Rdzawy pył Część 1

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1703

Rdzawy pył Część 1

Post#1 » 1 year temu

Wstęp:
Niniejsze opowiadanie zostało napisane w czasach, gdy jeszcze studiowałem na politechnice. Wydawało mi się wtedy, że zostanę inżynierem, co wtedy rozumiałem, jako poważnego człowieka, posiadającego wiedzę i umiejętności świadczące o wyższym wykształceniu. Jak życie mi pokazało, myliłem się. Dlaczego o tym piszę? Ze względu na to, że w tekście możecie znaleźć dziwne terminy i hieroglify pochodzące z języka technicznego, oraz nieudolne żarty o kablach i przewodach.
Znajomi powiedzieli mi prawdę o tym opowiadaniu dość niedawno; dopiero, gdy rozstrzygnął się konkurs wydawnictwa GC, w którym ten tekst brał udział. Ja sam nie uważam go za wybitny, ale mam do niego sentyment oraz chciałbym się nim podzielić i usłyszeć o nim opinię. Jestem ciekaw czy wy również będziecie mieli takie odczucia jak oni.
Zastanawiałem się jak umieścić tak długi tekst by nie odstraszyć potencjalnych komentujących. Okazja nadarzyła się dziś, kiedy mam odrobinę więcej czasu i wyprosiłem przetestowanie nowych linijek BBCode'u. Łączę przyjemne z pożytecznym. Mam nadzieję, że spodoba się wam forma, w jakiej to przedstawię. Codziennie, od dziś będę wstawiał kolejne fragmenty, a wy komentujcie ile dusza zapragnie.

RDZAWY PYŁ

Zbliżaliśmy się do planety E-4-1, a przynajmniej tak wywnioskowałem po rozkazie zmniejszenia obrotów silników. Wcześniej rzęziły ciężko, pracując na pełnej możliwej mocy, a teraz przeszły w tryb pracy wytężonej, choć nie tak mocno eksploatującej. Oczywiście chodzi mi w tym momencie o silniki sterujące torem lotu, ponieważ silnik główny pracuje wyłącznie przy starcie wahadłowca.
Usatysfakcjonowało mnie to, ponieważ wciąż próbowałem przekonać kapitana by zmniejszyć prędkość, z jaką poruszaliśmy się w przestrzeni kosmicznej. Zwłaszcza, że jesteśmy na ekspedycji w nie do końca znaną, choć pobieżnie zbadaną część galaktyki. A wiadomo, co to oznacza. Niby szlak gwiezdny znamy z wcześniej wysłanych satelit, które nawiasem mówiąc w tej przestrzeni zaginęły. Podobnie jak łaziki wysłane na powierzchnię ciała niebieskiego, wtedy jeszcze o numerze gwiezdnym GVMOF-456-E-8 a w późniejszym czasie (czyli kiedy stwierdzono możliwość życia w tym świecie) uproszczono, zostawiając literę układu słonecznego, dodano czwórkę określającą numer planety z możliwością terra formacji, oraz jedynkę pokazującą priorytet misji.
To, że była to ekspedycja, oznaczało dla mnie coś ważniejszego. Brak części zamiennych i ograniczony zapas paliwa. W takiej misji wszystko wylicza się w mikrogramach. Spowodowało, to także konieczność przymusowej diety syna byłego prezydenta, a obecnie pełniącego funkcję dożywotniego dyktatora Stanów Zjednoczonych Ameryki. Chłopak musiał zrzucić ponad sto kilogramów, więc nie obyło się bez liposukcji i operacji plastycznych. Obecnie pełnił funkcję dowódcy misji, ale nie mylić go z kapitanem, ponieważ skupiono się tylko na odseparowaniu go od wysoko tłuszczowej diety, zamiast nauczyć go podstaw techniki działania najnowszej generacji wahadłowców kosmicznych.
Zostałem zatrudniony ze względu na pracę naukową o silnikach SSME do wielokrotnego użycia. By przejść przez surowe testy trzeba było mieć wyższe wykształcenie. Najchętniej zatrudniliby samych doktorów i profesorów, jednak, kto teraz by dbał o tak delikatną rzecz jak główny silnik wahadłowca i pozostałe silniki służące do manewrów? Wydaje ci się, że tak wielkie silniki muszą być odporne na wszystko? Teoretycznie tak, ale w praktyce trzeba o nie dbać bardziej niż o szklane jajko.
Pracują one w najwyższych możliwych temperaturach, zdolnych według naukowców do przeprowadzenia nawet trzeciego cyklu proton-proton, choć podobno jest on bardzo niebezpieczny, ponieważ już wtedy balansujemy na granicy możliwości odprowadzania ciepła. Zastanawiam się skąd wzięli materiał odporny na tak wielką temperaturę. Parę lat temu dopiero weszły silniki potrafiące wykorzystać fuzję atomów helu, gdzie uważano, że to całkowity kres możliwości wykorzystania silników termojądrowych.
Ktoś może zapytać, ale to tylko dwa razy więcej, taki postęp to nic dziwnego, że dali radę osiągnąć kolejną granicę temperaturową. Jednak było to możliwe tylko dzięki zastosowaniu nowego pierwiastka, zwanego Ultronem, zbyt ciężkiego jak na prawa fizyki obowiązujące w okolicach naszego Układu Słonecznego. Dzięki niemu udało się osiągnąć kompozyt nie tylko odporny na działanie wysokiej temperatury, ale także posiadający wielką wytrzymałość mechaniczną a do tego bardzo plastyczny.
Na nieszczęście kapitan również jest zbyt ambitny i próbuje zrobić wszystko by jak najszybciej zakończyć pomyślnie misję i zebrać laury na Ziemi. A moje biedne eksperymentalne silniczki na eksperymentalne paliwko mogą się przez to zepsuć. Myślicie, że przypadkowo podkreślam ich dotychczasowo niesprawdzone działanie? Rozwieję wasze wątpliwości, specjalnie. Bo kto normalny wysyła nieprzetestowany model wahadłowca, na misję intergalaktyczną? Nie rozumiem tego.
— Bladzej, przestań gadać do swoich nutrii. Powinniśmy cię już dawno powiesić za ten numer z przemyceniem ich na pokład.
— Mam na imię Błażej. Naucz się je wymawiać, bo coraz bardziej przypomina, w twoich ustach, rosyjskie przekleństwo.
— Nie wiem, nigdy nie byłem w Rosji. — Joachim pochodził z RPA i był naszym koordynatorem do spraw hydrauliki resztek organicznych i nieorganicznych. Jako jedyny miał też dostęp do włazów wahadłowca.
— Ciesz się. Najgorszemu wrogowi nie życzę wycieczki do tego cholernego kraju. Wszystko wygląda tam jak najgorszy obraz pijanego malarza. — Nie lubiłem sąsiada zza Buga.
— Z niego pochodzą te obrzydliwe stworzonka?
— One akurat z Ameryki Południowej.
— To dobrze. Sandro będzie wiedział jak je przyrządzić. — Sandro był naszym kwatermistrzem i nieoficjalnie nazywaliśmy go też garkotłukiem, bo nikt inny bardziej się nie nadawał do tego tytułu, niż Argentyńczyk rozdający nam tubki z pastą odżywczą.
— Czemu aż tak ich nie lubicie?
— Bo są za bardzo zbliżone wyglądem do naszego dowódcy sprzed kuracji odchudzającej. Tylko czekamy aż zaczną nas podsłuchiwać i kablować przełożonemu.
Diabli mi nadali tego murzyna, zawsze wie jak odpyskować. Przynajmniej jest się, komu wyżalić z panujących tu warunków. Jeszcze nigdy mi nie odmówił rozmowy, wydaje mi się, że on też nie ma, z kim pogadać na tym cudzie techniki. Choć czasem miałem dość jego retorycznych, przynajmniej jak na nasz stan wiedzy, pytań. Reszta nielicznej załogi trzymała się ode mnie z daleka. Uważany tutaj byłem za niecywilizowanego barbarzyńcę, pochodzącego z kraju, o którym większość nawet nie wiedziała, że istnieje i bierze udział w jakimkolwiek programie kosmicznym.
— Jak ci się udało je przemycić na pokład tego statku? — Pochylił się nad moimi nutriami: Ludmiłą, Aliną i Wołodią.
— Magią, pochodzę z narodu, który zawsze musiał szmuglować jakiś towar. Poza tym już ci mówiłem byś przy mnie nie nazywał naszego wahadłowca statkiem.
— Co to za różnica? — Zdziwił się.
— Statki, okręty i promy, po czym pływają? — Jęknąłem.
— Po wodzie.
— No właśnie. Widzisz gdzieś na zewnątrz jakąś wodę?
— Tylko tą zanieczyszczoną, co ją wypuszczam. — Jedzenie w tubkach miało koszmarny efekt na nasze jelita. Nikt przed nami nie zbadał konsekwencji długiej diety pokarmami przygotowanymi dla uczestników wypraw kosmicznych.
— Ale po niej nie pływamy, prawda?
— No tak. Więc samolot?
— Też nie do końca, ale już bliżej. Sam czasem używam tego określenia, ale tylko wtedy, gdy brak mi synonimów. — Męczyła mnie ta rozmowa, Joachim niby miał wiedzę porównywalną do mojej, a jednak nie mogliśmy się porozumieć nawet w sprawach technicznych. Na których nawiasem mówiąc powinien się znać lepiej niż ja.
— Czemu nie?
— Bo na zewnątrz mamy próżnię. Brak powietrza, wody czy jakichkolwiek innych płynów, w których moglibyśmy się poruszać i mogło występować tarcie.
— Więc, dlaczego wahadłowiec?
— Masz w ogóle tytuł inżyniera?
— Nie jest kulturalnie odpowiadać pytaniem na pytanie. — Obraził się. Może trochę przegiąłem, ale sam się o to prosił. Kiedyś muszę go zapytać, za co dostał inżyniera.
Zapadła cisza. Spokojnie karmiłem nutrie liśćmi zerwanymi z tlenowni, pomieszczenia, w którym rosły rośliny mające zapewnić nam gaz niezbędny do życia.
— Bo to nazwa własna, stworzona specjalnie na użytek kosmonautyki. — Postanowiłem przerwać ciszę, ponieważ te niewdzięczne istoty się najadły i odeszły do swojego kojca.
— Dobrze się dowiedzieć. Przepraszam, że nieraz nie wiem podstawowych rzeczy, ale naprawdę miło jest mieć tu kogoś, kto ci to prosto wytłumaczy. — Uśmiechnął się do mnie swoimi śnieżnobiałymi zębami. Może tylko mi się takie wydawały na tle jego karnacji.
Powoli zaczynały rosnąć we mnie wątpliwości, co do jego szczerości. Może tylko udawał głupiego, po to by mieć, z kim porozmawiać. Mam nadzieję, że o to chodzi i nie wbije mi on noża w plecy.
***
Podchodzenie do lądowania wymagało od nas pełnego skupienia. No może nie od wszystkich. Ja latałem jak w ukropie próbując monitorować i kontrolować pracę silników targanych zmianami w pożądanej mocy. Jak zwykle moje prośby o stabilne podejście do gruntu zostały zignorowane. Za uwagę, że nie mamy hamulców zostałem wyrzucony z mostka kapitańskiego i musiałem spędzić ten czas pilnując napędu bezpośrednio przy platformie znajdującej się tuż obok głównego silnika. Pomimo zastosowania grubej warstwy izolacji cieplnej, w sterowni temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza.
— Jak tam? — Joachim najwyraźniej się nudził, ponieważ jego funkcja nie przewidywała jakiejkolwiek aktywności w trakcie lądowania na planetę.
— Dobrze jest, jeszcze nic się nie posypało. — Odkręciłem zawór ograniczający przepływ płynu chłodniczego, bo po raz kolejny młody dał do pieca.
Oczywiście były systemy sterujące, ale w takich chwilach wolałem wszystko robić osobiście. Niech będzie, nie wszystko. Gdyby to ode mnie zależało lądowalibyśmy przy obrotach optymalnych do trybu pracy silnika. Wielu ludziom się wydaje, że przy lądowaniu nie pracują żadne silniki. Nic bardziej mylnego. Pracuje ich znacznie więcej, ponieważ każdy wahadłowiec posiada mniejsze silniki manewrowe, po to by korygować kąt i kierunek wznoszenia oraz opadania. Przez co oczywiście ja mam więcej pracy. Dodatkowo pracują one na zupełnie inne paliwo, przy całkowicie różniącym się obiegu silnika.
— A coś może się posypać? — Zainteresował się Południowoafrykańczyk.
— Twoje zęby jak się zaraz nie zamkniesz. — wycedziłem i zakląłem szpetniej niż szewc, który nadepnął na gwóźdź. — Jeśli chcesz coś zrobić to przekręć tą wajchę o ćwierć radiana.
— Nie możesz powiedzieć czterdzieści pięć stopni? — Westchnął przekręcając pożądaną przeze mnie rączkę. — Język inżyniera powinien być prosty.
— Spierdalaj.
— Widzisz potrafisz.
— No. — Potwierdziłem.
— Właściwie, to za ścianą znajduje się silnik rozpalony do temperatury 23 milionów stopni Kelwina. Jak to się dzieje, że jest tu tak zimno?
— Chyba tobie. Tęsknisz za swoją lepianką?
— Pytam się na serio. — Spoważniał. Nie lubiłem jak poważniał. — Ta ściana musi być cholernie masywna, bo nie przepuszcza tak wielkiej temperatury.
— Mylisz się — sprostowałem — jest wręcz bardzo lekka. To, że jest przeźroczysta i nie jesteś w stanie oszacować jej grubości zawdzięczasz warstwie hartowanego szkła od naszej strony i aerożelowi, który jest warstwą izolacyjną. Udało im się osiągnąć współczynnik lambda wielkości jeden przez sto milionów. Strumień przepływającego ciepła wynosi około ośmiu watów na sekundę.
— Czyli jest idealna? I mamy tutaj projektową temperaturę?
— Nie do końca, teoretycznie naukowcom udało się wyeliminować mostki cieplne, ale w praktyce zamiast projektowanego chłodku dwudziestu stopni mamy tu prawie trzydzieści.
— A jaką to ma grubość?
— A jak myślisz? Bo ja sam nie wiem. Metr może więcej. - Nawet mnie to za bardzo nie obchodziło.
Znów zapadła niezręczna cisza. Po chwili ktoś mądry na mostku wyrównał tor lotu. Wreszcie spokój.
— Udało ci się wszystko opanować na czas? — Nie wytrzymał przeciągającej się ciszy Joachim.
— Tak, udało się. — Nie słuchałem go przejęty próbami ustabilizowania pracy silnika.
— Właściwie to, na jakim obiegu on pracuje?
— Na pewno nie Ottona. — Odpyskowałem, nie miałem humoru i czasu na tłumaczenie mu rzeczy, które sam wiedział.
— Skąd w tobie tyle jadu? Masz jakieś złe przeżycia z dzieciństwa? — Stanął za mną i przypatrując mi się uważnie zaczął zadawać pytania
— Tak. Spotkałem jednego murzyna, który nie dawał mi spokoju zadając zbędne pytania.
— Niech zgadnę. Takie jak te? — Nie odpuszczał.
Potwierdziłem odpowiedź ruchem głowy.
— I pochodził z RPA? — kontynuował z wyrazem małpiej złośliwości na małpiej mordzie.
Znów zanurkowaliśmy w stronę powierzchni.
— Dokładnie. — Jęknąłem. Robota dosłownie paliła mi się w rękach a on nie odpuszczał. — Robiłem wszystko by drania od siebie odpędzić, ale jakoś mało skutecznie.
— Wiesz jak wielką odczuwam radość patrząc jak inny pracuje?
— Odwdzięczenie się za kolonialną politykę Anglików? Wiem, że chcieliście zamiany ról, ale ja to nie ten adres.
— Wiesz, kto to powiedział? — Drążył. Baran jeden, dobrze wiedziałem, kto i w jakiej sytuacji.
Kolejne szarpnięcie, kolejna zmiana kąta i konieczność kolejnej korekty. Tym razem chyba już lądujemy.
— Ja. — Spojrzałem na niego zmęczony. — Jak wykonywałeś swoją pracę i konserwowałeś rury kanalizacyjne na naszym wahadłowcu.
— Dokładnie. — Zgodził się i uśmiechnął w moim kierunku. — Dokręcić ci zawór z płynem chłodniczym na silnik piąty? Bo chyba wyrównaliśmy już lot.
— Jakbyś był tak miły. — Czasem jednak mi się do czegoś przydawał, gdyby tylko nie ukrywał swojej inteligencji i wiedzy pod prymitywnymi żartami. Z drugiej strony przygarnął kocioł garnkowi. Chyba jednak byliśmy tacy sami.
***
Lądować trzeba umieć, zwłaszcza takim sprzętem. Początkowo zakładano, że na powierzchnię wyruszy tylko parę wyselekcjonowanych osób, ale gdy padła propozycja wypróbowania, właśnie wypróbowania, nowego systemu lądowania i startu, to naukowcy zbytnio się napalili i teraz będę musiał znosić towarzystwo całej tej bandy bufonów próbujących pokazać, który jest prawie najważniejszy. Właśnie chodziło o to prawie, ze względu na to, że musieli walczyć o drugie miejsce. Niekwestionowanym królem buców i medialnej propagandy był synalek dyktatora, który to właśnie triumfalnie schodził na grunt planety E-4-1 z kijkiem imitującym maszt w jednej ręce oraz flagą USA w drugiej. Brakowało tylko fanfar do dopełnienia groteskowego przedstawienia dla mass mediów całego naszego świata. Czekałem tylko na wspaniałe i pompatyczne słowa, jakie wypowie po wkroczeniu przez człowieka na pierwszą zdatną do przeżycia planetę poza Ziemią. Ciekawiło mnie, co to będzie, ,,In god we trust"? ,,God bless America"? ,,Mały kroczek dla człowieka, a wielki dla supermocarstwa"?, a może z przyzwyczajenia ,,Pięć razy zestaw powiększony i dietetyczną kolę, oraz jabłko dla zdrowia"? Czekałem. Wręcz prosiłem o coś niezwykłego, co przerwie tą farsę. Jakąś tubylczą strzałę, od nieznanej nam kosmicznej cywilizacji, która trafi prosto w czoło dzieciaka i pokaże amerykanom by przestali się wtrącać w nieswoje sprawy.
Nic takiego się nie wydarzyło. Nuda, zwykła nuda. Żeby, chociaż się potknął i zaklął, a tutaj pompatyczne ,,Wysiłkiem całej ludzkości, dotarliśmy". Radziłbym rozstrzelać tego, kto napisał ten wyświechtany tekst. Cieszyłem się z jednej rzeczy, jego przemówienie nie trwało długo z powodu panującego tu gorąca. W słońcu dochodziło do 28 stopni Celsjusza, czy jak w jego przypadku 68 stopni Fahrenheita. Dla mnie była to normalna temperatura po godzinie spędzonej w piekle, a dla nich duszące gorąco, którego nie mogą znieść. Do tego większe ciśnienie powietrza, zarazem z pomniejszoną ilością procentową tlenu. Zbadaliśmy skrupulatnie atmosferę przed wyruszeniem na wyprawę. Skład procentowy powietrza wynosił około 61,015% azotu, 20,018% metanu 17,873% tlenu, 1,303% argonu, 0,045% dwutlenku węgla, najważniejszy dla mnie wodór stanowił zaledwie 0,00004%, czyli znacznie mniej niż na Ziemi. Reszta gazów mnie nie interesowała.
— Pewnie miałeś bardzo nie miłe myśli wobec naszego pupilka? — Zażartował sobie Sandro, stojący tuż obok mnie i obserwujący bliskiego omdlenia pioniera nowych światów.
— A, kto nie lubi naszego ulubieńca, znaczy się wielmożnego pana dowódcy, oraz jego świty darmozjadów i klakierów?
—Wszyscy ich kochamy z całego serca. — Zaśmiał się serdecznie Argentyńczyk i podał mi maskę tlenową.
Pomimo nieznacznej różnicy pomiędzy planetami w ilościach procentowych życiodajnego gazu, musieliśmy z nich korzystać. Na dłuższą metę atmosfera ta mogła być zabójcza. Żałowałem tylko, że zamiast metanu nie jest hel, ponieważ wtedy przemowa synalka prezydenta brzmiałaby naprawdę komicznie. Tutaj każdy miał lekko piskliwy głos.
— Oj, tak. Miłością niezmierzoną i bezinteresowną.
— Przestańcie obaj być tak ironiczni. — Pomiędzy nas wszedł Joachim.
— Dlaczego? — Zdziwiłem się. — Przez całą drogę byliśmy traktowani jak nic niewarte śmieci. Z powodu tego, że każdy z nas ma swoją robotę raz na parę godzin, jesteśmy traktowani jak pasożyty. Jednak teraz, kiedy wylądowaliśmy jedynie jeden z nas będzie miał jakąkolwiek pracę do wykonania. Na szczęście, czy nieszczęście, nie będę to ja tylko ten brudas.
— Bo przyprawiacie mnie o dreszcze i powodujecie u innych pieczenie w wiadomym miejscu. Po drugie przestań udawać rasistę.
— A ty co święty? Gdy tobie się nudziło to ja musiałem znosić twoje nieudolne gadki i odpowiadać na retoryczne pytania. Co do rasizmu to jestem zwykłym ksenofobem, nie traktujcie tego tak jakbym was nie lubił za kolor skóry. Ja po prostu wszystkich szczerze i z głębi serca nienawidzę.
— Z tego samego serca, które dyktuje ci jak bardzo nas wszystkich lubisz? — Westchnął Sandro.
Dobrze wiedział, że wszystkich techników i ogólne każdego niskiego szczeblem szanuję za wykonywaną pracę. Przy wyprawie na odległą planetę zawiązują się przyjaźnie w załodze. Ale oficer trzyma z oficerem, a inżynier z inżynierem. Nic tego nie zmieni. Oddział ochronny, czyli pięcioro marines, oficjalnie mających osłaniać naszą wyprawę, był gwardią przyboczną synalka prezydenta i zarazem grupą, która od samego początku była zamknięta i oczywiście się wywyższała, jacy to oni nie są ważni.
— Polak jest pełen sprzeczności i nie zmieni tego żadna misja kosmiczna, oraz życie wśród innych członków załogi.
— Na sto procent, musisz pochodzić z tego narodu. — Zgodził się ze mną Joachim. — Przecież pojawiłeś się tu, jako ochotnik i odmówiłeś wynagrodzenia za wykonaną pracę.
— Jak każdy tutaj. Przecież wy też jesteście tutaj dla dobra nauki i chwały ludzkości. Prawda?
— Jasne, w żaden sposób nas nie skusiło to, że po powrocie będziemy mieli pełne konto. — Zażartował Sandro.
— Za ile to będzie? Lecieliśmy tutaj dwadzieścia ziemskich lat. A mieliśmy prędkość średnią wynoszącą ponad pół miliarda kilometrów na godzinę. Z tym, że nam ta podróż upłynęła jak siedemnaście zwykłych lat. Odbębnimy misję, wrócimy i jeśli mieliśmy jakieś narzeczone to będą one starymi, naprawdę starymi pannami, albo poszły z jakimś innym w tango i będą już babciami.
— Nie dramatyzuj. Miałeś narzeczoną? — Westchnął Joachim
— Nie. A ty?
— Ja też nie. Sandro?
— Nie.
— No to, czym my się przejmujemy? — Roześmiałem się. — Każda laska nasza panowie. Będziemy kawalerami z pełnymi portfelami.
— Jak również starymi dziadkami.
— Kobiety lecą na starszych.
— Ale nie na pięćdziesięcioletnich dziadków. Chyba, że byłbyś miliarderem. A aż tyle pieniędzy mieć nie będziesz. — Zrównał mnie z ziemią Sandro.
— W tej dyskusji brakuje jedynego kobiecego głosu w naszej załodze.
— Nasz dowódca już się ukrył w środku. A w ogóle wydaje mi się, że on nie tego. — Jak zwykle nie mogłem sobie odpuścić żartów z naszego ulubieńca. — Ciekawe czy jakakolwiek dała mu się pocałować. Bo przy jego poprzedniej tuszy, to by takiej musiał nieźle majtki napchać zielonymi by pocałowała tak tłustego knura. A co dopiero dała mu...
— Chodziło mi o naszą Wice kapitan. — Przerwał mi Joachim. — Ciekawe, co ona by odpowiedziała na twoje twierdzenia.
— Pewnie chciałaby mi ukraść portfel. Ruska suka. — Zdenerwowałem się.
Nasza Wice kapitan była jedyną kobietą na wahadłowcu, co dawało jej naprawdę wielkie przywileje. Miała fanklub złożony z prawie całej załogi. Tylko ona i ja do niego nie należeliśmy. Choć nie jestem pewien tej pierwszej, ale jak na kobietę spędzała zbyt mało czasu przed lustrem by być zakochana sama w sobie. Miała długie zaplecione w warkocz blond włosy, niebieskie oczy, zadarty nosek, wąskie usta i resztę ciała rasowej bogini z aryjskich snów Adolfa Hitlera. Posiadała także charakter rasowej SS-manki, ponieważ w ciągu kilku chwil zarządziła opresyjny reżim wśród swoich wyznawców i zaczęła wykorzystywać ich do spełniania wszystkich swoich zachcianek. Miała ich prawie dosłownie na smyczy.
Ja jeden byłem wyjątkiem w jej idealnym i baśniowym świecie. Oczywiście początkowo byłem w niej zadurzony, jednak to minęło od czasu, gdy otworzyła usta i dała głos ,,хорошо?" na polecenie kapitana. Od tamtego czasu czuję do niej wyłącznie nienawiść i pogardę. Przypuszczalnie z wzajemnością.
— Ty jak zawsze ksenofobiczny — jęknął Joachim. — Olga chyba nic ci nie zrobiła?
— Tu masz rację. Ale tym razem nie jest to udawana ksenofobia.
***
Zarządzono wymarsz. Początkowo miałem nadzieję, że uda mi się zostać do pilnowania wahadłowca, ale jak się okazało wyprzedzili mnie w złożeniu kandydatur na to stanowisko paru klakierów ze świty prezydenckiej. Zostałem, więc zmuszony na karkołomną wyprawę w słońcu epsilon Eridani, w towarzystwie uśmiechniętego Joachima i wymęczonego Sandro. Oprócz standardowego wyposażenia, czyli butli z tlenem i maski, postanowiliśmy również odciążyć trochę Argentyńczyka niosącego prowiant dla całej ekipy badawczej i świty prezydenta. Oczywiście dzieciak po chwili znudził się monotonnym krajobrazem czerwonej pustyni i trzeba było czekać na dwóch marines, których wysłał po lektykę na statek. Nie było nawet gdzie się schronić przed palącym słońcem. Początkowo milczeliśmy, jednak po chwili postoju odezwałem się do Joachima.
— Obieg Carnota. Przy takiej temperaturze wszystkie znane mi przekaźniki ciepła są w stanie gazowym.
Spojrzał na mnie nieprzytomnie, a później się zaśmiał.
— Inżynierem jest się na całe życie. Masz przez to spaczony mózg.
— Leczcie się. — westchnął Sandro, który posiadał dyplom zwykłego magistra.
W znacznie lepszych humorach oczekiwaliśmy na wznowienie marszu.
***
Planeta E-4-1 miała zdecydowanie klimat najsuchszego pustkowia. Brak kompasu uniemożliwiał nam manualne wskazanie jakiegokolwiek kierunku, na szczęście jednak pozostawiliśmy na orbicie niewielkiego satelitę nadającą nam w sygnał GPS i obrabiającą nam mapę eksplorowanego terenu. Dzięki temu wiedzieliśmy, że kierujemy się ku porośniętej prawdopodobnie roślinami podobnymi do naszej trawy, równiny, na której zaginęły nasze łaziki badające powierzchnię i warunki atmosferyczno-geologiczne planety.
Gleba była czerwona i całkowicie sucha. Na szczęście też mocno ubita, bo udusilibyśmy się w pyle. Popękana od gorąca odsłaniała swoje oblicze. Wiedziałem skąd się bierze ten czerwony kolor i dlaczego ta misja była tak priorytetowa.
Skrzywiłem się widząc rozrytą glebę. Nie poinformowano nas o takiej aktywności na tym ciele niebieskim, co oznaczało jedno. Te łaziki, które zaginęły należały do którejś z korporacji metalurgicznych i szukały złóż pod powierzchnią pustyni. Oficjalnie na wahadłowcu odbieraliśmy meldunki wszystkich wysłanych przed nami bezzałogowych misji, które po pewnym czasie kończyły się fiaskiem. Najwyraźniej coś przed nami ukrywano, jeśli nie przed całą załogą to, chociaż tą częścią, do której należę.
— Jak myślisz znaleźli coś? — szepnął do mnie Joachim. Domyślił się, o czym rozmyślałem i najwyraźniej doszedł do podobnych wniosków.
— Sami nie wiedzą — stwierdziłem — pewnie miały przekazać wyniki centrali w godzinach nocnych, w trakcie warty przekupionych ochroniarzy w Houston.
— Dlaczego tak sądzisz?
— Bo gdyby niczego nie znaleźli nie byłoby nas tutaj. W ogóle nie byłoby żadnej wyprawy. Natomiast gdyby coś znaleźli, też byśmy nie polecieli, bo nie posłaliby badaczy, tylko więcej takich osiłków jak tamci. — Spojrzałem wymownie na marines. — Nie zapominajmy, kto finansuje naszą wyprawę.
Oficjalnie działaliśmy, jako Międzynarodowa Agencja Kosmiczna, ale i tak było wiadomo, kto pociąga za sznurki. Oraz kto najwięcej zyska podczas eksploatacji planety.

Część następna
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Tagi:

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Rdzawy pył

Post#2 » 1 year temu

Przeczytałem.
Zadałeś sobie dużo trudu. Narracja jest dość monotonna, piszesz długimi zdaniami złożonymi, czym oczywiście spowalniasz czytanie tekstu. W zdaniach tych pojawia się trochę błędów interpunkcyjnych. Musisz popracować w tym tekście nad interpunkcją - brakuje przecinków, a kilka jest zbędnych. Dla przykładu
 Rozwiń, aby przeczytać
Podobnie jak łaziki wysłane na powierzchnię ciała niebieskiego, wtedy jeszcze o numerze gwiezdnym GVMOF-456-E-8 a w późniejszym czasie, czyli kiedy stwierdzono możliwość życia w tym świecie(przecinek)uproszczono(przcinek) zostawiając literę układu słonecznego, dodano czwórkę określającą numer planety z możliwością terra formacji, oraz jedynkę pokazującą priorytet misji.

Niestety jest kilka baboli ortograficznych.
 Rozwiń, aby przeczytać
Nie kulturalnie jest odpowiadać pytaniem na pytanie.
— Odwdzięczenie się za kolonialną politykę anglików.
Bo gdyby niczego nie znaleźli nie było by nas tutaj.

Czasami robisz zbyt długie odstępy w narracji. Ludmiła, Alina i Wołodia to są Nutrie?
 Rozwiń, aby przeczytać
— Jak ci się udało je przemycić na pokład tego statku? — Pochylił się nad Ludmiłą, Aliną i Wołodią.

Musiałem także zastanawiać się nad niektórymi wypowiedziami, na przykład:
 Rozwiń, aby przeczytać
— Masz w ogóle inżyniera?
W pierwszej chwili zastanawiałem się jakiego ma mieć inżyniera. Dopiero po chwili zaskoczyłem, że chodzi o wykształcenie

Rzeczywiście opisy techniczne nie są zbyt interesującym zabiegiem w tekstach s-f. Sądzę, że lokowanie ich na wstępie opowiadania zniechęca czytelnika do dalszego studiowania tekstu.
Reasumując: fragment ten nie zaciekawił mnie na tyle, abym z niecierpliwością czekał na kolejny. Pomimo tego przeczytam, mając nadzieję na przyspieszenie akcji, o czym delikatnie sugerujesz w ostatnich wierszach.
pozdrawiam

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4817

Rdzawy pył

Post#3 » 1 year temu

Dural, myślę, że jurorzy konkursu patrzyli też na błędy w tekście, a ty masz literówki, bardzo dużo błędów interpunkcyjnych, powtórzenia i co najmniej kilka ortografów. Każdemu może się parę razy omsknąć, ale u ciebie błędów jest sporo, a w konkursach konkurencja jest na tyle duża, że równie dobrze mogli z góry odrzucać teksty nie do końca doszlifowane.

— Magią, pochodzę z narodu, który zawsze musiał szmuglować jakiś towar.

Ach, w sedno.

Faktycznie dość monotonnie się czyta - zdecydowanie przeważają długie zdania złożone, które warto by jednak przeplatać zdaniami krótszymi.
To jest tekst na "Ten pierwszy raz"? Jestem ciekawa, jak ugryziesz temat pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1703

Rdzawy pył

Post#4 » 1 year temu

Camenne pisze:Dural, myślę, że jurorzy konkursu patrzyli też na błędy w tekście, a ty masz literówki, bardzo dużo błędów interpunkcyjnych, powtórzenia i co najmniej kilka ortografów. Każdemu może się parę razy omsknąć, ale u ciebie błędów jest sporo, a w konkursach konkurencja jest na tyle duża, że równie dobrze mogli z góry odrzucać teksty nie do końca doszlifowane.

Wiem, starałem się go poprawić, ale jak widać nie do końca wyszło :(

Camenne pisze:Faktycznie dość monotonnie się czyta - zdecydowanie przeważają długie zdania złożone, które warto by jednak przeplatać zdaniami krótszymi.
To jest tekst na "Ten pierwszy raz"? Jestem ciekawa, jak ugryziesz temat pierwszego kontaktu z obcą cywilizacją.

Tak, to jest napisane na ten konkurs ;)
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości