Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Fatum

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#1 » 9 maja 2016, o 17:26

Witajcie!

Pozwolę sobie zadebiutować na Artefaktach tekstem, nad którym pracuję od około roku i nadal nie jest on ukończony. Mam nadzieję, że po wielu przeróbkach, jakie przebył (publikowałem go na paru forach) okaże się on znośny. Z bijącym sercem oczekuję na komentarze, uwagi, propozycje poprawek.

Życzę miłej lektury i pozdrawiam serdecznie!

Rozdział 1 (cz1, poprawiona wg sugestii Czytelników:))

Podróż pociągiem była jedną z niewielu rzeczy, które lubił. Powodem tego nie było ani zamiłowanie do kolei, ani nieposkromiona chęć zwiedzania świata, ani jakakolwiek inna, bardziej lub mniej związana z podróżą przyczyna. Nie pociągała go też wcale perspektywa długich godzin, spędzonych w przedziale, tylko możliwość spotkania ciekawych ludzi. Lubił przyglądać się im w zupełnym milczeniu, czasami tylko zadając stereotypowe pytania współpasażera typu: „Gdzie pan/pani jedzie, do której stacji, albo: co dają w Warsie na obiad?”. Długich rozmów, dotyczących celu podróży lub krajobrazu za oknem unikał jak ognia i starał się je ignorować.
Odkąd naczalstwo mianowało go ordynatorem Miejskiego Szpitala Psychiatrycznego w Psimordkach miał mnóstwo pracy, głównie dlatego, że, będąc na tak wysokim stanowisku, nie mógł sobie pozwolić na niestwarzanie chociażby pozorów wielkiego wysiłku, na jaki zdobyć się muszą wielcy naukowcy, którzy chcą coś osiągnąć. Stwarzanie pozorów nie jest wcale zajęciem przyjemnym, głównie z powodu tego, że aby je stwarzać, trzeba wiedzieć, jak to się robi i robić to w taki sposób, by wyglądało to na sumiennie wykonywaną pracę.
Dlatego też owego dnia nie wybrał się on na dworzec dla przyjemności i nie miał żadnych nadziei na to, że spotka go coś ciekawego. Był zły, a powodem tego tłumionego przez wiele godzin gniewu była propozycja dyrekcji, która zasugerowała mu wyjazd do Anglii w ramach cyklu szkoleń dla nowo mianowanych ordynatorów z Europy wschodniej, organizowanych przez Europejskie Towarzystwo Psychoterapii. Najdziwniejsze było to, że nie podano mu żadnych informacji o zakwaterowaniu, wyżywieniu, ani czasie, jaki miał tam spędzić. Postanowił jednak o to nie pytać; bał się, że straci szansę zerwania się z pracy na chociaż parę dni. Najbardziej niepokoiło go teraz to, że nic nie wiedział o miejscu, do którego jechał, ani o tym, kto był ordynatorem szpitala. Z angielskim, całe szczęście, radził sobie nawet nieźle i tylko to go pocieszało.
Pociąg wjechał na stację ze stuosiemdziesięciominutowym opóźnieniem, co jeszcze bardziej rozjuszyło i tak już niespokojne nerwy profesora Andrzejewskiego. Do przedziału wsiadł więc zły i, ulokowawszy się przy oknie, wyjął z walizki jedną ze swoich ulubionych lektur z zamiarem odgrodzenia się od całego świata za pomocą jej czarnej, przetartej nieco na rogach okładki. Czytanie zakłóciło mu pojawienie się współpasażera, który wpadł do wagonu chwilę przed tym, jak pociąg drgnął konwulsyjnie i ruszył. Profesor, wbrew swemu zwyczajowi, nie spojrzał nawet na gościa.
- Dzień dobry panu. – Przybysz bezszelestnie zamknął za sobą drzwi i spytał: – Czyta pan „Podstawy charakterologii” profesora Ziehen’a? Ciekawe, prawda?
-Tak, bardzo interesująca lektura. – Andrzejewski nie miał najmniejszej ochoty na wdawanie się w rozmowy o rzeczach, dotyczących jego pracy, ale nieznajomy nie dawał za wygraną:
- Jeśli można wiedzieć, dokąd pan zmierza?
- Do Anglii – burknął, wymownie spoglądając na książkę. Nowoprzybyły nie zrozumiał jednak tego niezbyt oczywistego gestu, świadczącego o tym, że profesor nie jest zainteresowany rozmową i stwierdził z niewinnym, dobrodusznym uśmiechem:
- Świetnie się składa, bo ja również.
Profesor Andrzejewski ukradkiem zerknął na przybysza i zadrżał na widok długiej laski, jaką zwykli nosić niewidomi. Sam nie wiedząc czemu zapytał:
- Przepraszam, czy mógłby mi pan powiedzieć, jakim cudem zgadł pan tytuł czytanej przeze mnie książki, skoro, jak widzę, jest pan… no…
- Niewidomy? – Rozmówca lekko przechylił głowę w stronę profesora i usiadł ostrożnie. – To kwestia wprawy… – Głębiej wciągnął powietrze. – Poza tym, kiedyś bardzo lubiłem czytywać Ziehna, a kartki, na których jest drukowany, mają charakterystyczny zapach.
- Od jak dawna pan…? – zaczął Andrzejewski i urwał, nie wiedząc, jak sformułować dalszą część pytania.
- Od dwóch miesięcy, proszę pana – odparł nieznajomy i uśmiechnął się. W jego dużych, niesamowicie zielonych oczach zabłysła na moment iskierka żalu.
- To musi być trudne, tak… Stracić wzrok…
- Owszem, to straszne, ale tylko w pierwszej chwili. Potem zostaje już tylko wolność.
- Wolność?
Niewidomy uśmiechnął się i kiwnął głową.
- Tak. Powiedziałem „wolność”, nie przesłyszał się pan. Pół roku temu zabiłem człowieka, który w gruncie rzeczy zasługiwał na śmierć sto razy okrutniejszą niż zasztyletowanie. Wezwano mnie do sądu, postawiono zarzuty, a nawet chciano zapakować mnie do celi z wyrokiem dwudziestu pięciu lat. Ci z sądu byli wyjątkowo nieludzcy. Wsadzili mnie pomimo tego, iż powiedziałem, że jestem chory, a znajomy okulista wyrobił mi odpowiednie papiery. Oczywiście, wychodząc z sali sądowej, zasłabłem tak skutecznie, że musieli przewieść mnie do szpitala, a tam już wszystko szło jak z płatka. Mój stan był, oczywiście, tragiczny. Musiałem więc zostać w szpitalu na dwa, trzy dni, co w zupełności mi wystarczało. U znajomych lekarzy wydębiłem akt zgonu, raport z sekcji zwłok, a mój dobry znajomy z Urzędu Stanu Cywilnego załatwił mi formalny pogrzeb. Zniknąłem im z widnokręgu popełniając samobójstwo za pomocą przedwojennego rewolweru, który znaleźli pod oknem sali, w której leżałem. Po tym wszystkim zostało mi tylko zmienić dowód, miejsce zamieszkania i podać się za swego przyrodniego brata. Nieszczęśnik ten, przez znajomych dowiedziawszy się o mojej śmierci, tak bardzo rozpaczał, że przez pomyłkę zakupił dwadzieścia butelek wodnego roztworu metanolu, upił się i w wyniku zatrucia tą substancją stracił wzrok, przez co teraz znajduje się w podwójnym szoku i nie może odpowiadać na żadne pytania prokuratorów. Historię łatwo było wymyśleć, chodzenie z laską ćwiczyłem już od dawna, na wszelki wypadek, została więc tylko realizacja finału. Dwa tygodnie odpowiedniej kuracji metanolem i voila! Badania na Oddziale Detoksykacji wykazały wysoki poziom alkoholu metylowego we krwi, wzrok autentycznie straciłem i nikt mnie już nie ciąga po sądach.
Profesor Andrzejewski zbladł i gdyby nie to, że pociąg pędził z prędkością 90 kilometrów na godzinę przez wąski nasyp o stromych, kamienistych zboczach, byłby niezawodnie wyskoczył przez okno.
- Proszę się nie bać, skończyłem z tą robotą już cztery miesiące temu. Nerwy nie te, co kiedyś, poza tym... – Tajemniczy rozmówca przelotnym gestem wskazał na oczy, których źrenice były zupełnie nieruchome.
Andrzejewski czuł, jak pocą mu się dłonie. Bał się, ale postanowił delikatnie pociągnąć swego rozmówcę za język. Pomyślał, że grzechem byłoby nie skorzystać z tak niecodziennej okazji.
- Jak to się stało, że pan zabił? – Pytanie wyfrunęło z ust profesora prędzej, nim zastanowił się nad jego treścią. „Zbyt obcesowe” – skarcił się w myślach i poczuł, jak lekki dreszcz podniecenia przebiega mu po plecach. „Odpowie czy przemilczy?” – myślał, drżąc z przejęcia jak hazardzista, wpatrujący się w migoczącą tarczę ruletki.
- Nie wiem… Coś mnie naszło - odparł spokojnie nieznajomy i zmienił temat: - Jeśli mogę spytać, z kim mam przyjemność? Przypadkiem nie z profesorem Andrzejewskim?
- Taaak. Znamy się? Nie przypominam sobie pana. – Andrzejewski był zawiedziony, ale postanowił, że poczeka i spyta jeszcze raz.
- Pan może mnie nie pamiętać, spotkaliśmy się dość dawno, na schodach Szpitala Psychiatrycznego w Psimordkach. Był pan wtedy zastępcą profesora Nalewki. Moje nazwisko Schultz. Byłem wówczas na obserwacji z podejrzeniem o schizofrenię i skłonności sadystyczne...
- Ach, tak! Pamiętam! Cieszę się bardzo, że już wszystko z panem w porządku! – machinalnie zakrzyknął Andrzejewski, zapominając o poprzedniej rozmowie i zaraz potem ugryzł się w język tak mocno, że aż syknął z bólu. – A co pan teraz robi? – spytał, chcąc zatuszować zmieszanie.
Schultz zaśmiał się i odparł po chwili:
- Zrobiłem tak, jak pan mi poradził: wróciłem na studia, zrobiłem doktorat z psychiatrii i niedawno mianowano mnie profesorem zwyczajnym. Napisałem dosyć obszerną analizę dzieł Ziehn’a, porównując je z pracami Freuda i Kępińskiego, znalazłem różnice oraz podobieństwa. Po pewnym czasie stworzyłem, odwołując się do przeszłości owych trzech panów, jako taki obraz współczesnego psychiatry po przejściach… Byłem jednak na tyle głupi, że podzieliłem się swym pomysłem z pewnym pisarzem, któremu tak bardzo spodobała się moja koncepcja, iż postanowił przerobić ją na język mniej naukowy, nie pytając mnie przy tym o zgodę… Czytał pan zapewne „Psychiatra i jego przeszłość”?
- O, tak. Bardzo interesujące i wie pan, wiele w tym racji. Dopiero po przeczytaniu tej książki zastanowiłem się nad tym, co tak naprawdę pchnęło mnie w stronę psychiatrii… O ile pamiętam, książkę tą napisał niejaki Dawid Menorowicz, prawda? Ponoć został zarąbany we własnym mieszkaniu dwa dni przed wydaniem swej książki…
- To była zasłużona kara za plagiat. Ponadto o zarąbaniu mówić można tylko w przypadku użycia siekiery lub maczety, a Menorowicza na tamten świat wyprawiła autentyczna mizerykordia z piętnastego wieku. Obecnie znajduje się w Muzeum Wojska Polskiego, skąd została skradziona w dniu zbrodni, a potem oddana dyrekcji przez uczciwego znalazcę.
- Skąd pan to wie? – Andrzejewski spojrzał zdziwiony na swego rozmówcę. Pamiętał dobrze, że media nie podały żadnych wiadomości na temat rodzaju broni, jaką zamordowano Menorowicza.
- Zabójca, który nie wie, czym zabił, nie zasługuje nawet na miano amatora – odparł Schultz, a w jego głosie zabrzmiało hamowane wzburzenie.
Andrzejewskiego zamurowało. Krwistoczerwone światło chylącego się ku zachodowi słońca migotało w przerwach między drzewami. Gdzieś daleko, na samym końcu wagonu, ktoś cichutko grał na gitarze piosenkę o sanitariuszce Małgorzatce, tkliwie zawodząc na końcu każdego wersu. „Straszne…”- pomyślał profesor, patrząc na smukłą, okrytą czarnym płaszczem sylwetkę niewidomego mężczyzny, po czym odłożył wciąż trzymaną w ręku książkę na półeczkę, przymocowaną pod oknem. Odchyliwszy się do tyłu, oparł głowę o miękką gąbkę oparcia. Zachodzące słońce raz po raz oświetlało migotliwym blaskiem siedzącą w półmroku postać niewidomego współpasażera. W jego dużych, ciemnozielonych oczach wciąż pałało oburzenie. Andrzejewski mimowolnie przymknął oczy, myśląc, że obecność wariata działa nań w sposób niesamowicie usypiający. „Jest w nim coś niezwykłego…” - pomyślał, czując, jak sen powoli pod-pełza mu pod powieki.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#2 » 9 maja 2016, o 17:28

