Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Amunsen I

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Amunsen I

Post#1 » 16 lut 2016, o 20:55

Napisałem kilka rozdziałów dziwnej prozy. W założeniu miało to być opowiadanie, ale rozrosło się niespodziewanie szybko w coś większego. W tej chwili mam już napisane cztery rozdziały, a pomysłów na jeszcze kilka do przodu, ale wciąż jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie? Może nic? Nawet nie mam pewności, do którego działu wrzucić tekst, bo dalsze partie przypominają surrealizm z domieszką fantastyki, realizmu magicznego, oniryzmu i Bóg wie czego jeszcze? Sam nie wiem, w którą stronę poniesie mnie wyobraźnie. Po wylosowaniu padło na obyczajówkę, więc muszę zgodzić się ze ślepym trafem.
Zamieszczam dwa rozdziały, bo następne dwa, to już za duża ilość tekstu. Bardzo ciekawy jestem waszych opinii i sugestii.


I

Dzisiaj księżyc świeci prawie tak samo mocno, jak zeszłej nocy. Z nudów obserwuję go przez teleskop, który dostałem od ojca jeszcze w podstawówce. Miałem wtedy hopla na punkcie gwiazd, dzisiaj mam hopla na punkcie kobiet. Śmieszne, ale spędzałem wtedy całe noce z okiem przytkniętym do soczewki, szukając gdzieś w bezkresach przestrzeni śladów obcych cywilizacji. Marzyłem, by znaleźć statek kosmiczny, który zabierze mnie z tej planety. Raz nawet myślałem, że go zobaczyłem. W pobliżu pierścienia Saturna dryfował obiekt, przypominający strukturę statku. Bardzo byłem podniecony tym odkryciem, ale przy szerszych oględzinach okazał się tylko zwykłą asteroidą. Pamiętam, że byłem strasznie zawiedziony i długo nie mogłem przestać myśleć o mojej nieudanej podróży.
Na widok bladego światła gwiazd wciąż mam w sercu jakąś nostalgię. Komety, kratery i odległe, tajemnicze światełka niezwykle pobudzały wyobraźnię. Dzieciństwo odeszło niespodziewanie i nieuchronnie; bez zapowiedzi czas uczynił mnie człowiekiem niemal dorosłym. Nie mogę już tak beztrosko spoglądać w niebo z nadzieją, że gdzieś tam znajdę inteligentnych kosmitów. Tej nocy nawiedzają mnie refleksje, a księżyc wydaje się być dobrym spowiednikiem.
Jestem już mocno spóźniony. Chciałbym wyjść, ale ojciec siedzi na dole, jakby przyrósł do kanapy. Nie może wiedzieć, że wychodzę o tej porze z domu. Światło z salonu odbija się od masywnego skalnika i od śniegu. Drepczę po pokoju z fajką w ustach, co chwila zerkając na ten zasypany kamienny krąg. Ale nic z tego, patrole od ściany do ściany nie pomagają. Nie wiem czemu zaglądam do szafy. Z pudła na górnej półce wyciągam zamszową rogatywkę. Pojęcia nie mam skąd się tam wzięła, ale od razu przypadła mi do gustu. Gdy miałem już zamiar otwierać następne pudło, wielkie kamory na zewnątrz zgasły. Ciężkie kroki ojca zmierzają do sypialni, jeszcze jeden, drugi, trzeci – liczę po cichu – i słyszę trzask starego materaca, po czym nastaje grobowa cisza. Czekam jeszcze kilka minut w ciemności i małymi kroczkami wychodzę przez garaż. Mroźne powietrze uderza jak morska fala. Na skrzyżowaniu Nowigradzkiej i Betlejemskiej opuszczam moją bezpieczną przystań, dzielnicę wzniesioną specjalnie dla zamożnych dupków. Opatulony płaszczem i ze znalezioną rogatywką na głowie wchodzę w przeklęte rewiry miasta, gdzie nikt o zdrowych zmysłach za dnia nie chce tam wściubiać nosa, a o tak późnej porze już nawet nie mówiąc.
Od tego mrozu zęby zaczęły mi strzelać. Wokoło mnie rzędy kamienic stoją wpatrzone naprzeciw siebie, jakby wycięte z surrealistycznego obrazka. Ulice niby pozostawione same sobie, ale oko przywykłe do ciemności dojrzy w nich ukryte zagrożenie. W bramach zakapturzone cienie stoją niczym bandy średniowiecznych rzezimieszków, albo, jak kto woli: strażnicy dawnych fortów. Odwieczna rywalizacja o terytorium i wpływy wyrobiła okropne nawyki: zwłaszcza do przemocy, alkoholu i narkotyków. Ale nie mam do nich pretensji, sam też nie jestem przecież jakiś święty, po prostu czuję, że miałem nieco więcej szczęścia w życiu.
Maszeruję spokojnie chodnikiem, gdy nagle jakaś zakapturzona twarz, zza jednej z tych bram, podnosi na mnie swój podejrzliwy wzrok.
– Dochodzi już północ? – pyta.
– Tak – odpowiadam – a o co chodzi?
– O twój zegarek! – wrzeszczy groźnie.
Słowo daję, jeszcze niedawno posrałby się w gacie, gdyby jakiś podejrzany typ chciał w środku nocy zwinąć mi zegarek. Teraz nie mam już w sobie takich lęków.
– O ten zegarek? – pokazuję mu lewą rękę z moim pozłacanym Goldrunerem na nadgarstku.
– Tak, właśnie o ten – powiedział, a oczy zaświeciły mu, jak dwie srebrne monety.
– To weź go sobie – oznajmiłem spokojnie. Z ciemności wyskoczyła postać, a zaraz za nią druga, trzecia i czwarta.
– Ty idioto – wycedził jeden z nich do „Zakapturzonej Twarzy” – przecież to Pat! – Niedoszły złodziejaszek wlepił na mnie zaskoczone spojrzenie i zakłopotany nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
Z diabelskim uśmieszkiem i ze zmrożonymi brwiami ruszyłem przed siebie, a oni schowali się do swych bram, by wyczekiwać na kolejną ofiarę.
W jednej z suteren, na końcu tej podejrzanej dzielnicy, mieszka Alicja. Jej trzydziestometrowy pokój z obniżonym sufitem jest wabikiem na niewiernych mężów i zepsutych chłopców. W oknie świeci czerwona lampka. Pukam do drzwi metalowym rygielkiem. Wystukuję nim umówioną melodię. Przez szparkę w przezierniku przebija czerwona smużka światła.
– Miałeś przyjść o dwudziestej – powiedziała ziewając – jest piętnaście po północy!
– Wiem, ale nie mogłem wcześniej, stary czuwał przy drzwiach. Chyba coś podejrzewa – Zazgrzytałem głośno zębami, bojąc się, że mnie nie wpuści.
– Zmarzłeś, co?
– Tak – odparłem szybko, zdając się na jej kruche sumienie. Otworzyła drzwi, a ja wpadłem do środka drżący i spocony.
[akapit] [/akapit]Alicja działa na mnie w ten prymitywny sposób, o którym nie wypada opowiadać. Nie to, żebym był taki wspaniały, ale kochaliśmy się prawie do rana. Zawsze myślałem, co ona czuje, kiedy to robi. Nie ciasto na drożdżach – seks oralny. Bez kapturka, wszystko połyka. Kiedyś nie robiła tego facetom, dzisiaj to opuszczone mieszkanie, ten dom pokrojony w plasterki daje jej wolny wybór. Intuicja mówi mi o tym. To jak obsikiwanie terenu, każdy facet w końcu wyczuje ten zapach innego, który skończył w jej ustach. Bo kiedy teraz leżymy blisko siebie, a ona prawie zasypia, chciałbym powiedzieć, że ją kocham, że jutro pójdziemy do kina, czy coś w tym guście, ale ten zapach nie pozwala mi na to. Czuję, że wszystkie opcje są już za nami.
– O czym myślisz? – pyta nagle. Nie to żebym chciał zostać papieżem, ale zasady moralne zabraniają mi mówić o tych rzeczach wprost. Za wszelką cenę wolę uniknąć dwuznacznych powiedzonek, które mogą od razu człowieka przygwoździć. Niestety tylko takie przychodzą mi teraz do głowy.
– O niczym, – odpowiadam – o niczym.
Czuję się winny. Ślady pożądania jeszcze tlą się na twarzy, a już obmyślam plany ucieczki. Pamiętam jak zobaczyłem ją po raz pierwszy: miała na sobie białą sukienkę; była ciasna i podkreślała jej ciało. Od razu pomyślałem jakie obrzydliwości możemy razem zrobić. Było to w galerii handlowej. Sprzedała mi buty i zaproponowała środki do czyszczenia obuwia. Ja zaproponowałem kolację. Niedługo później wylądowaliśmy w tym nędznym pokoju. Choć byłem jeszcze niedoświadczony w tych sprawach, ale wiedziałem, co ją kręci, nie musiała nawet nic mówić, wiedziałem, że chciała uwieść nastolatka. Podjąłem seksowną grę, ale teraz, kiedy patrzy na mnie, jakby reszta jej życie właśnie nadeszła, muszę z tym skończyć – przecież już wszystko mamy za sobą. Niestety Alicja nie myśli podobnie, potrafię wyczuć takie rzeczy po tym, jak na mnie patrzy. Nawet teraz, kiedy ma na wpół zamknięte oczy, które wydają się wielkie i pogodne, wciąż są oknami jej duszy. Potrafię zajrzeć w nie naprawdę głęboko, skąd wiem, że zaklęte w tym spojrzeniu niespokojne jutro, walka o przetrwanie, głód dnia wczorajszego, gdzieś zniknęły.
Alicja zasnęła mi na ramieniu z tym podejrzanie błogim wyrazem twarzy. Delikatnie wyciągnąłem rękę spod jej głowy i wstałem cicho, by poszukać czegoś mocniejszego. Wyjąłem z płaszcza paczkę Goldenów i zapaliłem. W kuchni, a raczej w klitce z lodówką i zlewem, znalazłem półlitrówkę wódki. Nie było czystej szklanki, wszystkie leżały pod parapetem pełne fusów, ze śladami szminki; w zlewie poutykane talerze i gary, aż się wysypywały. Nie miałem zamiaru tego sprzątać. Odkręciłem butelkę i wypiłem pierwsze dwa łyki. Otrzepało mnie, ale nie zniechęciło.
Prawie wdepnąłem w czarną ścieżkę trutki na szczury. Alicja wysypała te granulki, po tym, jak spotkała przy lodówce wielkiego gryzonia z długim ogonem, który drapał wierzch szafki, jak kot ostrzący pazury. Pamiętam jak krzyczała. W wielu oknach rozbłysły światła. Obudziła kamienicę z naprzeciwka i chyba obie przylegające do naszej sutereny. Ludzie pewnie myśleli, że kogoś mordują, dlatego nikt nie wyszedł z mieszkania, ale za to ktoś wezwał policję. Przyjechali ponad godzinę po tym, jak szczur zniknął za lodówką. Ala otworzyła im w samym szlafroku. Gdy nieudolnie wyjaśniała całe zajście, ja zastanawiałem się tylko, czy podejrzewają, że nic pod nim nie ma.
– Możemy zajrzeć do środka? – spytał jeden z policjantów, chyba niedowierzając w historię o szczurze.
– Och, oczywiście. – odpowiedziała zaskoczona własną reakcją. Często nie potrafiła odmówić w kluczowych sytuacjach, nawet gdy nie miała na coś ochoty, a wystarczyło powiedzieć NIE.
Kiedy weszli do środka, najpierw zobaczyli mnie leżącego na łóżku z papierosem w ustach. Wcale się nimi nie przejąłem, co ich ewidentnie wkurzyło. Jeden patrzył na mnie z aroganckim uśmieszkiem.
– Czy możesz wstać, synku? – zapytał nonszalancko.
– Przykro mi, proszę pana. Nie teraz – odparłem bezczelnie ćmochając mojego Goldena. Gdyby podszedł bliżej, dmuchnąłbym mu w twarz, ale niestety pomaszerował prosto do kuchni.
Słyszałem jak flirtują z Alicją, a potem odsuwają lodówkę. Znaleźli tam dziurę wielkości małego arbuza, wydrapaną w szybie wentylacyjnym. Gdy już skończyli dochodzenie, wrócili do pokoju-sypialni, a wtedy ten ciekawski znów mnie zaczepił:
– A właściwie, synku, to ile masz lat? – Poczułem nagły przypływ furii, w głowie usłyszałem okropne myśli i wstrętne słowa, ale jakoś powstrzymałem ten nadchodzący wybuch.
– Osiemnaście – skłamałem.
– A masz na to jakiś dowód? – Tropiciel szczurów z pewnością wiedział z jakim trudem opanowuję złość. Wstałem, choć byłem całkiem nagi, powoli dogasiłem peta w popielniczce, położyłem rękę na pupie Ali i powiedziałem:
– Niestety, panie władzo, dowód zostawiłem w domu. – Zmieszał się moją bezczelnością. Gdybym mu nawymyślał, na co z pewnością liczył, mógłby mi narobić niezłych kłopotów. Ale nie potrafił zdzierżyć, że moja ręka dotknęła pupy Ali, nie otarła się o nią, ale została tam, na miejscu, jak zatknięta flaga na ziemi niczyjej. Zaskoczyłem go tym i pozbawiłem chęci do dalszych dociekań. Wyszli, nic już nie mówiąc.

II

Wypiłem następne dwa łyki. Otrzepało mnie jeszcze mocniej niż poprzednio. Wyciągnąłem kolejną fajkę i odpaliłem ją od kuchenki gazowej. Trzema krokami wszedłem do pokoju-sypialni. Zrzuciłem z fotela resztki naszej bielizny i usiadłem na nim, kładąc nogi na stoliku.
Alicja wciąż smacznie spała; nigdy nie słyszałem, by wydawała jakieś odgłosy przez sen, albo broń Boże chrapała. Zawsze spała mocno i trudno było ją dobudzić. Wglądała teraz na prawdziwego aniołka, który pragnie spełniać dobre uczynki. Może to kwestia makijażu? Zwykle wygląda zgoła inaczej: płomienne loki i trzydziestoletnie ciało modelki o pełnych wymiarach budzą u mężczyzn nieskrywane, wszechobecne pożądanie. Ala przywykła do niemoralnych propozycji, z których do dziś często korzysta. Pewnie dlatego nie ma koleżanek: kobiety przy niej zawsze boją się o swych mężów, czy chłopaków.
Na początku znajomości opowiadała mi o swoich byłych. Wszyscy mieli coś nie tak z garem i wszyscy byli skończonymi łajzami. Żaden nie miał prawdziwego imienia, posługiwali się wyłącznie ksywami i nie daj Boże zawołaj takiego inaczej. Pamiętam zwłaszcza Dimkę. Poznałem go na parapetówie jakiegoś gościa, którego ksywa wyleciała mi już z głowy. Poszliśmy tam z Alą, by razem spędzić trochę czasu poza tym obskurnym pokojem.
Choć zwykle parapetówy są w nowych, albo w świeżo wyremontowanych domach, tamtą zorganizowano na łonie natury. Ponoć facet bał się, że mu nowy dom zdemolują, dlatego sprosił wszystkich na polanę pośród lasów.
Gdy już tam dotarliśmy, było dość późno i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to banda facetów, wyglądających na chuliganów, skaczących wokół ogniska, jak stado rozwydrzonych małp.
Jakiś dryblas, ubrany w wojskowy mundur, wypełzł z ciemności, jak zjawa, i podszedł do nas kołysząc biodrami – w rękach trzymał dwie butelki wódki. Miał niewyobrażalnie chudą i pociągłą twarz, jak u kostuchy, i najbrzydszy uśmiech na świecie. Brakowało mu chyba co drugiego zęba, a te, które jeszcze nie zdążyły wypaść, były niesłychanie krzywe i takie czarno-żółte. Łysina idealnie komponowała się z jego bandyckimi rysami i sprawiała, że wyglądał na groźnego typa, z którym nie warto zadzierać.
– Chodźcie, chodźcie do ogniska, w kółku zaraz wam kto przysra! – zaśpiewał przez zepsute zęby.
– Myślałam, że capnęli Cię do woja – powiedziała Alicja, ale bez flirtującego uśmiechu, którym zwykle nęciła facetów, by bardziej się o nią starali.
– Bo capnęli, ale jestem na gigancie, to znaczy na przepustce, tylko wczoraj się przedawniła. Posadzą mnie na tydzień, może dwa, ale nie żałuję. Maszerowałbym z kałachem, zamiast molestować taką laskę, jak ty. – Na twarzy Ali pojawił się ten ponętny uśmiech, o którym mówiłem, ale po chwili zgasł.
Usłyszeliśmy szum przejeżdżającego pociągu. W pobliżu musiało być uczęszczane torowisko.
– To jest Pat – powiedziała, przedstawiając mnie Czornemu. Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem. Nigdy nie miałem ksywy. Zrozumiałem jednak, że gdyby przedstawiła mnie prawdziwym imieniem, czyli Artur, uchodziłbym w tym szemranym gronie za jakiegoś mięczaka, albo frajera.
– Pat? Od czego to? – zapytał chudy łysol.
– Od...
– Od patologii. – Uprzedziłem Alicję.
– Patoo co? Zresztą, nieważne, na mnie mówią Czorny. – Uścisnąłem jego kościstą rękę niemal równie mocno, jak on moją.
– A od czego to? – zapytałem.
– Od czornych zymbów. – Uśmiechnął się, pokazując zawartość rozwartej szczęki. Przyznam, że zaskoczył mnie tym dystansem do siebie.
– Aha – odpowiedziałem zdawkowo, nie wiedząc, na co mogę sobie pozwolić, by mu nie podpaść. Zmierzył się ze mną wzrokiem, by po chwili wcisnąć mi do ręki butelkę wódki. Drugą uniósł do góry i powiedział:
– Jak wychlejesz więcej, masz mój szacun. – Oczywiście, że nie wypiłem więcej, naliczyłem może do pięciu i prawie zwymiotowałem zawartość żołądka, na szczęście skończyło się tylko na charczeniu i pluciu. Czorny tak się przy tym uśmiał, że zyskałem większy szacun niżbym go pokonał. Ponieważ Ala nie lubi takich wygłupów, szybko spoważnieliśmy, ale wtedy powstała między nami cienka nić porozumienia, która tamtej nocy uratowała mi życie.
Dołączyliśmy do rozbawionego towarzystwa. Wszyscy stali, lub siedzieli już nieźle zawiani i gadali między sobą trochę bełkocząc. Jakiś pękaty kurdupel w żółtej bluzie bez przerwy dokładał do ognia, przez co nie można było podejść bliżej, niż na jakieś pięć kroków od zarzewia. Wsłuchiwałem się w rozmowy i nie mogłem uwierzyć, jaka gadka szła po drugiej stronie ogniska. Pewien solidnie napakowany facio opowiadał o przygodzie miłosnej w więzieniu, jak przycwelił jakąś Zdzisię, która później popełniła samobója, a jednocześnie obmacywał półnagą lalę, która siedziała mu na kolanach. Wszyscy rechotali ze śmiechu, a on wykonywał wtedy ruchy frykcyjne, niesłychanie obrzydliwe, by po chwili głębiej brnąć w historię o Zdzisi. Zatkało mnie i poczułem, że robi mi się niedobrze od tego śmiechu. Po prostu nie rozumiem, jak można żartować z takich rzeczy.
Alicja, widząc moje zażenowanie, położyła mi rękę na kolanie i szepnęła do ucha drżącym głosem: – Uważaj na niego. Z Dimką nie ma żartów. – Nie wiem, jak zdziwioną musiałem mieć minę? Słyszałem o nim makabryczne historie, ponoć należał do jakiejś bojówki, czy czegoś takiego, ale najbardziej przeraził mnie widok jego ciemnej, plugawej postaci, odbitej w świetle płomieni. Miałem ochotę złapać Alę za rękę i czym prędzej uciec. Gdy nagle ktoś szturchnął mnie w ramię.
Obok nawalony chłopak, wyglądający jak zombie, obmacywał młodziutką dziewczynę, mniej więcej w moim wieku. "Kochanie przestań... Nie tutaj, tak nie wolno" – głośno szeptała mu do ucha, ale on na siłę próbował ją rozebrać. Odepchnęła go, ale zdążył chwycić za jej koszulę, rozdzierając ją i odsłaniając wydatny stanik. Upadł po tym wysiłku zamroczony od wódki, a dziewczyna usiadła na trawie, zasłaniając rękoma piersi i zaczęła głośno łkać. Nawet specjalnie nie zdziwiło mnie, że nikt nie zareagował. Niektórzy patrzyli tylko na nią, jak na potencjalną ofiarę gwałtu, który może się zaraz dokonać. Pamiętam, że zrobiło mi się jej strasznie szkoda. Zdjąłem swój płaszcz i przykryłem dziewczynę, by nie czuła, że jest naga. Wtedy podniosła swą zapłakaną twarzyczkę i skinieniem głowy podziękowała.
Po drugiej stronie ogniska, śmiechy ucichły. Czułem, że całe towarzystwo skupiło wzrok tylko na mnie. Ciszę przerwał dopiero szum nadjeżdżającego pociągu, a potem usłyszałem twardy głos Dimki:
– A ty co młody, leczysz kompleks Edypa? – zawołał ostro, po czym wszyscy zarechotali, jak stado wygłodniałych hien. Już miałem powiedzieć, że Alicja pod żadnym względem nie przypomina mojej matki, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Dimka prowokował mnie, chciał bym zszedł do defensywy i bronił swoich racji przed jego bandyckim audytorium. Myślał, że w ten sposób ośmieszy mnie. To było jego przedstawienie, a ja miałem wystąpić w roli błazna. Aby z tego wybrnąć, musiałem zachować czujność i nie dać się sprowokować do błazeństw. Jednak nie wytrzymałem i wpadłem w okropną historię.
Opanowałem drżenie rąk. Wyciągnąłem papierosa i zapaliłem, co zawsze mnie uspokajało. Czułem na sobie kilkanaście par oczu, czekały na to, co powiem.
– Słuchaj, postawmy sprawę jasno – przemówiłem spokojnym, ale stanowczym głosem – masz mi za złe, że bzykam twoją byłą. – Chciałem uderzyć w jego najczulszy punkt, a dokładnie wiedziałem, gdzie on się znajduje. Alicja zdradziła mi pikantne szczegóły z ich związku – zostawiła go z powodu chorobliwej zazdrości. Dimka długo nie mógł zapomnieć o zerwaniu, a złamane serce, nawet takiego bydlaka jak on, prędko się nie goi.
– Ty skurwysynie! – krzyknął, wskazując na mnie palcem. Nie miałem z nim najmniejszych szans. Powalił mnie jednym ciosem. Gdy leżałem twarzą zwróconą do ziemi, kopał mnie po żebrach, a wtedy usłyszałem głos Czornego:
– Nie możecie się mierzyć, nie ta waga – wtrącił między jednym kopnięciem, a drugim.
– A wiesz, że mnie to pierdoli! – wykrzyczał Dimka.
– Jeśli chcesz go naprawdę pokonać, zrób to jak należy, wszyscy wiedzą, że możesz skatować dzieciaka, lepiej pokarz nam, jak sra w gacie ze strachu i błaga o litość?
– Niby jak? – spytał lekko zdyszany.
– Niedaleko jest most, jeżdżą nim pociągi.
– I co z tego?
– Stańcie na nim razem i poczekajcie na pociąg, ten, który pierwszy skoczy, przegra.
– Chyba wolę go jednak zmasakrować.
– Nie masz jaj? – wykrztusiłem z bólem.
– Dobra. Kto woli zobaczyć, jak dzieciak sra w gacie, a kto, jak go katuję do nieprzytomności? – zawołał do pijanej publiczności.
– Jak sra w gacie! – krzyknęli wszyscy wesoło i zgodnie, ku zdziwieniu Dimki. Jakoś nie przyszło mu do głowy, że perspektywa przejechania kogoś przez pociąg, może tym szaleńcom wydać się ciekawsza, niż pobite do nieprzytomności ciało.
Wstałem przy pomocy Ali. W jej spojrzeniu widziałem przerażenie i poczucie winy, że mnie tu sprowadziła. Nikogo nie obwiniałem, sam sobie zgotowałem ten los. Jak zwykle zgubił mnie tupet.
Szliśmy lasem. Alicja i dziewczyna, której dałem płaszcz podtrzymywały mnie, bym się nie przewrócił. Przede wszystkim bolały mnie żebra, wiedziałem, że któreś jest złamane. Czorny maszerował tuż przed nami i co chwilę spoglądał na mnie, jakby chciał mi dodać otuchy. Minęliśmy jakiś opuszczony dom, a za nim widać już było most.
Wspięliśmy się po wielkiej hałdzie ziemi, na której zbudowano torowisko. Pod stopami poczułem drewniane belki, do których przymocowano szyny. Dwieście metrów przed nami pięła się stalowa konstrukcja. Myślałem, że idę na śmierć. W uszach zaczęło mi dzwonić, a w ustach miałem smak krwi.
Stanęliśmy przed filarem zespawanym z teowników, za nim wznosiła się już właściwa struktura mostu, złożona chyba z tysięcy stalowych elementów. Poparzyłem na rdzawe pilastry i doznałem dziwnego uczucia, że kiedyś już stałem w tym miejscu. Słyszałem gdzieś, że takie uczucie towarzyszy tuż przed śmiercią i ogarnęło mnie przerażenie. Nogi miałem całkiem sztywne. Co innego mówić, że się nie skoczy, a co innego stanąć tam i to powiedzieć.
Dimka nie wyglądał na przestraszonego. Łaził po przeciwnej stronie mostu i machał rękoma, jak bokser rozgrzewający się do walki. Gdzieś w oddali usłyszałem gwizd lokomotywy.
Poprosiłem dziewczynę w moim płaszczu, by wyciągnęła z jego wewnętrznej kieszeni papierosa. „Jeśli miałem dziś umrzeć to tylko z fajką w ustach.” – Pomyślałem. Zrobiłem głęboki wdech i poszedłem w kierunku środka mostu. Dimka czekał już tam na mnie.
W połowie drogi zatrzymał mnie jeszcze Czorny.
– Masz. – Wcisnął mi do ręki butelkę wódki. Pierwszym łykiem opłukałem krwawiące dziąsło i wyplułem rozrzedzony alkohol z krwią. Cholernie mnie szczypało, ale miałem to wtedy gdzieś. Migiem opróżniłem połowę zawartości i oddałem Czornemu butelkę. Powiedział jeszcze coś do mnie, w stylu: „Uważaj na siebie.”, albo „Nie szlej, tylko skacz.” Nieźle mnie zakręciło w głowie, ale przynajmniej nogi miałem już rozluźnione.
Kolejny gwizd pociągu usłyszałem bardzo wyraźnie, w oddali mały punkcik światła zbliżał się niebezpiecznie szybko.
– No, dalej tchórzu, właź na ten cholerny most! – krzyknął Dimka – Chyba, że już stchórzyłeś!
– Nie! – zawołałem. – Idę.
Stanęliśmy obok siebie, ze wzrokiem utkwionym w mały, jaśniejący punkcik tuż przed nami. Spojrzałem w dół i w jednej chwili uprzytomniłem sobie, że mam lęk wysokości, a w dodatku nie umiem pływać. Przestrzeń między mostem, a wodą zaczęła się dziwnie wydłużać, aż w pewnym momencie odniosłem wrażenia, że nic tam nie ma. Tory pod nami zaskrzypiały groźnie, a kontury pociągu stawały się coraz lepiej widoczne.
– Skacz, ty posrańcu, widzę jak srasz w gacie, czuję twoje śmierdzące gówno! – ryknął Dimka.
– Nie! – odkrzyknąłem tylko. Nie byłem w stanie wypowiedzieć pełnego zdania. Tak bardzo pragnąłem go pokonać, upokorzyć, zniszczyć, że wcale nie miałem zamiaru się poddać, ale nie mogłem też skoczyć z tego przeklętego mostu. Na nic już nie liczyłem, szykowałem się tylko na śmierć.
– Skacz ty skunksie! – krzyknął panicznie Dimka i sam skoczył w chwili, gdy pociąg, z przeraźliwą mocą, po raz trzeci na nas huknął.
Stałem jak zahipnotyzowany. Trzeci, czwarty, piąty znak ostrzegawczy!
– Skacz, skacz, skacz! – wołały jakieś głosy. A ja wciąż tylko stałem, wpatrując się na pędzącą śmierć. Myślałem, jak bardzo rozerwie moje ciało, z ilu milionów kawałeczków będą musieli je poskładać, by mnie pochować. Setki, tysiące obrazów rozczłonkowanych zwłok przemykały mi przez myśli, a ja nie mogłem ich zatrzymać.
– Nie! – krzyknąłem w końcu i położyłem się na torach, by uniknąć przynajmniej czołowego zderzenia. Pociąg przejechał po mnie. Przysięgam, że widziałem, jak cały wkręcam się w jego wał napędowy, w tłoki, w śruby z tulejami, w każdy element silnika, a moje zmielone ciało znika za ostatnim wagonem.
Zemdlałem.
Gdy otworzyłem oczy, byłem oparty plecami o drzewo, wszyscy stali nade mną w półokręgu, wpatrując się, jak w jakiś święty obrazek.
– Teraz może chcesz papierosa? – Zaproponowała dziewczyna w moim płaszczu.
– Chętnie – odpowiedziałem, próbując wstać, ale moje pęknięte żebro nie pozwalało na to.
– Trzymaj. – Wsadziła mi papierosa do ust i odpaliła.
– Stary, nigdy nie widziałem czegoś takiego, nikt nie widział, no chyba, że na filmach – stwierdził poważnie Czorny.
– Ja też nie – odpowiedziałem tylko, trzymając fajkę w ustach i znowu zemdlałem.

Tagi:

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 852

Amunsen

Post#2 » 16 lut 2016, o 21:04

Oj chłopie...masz nowego fana. Cóż jeszcze mogę dodać...
Ręka na pupie,skojarzyła mi się z podniesionym palcem z Ferdydurke,wiem,chore porównanie.Czekam na ciąg dalszy!Byle szybko.

Ross_Rabiaka
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1036

Amunsen

Post#3 » 16 lut 2016, o 21:27

Tworzysz świetny klimat, do tego ciekawy narrator, współczesne realia i cóż... chce się czytać. Bardzo fajna lekturka.
Matt C.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

Amunsen

Post#4 » 17 lut 2016, o 13:01

Bardzo dobrze napisany tekst. Naprawdę bardzo dobrze, aż Ci zazdroszczę, że nie tylko miałeś ciekawy pomysł, ale że napisałeś tę historię tak, jak należy, to znaczy, że płynie. Tak, zdecydowanie chce się czytać.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Amunsen

Post#5 » 17 lut 2016, o 17:27

Dziękuję z pozytywne komentarze, bardzo mi schlebiają. Mam jednak nadzieję, że ktoś wskaże mi niedoróbki, które na pewno gdzieś tam się jeszcze czają.
Anna Nazabi pisze:.Czekam na ciąg dalszy!Byle szybko.

Kiedy dopracuję czwarty rozdział, na pewno wrzucę tekst.
Jeszcze raz dzięki za wasze komentarze, wszystkie są dla mnie bardzo ważne.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1954

Amunsen

Post#6 » 17 lut 2016, o 18:14

Ok, często stawiasz nie potrzebnie przecinek przed "jak".
Przyglądał się, jak chodzi...
ALE
Zauważył, że chodzi jak kaczka.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 162

Amunsen

Post#7 » 17 lut 2016, o 18:55

agathas pisze:Ok, często stawiasz nie potrzebnie przecinek przed "jak".
Przyglądał się, jak chodzi...
ALE
Zauważył, że chodzi jak kaczka.


Wiem, mam z tym problem, przed imiesłowami też nie zawsze mam pewność.

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość