca i tak naprawdę nie miał prawa w nim przebywać. Wydziedziczony. Po śmierci rodziców kamieniczkę pod numerem dwunastym odziedziczył Regulus, który jednak zniknął rok wcześniej, zaraz po zakończeniu Hogwartu. Zlekceważył to wbrew radom wszystkim, nakładając budynek dziesiątkami zaklęć ochronnych, tworząc z niego niemal twierdzę. Zamknął się w nim jak w bunkrze. Bunkrze pełnym pamiątek, starych ksiąg, zielono-srebrnych zdobień, malowideł, srebra, kryształów… Czemu wybrał to miejsce?  

— Siedzisz tak od dwóch godzin.  

— I? 

— Wiesz, że już nie przyjdzie. 

— Nie możesz tego wiedzieć — odpowiedział Syriusz, kontrolnie zerkając przez brudną szybę. Dalej nic. 

— Pewnie znowu zatrzymali go na nocną zmianę, wiesz, jak teraz jest. Już trzecia, na pewno przyszedłby, gdyby mógł… 

— Po co w ogóle tam poszedł? — Syriusz nagle wstał i zaczął krążyć po pokoju. Gazety szeleściły pod jego stopami, gdy szedł w stronę kominka. Przystanął.  

James patrzył na jego plecy, widząc, jak trzęsie nim złość. Gdyby odwrócił się i nie panował półmrok — ostatnie kawałki drewna dopalały się w kominku — pewnie zobaczyłby wściekłość w jego oczach. Ale tylko milczał, czekając na reakcję. Wtedy Black powoli wycedził:  

— Jest wojna, musimy na siebie uważać, a on sobie tak wychodzi do pracy? 

Zmiął w kulkę stronę z Proroka i rzucił ze złością na podłogę. 

Wszędzie leżały powyciągane z półek księgi, pamiętniki członków rodziny Blacków i wreszcie — egzemplarze Proroka. Niektóre nawet sprzed miesiąca, pootwierane na różnych stronach, błyskające do niego dziesiątkami ruchomych zdjęć. Z części patrzyli na Jamesa uśmiechnięci czarodzieje, tam minister, tam skład jakiejś drużyny quidditcha, ale, gdy zobaczył ogromny napis: „KOLEJNE ŚMIERCI MUGOLI W ZACHODNIEJ ANGLII”, wraz z dopiskiem „Rodzina mugoli zamordowana”, a pod nim fotografię Mrocznego Znaku pnącego się nad typowym dla przedmieścia domem, poczuł, jakby coś zacisnęło mu się na gardle. 

— Wiesz, Syriusz… — zaczął James po chwili milczenia, a gdy Syriusz podniósł wzrok, wskazał mu stronę z gazety. — Dzisiaj też był atak. Zaatakowali mugoli w Reading, ale dopadli też paru naszych…  

Black westchnął ciężko i opadł na kanapę stojącą tuż pod oknem.  

— Czemu nie jesteś z Lily? — zapytał nagle. 

— Wezwali ją, ktoś przeżył więc…  

— Poprosiła, by pomógł?  

— Pewnie tak — przyznał niechętnie James. — Mają straszne urwanie głowy z ocalałymi, rany, efekty zaklęć, ściągają, kogo się tylko da… 

— Dziwne, że ty nie jesteś taki rycerski i nie bawisz się w wolontariat — prychnął, zasłaniając twarz dłońmi.  

— Mamy siedzieć w domach? — wypalił James. — Jest wojna, każda pomoc się liczy!  

Przesadził, pomyślał ze złością, zaciskając dłoń w pięść i jednocześnie powstrzymując się, by nie powiedzieć za dużo. Bo Syriusz zasługiwał na słowa, na kubeł zimnej wody. Ale jeszcze nie teraz.  

— Powinniśmy na siebie uważać — wyjaśnił, widząc, jak James purpurowieje na twarzy.  

— Tak, owszem, ale moglibyśmy zrobić coś… więcej. Pomóc.  

— Nie możemy — wycedził. — Może Dumbeldore myśli, że razem damy radę go pokonać, ale czas ucieka, a my nic nie mamy. 

— Przecież wiem! Ale co mamy lepszego do roboty? Możemy tylko czekać, aż znajdzie sposób. Wtedy — zaakcentował to słowo, świdrując Syriusza wzrokiem — przestaniemy pomagać w Mungu. Gdy będziemy mogli działać. 

— Ale możemy już teraz. 

— Jak?  

— Na to… daj mi czas. 

— Dobrze — powiedział nagle spokojnie James, przecierając twarz dłonią. — Dobrze. Rób, co chcesz, wertuj zapiski, ale nie mów, że to bez sensu, dobra?  

— Jasne. — Syriusz opadł na kanapę i westchnął. Nagle cała złość zniknęła, ale skąd się wzięła? Nie wiedział. — Przez tę wojnę zwariujemy — dodał tylko niechętnie.  

James kiwnął głową, wyłamując palce. Syriusz milczał posępnie. Minęła chwila pełna wręcz gęstego, namacalnego zakłopotania, gdy nagle wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni jeansów i machnął nią tak energicznie, że przecięła powietrze ze świstem. Mruknął zaklęcie, a drzwiczki kominka otworzyły się ze skrzypieniem. Kolejne machnięcie; kloc drewna poderwał się z żelaznego kosza, by zgrabnym ruchem wylądować wśród płonących już kawałków. Inne zaklęcie; ogień zapłonął mocniej. Salon rozjaśnił się ciepłym światłem. 

James patrzył na niego, bladego w pomarańczowym świetle, wyglądającego na dużo więcej niż dwadzieścia dwa lata. Był teraz cieniem samego siebie, już nie szczupłym, a wręcz chudym, z zapadniętymi policzkami, przez które wyglądał prawie jak nieboszczyk. Kilkudniowy zarost, splątane czarne włosy, podarte jeansy i bluza Gryffindoru. Duch największego przystojniaka wśród Gryfonów — Syriusza Blacka.  

— Daj znać, gdy wróci — rzucił nagle, zrywając się z kanapy. — Muszę coś załatwić.  

— Teraz? — James popatrzył na niego z szeroko otwartymi oczami. — Co? 

— Potem ci powiem. Chyba coś sobie przypomniałem.  

— Ale… 

Zanim zdążył zapytać, rozległ się trzask deportacji.  

 

[center]***[/center] 

 

Mroczny Znak wypływał serpentyną nad kolejnym domem. Rozlegały się trzaski, czerwone promienie zaklęć przecinały powietrze, ktoś krzyczał, a uliczką przechodził pochód zakapturzonych postaci. Kolejne zaklęcia, kolejne kolorowe promienie, kolejne krzyki. Pochód brnął wgłąb miasteczka.  

Godzinę później ministerstwo miało otrzymać wiadomość o ataku w Nocton przed świcie roiło się od autorów, a potem reporterów Proroka. 

Świeży numer gazety wyszedł tuż przed świtem. „KOLEJNY ATAK NA MUGOLI”.  

Inne miasto, inni ludzie. Ci sami Śmierciożercy. 

Wojna.


Tagi:

Giwi

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#2 » 27 lis 2010, o 10:25

. . .  

ŁAAAAAAAAAAAAŁ


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#3 » 28 lis 2010, o 14:10

Dzięki, mhahah. Poważnie lubię takie komentarze, są takie pozytywne (a onki to lubią; a ostatnio lubią gadać o sobie w trzeciej osobie, wtf?). 

 

Czas pisać dwójkę, bu.


Giwi

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#4 » 28 lis 2010, o 14:21

Ja zazwyczaj piszę takie komentarze, bo konstruktywność nie leży w mojej naturze xD  

Zawsze chciałam napisać coś w stylu "Arkan..." a ty mnie tutaj nagle powalasz "Esencją". Ja rozumiem, że są ludzie z lepszym warsztatem niż ja, ale błagam Cię Onku, nie przesadzaj z tą mega awesomewnością Esencji, bo całkiem się załamię! ;) 

Jak na pierwszy rozdział bardzo ładnie. Wiesz, jeśli dalej będziesz pisała o nieogolonym Syriusz, to masz moje małe serduszko w garści <3 

i klimat wojny, lubię to!


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#5 » 28 lis 2010, o 14:31

No to nie krępuj się, ja lubię i takie, i konstruktywne komcie, z każdego się cieszę. I nie przesadzaj ze schlebianiem, bo się zaczerwienię :<  

Mogę zapewnić, że nieogolonych samców będzie dużo i klimatów wojny, zresztą - czy ja kiedykolwiek napisałam coś (dłuższego) bez klimatów wojny czy ogólnego "bohaterowie będą mieli pecha, so saaaad"? Chyba nie, a że właśnie to sobie uświadomiłam, czuję się niepocieszona, zmartwiona i muszę coś z tym zrobić :|>  

Żeby mi się jeszcze chciało tak, jak mi się nie chce...


Awatar użytkownika
Lailerosse
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 2024
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#6 » 2 gru 2010, o 23:54

Hm, zawsze wydawało mi się, że świat bez Severusa będzie jakiś weselszy. Wiecie, tęcze, brykające jednorożce, puchate króliczki i te sprawy ;P A mury Hogwartu, kiedy nie będzie się w nich czaił emo-Snape będą porastały białe różyczki! Taką miałam wizję! A tu nic... 

 

Dobra, a teraz na serio. Jak zawsze świetnie udało Ci się zbudować taki mroczny, pełen napięcia klimat. Kiedy Syriusz mówi "Przez tą wojnę zwariujemy", rzeczywiście to czuć. Zresztą, świetnie tutaj już nakreśliłaś Syriusza, targający nim strach, poczucie obowiązku, poczucie winy i hm, hm, nawet można powiedzieć obsesję? 

Podoba mi się początek i naprawdę czekam na więcej :D

"I'm not evil, I'm just differently moral." 

 

"Life's a bitch, now so am I." 

 

“To be a Sith is to taste freedom and to know victory."


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#7 » 28 gru 2010, o 23:36

2 

Bywają dni, gdy zastanawiałem się, jaki miało to wpływ na historię. Gdyby nie zginął. Czy za oknem widziałbym inną rzeczywistość? Smutniejszą, weselszą?  

Bywają takie dni i szczerze ich nienawidzę. Nienawidzę ciszy i samotności, bo, gdy nie pędzę wokół zdarzeń i osób, mam czas, o który modliłby się pewnie każdy. Nachodzą mnie wtedy takie myśli. Niepewności. Gdybania. Wszystko następuje po sobie jak zakodowane, zawsze kończąc na żalu. Nie wiem, czy powinienem się cieszyć, że przeżyłem. 

Snape. 

Kto wie, co stałoby się, gdyby nie zginął? Gdyby został śmierciożercą...?  

Jestem pewien, że śmierć Severusa przyczyniła się do paru zmian. Gdyby nie to, że jeden Ślizgon z siódmego roku okazał się być powiązany z Sam Wiesz Kim, czy potrafiłbym sobie choć częściowo wybaczyć? Był częścią tych, którzy po ukończeniu szkoły mieli zostać śmierciożercami. Stłukłem jedną szklaną figurę na szachownicy, reszta sama pękła. 

Większe dobro.  

Gdybym tylko potrafił ubrać to w słowa tak, jak właśnie to zapisuję w dzienniku, i powiedzieć przyjaciołom, może byłoby mi łatwiej. Nie wiedzieć czemu wierzę, że spadłoby to ze mnie jak kamień, ale jest to mój kamień Syzyfa, którego nie mogę się ot tak pozbyć. Toczę go w nieskończoność od tego dnia, milcząc i w duchu przeżywając to na nowo. Ale czy im byłoby łatwiej?  

Lily wystarczająco dużo przeżyła. Mała, radosna Lily, choć też zaborcza i nieustępliwa, była kiedyś inna. Zaczęło się od Severusa, potem śmierci jej rodziców. Już pod koniec piątej klasy zobaczyłem ją płaczącą Jamesowi w ramię, w pustym Pokoju Wspólnym długo po północy. Nie zdziwiło mnie to. Coś w niej pękło, a James jako jedyny potrafił to pęknięcie skleić. Kto by pomyślał, że przyjęła jego pomoc, gdy wcześniej go nienawidziła? Zazdroszczę im do dziś… To było tak naturalne, tak… idealne, gdy odtworzył ją na nowo. Mała, radosna Lily nosiła się od tamtej pory tylko na czarno, a wkrótce po ukończeniu Hogwartu ścięła rude włosy na pazia, ale odrodziła się prawie jak feniks.  

Peter… Peter. I Syriusz. To oni zmienili się tak, że już nic nie potrafiłoby tego naprawić. Syriusza wręcz czasem już nie poznaję. Jest swoim cieniem, bardziej duchem człowieka niż ja. Naprawdę boi się śmierci, boi się o nas. Żyje strachem o wszystkich, zmienił go rok po ukończeniu szkoły. Szczególnie odkąd zniknął Regulus. Może i nie przyznałby tego, może go nienawidził i może nie widywali się często, zwłaszcza po wygnaniu z domu, ale kto nie przejąłby się, gdyby młodszy braciszek zniknął? Syriusz dusił to w sobie, ale martwił się. Wciąż się martwi, choć minęły prawie trzy lata. Czasem słyszeliśmy wieści, że Regulusa widziano — ostatnio ponoć w Albanii, w lutym nawet na Nokturnu, ale… Mimo że to tylko plotki, dla niego nie umarł nigdy. Wprowadził się na Grimmauld Place jak do grobowca. 

Nawet nie wiem, co dzieje się z Peterem. Święta ma spędzić z nami, pisze z Lily, ale, odkąd jego matka zachorowała, spędza z nią cały czas. Może i dobrze? Może i dobrze, że odciął się od świata, który upada? Po co miałby oglądać, jak wszyscy umieramy w duchu? 

James jako jedyny żyje naprawdę. Może dlatego, że robi to dla Lily, stał się dla niej podporą, bez której nie dałaby sobie rady. Zazdrościłem mu.  

A ja? 

Wstaje nowy dzień, ciekawe, co przyniesie Prorok. Ilu zginęło? Ile zginie do zmroku?  

 

 

 

*** 

 

 

Gdyby Remus wiedział, co może go spotkać tego dnia, być może nie wyszedłby z domu. Choć, biorąc pod uwagę sytuację, pewnie wybiegłby najszybciej z budynku, jeżeli tylko ktoś by mu podszepnął, co ma się wydarzyć. A zaczęło się niewinnie.  

Rankiem dostał sowę od Lily. 

 

„Kochany Remusie,  

martwimy się o Ciebie. Ale jeszcze bardziej martwimy się o Syriusza. Mógłbyś spotkać się z nami dzisiaj na Grimmauld Place? Wiesz, jak wiele by to dla niego znaczyło, czy nie możesz znaleźć choć chwili czasu?  

Proszę Cię, bądź. 

Lily.” 

 

Popatrzył na piękne, kaligrafowane pismo pełne zawijasów oraz uroczych kropek nad „i”, westchnął i schował je do kieszeni szaty. Przypomniał sobie poprzedni, a fala żalu momentalnie zalała jego umysł.  

 

 

„Remusie,  

nie wiem, co się z Tobą dzieje. Nie odzywasz się, odpisujesz po tygodniu, nawet nie widzieliśmy się od kłótni z Syriuszem. Wiem, że masz wiele na głowie. My też mamy. Sama pracuję, a wciąż jestem wzywana na dodatkowe dyżury w Mungu, James zamęcza się u Dearborna, Syriusz… Ma się nienajlepiej. Ale wciąż mamy dla siebie czas. Czy tyle znaczy dla Ciebie nasza przyjaźń, że tak łatwo ją poświęcasz? 

Wiesz, że Peter znalazł pracę w swoim rodzinnym miasteczku? Pisał, że bardzo go to cieszy, że matce się polepsza, że wkrótce będzie mógł do nas wrócić. Wiedziałeś o tym? Wiem, że nie. Peter wciąż wypytuje, co u Ciebie słychać, martwi się tak samo, jak my. Wiem, że wysłał Ci list — nie odpisałeś. Nie czujesz się z tego powodu winny? 

Remusie, proszę Cię, nie zostawiaj nas tak łatwo.  

Tęsknimy,  

Lily.” 

 

 

Poczuł się wtedy winny, okrutny, jakby list metaforycznie wylał na niego kubeł zimnej wody. Wtedy jedynie odpisał, że pamięta o nich, że chciałby móc się z nimi spotkać, ale nie może. Wtedy stchórzył. Teraz postanowił, że zrobi krok naprzód. Czas rozwiązać pewne… problemy.  

Potem, zanim zdążył zaparzyć zieloną herbatę w swoim ulubionym, bordowym kubku, trzasnęło w kominku, a — nim zdążył się odwrócić — na dywaniku przed leżała koperta z lekko przypalonym brzegiem. Z daleka dostrzegł czerwony atrament i chropowatą fakturę papieru. Wiedział już, że właśnie dostał kolejne wezwanie do szpitala Benefryda Męczennika — małej kliniki, będącej nikłym cieniem w porównaniu z wciąż rozwijającym się Świętym Mungiem. Westchnął ponownie, odstawił już ciepły od wrzątku kubek, popatrzył z żalem na metalową puszkę z herbatą i deportował się. 

Codzienność Remusa Lupina słusznie można było nazwać „codziennością” — monotonia jego życia zagryzała już samą siebie z nudów. Wezwanie, wezwanie, wezwanie. Myśli, jak bardzo jest wszystkiemu winny. Że winien jest Syriuszowi rozmowę po tym, jak ten wykrzyczał mu w twarz parę spraw. 

„Wciąż oszukujesz samego siebie”, wycedził wtedy Syriusz. „Nie jesteś wszystkiemu winien. Nie jesteś w ogóle winien! To ja, to przeze mnie!” 

Na podsumowanie powtórzył niemal słowo w słowo to, co powiedział mu pewnego deszczowego dnia piątej klasy w Świńskim Łbie. Remus od razu wrócił myślami do tego wieczoru, a przywołał je żal w głosie Syriusza. 

„Przecież… Dobrze wiesz, że gdyby nie ja, nic by się nie wydarzyło.” 

Remus stchórzył. Zniknął szybciej niż Black zdążył cokolwiek więcej powiedzieć. Potem rozgrywał to w pamięci tuż przed zaśnięciem niemal każdej nocy, myśląc o tym, jak kolejny raz skupił się wyłącznie na sobie. Że znów rozdrapywał stare rany, nie tylko nie pozwalając zapomnieć o tym sobie, ale i innym.  

Przez ten miesiąc dostał od Lily wiele listów, w odpowiedzi na jeden nawet obiecał pojawić się w domu, którego ściany były świadkiem tej sceny. I chciał, chciał się pojawić, ale — ironia losu? — dostał podobną kopertę jak tego ranka.  

Następnego dnia sowa ruda jak jej posiadaczka nie zastukała w okno, mimo że się tego spodziewał. Zrozumiał, że przesadził, tego wieczoru nie zjawiając się na Grimmauld Place, ale czy nie miał niczego na usprawiedliwienie? Chciał w to wierzyć. 

 

Gdy nadeszło południe pełne zmieniania opatrunków na jątrzących się ranach po zaklęciach śmierciożerców, otrząsnął się ze wspomnień, które nagle do niego wróciły. Przemył dłonie słynnym środkiem dezynfekcyjnym siostry Leighton, zszedł na dół do małego bufeciku po bułkę z pastą z tuńczyka, a, gdy zjawił się w gabineciku oddziałowej Urazów Pomagicznych z pytaniem, czy wciąż jest potrzebny, odpowiedziała mu skinieniem głowy. Uśmiechnął się i siecią Fiuu wrócił do swojego mieszkania na Śmiertelnego Nokturnu.  

Gdzie indziej bez problemu wynajęliby mieszkanie wilkołakowi? Nigdzie. Czy mógł pracować w innym miejscu? Pewnie nie. Ręce do pracy potrzebne były wszędzie, a na pewno w Benefrydzie Męczenniku.  

 

 

 

*** 

 

 

Ulica Śmiertelnego Nokturnu nigdy wcześniej nie była tak ponura. Dostrzegł to, gdy wyjrzał za poszarzałe firanki, i zobaczył domy ogarnięte nietypową dla tej pory ciemnością. Zbliżała się szesnasta, nawet mimo chmur słońce świeciło, więc tym bardziej wydało mu się to dziwne. W samej kuchni panował półmrok mogący z powodzeniem konkurować z tym zza okna, nawet zapalona lampa nie oświetlała wąskiego, ale długiego i wysokiego pomieszczenia. Nie wyglądało wcale lepiej niż pozostałe dwa — wszędzie zawilgocone ściany, biała farba popękana przy sufitach, stare, zszarzałe deski i małe dywaniki, które miały to maskować.  

Zmarszczył czoło i oparł się o kuchenny blat, nieświadom tego, że okruszki bułki właśnie przyczepiły mu się do swetra. Rzucił nieprzytomne spojrzenie na maleńki stoliczek zastawiony kubkami po herbacie, gdzie wciąż leżał list od Lily, zastanawiając się.  

Może dym z kociołka tego szurniętego Blakeya spod trójki?  

Naprzeciwko swoich drzwi miał za sąsiada podstarzałego alchemika, który wciąż nie poprzestawał na wymyślaniu dziwnych przepisów na stworzenie Kamienia Filozoficznego. Nigdy mu się to nie udało i pewnie nie uda, myślał Remus, ale zjawisko za oknem zrzucił na siwego brodacza i z zaspokojoną ciekawością zasunął firanę.  

Jednak gdy wyszedł na korytarz, zobaczył, że opar faktycznie wydobywa się ze strony mieszkania Blakeya, wręcz wypełza gęsty jak szlam na starte deski starej klatki schodowej. Zdziwiło go coś innego — drzwi były uchylone. Alchemik zazwyczaj nie otwierał nikomu, nawet właścicielowi obskurnej, dwupiętrowej kamienicy, a sam Remus widział go może dwa razy, gdy wychodził na zakupy ingrediencji do swoich szalonych pomysłów. 

Instynktownie sięgnął do kieszeni szaty po różdżkę. Zacisnął na niej palce, aż zbielały. Zaczął się zastanawiać, rozważać możliwości, jedne dziwniejsze od drugich. Wejść, nie wejść? Jeżeli ktoś się włamał? Jeżeli starzec przesadził z wpychaniem różnych dziwnych składników do kociołka i wybuch wysadził drzwi, potrzebuje pomocy? A jeżeli po prostu zapomniał zamknąć? Jeżeli…  

Zmarszczył brwi, nagle czując dziwnie metaliczny zapach. Pociągnął nosem, zastanawiając się, co to jest. Rdza? Popatrzył niepewnie na czarne zastępy szlamu, którego coraz więcej wypłynęło zza progu. Wewnątrz mieszkania coś jaśniało jasnopomarańczowym światłem.  

Czuł tylko tętno głucho uderzające w uszach, pot na dłoniach i czole, patrzył przed siebie i nie wiedział, co zrobić. Ale zanim zdążył się zdecydować, usłyszał głuche uderzenie, trzask tłuczonego szkła, zaraz znajomy odgłos deportacji, a potem zrobiło się na moment cicho.  

Na podłodze w salonie leżał twarzą do dywanu Stan Blakey.  

 

 

*** 

 

— Potter, masz raport?  

James westchnął cierpiętniczo i otworzył szufladę swojego małego biurka. Wewnątrz piętrzyło się wszystko, ale nie raport, za którego napisanie powinien wziąć się parę dni temu. Zerknął jeszcze na nieład, jakby czekał, aż stanie się cud; gdy zasuwał ją powrotem, zastanawiał się, jak kolejny raz wyłga się ze spóźnienia. Choroba, zamieszanie, zagubiona dokumentacja? Dlaczego wszystko okazywało się być zupełnie inne, niż sobie wyobrażał? Praca, wspólne mieszkanie z Lily, wojna… Życie.  

— Zaraz przyniosę — zaryzykował, postanawiając jednocześnie, że to ostatni raz, i wziął do ręki przypadkowe kartki. Machnął nimi znacząco w stronę Dearborna. — Tylko je zepnę. 

Szef powoli skinął głową, zakładając dłonie za plecy. 

— Ale pospiesz się, James — powiedział tubalnym głosem zmęczonego człowieka. — Mamy dość spraw na głowie, a zalegamy z dokumentacją ataków sprzed dwóch miesięcy. Za godzinę na moim biurku, zgoda?  

James przytaknął niezdecydowanie. Gdy szczupła sylwetka Dearborna zniknęła za rogiem pokoju, a moment później trzasnęły drzwi jego gabinetu, westchnął i złapał się za głowę. Nie tak to miało wyglądać. Miał ukończyć Hogwart z dobrymi stopniami, co mu się udało, ale dlaczego wszystko się skomplikowało i druga część planu powiodła się zgoła inaczej? Szkolenie, staż, teraz już pół roku u Dearborna — i wciąż był nikim? Może został aurorem, ale co z tego, skoro większość czasu w dalszym ciągu spędzał w małym, ciemnym biurze w Ministerstwie na segregowaniu dokumentów i robieniu wszystkiego oprócz walczenia ze śmierciożercami? Na akcje wzywano go rzadko, w dodatku do przypadków zupełnie trywialnych.  

Czy taka powinna być jego kariera? James Potter, typowy pracownik, niczym niewyróżniający się, wciąż będący w cieniu i czekający na łut szczęścia. Liczył tylko na to, że faktycznie stanie się tak, jak mówił Dearborn — po roku pracy w biurze, przyjdzie czas na treningi i w końcu akcje.  

„Tak to przechodziliśmy wszyscy, Potter. Bez wyjątków.” 

Nie do końca wierzył w te słowa, mimo że dawały mu chociaż okruchy nadziei. A nawet jeżeli stałoby się tak, jakie to miałoby znaczenie? Gdy ludzie giną, on siedzi i segreguje archiwa, nadając szarym kopertom odpowiednie numerki, wkładając doń odpowiednie karty i czasem znosząc je do piwnic.  

Tak wyglądał każdy dzień Jamesa Pottera. 

Zerknął ze zrezygnowaniem we wnętrze szuflady, wyjmując z niej wszystko poza paroma długopisami i żółtymi karteczkami z notkami.  

„Wrócę po siedemnastej, wezwali mnie. Przyjdź do Syriusza, Remus ma wpaść. Kocham, Lily.” 

Było ich więcej, każde okraszone narysowanym serduszkiem. Coraz częściej dostawał takie liściki, które Lily zostawiała w różnych miejscach ich mieszkania. Na szafce w kuchni, na lustrze, na obiciu drzwi czy nawet ramie łóżka. Cieszył się, że ona jako nieliczna z nich faktycznie pomagała — w Mungu jako asystentka magomedyka o opinii mogącej przynieść jej kiedyś szybki awans. Czy mogło go dziwić, że wraz z rozwojem wydarzeń, dostawała częściej pilne wezwania? Nie. 

A czy mógł coś z tym zrobić? Nie więcej niż zająć się zalegającą sprawą ataku w Nocton, małej drzazdze na stopniach schodów bycia aurorem.  

Półtorej godziny później teczka faktycznie znalazła się u Dearborna, a gdy część biura wezwano do kolejnego wypadku — tym razem niepotwierdzonego, ale jak zawsze dmuchano na zimne — zwolniono go wcześniej do domu.  

Jednak zaraz po tym, jak znalazł się w salonie i zobaczył przyklejoną od Lily magiczną, błyszczącą czerwonym blaskiem kartkę, był już na Śmiertelnego Nokturnu.


Awatar użytkownika
Cam
Ukryta Opcja Imperialna
Posty: 6510
Zobacz teksty użytkownika:

Re: [HP][NZ] Esencja strachu

Post#8 » 5 lut 2011, o 21:53

Ej, kociaki, w Esencji akcja się rozkręca, więc smacznego :)  

 

 

3 

Nie jestem pewien, co sobie myślałem, sądząc, że nasze życie po ukończeniu szkoły będzie proste. Choć nie wiem, jak się staram, zawsze coś musi mi przypomnieć o tym, co się stało — i czuję się dziwnie, gdy to wraca. Jak wypruty z emocji, zupełnie pusty. Oczywiście, że nie jest tak, jak powinno być. Jak więc można wciąż pytać, czy wszystko jest w porządku? Nigdy nie jest całkiem w porządku. Zawsze jest coś, co nie powinno się wydarzyć, coś takiego, że później zastanawiamy się, dlaczego akurat my — a teraz wciąż jestem prześladowany takimi zdarzeniami. Dlaczego?  

Zastanawia mnie czasem, czy inni też tak mają — czy życie wszystkich wygląda podobnie jak moje, przesiąknięte cierpieniem i szeptaniem: „Nie powinno się wydarzyć, nie tak miało być”, które tak skrzętnie ukrywają, że są tajemnicą dla innych. Może? Może nie. Jakie to ma znaczenie?  

Może po prostu przyciągam pecha. Taki właśnie jestem. 

Co się dzieje z tym światem? Czemu wciąż sypią się rzeczy, które mają wpływ na wszystkich? Nie zwykłe, prywatne nieszczęścia, rozgrywane w każdym z nas osobno każdego pojedynczego dnia, ale wielkie, łączące nas sprawy. Nas połączyła wojna, Voldemort. Co nas rozdzieli?  

A teraz… 

 

 

 

*** 

 

 

— Remus! 

James podniósł dłonią eteryczną, czerwoną nić ostrzegawczą. Wąska uliczka ożyła, a budynek z wydrapanym w murze numerem osiemnaście stał się centrum wszystkiego, a samo morderstwo wkrótce przestało być tajemnicą. Wszędzie szeptano, mimo że otwarcie nikt nie tego potwierdził, zwalając na typowe zagranie: „Niemożność udzielania informacji w trakcie trwania śledztwa”. Na Śmiertelnego Nokturnu krążyli stadnie niemal sami autorzy, paru zbłąkanych gapiów wpatrywało się w zamieszanie. Mżawka nie ustępowała, czarne parasolki wyraźnie odcinały się na tle szarego, ponurego otoczenia, a w powietrzu unosił się ciężki, metaliczny zapach, jakby nad budynkami zadomowiło się coś budzącego niepokój. Tajemnica. Całym ciałem czuło się wyzwanie, by ów sekret rozwiązać; Potter od razu poznał znajomy dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa i instynktownie wyciągnął różdżkę.  

Wciąż nowi technicy i pracownicy magicznej policji wychodzili z „Borgina i Burkesa”, którzy podejrzanie życzliwie użyczyli swojego kominka na transport funkcjonariuszy. Sam Burkes stał na progu, patrząc na zamieszanie z założonymi rękoma, ponury i dziwnie majestatyczny w czarnym fraku. Gdy zobaczył, jak grupa aurorów wychodzi spod siedemnastki, cmoknął z zadowoleniem i zniknął we wnętrzu sklepu.  

— Stary, nie wiem, co to było. — Jeden z aurorów otarł rękaw szaty z czarnego szlamu i skrzywił się. — Coś tam wybuchło na pewno, ale wolę nie wiedzieć co. 

Jego towarzysz przytaknął. 

— Ciekawe to zaklęcie, widziałeś coś takiego?  

— Nie. — Pokręcił głową.  

— Trzeba będzie wezwać techników z Katastrof… albo Niewłaściwego Użycia, sam nie wiem.  

Wiedziano jedynie, że sprawą faktycznie powinna zająć się Kwatera Główna Aurorów. Reszta była wielką zagadką.  

— Remus?  

— Co tu się stało? — zapytał od razu, marszcząc brwi. 

— Skąd mam wiedzieć? — Remus rzucił na wydechu, machając bezradnie rękami.  

Stał z boku, obserwując wszystko jak przez mgłę. Nie był pewien, co się wokół niego dzieje, a już na pewno, dlaczego ponownie wplątał się w taką sprawę — ale nie zmieniało to faktu, że Stan Blakey zginął od zaklęcia, wbrew oczekiwaniom nie od Avady, ale wciąż czarnoksięskiego. Wiedział o tym, stojąc po „tej” stronie magicznej taśmy i słysząc rozmowy. 

Lily już stała przy nim, nieporadnie gładząc go po ramieniu.  

— Po prostu… wyszedłem z mieszkania, drzwi były otwarte, a on… 

— Już nie żył? — szepnęła Lily zduszonym głosem. 

— Nie wiem, co to było — dodał po chwili ciszy. — Aurorzy też nie wiedzą, nie znają tego zaklęcia. Jego po prostu…  

Pamiętał ten obraz, a utrwaliły go w pamięci zduszone szepty aurorów opuszczających budynek. Stan leżał z rękoma swobodnie rozrzuconymi na boki, a zaschnięta już krew otoczyła go ciemną plamą. Ściągnięta skóra na torsie pociemniała, przecięta szachownicą głębokich ran. Białka oczu kontrastowały ze zmienioną skórą, wręcz błyszcząc. Wystarczyło kilka sekund tego widoku, by Remus wybiegł, a potem w szoku wezwał ministerstwo.  

— Skąd wiedziałaś?  

Lily uśmiechnęła się blado i machnęła ręką na biegających wokoło ludzi. Pojawił się już pierwszy reporter Proroka w towarzystwie fotografa robiącego zdjęcia wszystkiemu wokoło. Rozbłyski lampy co parę sekund rozświetlały szare budynki ostrym, białym światłem.  

— Dostałam wiadomość — zaczęła tłumaczyć, nerwowo przebierając dłońmi. — Powiedziano mi w Mungu, że na Nokturnu ktoś zginął od zaklęcia śmierciożerców, wiesz, żebyśmy szykowali medyków i patologów…  

Westchnęła. Wyglądała na zmartwioną, niepokój wręcz bił z jej spojrzenia, i to wystarczyło, by przekonać Jamesa, że czas stąd iść. Skinął porozumiewawczo w stronę sklepu, z którego teraz wyszła czarownica w czerwonej szacie technika Magicznych Katastrof, i mruknął: 

— Chyba powinniśmy stąd iść. Do Syriusza? 

Przytaknęła i podeszła niepewnie do Remusa, obejmując go ramieniem. Ten wciąż miał nieobecny wzrok, mętny i mglisty, jakby duchem był zupełnie gdzieś indziej.  

— Musimy wziąć kominek. Nie powinniśmy się aportować, na pewno będą chcieli zbadać stężenie czarnej magii, a to nieco zakłóci odczyty… 

Zaraz potem wzięli po garści zielonego piasku z porcelanowego naczynia na kominku i krzyknęli: 

— Grimmauld Place 12! 

 

 

*** 

 

 

W ponurej kuchni rozjaśniało. Języki ognia sięgnęły niemal sufitu, rozległo się ciche huknięcie, jakby w kamienną posadzkę trafił piorun. James uśmiechnął się do niego przepraszająco, gdy tylko podniósł się z klęczek i otrzepał kolana z kurzu. 

— Zaraz będzie tu Lily z Remusem — wyjaśnił szybko i odszedł od kominka.  

— Z Remusem? 

Jak na znak ogień nabrał butelkowozielonej barwy. Błysk, trzask. W powietrze wzbił się kłąb kurzu, gdy na pleciony czarno-zielono dywanik upadł Remus. Niepewnie podparł się dłońmi o kamienną podłogę i rozejrzał się przez kłęby dymu po ponurym wnętrzu. Dobrze znał te ściany z grubo ciosanego kamienia, tak kontrastujące z wytwornym wystrojem pokojów na parterze i piętrze. Wspomnienia budził prosty, żeliwny kominek, przy którym spędzali długie godziny jeszcze jakiś czas temu. Wtedy jego wzrok skrzyżował się ze zdziwionym spojrzeniem Syriusza. Poczuł wstyd, rozgoryczenie; momentalnie spuścił głowę.  

Usłyszeli pisk, a sekundę później zduszone westchnięcie. Ruda czarownica z warkoczem grubości męskiej pięści wyłoniła się z paleniska. Machnęła dłońmi bezradnie w powietrzu i krzyknęła. Potknęła się o nogę blondyna, zaraz wbrew woli ścierając jasnym płaszczykiem cały brud z kuchni domu państwa Blacków. 

— Remus, wstawaj. — Zmęczony głos Jamesa wyrwał go z chwilowej apatii. — Lily, nic ci nie jest? 

Zaprzeczyła energicznym ruchem głowy i z niesmakiem zaczęła otrzepywać rękawy płaszcza z kotów kurzu.  

— Spóźniliście się.  

Później zapadła cisza. Zawisła nad nimi tak wyraźna, że sprawiała wrażenia, jakby brak najmniejszego dźwięku niemal brzęczał w uszach. James uśmiechnął się blado i opadł na pierwsze krzesło z brzegu. 

— Mieliśmy mały… problem. 

Black zmarszczył brwi, posyłając im pytające spojrzenie.  

— Zamordowano sąsiada Remusa.  

Gdy padły te słowa, Syriusz momentalnie zamrugał. Wyprężył się na krześle z niemym zaskoczeniem na twarzy i dłonią zastygłą w powietrzu. Potarł palcami jej wnętrze, jakby się nad czymś zastanowił, i odrzucił głowę do tyłu. Podniósł się powoli z krzesła. Szczęknęło wieczko metalowego czajnika, gdy ruchem różdżki poderwał ją do lotu, po niej w powietrze wzbiła się karafka z wodą. Chlustem napełnił naczynie, za kolejnym machnięciem pokrywka wylądowała na swoim miejscu.  

— Syriusz? 

— A kto…? 

Pytanie zagłuszył syk płomieni, kiedy zawiesił czajniczek nad paleniskiem. Usłyszeli znajomy bulgot gotującej się wody w starym, używanym od pokoleń imbryczku, wciąż patrząc niepewnie na niego. Mimo to Remus instynktownie czuł, o co zapytał Syriusz. Potarł się po karku i niepewnie odpowiedział: 

— Blakey. Stary alchemik, nie mam pojęcia, kto mógł chcieć… 

Twarz Syriusza drgnęła. Przez umysł Lupina od razu przebiegła ostrzegawcza myśl, zabarwiona sprzecznościami, zaufaniem i podejrzliwością. Ale, nim zdążył się nad tym zastanowić, Syriusz odezwał się:  

— Herbaty? 

Coś w pytaniu, tak banalnym i niepozornym, zabrzmiało złowrogo. Cisza, która zapadła na chwilkę, była ciężka, jakby powietrze nagle stało się bardzo gęste, wręcz uniemożliwiające normalne oddychanie. Albo to było tylko wrażenie Remusa, który instynktownie podparł się dłońmi o stół, czując nieprzyjemny chłód na twarzy.  

— Remus, dobrze się czujesz? 

Nie czuł się dobrze.  

 

 

 

 

 

 

 

W tym samym czasie dzielnice Londynu pustoszały. Nie tylko nadciągający zmrok wypędzał ludzi spod gołego nieba, ale deszcz, który zaczął się, gdy po szesnastej nadciągnęły chmury z północy i zaległy puchową warstwą chmurą nad całym miastem.  

Teraz cały West End tonął tylko w odgłosie ulewy.  

Dorcas naciągnęła kaptur głębiej na głowę, brnąc przez zalaną uliczkę. Nie zorientowała się nawet, kiedy mżawka przeszła w ulewny deszcz i kiedy drobne kałuże rozprzestrzeniły się na oczka wody niemal szerokości ulic, ale była na siebie wściekła. Mogła wygodnie wrócić do swojego mieszkania siecią Fiuu, mogła teleportować się z biura, mogła zrobić cokolwiek innego niż wybrać niby piętnastominutowy spacer, który teraz przedłużał się wraz z coraz to mocniej zacinającymi kroplami. Gdyby mogła, teleportowałaby się w każdej chwili, jednak świadomość, że znajduje się na mugolskiej ulicy i że ktoś może ją obserwować, skutecznie to utrudniała. Skąd mogła mieć pewność, że nie zostanie zauważona, że mugol akurat w tym momencie nie zapali papierosa w oknie albo wyjdzie wyrzucić śmieci? Wiedziała, że jako pracownica Ministerstwa nie powinna narażać innych i siebie samą na takie niewygodności. Wystarczyłby zwykły „Oblivius”, ale ile potem miałaby papierkowej roboty? Reprymenda, zamieszanie, może potrącenie podwyżki?  

Często wściekała się na samą myśl, że jest czarownicą, a mimo to nie może używać magii w każdej chwili. A już zdecydowanie w takiej. 

Przechodziła przez ulicę, goniona stukotem swoich obcasów na mokrym bruku, gdy usłyszała: 

— Drętwota! 

Instynktownie sięgnęła do kieszeni, jednocześnie uskakując w bok, gdy czerwony promień przeciął powietrze tuż obok jej prawego biodra. Nie zdążyła się odwrócić, a kolejna smuga poleciała w jej stronę. Zaczęła biec.  

— Drętwota! 

Odwróciła się. Kątem oka dostrzegła ciemną w mroku uliczki postać z wyciągniętą ręką. Na końcu różdżki paliło się delikatne światło Lumos, gdy nagle wyrzuciła z siebie kolejne zaklęcie. 

— Crucio! 

Nie zastanawiając się, deportowała się. Po uliczce echem pobiegł trzask, zaraz wiatr rozmył chmurkę pary jej oddechu, a potem ucichło. 

Dorcas nie opowiedziała jednak o tym zdarzeniu ani dnia następnego, ani przez następne parę tygodni. Gdyby to zrobiła, może parę wydarzeń potoczyłoby się zupełnie inaczej — na pewno, gdyby zwierzyła się osobie, której podejrzany wydałby się atak na pracownika Ministerstwa na jednej z głównych ulic Londynu. Gdyby dowiedziałby się o tym Zakon… 

Ale panna Meadowes nie lubiła sobie robić kłopotu, zwłaszcza jeżeli chodziło o przesłuchania, zgłaszanie wypadków i podpisywanie raportów. Pozwoliła tym samym klockom domino przewracać się dalej. Stawka była jednak większa, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. 

A już na pewno nikt nie pomyślałby, że zaczęło się tak niewinnie.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: boitus i 2 gości