Rozdział 1 (cz.2)

***
Bezsenność była, jest i będzie najuciążliwszą dolegliwością człowieka pracującego.
Profesor Izaak Schultz, ordynator szpitala psychiatrycznego w Stanmore, wiedział o tym aż za dobrze. W Stanmore pracował już przeszło dziesięć lat i nigdy jeszcze nie był tak zły, jak tego wrześniowego poranka. Od czasu, gdy zaczął tracić wzrok, coraz częściej zdarzało mu się siedzieć całą noc w miękkim, wyściełanym czarnym suknem fotelu naprzeciwko okna i patrzeć na uśpione miasto. Wtedy chciał napatrzeć się na dobrze mu znane ulice, które nie miały dla niego już ani barw, ani tęczy w kałużach, tylko szum, dochodzący z ciemności. Teraz natomiast czuwał bardziej z przyzwyczajenia, chcąc wmówić samemu sobie, że widzi, tylko noc jest ciemna. Wiedział dobrze, że to nieprawda, ale ta iluzja pomagała mu przetrwać, łagodząc ból, wywołany nagłą, nieodwracalną niemocą.
Szelesty, postukiwania, wycie klaksonów: oto, co zostało z barwnej przecznicy, którą codziennie szedł do pracy, mimowolnie uśmiechając się do przechodniów w odpowiedzi na nieustające potoki powitań, w których teraz wyczuwał nutę współczucia. Nie był w stanie określić, czy jest szczere, ale czuł w głębi duszy, że mu uwłacza. Nie chciał wysłuchiwać tych współczujących „dzień dobry, panie profesorze”, w których, poza zwykłymi słowami, kryło się natrętne pytanie „czy aby na pewno w czymś nie pomóc?”. I ta niechęć właśnie zmuszała go do wymykania się na ulicę pod osłoną cichego przedświtu, w którym nie rozlegał się ani jeden znajomy głos. W ciszy, w chłodzie brzasku było mu dobrze, nie czuł tej napierającej zewsząd chęci pomagania w najzwyklejszych czynnościach, z którymi, notabene, radził sobie częstokroć lepiej, niż ci, którzy chcieli mu pomóc. Teraz na przykład, po dwóch miesiącach wszechogarniającej ciemności, nie miał już najmniejszego kłopotu ze znalezieniem dziurki od klucza i drzwi otwierał dużo sprawniej niż jego w pełni widzący zastępca, który co rano płaszczył się przed nim myśląc, że ułatwia życie, choć tak naprawdę je utrudniał.
Schultz zadrżał ze złości na myśl o tym, iż tego poranka znów będzie musiał udawać, że wcale nie ma ochoty udusić natrętnego, kłaniającego się nieustannie młodzieńca, którego służalczo wybałuszone oczy jeszcze niedawno doprowadzały go do szału. W takich chwilach ordynator niemalże cieszył się, że łaskawa Opatrzność odebrała mu wzrok, dając tym samym możliwość nie patrzenia na to, czego nienawidził.
Gdzieś z tyłu skrzypnęły drzwi i do pokoju wtargnął mocny zapach różanych perfum, wszem i wobec obwieszczając przybycie sekretarki, panny Hallow.
- Excuse-me, sir… Jakiś pan chce się z panem widzieć. Mówi, że…
- Dziękuję, panno Hallow. Proszę go zawołać – uciął ostro. Nie lubił, kiedy jego podwładni mówili na temat, o który ich nie pytał.
Drzwi skrzypnęły ponownie i po chwili rozległy się drobne, niepewne kroki. Sądząc po oddechu i sposobie chodzenia był to mężczyzna, dość młody. Schultz już dawno nauczył się odróżniać płeć oraz szacować wiek przechodzących obok osób na podstawie dźwięków, jakie je otaczają.
- Good morning – powiedział cichy, nieśmiały głos.
Schultz odwrócił się i uśmiechnął, słysząc znajomy, płytki oddech dwa dni temu przyjętego pacjenta.
- Zamknij drzwi, Samuel – polecił.
Rozległo się suche szczęknięcie zapadki. Schultz cofnął się nieco, dyskretnie szukając dłonią fotela. Sprzątaczka wciąż zapominała o tym, by po skończonym odkurzaniu wszystko odstawiać na miejsce, w skutek czego profesor był zmuszony co rano przyzwyczajać się do nowego ustawienia mebli w gabinecie. Tym razem fotel stał trochę dalej niż wczoraj.
- Jest tutaj, profesorze… - Samuel, usłużny jak zawsze, lekko dotknął zastygłej w powietrzu ręki i przesunął ją nieco w bok. Miękki materiał obicia delikatnie zaszeleścił pod palcami.
- Dziękuję, mój drogi. – Profesor uśmiechnął się znowu, a jego mózg przeszyła nieznośna myśl o tym, że jednak naprawdę nic nie widzi. Poczuł, jak piekące łzy zmieszanego z rozpaczą gniewu powoli napływają mu do oczu. Zacisnął na chwilę powieki. Wiedział, że jeśli teraz zapłacze, straci swój autorytet wszechwiedzącego lekarza, który ani razu się nie załamał. Dziesięć lat pracy, dziesięć lat ciężkiej katorgi poszłoby na marne w jednej chwili z powodu zwykłych kilku łez. Nie mógł na to pozwolić.
- Wszystko w porządku, profesorze?
Potrząsnął głową i zmusił się do uśmiechu.
- Tak. Jestem trochę zmęczony, ale wszystko dobrze – skłamał. Nieznośny, tępy ból głowy bynajmniej nie sprzyjał dobremu samopoczuciu.
- Powiedz mi, Samuel, jak się tutaj czujesz? – zapytał po chwili, starając się ukryć wibrujące w głosie zmęczenie.
- Eee… W sumie, to nie jest źle, proszę pana…
- W sumie… To znaczy, że coś jest nie tak?
- Nie, proszę pana. Ogólnie jest dobrze, lepiej, niż się spodziewałem… Naprawdę, dużo lepiej…
- Nie uogólniaj, Samuel, proszę cię. Jeśli słuch mnie nie myli, to w pokoju jesteśmy sami, a pani Hallow tak głośno stuka w klawiaturę, że gdyby nawet ktoś chciał podsłuchać, nie ma szans. Wierz mi, cokolwiek teraz powiesz, zostanie między nami i nigdy nie wyjdzie poza ściany tego gabinetu, jeśli mu na to nie pozwolisz.
- OK… Może zacznę od początku… Na oddziale jest fajnie, wszyscy się uśmiechają i są mili, ale… No, wie pan… - Drgnął nerwowo, jakby chciał zrzucić z siebie ciążące mu wyznanie.
- Nie, nie wiem i nie będę wiedział, dopóki mi nie powiesz.
Samuel milczał. Profesor Schultz z uwagą wsłuchiwał się w jego nierówny, płytki oddech. Wiedział, że musi przerwać to milczenie i zmusić chłopca do szczerego wyznania, ale czuł, że nie ma już siły na wymyślanie pomocniczych pytań, dzięki którym pacjent miał sam dojść do sedna. Postanowił spróbować po raz ostatni. „Potem odeślę go do trzynastki i będę miał święty spokój” – pomyślał, wodząc bezmyślnie palcami po nagrzanej od słońca poręczy fotela. Promieniujące od materiału ciepło nie wiedzieć czemu, przypomniało mu o tym, jak bardzo jest zmęczony. „A może i… Tak na godzinkę…” – dorzucił w myślach, starając się jednocześnie skupić na ostatnim pytaniu, które miało wyważyć zamknięte drzwi samuelowej duszy.
- Powiedz mi, Samuel, brakuje ci czegoś?
- Tak… Brakuje mi… hmmm… no… wie pan…
- Nie czytam w twoich myślach, chłopcze.
- Nooooo, eeeee… Jestem tu na odwyku, no nie?
- Tak. Od czego?
- Od… no… od heroiny. – Narkoman nerwowo zatarł dłonie na wspomnienie o białawym, wszystko kojącym proszku. Lubieżny uśmiech rozjaśnił na chwilę jego zielonkawo bladą twarz.
- Cieszy mnie to, że się przyznałeś… A powiedz mi... - Nowa, szaleńcza myśl rozjaśniła spowity zmęczeniem umysł profesora. - Powiedz mi, czy w zamian za nią byłbyś w stanie zabić?
Nierówny oddech młodego narkomana przyspieszył i stał się jeszcze płytszy niż dotychczas. Profesor czuł, że jego rozmówca drży, napełniając pomieszczenie nerwową wibracją.
- Chyba… Chyba tak, ale nie wiem… - szepnął pacjent drżącym z przejęcia głosem.
Schultz uśmiechnął się złowieszczo. Już dawno miał rozrysowany w umyśle pewien plan, do którego realizacji potrzebował ludzi w pełni posłusznych, całkowicie zależnych od jego woli.
- Tak czy nie? – spytał, pochylając się lekko do przodu.
Samuel wahał się przez chwilę, po czym odparł:
- Tak… - W jego głosie słychać było rozpacz. Zapłakał. – Tak, zabiłbym, profesorze, gdyby ktoś mi tylko to kazał. Zabiłbym natychmiast, bez pytania… Gdyby tylko… - Zaniósł się gwałtownym, uporczywym kaszlem ciężko chorego człowieka.
- Dobrze, Samuel, dziękuję. – Profesor odpadł lekko na oparcie fotela. - Idź do swego pokoju i uspokój się, mój chłopcze…
- Ale proszę pana… Ja nie… - jąkał się Samuel, starając się stłumić rozdzierający go od wewnątrz charkot.
- Wiem, Samuel. Narkomania to straszna choroba, a odwyk jest sto razy straszniejszy, ale musisz to przeżyć. Jesteś silny, Samuel, wierz mi. A teraz masz… - Rzucił w stronę młodzieńca małą foliową torebeczkę z dobrze im obu znanym proszkiem. – Starczy ci na dwa dni, tylko pamiętaj: nie wszystko od razu i dyskretnie. Nie mam zamiaru cię odtruwać po raz kolejny… Jak skończysz, przyjdź, a powiem ci, co masz robić dalej. Tylko najpierw wytrzeźwiej.
- Dziękuję, profesorze… Dziękuję… - szeptał Samuel, raz po raz zginając się w służalczych pokłonach. – Nie zapomnę panu tego do końca życia…
- Dobrze, Samuel. Tylko nikomu ani słowa, skąd to masz, bo nie dostaniesz ani grama więcej. Rozumiesz?
- Tak, profesorze, tak! – zawył Samuel, nie mogąc się już doczekać przyjęcia tak dawno upragnionej dawki.
Schultz odprawił go delikatnym ruchem dłoni. Drzwi szczęknęły sucho i na korytarzu rozległy się lekkie, sprężyste kroki uradowanego narkomana. Profesor uśmiechnął się.
„Niezła szuja z ciebie, Izaak – pomyślał. – A może to i lepiej, po co ma się męczyć i wyć z pragnienia? Niech wyje z radości…”
Plan był prosty: wysłać w świat w pełni zmanipulowany, ślepo posłuszny tłum ludzi, wyposażonych w fałszywe dokumenty i z ich pomocą przejąć po kolei wszystkie ważniejsze ośrodki leczenia psychiatrycznego w Europie, potem w obu Amerykach, Azji, Afryce… Zrzeszyć niezależne od siebie szpitale, skleić je w jeden, ogromny organizm, którego mózgiem i sercem będzie Stanmore. Potrzeba do tego tylko odrobiny inwencji i garstki szalonych fachowców, których przecież nie trudno znaleźć, będąc psychiatrą. Potencjał można wychwycić tak, jak wyczuwa się słodkawy zapach ulatniającego się gazu. Trzeba mieć tylko dobry nos i doświadczenie, a tego Schultzowi nie brakowało. Samuel pachniał tym właśnie mdłym aromatem ukrytego w głębi zżartego heroiną ciała ślepego, niewolniczego posłuszeństwa. Profesor od dawna już szukał takich ludzi, a Samuel mógł stać się doskonałym narzędziem, służącym do wykrywania kolejnych osób o podobnym charakterze. Zamknięty w umyśle plan powoli podpełzał w kierunku urzeczywistnienia i Schultz czuł, jak napełnia go radość, a wraz z nią nadchodzi tak dawno upragniony sen.

***

- Czy mógłbym widzieć się z ordynatorem?
Sekretarka tępo wpatrywała się w twarz stojącego przed nią krępego mężczyzny w podeszłym już nieco wieku.
- Czy jest ordynator? – powtórzył nieznajomy spokojnym, równym głosem. Miał jakiś dziwny, zagraniczny akcent.
- Ordynator? – spytała wreszcie, ciekawie przekrzywiając głowę na bok.
- Tak! Chcę się widzieć z ordynatorem! – W głosie cudzoziemca zabrzmiało zniecierpliwienie.
- Zaraz zobaczę… Proszę poczekać – burknęła i zniknęła w głębi korytarza. Nie było jej może niecałą minutę. – Niestety, to niemożliwe – odparła po powrocie.
- Dlaczego?
Jej ładną twarz wykrzywił niejasny grymas, gdy wyciągnęła rękę, wskazując mu stojącą pod oknem wyblakłą od słońca kanapę.
- Profesor śpi.
- Ależ, cholera jasna! – zaklął, a twarz jego spurpurowiała. – Ja muszę się z nim dzisiaj spotkać!
- Nic na to nie poradzę. – Wzruszyła ramionami. – Na bezsenność nie ma reguły, ustępuje, kiedy się jej podoba… A może coś przekazać?
- Nie… Wolałbym porozmawiać z nim osobiście… Poczekam.
- Jak się panu podoba, ale ja o szóstej wychodzę.
Andrzejewski skinął bez słowa, szczelniej owijając się w fałdy swego szerokiego płaszcza. Ilekroć zdarzało mu się dłużej być w szpitalu, czuł, że marznie bez widocznego powodu. Był zły, że nie udało mu się od razu załatwić sprawy, z którą tu przyszedł. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej o organizowanym przez Europejskie Towarzystwo Psychoterapii szkoleniu dla nowo mianowanych ordynatorów, nie miał żadnych wiadomości o zakwaterowaniu, ani o miejscu prowadzenia wykładów.
Na dworze ściemniało się powoli i profesor czuł, jak ogarnia go niemiłe uczucie nieuzasadnionego przygnębienia. Chcąc rozwiać ponure myśli, podniósł głowę i zaczął dyskretnie obserwować krzątającą się za biurkiem sekretarkę. Była, mimo dawno przekroczonej czterdziestki, niesamowicie szczupła, a każdy jej ruch emanował wypróbowaną, staropanieńską kokieterią. Andrzejewski zastanawiał się właśnie nad tym, jak wielki popełniłby nietakt, proponując jej spacer po pobliskim ogrodzie, gdy w głębi korytarza rozległo się cichutkie, rytmiczne postukiwanie, a sekretarka, uwodzicielsko mrużąc duże, niebieskie oczy, szepnęła ostrzegawczo zza monitora:
- Ordynator…
Andrzejewski wstał i wpatrywał się w panujący w pachnącym spirytusem pomieszczeniu półmrok. Ordynator długo nie wyłaniał się z ciemności, aż w końcu profesor ujrzał zmierzającą w jego stronę szczupłą sylwetkę gdzieś widzianego, jak mu się zdało, mężczyzny. Nieznajomy ubrany był w nonszalancko narzucony na ciemny garnitur biały, szpitalny kitel, a w prawym ręku trzymał elegancką, zwykłych rozmiarów laskę z czarnego drewna, którą co jakiś czas wykonywał półkole, jakby chciał rozgarnąć gromadzący się przed nim mrok. Andrzejewski z niedowierzaniem wpatrywał się w ordynatora, który tymczasem doszedł już do biurka swej asystentki i spytał szorstko, jednocześnie jakby mimochodem kłaniając się Andrzejewskiemu:
- Czy ktoś czegoś ode mnie potrzebował?
Sekretarka pokornie opuściła wzrok i, skromnie złożywszy ręce na piersi, odparła:
- Tak, panie ordynatorze…
- Kto? – przerwał, nie czekając na dalszą część wypowiedzi.
- Pewien pan… Nie znam jego nazwiska, ale – zniżyła nieco głos – sądząc z akcentu, jest z Polski.
- Gdzie go pani odesłała?
- Nigdzie, panie ordynatorze. – Zaczerwieniła się i Andrzejewski stwierdził, że rumieńce dodały jej wyjątkowego uroku.
Ordynator potrząsnął głową i z wyraźnym zniecierpliwieniem parokrotnie obrócił laskę w palcach.
- Jak to „nigdzie”? – spytał, a jego nieruchome oczy zabłysły od tłumionego gniewu. – Od której ten pan tu jest? – Dyskretnie wskazał laską w stronę kanapy, przy której stał Andrzejewski.
- Od piątej, panie profesorze…
Źrenice niewidomego profesora rozświeciły się na dobre, rzucając zielonkawe refleksy na jego bladą, zmęczoną twarz.
- Jak to? Dzwony niedawno biły szóstą, a pani nic mi nie powiedziała?! – Denerwował się coraz bardziej.
- Nie, bo… bo…
- Milczeć! – przerwał jej, parokrotnie uderzając laską o wyciągnięte palce lewej dłoni tak, jak zwykli to w przeszłości robić wielcy panowie przed uderzeniem swego poddanego w twarz.
- Pańska sekretarka była u pana, ale powiedziała mi, że pan śpi, więc postanowiliśmy dać panu chwilę wytchnienia – wtrącił się nieśmiało Andrzejewski, pragnąc za wszelką cenę stanąć w obronie uroczej asystentki i w jakikolwiek sposób przerwać tę rozmowę o nim, prowadzoną tak, jakby go tu nie było, choć wszystko wskazywało na to, że został zauważony.
Ordynator odwrócił się gwałtownie, a wyraz jego dużych, ciemnozielonych oczu złagodniał natychmiast.
- A więc to pan… - Uśmiechnął się w nieznośnie uprzejmy sposób, kłaniając się z gracją. – Proszę wybaczyć, że musiał pan tak długo czekać. Zdrzemnąłem się na chwilę, a panna Hallow od razu doniosła panu, że śpię. Czyż nie wie pani – zwrócił się do niej z obłudnie łagodnym uśmiechem, jakby zupełnie nic się przed chwilą nie stało – iż mam dyżur, a w tym czasie może mnie pani niepokoić nawet w środku nocy?
- Tak, panie profesorze, ale biorąc pod uwagę pańską sytuację pomyślałam…
- Nie lubię, kiedy pracownik za dużo myśli – przerwał jej nagle ostrzejszym tonem i zwrócił się do Andrzejewskiego: - Jeszcze raz bardzo pana przepraszam za to, że musiał pan tak długo czekać. Może byłby pan łaskaw przejść ze mną do gabinetu? Coś mi się zdaje, że zanosi się na dłuższą rozmowę… - Zmrużył oczy i przysłonił usta wolną dłonią, jednocześnie wskazując laską ciemny prostokąt korytarza. – Proszę, po prawej stronie jest włącznik światła. Pewnie już ciemno, a pan zapewne niewiele widzi w ciemnościach.
Andrzejewski posłusznie zapalił światło i jego oczom ukazał się długi, lśniący szpitalną bielą korytarz. Po obu stronach przejścia znajdowały się drzwi z przykręconymi do nich mosiężnymi tabliczkami, na których znajdowały się numery od jedynki do dwudziestki. Profesor posłał ordynatorowi pytające spojrzenie, a, przypomniawszy sobie, że ten nie widzi, zapytał nieśmiało:
- Czy to ten korytarz? – I jednocześnie zdał sobie sprawę ze swej głupoty.
Mężczyzna w ciemnym garniturze zaśmiał się krótko cichym, złowieszczym śmiechem i odparł:
- Widzi pan tu jakiś inny korytarz?
Szli w głębokiej ciszy, przerywanej tylko rytmicznym postukiwaniem laski niewidomego profesora, który po chwili wyprzedził nieznacznie Andrzejewskiego i szedł przed nim lekkim, sprężystym krokiem pewnego siebie człowieka. Niewysoki, szczuplejszy nawet od swej sekretarki, poruszał się z bezwiedną gracją chodzącego po rozpadającym się murku kota, który, mimo czyhającego nań niebezpieczeństwa upadku, nie traci swej wrodzonej płynności ruchów. W nieprzyjemnym, zbyt jasnym świetle jarzeniowych lamp nie sposób było określić jego wieku, ale Andrzejewski czuł w głębi, że nawet przy zwykłym oświetleniu nie mógłby powiedzieć, ile lat ma idący przed nim człowiek. Smolistej, idealnej czerni jego włosów nie naruszało ani jedno srebrne pasemko, a delikatne, wytworne ruchy i swoisty sposób wypowiadania słów dowodzić mogły przedwojennego jeszcze wychowania.
- Proszę – odezwał się ordynator, stając przed drzwiami, oznaczonymi numerem 6.
Andrzejewski przystanął, chcąc przepuścić niewidomego przodem, ale ten zdecydowanie potrząsnął głową i uśmiechnął się z przesadną uprzejmością.
- Proszę – powtórzył, wskazując ręką w czarną czeluść gabinetu.
Profesor wszedł, ręką wymacał włącznik i zapalił wiszącą na suficie lampę, której światło było dużo przyjemniejsze od tego na korytarzu. Ordynator bezszelestnie zamknął za sobą drzwi i gestem zaprosił swego gościa do zajęcia jednego z dwóch, stojących naprzeciwko siebie, obitych miękkim, zielonkawym suknem foteli.
- Czy byłby pan uprzejmy powiedzieć mi, co go do mnie sprowadza? – spytał po polsku gospodarz, słysząc, że Andrzejewski usiadł już w fotelu pod oknem. Mówił płynnie, z charakterystycznym dla przedwojennych aktorów akcentem.
Zapytany milczał, nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia. Nie spodziewał się, że usłyszy tu, na obrzeżach Londynu, ojczysty język i to jeszcze w tak nieskazitelnej formie.
- Ach, proszę wybaczyć – podjął ordynator po chwili. – Zapomniałem przedstawić się. Nazwisko moje Schultz. Izaak Schultz… Jeśli wolno mi spytać o pańskie nazwisko…
- Jan Andrzejewski.
- Andrzejewski? Jan? Kojarzę…- Schultz przymknął na chwilę oczy, jakby usiłował zmusić umysł do koncentracji. - Czy byłby pan łaskaw przypomnieć mi nazwę szpitala, którego jest pan ordynatorem?
- Miejski Szpital Psychiatryczny w Psimordkach – wyrecytował Andrzejewski, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z wrażenia.
- W Psimordkach, powiada pan? – W głosie niewidomego profesora zadrżała ledwo wyczuwalna ironia. – To niechybnie bardzo oblegany szpital, nieprawdaż?
- Nie, na szczęście nie tak bardzo… - Zarumienił się Andrzejewski, czując, jak wzrasta w nim nieuchwytne uczucie wstydu. Psimordki nigdy nie były szczególnie popularnym szpitalem, a w porównaniu ze Stanmore były po prostu mikroskopijną plamką na psychiatrycznej mapie świata, ale czy było to wystarczającym powodem do kpiny?
- Ach, to dobrze. Nie można tak cały czas pracować. – Schultz uśmiechnął się jadowicie i ciągnął dalej, opierając się łokciem o poręcz fotela: - A proszę mi powiedzieć, jaką drogą dotarła do pana wiadomość o organizowanych w Stanmore szkoleniach?
- Przez Internet – odparł profesor, uważnie wpatrując się w przerażająco nieruchome oczy swego rozmówcy. Po chwili opuścił wzrok na podłogę, nie mogąc wyczytać z mglistego spojrzenia ordynatora niczego, prócz głęboko ukrytej pogardy.
- A, więc wszystko jasne! Zapewne czytał pan tę wiadomość w pośpiechu, pomiędzy pacjentami, którzy akurat byli z panem umówieni na rozmowę, czyż nie?
Andrzejewski milczał, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Czuł się poniżony, a każde słowo, padające z krwistoczerwonych, wąskich warg jego rozmówcy, coraz bardziej utwierdzało go w przekonaniu, że nie powinien był tu przyjeżdżać. Chciał zerwać się i wyjść bez pożegnania, ale opanował się w ostatniej chwili, myśląc, że wyszedłby na głupca, być może nawet straciłby na wartości w oczach uroczej panny Hallow…
- Tak, ma pan rację, spieszyłem się, bo akurat byłem umówiony na cholernie ważną rozmowę… - wyjąkał w końcu, nie śmiejąc podnieść oczu.
Profesor Schultz westchnął, dając tym samym do zrozumienia, że spodziewał się podobnej odpowiedzi.
- I tym sposobem wpędził się pan w nie lada maliny… Trafnie pan zauważył, iż szkolenia są organizowane w Stanmore, że zaczynają się 20 września, że zapisy przyjmowane są od 1 września, ale umknęło pańskiej łaskawej uwadze najważniejsze: rok. Owszem, organizowaliśmy szkolenia dla psychiatrów z Polski i okolic, ale w roku ubiegłym. Spóźnił się pan, przykro mi… Oczywiście, jeżeli wyraziłby pan chęć pozostania u nas przez parę dni, byłbym doprawdy zobowiązany. Polska przez szereg lat zastępowała mi Ziemię Obiecaną, to na jej uniwersytetach studiowałem psychiatrię i to jej obywatele pomogli mi w czternastym roku uciec z wstrząsanego przedwojennymi niepokojami kraju na Zachód. Bardzo cenię sobie Polaków i z wielką chęcią podzieliłbym się z panem swą skromną wiedzą na temat najnowszych osiągnięć psychiatrii…
- Przepraszam, w którym roku uciekł pan na Zachód? – spytał Andrzejewski, czując, że nie wytrzyma do końca wywodu.
- W 1914. Cóż pana tak frapuje? – Ordynator wydawał się być szczerze zaskoczony postawionym pytaniem.
- W takim razie z moich obliczeń wynika, że miałby pan ponad sto lat… - ciągnął Andrzejewski, nie mogąc niczego zrozumieć.
- Być może, dawno tego nie liczyłem – spokojnie odparł Schultz. – Pamiętam tylko, że w czternastym roku miałem trzydzieści dwa. Teraz mamy rok… 2015, prawda?
- Tak… Chyba tak… - dodał Andrzejewski, czując, że niczego już nie może być pewien.
- No, więc – ciągnął tym samym niewzruszonym tonem profesor. – Z moich obliczeń wynika, że w chwili śmierci miałem trzydzieści trzy lata, a teraz według ziemskich norm miałbym dokładnie sto trzydzieści trzy wiosny. Cóż w tym dziwnego?
Andrzejewskiego zamurowało. Siedział, wpatrując się bez słowa w niewzruszoną twarz swego rozmówcy, która teraz wydała mu się jakaś nienaturalnie blada i przezroczysta, a mózg jego bezwiednie snuł plan szaleńczej, natychmiastowej ucieczki z tego owianego tajemnicą miejsca. Profesor Schultz tymczasem oparł czoło na dłoni i chyba przysnął, bo po chwili poderwał głowę i spytał:
- Przepraszam, mówił pan coś?
Andrzejewski również oprzytomniał i odparł drżącym ze strachu głosem:
- Nie… Może ja już pójdę, bo widzę, że pan zmęczony…
- Tak… To znaczy – poprawił się natychmiast - proszę tego tak nie zrozumieć… Jestem zmęczony, to prawda, ale nie na tyle, by nie móc pana wysłuchać do końca…
- O, nie, nie! – odparł kategorycznie Andrzejewski, wstając powoli. – Ja naprawdę już pójdę… Późno jest, a ja jutro o siódmej mam pociąg do Francji… Muszę się jeszcze spakować i załatwić bilet…
- Hola, gdzie się panu tak spieszy, mój panie? – Ciemnozielone oczy ordynatora rozbłysły złowrogo, a na ich dnie zatliło się wielkopańskie oburzenie. – Zostanie pan tu, w Londynie. Proszę tylko wyjść na dziedziniec. Zaraz podjedzie po pana taksówka.
Andrzejewski zgodził się i wyszedł na dziedziniec, mając cichą nadzieję, że uda mu się prysnąć niezauważalnie w najbliższe krzaki i uciec jak najdalej stąd. Niestety, zawiódł się: na szerokim parkingu, otaczających olbrzymi ganek z dwóch stron, stała okratowana furgonetka, na której boku widniał napis: Stanmore Hospital. Z szoferki wyskoczył kierowca, podszedł do profesora, ujął go czule za obie dłonie i szepnął:
- Proszę wybaczyć, nie było taksówki. Wszystkie zajęte, więc…
Dalszej części zdania profesor Andrzejewski nie dosłyszał, gdyż ogarnęła go zupełna cisza i ciemność. Zemdlał.
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

Fatum

Post#3 » 10 maja 2016, o 18:06

Tekst wcale ciekawy, pierwszą część przeczytałam z przyjemnością i zainteresowaniem, a później wrócę po drugą.

Kara za plagiat jest pysznie absurdalna, to element tej części, który rozbawił mnie najbardziej. Cała rozmowa doktora z Schultzem, który już nie jest Schultzem, jest tak nasycona elementami absurdu, że aż jest to przyjemne.

Pomysł mnie przekonuje, ale dopracować można by warsztat; tekst jest napisany całkiem płynnie i wprawnie, na pierwszy rzut oka bardziej przydałaby się tu kosmetyka niż rzeczywiście spore korekty, ale czytałam na szybko i bez skupiania się na babolach, bo nie miałam aż tyle czasu, a jednak chciałam, by ten tekst nie wisiał tak długo bez komentarza.
Opisów, co prawda, mogłoby być więcej - głównie skupiasz się na dialogach, na początku odrobinę opisałeś zwyczaje doktora Andrzejewskiego, ale generalnie, choć sceneria miejsca akcji nie sprzyja tworzeniu opisów, można zwrócić uwagę na inne elementy. Warto by np. w narracji skupić więcej uwagi na Schultzu, jego gestach może, mimice. Dialogi to nie tylko słowa, to sceneria i cała ekspresja osoby.
Kosmetyka - wcięcia akapitowe to pierwszy krok, który poprawi estetykę. Drugie to zlikwidowanie tych zbędnych enterów. Trzecie - momentami akapity są długie, na forum wyglądają jak typowa ściana tekstu, co niezbyt zachęca do lektury. Dalej - dywizy należałoby zastąpić pauzami lub półpauzami. I chyba lubisz słówko "ani", bo wyliczenia "ani to, ani tamto, ani owamto" mignęły mi tyle, że odczułam czytelnicze deja vu w pewnym momencie.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#4 » 10 maja 2016, o 18:43

Dziękuję za komentarz, Cam. Wcięcia akapitowe chętnie bym poprawił, tylko nie wiem, jak to zrobić. W oryginale wcięcia mam, a i entery nie wyglądają na tak ogromne. :-/
Cieszę się, że tekst jest zdatny do czytania i nawet ciekawy.
Dzięki za poświęcenie uwagi!
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4787

Fatum

Post#5 » 10 maja 2016, o 18:50

Nie ma za co ;))
Forumowy edytor jest bardzo łopatologiczny, obsługuje bbcode, nie html, więc wcięcia akapitowe i pogrubienia, kursywy etc. można uzyskać bbcode'ami - trzeba się przyzwyczaić, ale ogólnie system jest prosty. Akapity wstawia się przez dodanie [.akapit][./akapit] (bez kropek) na początku pierwszego zdania akapitu. Tu masz dokładnie pokazane: viewtopic.php?f=85&t=2036. Jest sposób na kilka kliknięć w wordzie, by wstawiać je w całym tekście (jestem leniwa, więc zawsze tak robię)... i w sumie zaraz dorzucę mini-tutorial w tamtym temacie, jak tylko porobię screeny. Przyda się pewnie niejednej osobie.
A na entery sposób jest jeden - zaatakować backspace.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#6 » 11 maja 2016, o 17:56

Dziękuję, Camenne, za podpowiedź. Poprawki kosmetyczne naniosłem. Mam nadzieję, że teraz tekst prezentuje się nieco lepiej. :)
Co do opisów, to postanowiłem je specjalnie w 1 rozdziale nieco skrócić, bo ta część tekstu stanowi swoiste wprowadzenie i opisy moim zdaniem nie są zbyt istotne.
 Rozwiń, aby przeczytać
Dalej będzie ich trochę więcej. :) A, i wkrótce zamierzam rzucić na pożarcie kolejną część, tylko ją doszlifuję kosmetycznie. :)


Pozdrawiam!
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Ross_Rabiaka
gladius tytanów
gladius tytanów
Posty: 1036

Fatum

Post#7 » 11 maja 2016, o 19:21

Przeczytałem część 1. Jest nieźle. Z punktu widzenia fabuły taka kumulacja absurdu przewyższa jednak pułap mojej wrażliwości czytelniczej. Za niewiarygodnie to wybrzmiewa, jak dla mnie. Ale doceniam wysiłek włożony w wymyślenie tej przedziwnej historii. Kilka uwag technicznych, tak na szybkiego, poniżej:

Powodem tego nie było ani (…) przyczyna.

Powodem nie była… przyczyna? Coś tu nie tak ze stylem. Do przeróbki.

zadając stereotypowe pytania współpasażera

... stereotypowe pytania, bez pasażera. Wiadomo z kontekstu, że mowa o podróżowaniu.

co dają w Warsie na obiad?

W Warsie raczej wybieramy z menu, a nie ma sztywnej oferty obiadowej.

starał się w nie nie angażować.

Dwa „nie” za blisko siebie, więc może: starał się nie angażować w nie.

naczalstwo

Naczalstwo, którego używasz w odniesieniu do władz szpitala i aresztu, trąci myszką. Może kierownictwo?

w Psimordkach

Średnia ta nazwa, trochę infantylna.

miał mnóstwo pracy, głównie dlatego, że, będąc na tak wysokim stanowisku, nie mógł sobie pozwolić na nie stwarzanie chociażby pozorów wielkiego wysiłku, na jaki zdobyć się

Zbyt skomplikowane zdanie. Niestwarzanie – łącznie.

Stwarzanie pozorów nie jest wcale zajęciem przyjemnym, głównie z powodu tego, że aby je stwarzać, trzeba wiedzieć, jak to się robi i robić to w taki sposób,

Stwarzanie, stwarzać, robi, robić – te powtórzenia zgrzytają.

Dlatego też owego dnia nie wybrał się on

wybrał się (bez on) – wiadomo o kim mowa.

Postanowił jednak o to nie pytać: bał się, że

Tu chyba powinien być średnik, a nie dwukropek.

Pociąg wjechał na stację ze stuosiemdziesięciominutowym opóźnieniem,

Wow,... z trzygodzinnym – better ;)

co jeszcze bardziej rozjuszyło i tak już niespokojne nerwy

... rozjuszyć nerwy? Eee, niee. Już prędzej rozstroiło nerwy.

Czytanie zakłóciło mu pojawienie się

A to taka anglojęzyczna składnia. Źle to wygląda.

współpasażera, który wpadł do wagonu chwilę przed tym, jak pociąg drgnął konwulsyjnie i ruszył.

Tu, to nie do końca wiadomo, czy to współpasażer, czy pociąg ruszył. ;)

Profesor, wbrew zwyczajowi, nie spojrzał nawet na gościa.

Wbrew czyjemu zwyczajowi? Swojemu? Jaki to zwyczaj/ czyj zwyczaj nakazuje patrzeć na gościa?

- Dzień dobry panu. – Przybysz bezszelestnie zamknął za sobą drzwi i spytał: – Czyta pan „Podstawy charakterologii” profesora Ziehen’a? Ciekawe, prawda?

Od tego miejsca, cały dialog nabiera cech wielkiej niewiarygodności. Jest mało autentyczny, sorki.

ale nieznajomy typ

Wystarczy samo: nieznajomy

Nowo przybyły

Nowoprzybyły

nie zrozumiał jednak tego niezbyt oczywistego gestu, świadczącego o tym…

Niezbyt oczywistego... świadczącego itd. to błąd logiczny. Dla kogo niezbyt oczywistego? Dla narratora? Czy namolnego pasażera? To trzeba przerobić jakoś.

usiadł po uprzednim wybadaniu ławki ręką.

Stylistycznie średnio to leży, może pokombinować coś z imiesłowem biernym.

– kiedyś, zanim jeszcze straciłem wzrok,

Nie za dużo tego? Zanim jeszcze (...) – styka.

-Pół roku temu zabiłem człowieka, którego nie powinienem był tknąć,

Pleonazm. Żadne zabójstwo, jako takie, nie sankcjonuje naruszania czyjejś integralności cielesnej.

Ci z sądu to wyjątkowo nieludzcy ludzie.

... byli wyjątkowo nieludzcy.

Oczywiście, wychodząc z sali posiedzeń,

... z sali sądowej/ sali rozpraw?

zasłabłem tak skutecznie,

A można zasłabnąć nieskutecznie? „Zasłabłem” tak przekonywująco – dałbym.

Naczalstwo więzienia zapewniło mnie, że poczeka, aż wyzdrowieję.

Tu kłania się nieznajomość przepisów dotyczących osadzania skazanych. Trzeba zrobić research.

U znajomych lekarzy wydębiłem akt zgonu,

Zamiast wydębić, chyba już lepiej pasuje: załatwiłem.

a mój dobry znajomy z Urzędu Stanu Cywilnego załatwił mi formalny pogrzeb.

Zorganizował zamiast załatwił? Może warto by dodać coś o fingowaniu pogrzebu, choć i tak brzmi to niedorzecznie.

Po tym wszystkim zostało mi tylko zmienić dowód, miejsce zamieszkania i podać się za swego przyrodniego brata, który, przez znajomych dowiedziawszy się o mojej śmierci, tak bardzo rozpaczał, że przez pomyłkę zakupił dwadzieścia butelek wodnego roztworu metanolu, upił się i w wyniku zatrucia tą substancją stracił wzrok, przez co teraz znajduje się w podwójnym szoku i nie może odpowiadać na żadne pytania prokuratorów.

Ufff... za długie. Czytałeś to zdanie na głos? Pomieszałeś podmioty, czasy, miejsca akcji. Alles. Porozbijaj to na mniejsze kawałki.

wzrok autentycznie straciłem i mam spokój.

Bluźnierstwo ;)

byłby niezawodnie wyskoczył przez okno.

niezawodnie wyskoczyłby przez okno - prościej.

Pomyślał, że nie może nie skorzystać z tak niecodziennej okazji.

Pomyślał, że grzechem byłoby nie skorzystać…

Pytanie wyfrunęło z ust profesora zbyt prędko, by zdążył ugryźć się w język.

Kolejny potworek stylistyczny. (…), aby (móc) zdążyć ugryźć się w język.

z podejrzeniem o schizofrenię

z podejrzeniem schizofrenii

Zrobiłem tak, jak pan mi poradził: wróciłem na studia, zrobiłem doktorat z psychiatrii i niedawno mianowano mnie profesorem zwyczajnym. Napisałem dosyć obszerną analizę dzieł Ziehn’a, porównując je z pracami Freuda i Kępińskiego, znalazłem różnice oraz podobieństwa i, odwołując się do przeszłości owych trzech panów, stworzyłem jako taki obraz współczesnego psychiatry po przejściach… Byłem jednak na tyle głupi, że podzieliłem się swym pomysłem z pewnym pisarzem, któremu tak bardzo spodobała się moja koncepcja, iż postanowił przerobić ją na język mniej naukowy, nie pytając mnie przy tym o zgodę… Czytał pan zapewne „Psychiatra i jego przeszłość”?

Zbyt skumulowany zapis. Mało światła. Porozdzielałbym to jakoś na krótsze zdania.

Obecnie znajduje się w Muzeum Wojska Polskiego, skąd została skradziona w dniu zbrodni, a potem oddana dyrekcji Muzeum przez uczciwego znalazcę.

Na początku i na końcu zdania powtarza się ten sam sens (wątek z muzeum), trzeba to jakoś poprawić.

Andrzejewskiego zamurowało. Krwistoczerwone światło chylącego się ku zachodowi słońca migotało w przerwach między drzewami, a gdzieś daleko, na samym końcu wagonu, ktoś cichutko grał na gitarze piosenkę o sanitariuszce Małgorzatce, tkliwie zawodząc na końcu każdego wersu.

Od "gdzieś daleko" zrobiłbym drugie odrębne zdanie.

„Straszne…”- pomyślał profesor, patrząc na smukłą, okrytą czarnym płaszczem sylwetkę niewidomego mężczyzny, po czym odłożył wciąż trzymaną w ręku książkę na półeczkę, przymocowaną pod oknem, i odchyliwszy się do tyłu, oparł głowę o miękką gąbkę oparcia.

Od "odchyliwszy" – nowe zdanie.

niewidomego eks-kryminalisty.

Z tego, co pisałeś uniknął aresztu, więc nie był kryminalistą.
Matt C.

mala_gente
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 113

Fatum

Post#8 » 11 maja 2016, o 19:41

Ciekawy tekst i dobrze się czyta. Podoba mi się Twój styl i pomysł. Zapowiada się interesująco. Z chęcią rzucę okiem na nastepny rozdział. Tylko jedna rzecz mi umknęła: ten Schultz, którego poznał w pociagu to ten sam, co w psychiatryku? Spotkanie w szpitalu było przed czy po spotkaniu w trasie? Czy w szpitalu jest brat tego psychopaty z pociagu, ktory jednak przezyl? Moze czytalam nieuwaznie, bo jakos mi to umknęło:)

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Fatum

Post#9 » 12 maja 2016, o 17:20

Dziękuję za wszystkie komentarze!

Pozwolicie, że zacznę od końca.
Mala_gente, dziękuję za pozytywną opinię. W spoilerze znajdziesz mały dowód z tekstu. Schultz jest cały czas tym samym człowiekiem. :) I nie ma żadnego rodzeństwa. :)
 Rozwiń, aby przeczytać
Grafoman pisze:U znajomych lekarzy wydębiłem akt zgonu, raport z sekcji zwłok, a mój dobry znajomy z Urzędu Stanu Cywilnego załatwił mi formalny pogrzeb. Zniknąłem im z widnokręgu popełniając samobójstwo za pomocą przedwojennego rewolweru, który znaleźli pod oknem sali, w której leżałem. Po tym wszystkim zostało mi tylko zmienić dowód, miejsce zamieszkania i podać się za swego przyrodniego brata, który, przez znajomych dowiedziawszy się o mojej śmierci, tak bardzo rozpaczał, że przez pomyłkę zakupił dwadzieścia butelek wodnego roztworu metanolu, upił się i w wyniku zatrucia tą substancją stracił wzrok, przez co teraz znajduje się w podwójnym szoku i nie może odpowiadać na żadne pytania prokuratorów. (...)
- Nie wiem… Coś mnie naszło - odparł spokojnie nieznajomy i zmienił temat: - Jeśli mogę spytać, z kim mam przyjemność? Przypadkiem nie z profesorem Andrzejewskim?
- Taaak. Znamy się? Nie przypominam sobie pana. – Andrzejewski był zawiedziony, ale postanowił, że poczeka i spyta jeszcze raz.
- Pan może mnie nie pamiętać, spotkaliśmy się dość dawno, na schodach Szpitala Psychiatrycznego w Psimordkach. (...)


Ross_Rabiaka, dziękuję bardzo za wyczerpujący komentarz do części 1. Poprawię według Twoich sugestii. Jednocześnie uprzedzam, że cały tekst jest w podobnym stopniu absurdalny i jest to działanie zamierzone. :)

Dziękuję Wam raz jeszcze!
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Tardis
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 278

Fatum

Post#10 » 12 maja 2016, o 22:28

Ale Schultz, nie musiał tracić wzroku. ;p Przeciez, kiedy wyrobil sobie juz falszywe papiery mogl sie troche postarac, odpowiedziec na kilka zeznac. Zatrudnic dobrego prawnika. A nawet jesli juz chcial udawac slepego, mogl zakropic sobie czyms oczy na czas badan, ale nie upijac sie metanolem.

Chronologia jest tak cudnie pokrecona ;p Wiem, ze dales dowod, ale nadal nie jestem pewien czy 3 czesc sie dzieje przed czy po 1 czesci. Na poczatku myslalem, ze Andrzejewski pojechal tam spcejalnie sie spotkac ze starym znajomym.
Tekst bardzo wciagajcy. Bede czekal na nastepne czesci :)

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość