Szklany klosz II

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Szklany klosz II

Post#1 » 14 lis 2016, o 12:01

Część poprzednia

2
Syrena zawyła rozdzierająco jak banshee obwieszczająca śmierć swojej ofiary. Niebieskie światła odbijały się w okiennych szybach, ryk sygnału przytłumił wszystkie inne dźwięki ulicy. Ludzie, wpatrzeni w swoje telefony, nawet nie podnieśli głów, gdy karetka ze świstem przejechała aleję,
Poniedziałki nie bez powodu nazywane są najgorszymi dniami tygodnia. Ten zaczął się wyjątkowo paskudnie.
Artur czasem miał wrażenie, że kierowcy karetek patrzyli na niego za kierownicą jak na wroga publicznego, którym zdecydowanie się nie czuł. Gdy tylko wóz z rykiem syreny przejechał obok, zjechał z krawężnika i znów włączył się do ruchu. Korek na Dietla jednak zdążył nawarstwić się, ledwie sekundy po tym, jak samochody wróciły na swoje miejsca na pasie, sprawiając, że niemalże mojżeszowy tunel wśród aut zmienił się w gęstą kolumnę. Zaciągnął ręczny i pokręcił głową. Znów się spóźni, zdecydowanie. Nerwowo poprawił kołnierzyk koszuli. Wtedy zauważył plamę na granatowym krawacie. Na szczęście nie był to jego pierwszy dzień, choć wciąż nie najlepiej było się spóźnić w drugim tygodniu pracy. Miał wrażenie, że to będzie jego pierwszy test cierpliwości szefa i, oby dał Bóg, nie ostatni.
Zajechał pod redakcję z ponad pół godzinnym spóźnieniem, a kolejny kwadrans zajęło mu szukanie wolnego miejsca. Pech chciał, że podziemny parking znajdujący się niedaleko, bo ledwie ulicę dalej, zamknęli na czas remontu dokładnie dwa tygodnie temu. Do tej pory udawało mu się znaleźć tę odrobinę miejsca dla corsy w nie dłużej niż pięć minut, ale oczywiście nie dzisiaj.
— Spóźniony, gratulacje. — Pierwsze cierpkie słowa usłyszał od pani Marleny, strażniczki budynku, dumnie wyprostowanej w granatowym uniformie z białymi elementami. Stała tuż przy drzwiach wahadłowych do kamienicy, jakby wyczekując na spóźnionych.
— Tobie też życzę miłego dnia — burknął pod nosem i, po szybkim rzuceniu oka na hol, pobiegł w stronę schodów. Winda znajdowała się na szóstym piętrze — tak wskazywał nieco przybrudzony licznik nad jej drzwiami — więc, przeklinając pod nosem, zaczął wspinaczkę po stopniach na czwarte piętro. Były wyślizgane, mające widocznie wiele, wiele lat, jak zresztą wszystko w tym budynku. Stara kamienica być może miała urok i być może robiła wrażenie, ale dopóki nie zaczęło się w niej przebywać ponad czterdzieści godzin tygodniowo.
Gdy wszedł na trzecie piętro, zdążyła złapać go zadyszka, która objęła kleszczami oskrzela i nie chciała puścić. Musiał zwolnić, aż w końcu stanął, by odrobinę uspokoić oddech, zanim wejdzie do biura. Poprawił kołnierzyk koszuli, przeczesał dłonią włosy. Zanim jednak wznowił wędrówkę ku nieuniknionemu — siedzeniu kolejne osiem godzin nad rzeczami, które nie interesowały go ani wcale — usłyszał stukot obcasów. Podnosząc głowę, już usłyszał wysoki głos Karoliny:
— Artur, jeżeli ty się kiedyś nie spóźnisz, to świat się skończy.
Chciał już coś odpowiedzieć, ale akurat Karolina była jedną z nielicznych osób, która w swoich półżartach nie miała nic szczególnie nieprzyjemnego na myśli, uznał więc, że nie ma potrzeby robić sobie z niej wroga. Uśmiechnął się z przymusu, gdy go wyminęła, schodząc po kolejnych stopniach.
— Idę na materiał — rzuciła na odchodne, zapinając pospiesznie płaszcz. — Zostawiłam ci na biurku kilka artykułów do poprawy, wielkie dzięki.
Karolina nie do końca wpasowywała się ani ambicjami, ani wyglądem w towarzystwo, które widywał w redakcji. Z pewnością była też lepiej wykształcona niż większość tu znajdujących się ludzi, a na pewno niż on, dziennikarz z aspiracji, nie z wykształcenia. Spora część pracowników biura nie brała jej jednak na poważnie, a tego nawet Artur, który wiedział, jak niesprawiedliwe potrafi być środowisko pracy, jej czasem współczuł. Ewidentne któreś z jej rodziców musiało mieć azjatyckie korzenie, które uwidaczniały się w ładnych, migdałowych oczach, zawsze podkreślonych firanką rzęs, i bardzo subtelnym owalu twarzy. Była tak drobna, że przy większości innych pracowniczek wyglądała jak podopieczna. Próbowała to rekompensować albo szpilkami, albo, tak jak teraz, kozakami na wysokim obcasie. Mimo to w stroju idealnie podporządkowanym biurowemu dress code’owi sprawiała wrażenie nie dziecka, a młodej kobiety na biurowym stanowisku, chcącej koniecznie przykryć swój młody wiek woalką powagi i profesjonalizmu.
Jednak dokładnie przez Karolinę, plan na dzień pracy Artura posypał się w drobny mak. Zbliżała się szesnasta, a więc i zdążyło poszarzeć za oknami, gdy Artur ledwie zdążył wygrzebać się z karolinowych artykułów i paru innych, które zalegały mu jeszcze z kilku poprzednich dni. Dopiero wtedy mógł zająć się tym, co tak naprawdę było jego obowiązkami. Pijąc trzecią kawę, wertował nieprzytomnie po raz kolejny stertę dokumentów. Donosy, niedoszłe artykuły poznaczone śladami czerwonego i zielonego długopisu korektorki Ani — która Anią przestała być trzydzieści lat temu i która do tej pory nie potrafiła znieść nanoszenia poprawek w elektroniczne wersje — kilkanaście pustych kartek poznaczonych mnóstwem notatek, parę nowinek mających znaleźć się w planach na kolumnę sportową jutrzejszego wydania jeszcze przed drugą. Dochodziła niemalże szósta, gdy posortował wszystko, co zgromadziło się na blacie. Adam z Piotrkiem zdążyli już wyjść, Karolina nie wróciła z materiału, więc też pewnie była już w swoim mieszkaniu. Artur z wielką chęcią też poległby na swojej starej kanapie i włączyłby jakiś program na Discovery, by się rozluźnić, a potem wróciłby do Clemensa — przynajmniej tak myślał, że miałby jeszcze na to siły — ale był daleko w tyle. Miał nie tylko do napisania artykuł o rodzinie, która dzień wcześniej straciła dach nad głową podczas wybuchu piecyka gazowego, zaplanowanie kolejnych kilku i odrobienie kilku przysług u kolegów. W tym ostatnim czyhała na niego syzyfowa praca w poprawieniu przecinków Tomkowi, który na odchodne dał mu trzecią wersję tego samego artykułu, wciąż z dziwną grą w pchełki w niemal każdym zdaniu. Ech, Tomasz. Miał problem z interpunkcją chyba już od momentu narodzin, a który dostał posadę w biurze i, bagatela, był kilka stanowisk wyżej tylko dzięki pokrewieństwu z redaktorem naczelnym.
Artur czuł się niemalże jak latarnia, która, zamiast statkom, wskazywała drogę obowiązkom. Wszyscy przychodzili do niego, nowego, by wymóc lub wyprosić drobiazgi, choćby i przepisanie ogłoszenia czy wysłanie maila, ale w ciągu dwóch tygodni — tylko „dwóch tygodni”, choć dla Artura wydawało się to wiecznością — narosła cała sterta zobowiązań. Słowem — Artur roboty miał więcej, niż był w stanie zrobić na już, a to wszystko odwodziło go od Clemensa i zastanawiania się nad tym, co i jak z niedoszłym seryjnym mordercą zrobić. Niestety poczucie niepohamowanego pragnienia tworzenia Clemensa nie chciało czekać.
Dobrze, myśl. Wyciągnij ołówek i, póki nikt nie sprawdza, na czym wszyscy stoimy, zapisz choć parę słów.
Blondynka z wrzosowisk jednak musiała poczekać, bo właśnie w jego głowie wyklarował się nowy obraz.

Podniosła się na klęczki. Powoli wyciągnęła przed siebie jedną dłoń, poharataną, z nacięciem między palcami, przez które kciuk i palec wskazujący wyglądały, jakby trzymały się ledwie na metaforycznym włosku. Drugą dłoń trzymała ściśniętą przy piersi. Najmniejszy palec, oskórowany, palił żywym ogniem. lecz ze złotym pierścionkiem założonym na spazmatycznie drgające ścięgna.
Przeniosła ciężar ciała na przedramię i spróbowała się unieść, przeczołgać po mokrej — nie wiedziała, czy od wilgoci, czy od jej krwi — posadzce w stronę, gdzie powinny zajmować się drzwi. Zdawała się na instynkt — krzyczący, wrzeszczący, wydzierający chaotycznie myśli z jej umysłu i wypełniający go strachem, bólem i walką — bo, choćby usilnie chciała, nie byłaby w stanie nic zobaczyć.
Gdy wymacała pierwszy stopień schodów i odetchnęła głębiej, niemal czując na twarzy powiew powietrza dochodzący spod drzwi, coś chwyciło ją od tyłu i mocnym szarpnięciem za pas spodni przedarło kilka metrów wgląd pokoju. Palcami jednej dłoni próbowała zatrzymać się, złapać krawędzi płytki, ale pozostawiły po sobie tylko czerwone smugi.
Złapał ją za długie włosy i przyciągnął do siebie. Z jej ust wydobyło się ciche stęknięcie, gdy szarpnął i okręcił wokół pięści pasma ciemne niczym dębowa, a następnie zmusił ją, by podniosła głowę. Pełne zaschniętej krwi oczodoły zionęły pustką tak nienawistną, że choć niewątpliwie nie mogła na niego spojrzeć, niemalże czuł lodowate ostrza przecinające go wskroś.
Gdy wolną dłonią wyjął z kieszeni kozik, poczuł satysfakcję. Jak łaskawym gestem było pozbawienie jej możliwości zobaczenia tego, co miała przynieść przyszłość.
Niemal mógł posmakować na końcu języka metaliczny opar krwi, który uniósł się w powietrzu.

***

Obudziło go irytujące dzwonienie telefonu wyjącego kilka biurek dalej. Poderwał głowę jak przestraszony uczniak złapany przez nauczycielkę na drzemce, niemalże czekając na trzepnięcie w potylicę czy strzał z linijki w dłonie. Rozejrzał się szybko, jednocześnie ocierając ślinę rękawem koszuli. Biuro wbrew pozorom nie było jeszcze całkowicie puste, a zegar wskazywał siódmą. Szlag by to, pomyślał. Znów przysnął. A od godziny mógłby być w mieszkaniu!
Telefon zawodził nieprzerwanie, jednak Artur nie miał ochoty ani zamiaru odbierać cudzych telefonów, bo znając życie zaraz zyskałby dodatkową rolę — sekretarki. Zbierając nieporadnie swoje rzeczy, marzył o tym, by następnego ranka nie podeszła do niego Karolina, prosząc o kolejną przysługę. Znowu zmarnował połowę dnia, nie wypełniając połowy tego, co powinien.
Gdy wracał przed Pogórze, mając nadzieję, że dość szybko przejedzie na swoje Łagiewniki, życzył sobie już tylko kolejny kubek kawy ciepły prysznic. Budynki za szybą mijały niespiesznie. Ulice Krakowa były zakorkowane niemal krytycznie, jak zresztą zawsze o tej porze; Artur zaczął żałować, że rano nie wybrał tramwaju. Pech chciał, że stał wśród dziesiątek samochodów, niemal czekając na zbawienie i wręcz prosząc o jakąkolwiek inną boską karę niż wieczne przesuwanie się o pół metra co kilkanaście minut. Ledwie zdążył opuścić centrum, a już zaczęło kropić; kolejny kwadrans później pierwsze płatki śniegu zawirowały w powietrzu, wcześni i nieoczekiwani goście w październikowy wieczór.
Czerwone światło sygnalizacji irytująco odbijało się w bocznym lusterku, ale Artur nie miał siły narzekać. Kołnierzyk koszuli uwierał go tak, jakby co najmniej miał stalowe kajdany zakute na karku.
Nadzieja zaczęła opuszczać zmęczony umysł Artura, gdy nagle błyskające niebieskie światło odwróciło jego uwagę. Karetka zawyła tuż za jego corsą i zatrąbiła tak donośnie, że prawie podskoczył. Cudem udało im się zająć miejsce na krawężniku bocznej uliczki. Śledził wzrokiem karetkę, aż zniknęła za rogiem, ewidentnie wjeżdżając na plac Podgórski.
Widocznie nie tylko jego zainteresował ten widok, bo zauważył, że w samochodach przed nim również wszyscy — kierowcy i pasażerowie — odwracają głowy.
— To ci atrakcja w korku — westchnął ospale. — Teraz już na pewno nie dojadę przed ósmą.
Gdy dotoczył się kolejne pół metra do przodu, zauważył, że to nie tylko sygnalizacja syreny oświetla ulicę bladobłękitnym światłem. Z daleka dobiegały do niego błyski syren policyjnych samochodów. Artur dawno nie widział tylu funkcjonariuszy w jednym miejscu. Zresztą wydarzenie zainteresowało nie tylko służby, ale też miejscowych — tłum stojący na placu pod kościołem świętego Józefa sprawił, że Artur poczuł dreszcz na kręgosłupie. Śladem kolejnych mundurowych, spojrzał na wznoszący się nad rynkiem Podgórskim park. Smutne, anemicznie wygięte konary drzew, już pozbawionych liści, sterczały oskarżycielsko w niebo. Zaraz błysnęło i razem z lampami ulicznymi, włączyło się kościelne oświetlenie, które reflektorami oświetliło wiktoriańskie piękności w postaci trzech strzelistych wież kościoła. Ten widok tylko spotęgował wrażenie, jakby przenieśli się w atmosferę doylowskich kryminałów.
Zbliżała się ósma, a więc i rmf miał wkrótce zacząć litanię, które krakowskie ulice dotknął korek. Artur włączył radio. Kiwając głową, słuchał o kolejnych politycznych sporach, aż w końcu usłyszał to, co interesowało go nieco bardziej.
— Spore utrudnienia na ulicy Kalwaryjskiej. Nasz reporter informuje nas o zamknięciu sporej części ulic Zamoyskiego i Rękawka. — Głos z radia obwieścił to, co Artur zdążył odczuć. Poirytowany przełączył na jedynkę, na której wiadomości zdążyły się skończyć. Leciała smutna bluesowa ballada.
Udało mu się przeczołgać corsą całe półtorej metra. Jeszcze tylko paręset metrów i miałby okazję skręcić, wybrać drogę bardzo okrężną, ale na pewno nie tak zakorkowaną jak Kalwaryjska.
Drapiąc się po głowie, Artur nie wiedział, czy bardziej jest zaintrygowany, czy zmęczony.
Wyciągnął szyję, by zobaczyć, czy to, co działo się pod parkiem, mogło być godne takiego sparaliżowania newralgicznej ulicy. Zobaczył mały tłumek, który zwarł ścisły półokrąg u stóp kościoła. Dobre parę metrów w górę placu stały dwoma nieoznakowane ople, które miały blokować w górę ulicy Parkowej. Zauważył, że w większości to emerytki, które zamieszanie pewnie wygoniło z wieczornego różańca. Gdzieś między nimi stał ksiądz w narzuconym na sutannę polarem z wyraźnym, haftowanym krzyżem z przodu.
Na samym końcu brukowanej drogi wznoszącej się nad kościołem stała karetka z włączonymi kogutami.
Artur pokręcił głową. Cóż, jednego mógł się spodziewać. Cokolwiek się stało, pewnie dowie się rano w redakcji.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Szklany klosz

Post#2 » 14 lis 2016, o 17:16

Melduję przeczytanie!
Pozwolę sobie zacząć od wytknięcia tego, rzuciło mi się w oczy najbardziej:
 Rozwiń, aby przeczytać
Primo:
"Ludzie jednak nawet nie podnieśli głów, gdy karetka ze świstem przejechała aleję, wpatrzeni w swoje telefony. " - dałbym tu raczej: Ludzie, wpatrzeni w swoje telefony, nawet nie podnieśli głów, gdy karetka ze świstem przejechała aleję.
Secundo, trochę grzyzie mi się z polskim tekstem użycie imion angielskojęzycznych.


Co do reszty, to po przeczytaniu tekstu odniosłem bardzo pozytywne wrażenie i czekam na więcej! Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. :)
Pozdrawiam i życzę weny,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Echolalia
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 575

Szklany klosz

Post#3 » 16 lis 2016, o 11:32

zjechał z krawężnika i znów włączył się do ruchu. Korek jednak znów zdążył nawarstwić się, ledwie sekundy po tym, jak samochody wróciły na swoje miejsca na pasie, sprawiając, że niemalże mojżeszowy tunel wśród aut znów zmienił się w gęstą kolumnę. Zaciągnął ręczny i pokręcił głową. Znów się spóźni, zdecydowanie.

Powtórzonka.
Donosy, niedoszłe artykuły poznaczone śladami czerwonego i zielonego długopisu korektorki, Annie, która Anią przestała być trzydzieści lat temu i która do tej pory nie potrafiła znieść nanoszenia poprawek w elektroniczne wersje, kilkanaście pustych kartek poznaczonych mnóstwem notatek, parę nowinek mających znaleźć się w planach na kolumnę sportową jutrzejszego wydania jeszcze przed drugą, a już dochodziła niemalże szósta

To jest bardzo długie zdanie, może byłoby ok, gdyby były to same wyliczenia, ale wplotłaś jeszcze informację o Annie (co odwraca uwagę od głównej myśli) i chyba przez to trochę się pogubiłam przy pierwszym czytaniu.
zaplanowanie kolejnych kilku i odrobienie kilku przysług u kolegów

Moim zdaniem pierwsze kilku można spokojnie usunąć.
palił żywym ogniem. lecz ze złotym pierścionkiem

Przecinek zamiast kropki? Mam wrażenie, że zjadłaś kawałek zdania sprzed lecz.
gdzie powinny zajmować się drzwi

Znajdować?
gdy szarpnął i okręcił wokół pięści pasma ciemne niczym dębowa

Dębowa...? Chyba tam czegoś brakuje.

Też zmieniłabym zdanie wymienione przez Grafomana.
Póki co najbardziej podobają mi się te pochyłe fragmenty i mam cichą nadzieję, że niedługo one i życie Arthura połączą się w jedno.
Jak mogłaś skończyć rozdział w takim momencie?! Jeśli chciałaś wzbudzić tym większe zainteresowanie, to ci się udało. Jednakowoż jest mi źle, bo czuję niedosyt!

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Szklany klosz

Post#4 » 16 lis 2016, o 16:30

Dzięki wielkie za komentarze. Błędy już poprawione :)

Myślę, że wstawienie ciągu dalszego zajmie mi nieco więcej czasu niż poprzednio - uwaga o imionach Grafa przypomniała mi, że zastanawiałam się już wcześniej poważnie nad zmianą umiejscowienia akcji. Nie zmieni to nic w poprzednich częściach ani w najbliższych, ale mam parę nowych pomysłów, nad którymi muszę podumać ;))
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1497

Szklany klosz

Post#5 » 22 lis 2016, o 16:50

Druga część nie posuwa zbytnio fabuły do przodu, raczej jeszcze taki wstęp, w którym czytelnik poznaje szarą codzienność głównego bohatera. Co nie zmienia faktu, że dobrze się czytało. Mam przeczucie, że niedługo przestanie być tak spokojnie. :D
Co do fragmentu z Clemensem - powiało klasyką, dobrą krwawą klasyką kryminału. Podoba mi się. :)
Podsumowując, zastrzeżeń nie mam, czekam na więcej.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości