Trylogia Burzy - część I

Teksty mające wiele lat, wycofane z forum, porzucone, niepoprawione bądź z innych powodów przeniesione do Szuflady. Część z nich, ze względu na publikację lata wcześniej, nie jest otagowana lub dodana zgodnie z aktualnie obowiązującymi zasadami publikacji.
Sileth
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 13

Trylogia Burzy - część I

Post#1 » 1 kwie 2016, o 00:34

Prolog.

W klubie głośno było od rozmów i śmiechów, tak rzadkich w obecnych czasach. Na parkiecie tańczyło wiele młodych osób w skąpych i gdzieniegdzie poprzecieranych strojach. Panował tam półmrok rozjaśniany jedynie przez kilka kolorowych lampek. W kącie pomieszczenia stał bar, w którym wydawano drinki. Siedziało przy nim kilka osób, które ochoczo pochłaniały kolejne chłodne napoje. Rzadko lodówka była tak pełna, ktoś musiał przejąć dostawę, zmierzającą do Strefy 1. Każdy świetnie się bawił, jednak nikt nie przyszedł tutaj tylko po to. Za chwilę miało się coś wydarzyć, coś, na co każdy czekał. Muzyka, która dotychczas wydobywała się z głośników, ucichła. Na scenie zabłysły reflektory, oświetlając szóstkę osób. Wszyscy zamilkli.
Czerwonowłosa kobieta uderzyła palcami o klawisze keyboarda, z instrumentu wydobyły się pierwsze brzmienia. Po chwili słychać było także perkusje nadającą rytm, a melodia stawała się coraz szybsza i ostrzejsza. Dołączyły do niej dźwięki gitary basowej, a później dwóch elektrycznych. Widownia zakrzyczała zachwycona, najwyraźniej rozpoznając utwór. Większość osób pojawiała się tu, kiedy tylko mogła, pomimo niebezpieczeństw, które czekały na nich poza azylami. Chcieli ich słuchać. Słuchać głosu Rebelii.
– I've seen the blood. I've seen the broken. The lost and the sights unseen. – Z ust czarnowłosej dziewczyny o azjatyckich rysach wydobyły się słowa piosenki. – I want a flood. I want an ocean. To wash my confusion clean.
Białowłosy chłopak, grający na jednej z gitar elektrycznych, zbliżył się do mikrofonu.
– I can't resolve this empty story. I can't repair the damage done – zaśpiewał czysto, a wraz z nim widownia.
– We are the fortunate ones. Who've never faced oppression's gun. We are the fortunate ones, imitations of rebellion – odezwali się chórem wszyscy członkowie zespołu. – We acted it out. We wear the colors. Confined by the things we own. We're not without. We're like each other. Pretending we're here alone.
– And far away, they burn their buildings. Right in the face of the damage done – Główna wokalistka mocniej ścisnęła mikrofon w dłoni.
– We are the fortunate ones. Who've never faced oppression's gun. We are the fortunate ones. Imitations of rebellion, rebellion, rebellion, rebellion. – Znów słychać było wszystkich.
– Rebellion, rebellion! We lost before the start! Rebellion, rebellion! One by one we fall apart! We fall apart, we fall apart, we fall apart! – Krzyczała cała widownia, niemal zagłuszając zespół.
– We are the fortunate ones who've never faced oppression's gun. We are the fortunate ones. Imitations of imitations of... We are the fortunate ones who've never faced oppression's gun. We are the fortunate ones, imitations of rebellion, rebellion, rebellion, rebellion... * – Cichnącym, lekko drżącym głosem zaśpiewała wokalistka.
Gdy piosenka się zakończyła, wszyscy głośno oznajmili swój zachwyt. Słychać było krzyki, oklaski i piski. Zespół zagrał jeszcze kilka utworów.
– Yo! Do zobaczenia za tydzień! – zawołał czarnowłosy gitarzysta basowy, po zakończeniu występu.
Zeszli ze sceny, machając, a gdy znaleźli się za kulisami, natychmiast napili się wody. Zaraz potem usłyszeli muzykę, która wydobywała się z głośników, ale im dalej schodzili po schodach, tym bardziej cicha im się wydawała i w końcu zamieniła się w rytmiczne dudnienie i przytłumione słowa piosenki. Zmęczeni weszli do piwnicy, która stanowiła ich azyl, po czym opadli na wzorzystą sofę oraz fotele.
Krótkowłosa blondynka nawinęła jeden z kręconych kosmyków na palec, w drugiej dłoni cały czas trzymała perkusyjną pałeczkę i wybijała nią jakiś rytm na oparciu. Tuż obok niej siedziała gitarzystka zespołu z rękami skrzyżowanymi pod biustem, delikatnie się o nią opierając.
– Świetnie nam dzisiaj poszło! – zawołała czerwonowłosa liderka, która jako jedyna jeszcze stała.
– Tak! – odkrzyknęli pozostali zdartymi głosami, wyrzucając pięść do góry na znak zachwytu.
– Jak zwykle zresztą – zauważyła główna wokalistka.
Basista zaśmiał się cicho.
– Lunadi grała za wolno w refrenie Cry – mruknął niezadowolony białowłosy chłopak i włożył kaptur na głowę.
– Nieprawda! – oburzyła się, a jej tęczówki zaiskrzyły w złości. – To ty przyspieszałeś! – Bez kłótni! – zarządziła ich liderka. – Idę na patrol, a gdy wrócę, wszyscy mają być pogodzeni i spać – powiedziała, a jej głos wskazywał, że sprzeciw jest niemożliwy. Założyła skórzaną kurtkę, która zasłoniła tatuaż na lewej ręce.
– Tak, Esse. – Obydwoje westchnęli, nie mieli zamiaru sprzeciwiać się starszej od nich dwudziestojednolatce.
Młoda kobieta uśmiechnęła się chytrze i wyszła z powrotem na górę, a tuż za nią podążył biały list o mglistej postaci, jej Deamon – Nixe.

~*~
Szukali jej od kilku godzin, już dawno powinna wrócić z patrolu. Deszcz padał, zacierając wszelkie ślady duchowej energii.

~*~
* piosenka Linkin Park Rebellion

Rozdział 1.

Niebo zszarzało od burzowych chmur, które mozolnie przesuwały się naprzód. Lunął deszcz, a jego ciężkie krople głośno uderzały o popękany asfalt. Nigdzie nie było widać ani śladu człowieka czy innej żywej duszy. Murowane kamienice, które ciągnęły się wzdłuż ulic, wyglądały bardziej jak budynki przeznaczone do rozbiórki, niż coś zdatnego do zamieszkania. Rozbite okna zostały zabite przegniłymi dechami, a większość drzwi wybito z zawiasów. Zbliżał się już wieczór, choć trudno było określić to przy tej pogodzie. Niektóre latarnie nikłym światłem rozjaśniały okolice, czerpiąc energię z podobno nieczynnej elektrowni. Zaiskrzyła błyskawica i uderzyła w starą antenę telewizyjną. Później słychać było donośny grzmot.
Koło jednego z ciemnych zaułków przeszła kobieta o czerwonych lokach, jej włosy potargane przez wiatr przypominały płomienie. Na sobie miała skórzaną, przetartą na łokciach kurtkę i ciemne, podarte przez liczne upadki, jeansy, a z ramienia zwisała jej stara torba. Był to dość typowy ubiór dla ludzi z niższych sfer, jedynie skóra wybijała się ze schematu.
Tuż za nią podążał drobny, śnieżnobiały lis o mglistej postaci, jego futro nawet pośród strug deszczu wyglądało na suche i czyste. Zerknęła na niego, delikatnie się uśmiechając i włożyła dłonie do kieszeni. Za przepełnionym kontenerem po lewej usłyszała jakiś szelest. Zatrzymała się, mając jeden but w kałuży i podeszła do miejsca, z którego wydobył się dźwięk. Zza kilku kartanów spoglądały na nią przestraszone, oliwkowe oczy bladej dziewczynki. Postrzępione, kasztanowe włosy okalały jej twarzyczkę. Odsunęła się od kobiety i przycisnęła jak najbardziej do ściany.
– Nie bój się, mała – powiedziała i ukucnęła przy niej. – Jestem Esse, a to Nixe. Nie zrobimy ci krzywdy, jesteśmy z Rebelii. – Spokojny głos drżał delikatnie przez chłód panujący wokół.
Dziecko tylko jeszcze bardziej się oddaliło.
– Jesteś głodna? Masz. – Wyciągnęła z torby spory kawałek chleba i podała.
Szatynka złapała pospiesznie pieczywo i odgryzła kawałek, jakby jedzenie miało zaraz zniknąć. Kilka kosmyków wpadło do jej ust.
– Trzymaj się. – Pogłaskała dziewczynkę lekko po głowie i wyprostowała się.
Osoby bezdomne były w tych czasach codziennością. W końcu zniszczone i bliskie zawalenia budynki raczej trudno nazwać domem, a innych nie dało się uświadczyć w Strefie 9. Tylko ci najbardziej zaradni zdobywali coś z ogrzewaniem i chociaż znikomymi meblami, czyli często piwnice starych kamienic, sklepów i klubów. Zazwyczaj wszyscy skupiali się w zorganizowanych gdzieś azylach, ale te zaś szybko się przepełniały.
Czerwonowłosa kobieta wyszła z zaułka i ruszyła dalej przez najbardziej zaniedbaną z całego miasta Strefę. Tutaj, na obrzeżach Quinnes, najrzadziej można było spotkać Wybranych. Raczej nie zapuszczali się w te strony. Pojawiały się jedynie pomniejsze jednostki inspekcyjne wysyłane przez Rząd co jakiś czas, by nastraszyć ludność. Z tego powodu patrole zespołu w tych okolicach nie były jakoś szczególnie ciężkie. Zwykły spacer po najbliższych dzielnicach i rozdanie najpotrzebniejszych rzeczy bezdomnym i głodującym. Gdyby nie padający wtedy deszcz można by to nazwać nawet przyjemnym. Dopiero w innych pojawiał się problem, gdy trzeba było uważać na kilkunastoosobowe grypy nazywane Gangami.
Białemu liskowi, który wciąż dotrzymywał jej towarzystwa, zjeżyła się sierść na karku. Zawarczał cicho i wskoczył, a bardziej wleciał, swoją mglistą postacią na jej ramię. Prawie nie poczuła jego ciężaru.
– Coś się stało, Nixe? – zapytała, spoglądając w błękitne ślepia zwierzęcia.
Nie jestem pewny. Mam wrażenie, że wyczuwam jakieś ślady innych Deamonów – odrzekł, a jego głos brzmiał w umyśle, jakby był jedynie myślą.
– Gang? – zdziwiła się.
[i]To tylko dwie osoby. Bardziej inspekcja, ale ilość ich energii wydaje mi się dziwnie wysoka[/i] – powiedział spokojnie.
– Uda nam się ich zaatakować? – spytała niemal natychmiast, a w jej krwi rósł poziom adrenaliny.
Słychać było ciche westchnięcie stworzenia.
Nie widzę przeciwwskazań – odezwał się. – Jednak nie doradzałbym ci tego. To zawsze jakieś ryzyko, Esselance.
– Miałeś do mnie nie mówić pełnym imieniem – naburmuszyła się i wydęła dolną wargę.
Nie to jest teraz ważne. Powinnaś zawiadomić resztę – warknął lekko poirytowany.
– Przesadzasz jak zwykle! Z której strony ich wyczuwasz? – Rozglądnęła się wokół siebie.
Południe – mruknął niezadowolony z wygranej swojej właścicielki.
Ucieszona z tej wiadomości natychmiast ruszyła we wskazanym kierunku. Deamon pomimo pędu, nie spadł z jej ramienia. Przemykali pomiędzy kamienicami. Towarzyszyły im jedynie chluśnięcia, wszechobecnej na ulicach, wody i strugi deszczu. Przeszli koło starej sklepowej witryny z popękana szybą. W środku pomieszczenia młody mężczyzna ubrany w kurtkę parkę i stare, wytarte jeansy przygrywał na gitarze akustycznej. Przez szpary w oknach wydostawały się ciche dźwięki. Tuż obok niego zgromadziło się grono osób w podobnym wieku. Koło ścian leżało kilka okrytych kocami materacy, a w rogu stał wzorzysty narożnik. Widocznie urządzili tam sobie azyl. Miło było widzieć, że to miasto jeszcze żyło. Zwolniła, aby lepiej im się przyjrzeć. Uśmiechnęła się, gdy rozpoznała kilka osób z występu w klubach.
Gdy minęła budynek ponownie przyspieszyła. Po chwili usłyszała kroki. Jedne głośne i pewne, a drugie ciche, prawie zlewające się z kroplami wody. Nie mogły one należeć do mieszkańców Strefy 9. Ci zazwyczaj przemykali do swojego celu. Nie spacerowali w miarowym tempie. Wychyliła się za róg. To musieli być oni. Mężczyzna i kobieta, a przy nich ich Deamony. Od razu widać było, że są z wyższej sfery. Brak podartych, czy jakkolwiek inaczej zniszczonych, ubrań rzucał się w oczy. Deszcz spływał po nieprzemakalnych kurtkach, a buty uderzały o kałuże.
Esselance cofnęła się, aby jej nie zauważyli. Jej oddech lekko przyśpieszył. Wydychane powietrze przyjmowało postać pary. Oparła się o ścianę. Ilość adrenaliny w jej organizmie rosła. Uśmiechnęła się na myśl, że wreszcie będzie mogła użyć swoich mocy. Naprawdę nie wyobrażała sobie bez nich życia. Dawno już nie miała okazji z nich korzystać. Na jej patrolach nic ciekawego się nie działo. Kilka rozdanych bułek i jakiś rozgrzewaczy. Dużo bardziej wolała dreszczyk emocji towarzyszący walce.
Kroki zbliżały się. Nix patrzył zniecierpliwiony na swoją właścicielkę, ale nie odzywał się. Zeskoczył na podłogę z cichym szelestem. Coś zapiszczało.
Esse! Deamon nas wyczuł! – krzyknął lis.
Dziewczyna zaklęła cicho pod nosem. W tym momencie cieszyła się, że tylko ona go słyszała. Szybko oddaliła się od sklepu. Może inspekcja nie zauważy znajdującego się w nim towarzystwa. Specjalnie głośniej uderzając nogami o ziemię wbiegła w jedną z uliczek. Osoby za nią również przyspieszyły. Zacisnęła oczy. Serce biło jak oszalałe.
– Hej! – Usłyszała krzyk mężczyzny. Towarzyszyło mu ciche warknięcie. Odwróciła się, ale zaraz tego pożałowała. Oprócz Wybranych biegł za nią kojot, w powietrzu natomiast znajdował się nietoperz.
– Cudownie – mruknęła skręcając w lewo. Była przerażona. Nie tak to sobie wyobrażała.
Na oślep skierowała dłoń w tył i wystrzeliła z niej promieniem światła, którym oślepiła rudowłosą kobietę. Wybrana wywróciła się, uderzając podbródkiem o zniszczony asfalt. Syknęła cicho, po czym uchyliła usta, a z nich wydobyły się ultradźwięki. Nixe zaskomlał cicho, kładąc uszy, by choć trochę to zagłuszyć.
– Wytrzymaj. Jeszcze tylko jeden – pocieszyła go Esse.
Kojot o lekko złocistym futrze wielkim susem doskoczył do dziewczyny. Szczęki zwierzęcia nie mogły jednak jej dotknąć. Był namacalny tylko dla właściciela. Z opuszków palców kobiety posypały się świetliste drobiny, parząc pysk i wpadając do oczu psowatego. Ten jednak się nie poddawał i, chociaż wolniej, nadal biegł przy niej. Mężczyzna również się zbliżał. Skręciła dwa razy w prawo. Próbowała ich zgubić. Spanikowana zauważyła, że znajduje się w zaułku. Rozglądnęła się w lewo i prawo, szukając jakiś szpar lub otwartych okien. Nic.
Wybrany wykorzystał moment jej nieuwagi i uderzył pięścią w podłoże. Wytworzyła się szczelina, która przesuwała się coraz bardziej naprzód. Wkrótce dotarła do nogi Esselance, uniemożliwiając jej ucieczkę. Odsunął wtedy dłoń i spokojnym już krokiem zaczął się zbliżać. Kojot cicho warczał.
Nix zeskoczył z ramienia dziewczyny. Wylądował obok zwierzęcia i korzystając z zaskoczenia, wgryzł się w jego łapę. Zaskomlał cicho i spróbował strząsnąć napastnika. Mężczyzna również odczuwał jego ból, im bliżej się jest swojego Deamona, tym silniejsze jest połączenie emocjonalne i zmysłowe. Skrzywił się i upadł, chwytając za prawą nogę.
Uwięziona kobieta wyciągnęła stopę z buta, aby jak najszybciej wydostać się z pułapki. Pobiegła przed siebie i wskoczyła na zamknięty kontener. Z niego wspięła się na balkon, który zadrżał pod ciężarem. Jej śladem poszedł lis, puszczając wcześniej swoją ofiarę. Przedostali się na dach.
Stanęła niepewnie na ledwo trzymających się dachówkach. Wiatr rozwiewał jej włosy na wszystkie strony. Spojrzała w dół, gdzie Wybrany zbierał już się z ziemi. Chwiejąc się lekko, ruszyła przed siebie. Z drugiej strony budynku znajdowały się schody przeciwpożarowe. Zeskoczyła na nie, a następnie przedostała się na dół.
Nie mogła wrócić do klubu. Kojot z pewnością by ją wytropił. Zraniona łapa tylko go spowolniała. Ukryła twarz w dłoniach. Co robić? Przecież nie może się poddać. Nie może... Usłyszała jak coś spadło na chodnik. Widocznie Wybrany próbował dostać się na dach.
– Cholera – warknęła pod nosem. – Nix, masz jakiś pomysł?
Zwierzę pokręciło łebkiem przecząco.
Nie wiem, jak można zamaskować twój zapach. – Zamyślił się chwilę. – A gdyby ukryć się na Starym Wysypisku?
– Też o tym myślałam. – Westchnęła. – Jesteś pewny, że to bezpiecznie? Ten teren jest zakażony od jakiś 100 lat.
Tak twierdzi Rząd. Nie wiesz, czy to prawda. – Popatrzył na nią ostro. – To jedyna opcja.
– Wiem. – Przygryzła wargę i ruszyła szybko przed siebie, zaraz orientując się, gdzie jest.
Uda nam się – powiedział pocieszająco lis.
Uśmiechnęła się lekko i przyśpieszyła.
– Teraz w lewo... Prosto... A potem... – mamrotała pod nosem, próbując przypomnieć sobie drogę.
Stare Wysypisko nie było raczej popularnym miejscem spotkań. Od wieku uważano je za zakażone. Większość osób wiedziała jedynie, że znajduje się na południowym-zachodzie miasta. Mówi się, że jeśli ktoś za długo tam przebywa, to jego organizm mutuje. Wyrasta mu trzecia ręka, palce łączą się błonami lub twarz zostaje zniekształcona. Tak przynajmniej twierdził Rząd i w to wierzyli mieszkańcy Quinnes. Nikt nie miał ochoty sprawdzać tego faktu. Nadprogramowe kończyny nie były zazwyczaj mile widziane. Nikomu też nie pomagały bulwy na ciele. Oczywiście nigdy nie wytłumaczono, co zakaziło Wysypisko. Można było tylko snuć przypuszczenia. Czy to radioaktywny płyn, choroba, a może promieniowanie? Każdego nurtowała ta myśl.
Esselance wzdrygnęła się na samą myśl. Mimo to musiała dążyć w niechcianym kierunku. To jedyne miejsce, którego Wybrany nie będzie chciał przeszukiwać. Usłyszała warknięcie. Szakal? Tak szybko ją wytropił? Przecież miał zranioną łapę.
– Nixe... Co teraz? – zapytała zdenerwowana. – Słyszę ich... – Jej głos drżał lekko.
Nie otrzymując odpowiedzi, odwróciła się do towarzysza. Psowaty Deamon rzucił mu się do gardła i wbił w nie kły. Z rany zamiast krwi wydobyła się lekko migocząca mgła. Biały lis nawet nie zapiszczał. Próbował się szamotać, ale niewiele to dało. Oczy dziewczyny wypełniły się łzami, które po chwili spłynęły na policzki. Chwyciła się za szyję. Jej przyjaciel upadł na ziemie, gdy szczęki kojota poluzowały się. Tuż obok niego znalazła się właścicielka.
Wybrany, który z boku obserwował wszystko, zagwizdał na swojego Deamona, a gdy ten do niego podszedł, pogłaskał jego łeb. Był zadowolony z pracy zwierzaka.

~*~

Chłopak z kapturem na głowie przemierzał jedną z ulic Strefy 7. Spod materiału wystawały kosmyki o dość nietypowym białym ubarwieniu. Ręce schował w kieszeniach czarnej bluzy. Lekko przygarbiony, szedł naprzód. Rozglądał się po okolicy, poszukując burzy czerwonych włosów. Był znudzony i zmarznięty. Deszcz całkowicie przemoczył ubranie, a woda chlupotała w butach. Alexander najchętniej wróciłby do klubu i ogrzał się.
– Dlaczego Esse musiała zgubić się akurat podczas burzy? Nie mogła wybrać sobie innej pogody? – mówił cicho, zdenerwowanym głosem.
Nie marudź. Dobrze wiesz, że nie o opady ci chodzi – zakpił z niego kruk przelatujący mu nad głową. Gdyby nie to, że był zwierzęciem, zapewne uśmiechnąłby się złośliwie.
– Nie odzywaj się, Kuroshi – syknął, a jego zielone tęczówki aż zaiskrzyły ze złości.
W głowie usłyszał śmiech swojego Deamona.
– Widzisz ją gdzieś? – zapytał nieco zniecierpliwiony Alex.
Nie. Bez zmian.
Chłopak westchnął. To nie miało najmniejszego sensu. Zahuczał grzmot, a on skręcił i, zauważając spory budynek z zszarzałymi firankami w oknach i lekko popękanym tynkiem, przystanął. Pozostałe domy były opustoszałe, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie. Zacisnął oczy, próbując nie przywoływać wspomnień. Pochodził właśnie z tej Strefy. Zostawiono go pod drzwiami sierocińca. Nigdy nie dowiedział się dlaczego. Tą historię znał tylko on i Kuro. Nie potrzebował litości, współczucia, słów wsparcia. W tych czasach każdy miał ciężko. Jego przeszłość nie była jakaś szczególna. Ale... Kim byli jego rodzice? Co sprawiło, że go opuścili? Te pytania kłębiły mu się po głowie każdego dnia. Zresztą, kto chciałby dziecko z Deamonem Śmierci?
Odwrócił się i ruszył w kierunku, z którego przyszedł. Miał dość. Esselance na pewno tu nie było. Dlaczego miałaby się zapuszczać w takie rejony? Teraz jeszcze czekało go jakieś pół godziny drogi w deszczu. Niebo przecięła błyskawica.
– Cudownie.

~*~

Ciszę w Strefie 8 przerwał grzmot. Niebo gwałtownie pojaśniało, ale trwało to jedynie chwilę. Zackary zamrugał, aby ponownie przyzwyczaić się do panującej wokół ciemności. Szukał dopiero od dwóch godzin, ale już był cały przemoczony, a jego czarne włosy zakręciły się od wilgoci. Zdecydowanie podczas takiej pogody wolałby spać, szczególnie, że było już grubo po północy. Zaciągnął bardziej kaptur na głowę, chociaż niewiele to zmieniło. Potarł ręce o siebie, by wytworzyć choć trochę ciepła. Niestety nie mógł włożyć ich do kieszeni. To miejsce zajął już Lucifer, Deamon chłopaka.
– Luce, zimno mi w dłonie – mruknął wyraźnie niezadowolony.
Przeżyjesz. – Spod materiału wychylił się czerwony skorpion.
– Ehh... – Jego właściciel westchnął głośno.
Przeszedł obok małego, protestanckiego kościółka. W jego dachu widniała dość spora dziura, zapewne przegniłe belki nie wytrzymały jego ciężaru. Drzwi otworzyły się gwałtownie przez mocniejszy podmuch wiatru, a zawiasy zaskrzypiały głośno. Zza budynku usłyszał jakiś trzask. Spiął wszystkie mięśnie, a jego serce zaczęło bić szybciej. Szybko ruszył w kierunku, z którego wydobywał się dźwięk. Przycisnął się do murowanej, szorstkiej ściany i, wychylając się zza rogu, spojrzał w prawo. Natychmiast odetchnął głęboko. Koło śmietnika siedział mały, łaciaty kot. Najprawdopodobniej zrzucił metalową pokrywę i to ona przestraszyła Zacka.
– Popadam już w paranoję... – wymamrotał.
Zdecydowanie.
– Nie musiałeś mi przytakiwać – zauważył chłopak i zmrużył oczy.
Wiem. – Deamon ponownie wyglądnął z kieszeni bluzy.
Jesteś denerwujący.
– To też wiem.
– Ugh...
Zackary usłyszał w głowie złośliwy śmiech skorpiona. Nie zwrócił na to większej uwagi i wrócił na główną drogę. Ruszył w kierunku, z którego przyszedł.
– Lepiej wracajmy. Nic tutaj nie wskóramy, oprócz przeziębienia się – postanowił.
Jak wolisz. Mnie tutaj ciepło – mówiąc to, zapalił na czubku kolca mały płomyczek.
– Lucifer! – krzyknął zdenerwowany właściciel Deamona, szybko gasząc ogień.

~*~

Przez ulicę, pośród strug deszczu, szły dwie postacie. Jedna wysoka, musiała mieć ponad 1,75m, a druga niższa o jakieś dwadzieścia centymetrów. Ich włosy ukryte były pod kapturami bluz, a ręce schowane w kieszeniach. Lekko drżały z zimna. Wokół szyi wyższej owijała się szarawa fretka, a na ramieniu drugiej siedział zielono-niebieski koliber. Rozglądały się nerwowo na boki. Wyglądały jakby kogoś szukały.
– Cholera... Widzisz ją gdzieś? Na pewno w tej okolicy chodziła na patrol? – pytała osoba po lewej, był to zdecydowanie dziewczęcy głos.
– Nie. I tak. – odpowiedziała niższa od niej, również dziewczyna.
Koliber zaświergotał zgodnie. W głowie jego właścicielki ćwierki ptaka zmieniały się na słowa:
Potwierdzam.
– Cecil, krążymy po tej okolicy około dwóch godzin. Widzę to suche drzewo trzeci raz! – Zdenerwowała się wysoka, gładząc futerko szarego zwierzątka
– Luna... Nie możemy się poddać. – Przyjaciółka próbowała ją uspokoić. Wiatr zerwał z jej głowy kaptur i rozczochrał blond włosy. Szybko założyła go z powrotem.
Zimno mi... – narzekała fretka, Deamon Lunadione.
– Wiem, Moonlight – mruknęła do niej właścicielka.
Nagle usłyszały głośny, przeciągły i dość nieprzyjemny dźwięk. Zakryły uszy i ukryły szybko za kontenerem. Gdy kroki zbliżyły się, wychyliły się lekko, ale nie na tyle, żeby dać się zobaczyć. Ulicą szedł dość postawny mężczyzna, a u jego boku kojot. Był to zdecydowanie Wybrany. Przysunęły się bliżej ściany. Wstały dopiero, gdy były pewne, że odeszli. Odetchnęły z ulgą.
– Myślisz... – zaczęła Cecilla.
– Tak?
– Myślisz, że Esse ich spotkała?
Luna ucichła na chwilę, ale zaraz odpowiedziała:
– Mam nadzieję, że nie.
Blondynka pokiwała głową.
Umm... Cecil?
– Tak, Titus? – Zwróciła wzrok na kolibra.
– Wyczuwam skrawki energii Nixe... Dosłownie skrawki. – Usłyszała w umyśle jego odpowiedź. Głos miał niepewny. Jakby... Wystraszony.
– Co masz na myśli? – wyjąkała.
– Ceci? Coś nie tak? – zapytała Luna, która słyszała rozmowę tylko ze strony jej przyjaciółki.
– W pobliżu są części energii Nixa – wytłumaczył jej Moon. Jego właścicielka rozszerzyła oczy w zdziwieniu.
– Moonlight, nie przerywaj mi! – fuknął ptak. – Nie wiem, co to znaczy – zwrócił się do Cecilli. – Ale lepiej iść po resztę. To może być niebezpieczne dla was samych.
– Jasne. – Popatrzyła na Lunadione. – Wracamy do klubu. Musimy sprowadzić pozostałych.
Dziewczyna skinęła głową, zgadzając się. Koliber zeskoczył z ramienia blondynki i poleciał przed nimi, aby się nie zgubiły. Pobiegły za nim.

~*~

Więc tak... Witam.
W sumie nie wiem, jak wygląda publikacja wieloczęściowych opowiadań na tym portalu i jakoś nie mogę się tego nigdzie doszukać. Mógłby ktoś obeznany mnie poinformować? Byłabym wdzięczna. I jeszcze w sprawie tych dywizów... Przysięgam, w dokumencie są tu półpauzy, a gdy tylko przeklejam zmieniają się w dywizy. Kompletnie nie wiem, jak temu zaradzić, a i zmienianie każdego w pauzę, o ile te w ogóle działają, potrwa wieki. Tu też prosiłabym o pomoc i za to przepraszam. Mnie to zawsze denerwuje. :/ Chyba zadaję zbyt dużo pytań i o zbyt dużo proszę. .___.
Ogólnie są to początki historii, które pisałam już dobry kawałek czasu temu i mój warsztat zdołał się już poprawić, ale na razie nie miałam czasu, aby to przejrzeć. W razie jakichś błędów piszcie.

To tyle ode mnie.
Pozdrawiam. X
Podobno wredna... Podobno bezczelna... Podobno dziwna... Podobno dziecinna... Podobno.... Ale po co oceniać po tym?

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1495

Trylogia Burzy

Post#2 » 3 kwie 2016, o 12:56

Zapowiada się nawet ciekawie. Nie piszesz źle, ale brak mi trochę w tej opowieści wyrazistości, emocji. Może więcej opisów otoczenia i osób, oczywiście bez przesadyzmu - część można zostawić czytelnikowi, aby użył swojej wyobraźni. Język jak dla mnie trochę za prosty i ogólnikowy. Dużo się dzieje na raz - może to dobrze, a może wypadałoby troszkę zwolnić i poświęcić trochę czasu na podkreślenie wyrazistości postaci? Wizja świata zachęca jednak do zobaczenia, co będzie dalej ;)
Raz miałaś literówkę - ''list'' zamias ''lis'', no i pisz liczby słownie. :)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

agathas
Ostrze Armageddonu
Ostrze Armageddonu
Posty: 1960

Trylogia Burzy

Post#3 » 3 kwie 2016, o 13:16

Rzuciłam tylko okiem.
Nie wiem, czy ciekawe, bo nie przeczytałam. no i, to jest pewnie kwestią gustu, co nam się podoba.
W każdym razie radzisz sobie z didaskaliami a tekst jest porządny.
Nie widzę niechlujstwa.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1742

Trylogia Burzy

Post#4 » 19 kwie 2016, o 10:59

Sileth pisze:Więc tak... Witam.
W sumie nie wiem, jak wygląda publikacja wieloczęściowych opowiadań na tym portalu i jakoś nie mogę się tego nigdzie doszukać. Mógłby ktoś obeznany mnie poinformować? Byłabym wdzięczna. I jeszcze w sprawie tych dywizów... Przysięgam, w dokumencie są tu półpauzy, a gdy tylko przeklejam zmieniają się w dywizy. Kompletnie nie wiem, jak temu zaradzić, a i zmienianie każdego w pauzę, o ile te w ogóle działają, potrwa wieki. Tu też prosiłabym o pomoc i za to przepraszam. Mnie to zawsze denerwuje. :/ Chyba zadaję zbyt dużo pytań i o zbyt dużo proszę. .___.
Ogólnie są to początki historii, które pisałam już dobry kawałek czasu temu i mój warsztat zdołał się już poprawić, ale na razie nie miałam czasu, aby to przejrzeć. W razie jakichś błędów piszcie.

To tyle ode mnie.
Pozdrawiam. X


Publikację wieloczęściową robiłem w pewien mój własny sposób. Jeśli chcesz możesz to robić podobnie do mnie: viewtopic.php?f=84&t=2633 wstawiać linki do kolejnych części w głównym temacie, a publikować kolejne skrawki opowieści w tym samym temacie. Dalej obowiązuje zasada trzech dni.
Ja nie miałem problemu ze swoimi półpauzami. Nie wiem co mógłbym poradzić. Jak je robisz? ctrl + - ?

Parę mniejszych problemów z formatowaniem tekstu, np. podwójna kursywa, niedokończone akapity pod koniec (brak znaków), mogę ci to poprawić jeśli chcesz.

Fabularnie szybko się rozwija, ale zacząłem się gubić w bohaterach i ich deamonach. Sam mam problem ze zbyt wartka akcją i małą ilością opisów, więc rozumiem twój styl pisania. Spróbuj dodać więcej opisów postaci.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Szuflada prozatorska (formy długie)”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości