Amunsen II

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen II

Post#1 » 2 years temu (19 lut 2016, o 01:44)

III

Nie wiem dlaczego akurat dzisiaj wzięło mnie na te wspomnienia. Nawet nie zwróciłem uwagi, jak bardzo zdrętwiała mi noga. Powoli zdjąłem ją ze stolika i rozmasowywałem. Za oknem jeszcze nawet nie świtało. Alicja wciąż smacznie spała. Nie chciałem jej budzić. Zresztą po co? Nie miałem takiej potrzeby.
Im dłużej rozmyślam o tej wariackiej przygodzie, tym bardziej czuję się przybity. Ale jeśli chcesz myśleć o niebieskiej żarówce, a w głowie masz tylko różowe słonie, nic już na to nie możesz poradzić.
Złamane żebro piekielnie mnie bolało i musiałem trafić do szpitala. Ponieważ mój ojciec pracuje jako chirurg wojskowy. Przewieziono mnie na świeżo wyremontowany oddział z pojedynczymi salkami zaopatrzonymi w przestronne łazienki z prysznicami. Bardzo często powtarzam: niektórym zawsze z górki. Ale ja nie ułożyłem tego świata i nie mam w zwyczaju pływać pod prąd, robiąc z siebie jakiegoś uczciwego świętoszka. Niech inni próbują poukładać ten bajzel, jeśli chcą.
Kiedy ojciec dowiedział się o pobiciu, przyszedł porządnie wkurzony, szczerze mówiąc, jeszcze nie widziałem go w takim stanie, zawsze był opanowany, nigdy nie zdarzało mu się ulegać większym emocjom. No, może tylko raz. Kiedy matka od nas odeszła, ale miałem wtedy tylko pięć latek, więc dokładnie nie pamiętam, jak to wtedy było.
– Jak mogłeś zadać się z takim tałatajstwem? – wrzeszczał.
– Sam nie wiem. – kręciłem – Poznałem takiego jednego poza szkołą, miał ksywę Czorny i wyglądał na bardzo sympatycznego. – kłamałem jak z nut. – Skąd mogłem wiedzieć, że pójdę z nim na imprezę, gdzie mnie pobiją.
– A ten cały Czorny, też Cię bił?
– Nie – zaprzeczyłem. – Nawet próbował mnie bronić, ale tamci byli strasznie wściekli, bo za bardzo się mądrzyłem.
– Mówiłem, zawsze Ci powtarzałem, nie zadawaj się z tałatajstwem. – W wściekłości zagryzł wargi prawie do krwi ¬– Rozpoznasz któregoś?
– Niee, ciemno było, a oni wszyscy nosili kaptury, nie poznałbym żadnego, choćby nawet stanęli przede mną na baczność.
– A ten Czorny, wiesz gdzie mieszka?
– Poznałem go na ulicy, więc nie mam pojęcia, gdzie go szukać. – Wykręcałem się jak mogłem.
– Więc, zobaczyłeś go i od razu zabrał Cię na imprezę? Myślisz, że w to uwierzę?
– Jak mówiłem, wydawał się bardzo sympatyczny, był piątek, a ja nie miałem, co ze sobą zrobić, więc z nim wyszedłem. Gdybyś częściej bywał w domu, pewnie nie zgodziłbym się na to. – Tym zdaniem uderzyłem naprawdę mocno poniżej ojcowskiego pasa. Wiedziałem, że ma wyrzuty sumienia z powodu ciągłej nieobecności. W końcu, to nie jego wina, że ma taką pracę.
– Może i masz rację – rzekł smutno. – Powinienem Cię bardziej pilnować. – Aż mi go było szkoda. Ale nie widziałem wtedy lepszego sposobu, żeby w końcu przestał zadawać te oskarżycielskie pytania.
– Stało się – powiedziałem, chcąc trochę rozładować niepotrzebne napięcie – Teraz przynajmniej jestem mądrzejszy i już na pewno nie dam się więcej wmanewrować w taką historię.
– Tak – odpowiedział wciąż smutnym głosem, patrząc gdzieś przed siebie, w próżnię. Czasem potrafił, jakoś tak znienacka, złapać ciężką zawiechę. Zawsze zastawiałem się, co mu wtedy chodzi po głowie. Po chwili spojrzał na mnie bardzo trzeźwym wzrokiem.
– Powinieneś myśleć tylko o maturze. Synu, to już naprawdę niedługo. Za tydzień bal, a później tylko sto dni do egzaminów.
– Wiem o tym.
– Z twoimi ocenami na pewno zdasz, ale pamiętaj, że musisz zdać bardzo dobrze. Wiesz, że chcę byś poszedł na medycynę.
– Wiem o tym tato, wiem – powiedziałem skruszonym głosem.
– Ale wciąż myślę o literaturze.
– A co ci to da? – spytał dość szorstko – W ten sposób nie zrobisz kariery.
– Może, ale nie myślałem o tym jeszcze w ten sposób.
– A najwyższy czas. Pamiętaj, że w Akademii będziesz miał wsparcie. Szurejew wciąż jest tam prodziekanem i ma u mnie dług do spłacenia. Kiedy jego głupi syn oblał maturę, zwolniłem go od wojska. – Znów poczułem pod sobą sanki. Ten świat nigdy nie będzie uczciwy, ale co mi do tego.
– Pamiętam tato, pamiętam – powiedziałem łagodnie, chcąc go tym uspokoić.
Wstał z boku łóżka, na którym leżałem i pogłaskał mnie po głowie, jak dwunastolatka. – "On wciąż myśli, że jestem jeszcze dzieckiem" – Pomyślałem.
– Masz pęknięte żebro, a reszta to tylko drobne zadrapania. Za kilka dni powinieneś stąd wyjść. – Zabawne. Zastanawiałem się, co by było, gdybym nie był synem znanego chirurga, w dodatku jednego z najlepszych w kraju specjalisty od chirurgii ręki, pewnie opatrzyliby mnie na Sorze i odprawili z kwitkiem do domu. A tak, mam tylko dla siebie ten mały apartament z wielkim oknem i pięknym widokiem na miasto, a obsługę lepszą niż w pięciogwiazdkowym hotelu, bo wystarczy wcisnąć ten mały, czerwony przycisk nad łóżkiem i w ciągu paru sekund zjawi się ktoś, kto uratuje mi życie, albo po prostu przyniesie lody.
– Cieszę się tato – powiedziałem tylko, uśmiechając się niewinnie. Ten uśmiech miałem już dobrze opracowany.
– Mam nadzieję, że ostatni raz wplatałeś się w taką kabałę – rzucił na odchodne.
– Ostatni, tato, ostatni – Obiecałem.
Kiedy wyszedł, niemal od razu zasnąłem. A śniłem o moście i pociągu pędzącym prosto na mnie. (Nie wiem jak bardzo tamto wydarzenie wpłynęło na moją psychikę, ale odkąd trafiłem do szpitala, co jakiś czas śnię o nim i wiele prawdziwych wspomnień z tamtej nieszczęsnej nocy przedstawia się w nieco odmiennej formie, wychodząc ze świata snu.) Padał deszcz i wiał silny wiatr, zewsząd strzelały pioruny i jeden uderzył prosto w stalowe przęsło. Poraził mnie prąd. Nie czułem bólu, ale za żadne skarby nie mogłem poruszyć nogami. Zostałem sparaliżowany, a pociąg coraz bardziej przyśpieszał i wcale nie pohukiwał. Odgadnąłem, że chce mnie rozjechać i że nie mam na to żadnego wpływu. Jakby decyzja zapadła bez porozumienia, gdzieś za moimi plecami. Gdy pociąg był już dostatecznie blisko, zobaczyłem Dimkę w roli maszynisty. Machał pięściami, odgrażając się, jakby znów chciał mnie znokautować. Nagle poczułem, że coś drapie mnie po głowie, podniosłem rękę do czoła i otworzyłem zaspane oczy. Alicja układała mi przedziałek na głowie mokrą, papierową chusteczką.
– Od razu lepiej – wyszeptała mi do ucha i czule pocałowała w policzek, zostawiając na nim ślad szminki.
– Ala? – wyszeptałem zdziwiony. – Co Ty tu robisz?
– Nic specjalnego. – Znów ten ponętny uśmiech pojawił się na jej twarzy. – Przyszłam tylko odwiedzić mojego małego bohatera.
– Która jest godzina? – spytałem przerażony.
– Już po dwudziestej ¬– szepnęła, zaczesując mi wciąż włosy.
Kiedy opuszkiem języka lizała moje ucho, ja próbowałem zebrać myśli do kupy. Leżałem na chirurgii ogólnej, połączonej wąskim korytarzem z oddziałem chirurgii urazowo – ortopedycznej, na którym pracował mój ojciec. Pamiętałem, że dziś miał dyżur do dziewiętnastej trzydzieści. Nawet gdyby zdarzył się jakiś nagły wypadek, było cholernie mało prawdopodobne, by postanowił jeszcze zajrzeć do mnie, szybko oszacowałem.
Alicja siedziała na brzegu łóżka, jak wcześniej mój ojciec. Nachylona nade mną, wkładała mi do ucha swój język. Gra wstępna to dziwaczny rytuał, który dopiero z czasem nauczyłem się doceniać.
– Czekaj, a jak ktoś wejdzie? – Zatrzymałem jej rękę, która zmierzała niebezpiecznie w dół.
– Spokojnie, bez obaw, o wszystko zadbałam – powiedziała figlarnie, rozpuszczając włosy. – Za drzwiami stoi Czorny. Ma nam dać pół godzinki na osobności i ani minutki mniej.
– Ale personel, w każdej chwili może do niego podejść pielęgniarka i...
– Jeśli ktoś podejdzie na pewno Czorny da nam znać ¬– przerwała mój protest i włożyła mi język do ust.
Dobrze, że nie protestowałem zbyt długo, to było najwspanialsze pół godziny w moim młodym, niedoświadczonym życiu. Alicja starała się jak nigdy, by pokazać mi, jaki ten świat jest jeszcze nieprzenikniony. Było jej okropnie przykro z tego powodu, co mnie spotkało, wciąż czuła się winna, że poszła ze mną na tamtą feralną imprezę. Chciała przeprosić, spełniając każdą moją wyuzdaną zachciankę. Ponieważ w łóżku nie mogłem za bardzo się ruszać, przejęła całą inicjatywę.
Kiedy skończyliśmy, poprawiłem ściągnięte bandaże. Mój obolały bok, dał o sobie znać; środki przeciwbólowe powoli przestawały działać.
Podciągnąłem się na łóżku i obrałem pozycję bardziej siedzącą. Ala weszła do łazience, by wziąć prysznic. Ktoś uchylił drzwi i łysy łeb Czornego zajrzał do środka.
– No i jak tam? Skończyliście? – spytał trochę speszony.
– Tak, wejdź – powiedziałem, zapraszając go do pokoju. Czorny ostrożnie zamknął za sobą drzwi i podszedł do mnie na paluszkach.
– No i jak młody? – Z początku nie bardzo wiedziałem o co pyta, ale po jego falujących brwiach i rozbieganym spojrzeniu, skaczącym miedzy mną a drzwiami łazienki, domyśliłem się wreszcie, o co mu chodzi.
– Naprawdę nieźle – odpowiedziałem krótko po chwili zastanowienia. Na szczęście nie pytał o szczegóły, bo i tak nie potrafiłbym mu o nich opowiedzieć. Dziwna rzecz. W relacji z innymi zawsze mam jakąś blokadę słowną, a kiedy zostaję sam, problem znika. W samotności dużo gadam do siebie, a w kontakcie z innymi ubieram myśli w słowa, co najmniej, jakbym tworzył poemat.
– A żebro? Boli?
– Boli, ale kiedyś przestanie. – Spojrzałem na wenflon wkłuty w nadgarstek i pustą kroplówkę zwisającą nad łóżkiem; środki przeciwbólowe już się skończyły.
– Za to co zrobiłeś, tam na moście, masz u mnie dozgonny szacun. Wszyscy już słyszeli, jak załatwiłeś Dimkę. Pat – mówił bardzo poważnie – twoje imię jest od tej pory dobrze znane. Dobrze go strzeż, dbaj o szacunek, nikomu nie pozwól go zbezcześcić, bo na koniec życia tylko imię może być coś warte. – przemawiał, jakby wręczał mi jakieś odznaczenie wojskowe, przez co o mało się nie zaśmiałem.
– Dobrze – skomentowałem krótko, próbując zachować powagę.
Pomyślałem wtedy, że istnieje jakiś niepisany bandycki kodeks, którym posługuje się przestępczy półświatek. Czorny, może nie był kryminalistą, czy jakimś osiedlowym gangsterem, ale dobrze znał te wszystkie zasady, wyrósł na nich i one nadawały sens jego życiu.
– A co z twoim wojskiem? – spytałem, widząc, że nie ma już na sobie munduru.
– Pierdolę, nie wracam tam, na razie poszukam czegoś w mieście, a potem zobaczymy.
– Wsadzą cię.
– Wiem, ale wolę iść siedzieć, niż tam wrócić. – Wyczułem, że musiało go spotkać coś naprawdę nieprzyjemnego. Może w armii? Ale postanowiłem nie drążyć tematu.
Alicja wyszła z łazienki w przepasanym nad piersiami ręcznikiem. Pomimo, że ręcznik był naprawdę krótki, nie speszyła się obecnością Czornego, ale on za to nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. "Może jednak nie był takim chojrakiem za jakiego go uważałem" – pomyślałem wtedy. Nawet jeśli nie miał śmiałości do kobiet, wciąż robił na mnie piekielne wrażenie. Jego oczy zawsze wyglądały, jak w jakimś szalonym transie. Nigdy nie wiedziałem o czym myśli, ani co mu strzeli do łba w następnej chwili.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Wszyscy z przerażeniem spojrzeliśmy po sobie. Dałem znak ręką, by schowali się do łazienki.
– Proszę – powiedziałem głośno, gdy już zamknęli za sobą drzwi.
Ku mojemu zdziwieniu do pokoju weszła dziewczyna, której dałem mój płaszcz poprzedniej nocy. Miała go teraz przełożonego przez ramię, domyśliłem się więc, po co przyszła.
– Chciałam Ci go zwrócić. – powiedziała słodziutkim, ale wciąż smutnym głosikiem.
– Dzięki, myślałem już, że go straciłem. – Strasznie lubiłem ten płaszcz, a drugiego takiego już nigdzie bym nie dostał. Nawet Alicji się podobał, mówiła, że wyglądam w nim, jak śliczniutki harcerzyk. Kupiłem go kiedyś na demobilach. Ponoć należał do francuskiego żołnierza z czasów Wielkiej Wojny, który poległ w nim od kuli. Choć wiem, że sprzedawca mocno naciągnął tę historię, lubiłem jednak myśleć, że jest prawdziwa.
– Pomyślałam, że może Ci na nim zależeć, jest oryginalny.
– Jest stary, ale przywykłem do niego.
– Masz coś na policzku.
– Ach, tak – Zacząłem palcami rozcierać szminkę Ali, czując się przy tym trochę niezręcznie.
– Czekaj, dam Ci coś – Wyjęła z torebki chusteczkę i przyłożyła mi do policzka.
– Dzięki.
– Chciałam też podziękować, za twój gest. Wyszło wtedy naprawdę podle i gdyby nie Ty...
– Nie trzeba dziękować. – Przerwałem jej. – Najlepiej zapomnijmy o tej parszywej nocy – powiedziałem, choć byłem pewny, że nigdy o niej nie zapomnę, ona chyba też nie.
– Tak, najlepiej byłoby zapomnieć – wyszeptała smutno pod nosem.
– A co z Twoim chłopakiem? – zapytałem, chcąc rozładować nieco atmosferę.
– Nie jest już moim chłopakiem.
– Przykro mi.
– A mnie wcale.
– Masz rację, gówniany był z niego chłopak. Dlaczego ten świat jest taki popaprany? – zapytałem, nie oczekując wcale odpowiedzi. Pokiwała tylko smutną główką.
– Właściwie to nawet nie wiem, jak masz na imię?
– Lena.
– A ja Artur, Artur Amunsen, ale też mówią na mnie Pat.
– Podoba mi się Artur, królewskie imię.
– Nigdy nie myślałem o nim w ten sposób.
– Może powinieneś.
– Może – odparłem.
– Muszę już uciekać. Jeszcze raz dziękuję, za to co dla mnie zrobiłeś i nie przerywaj mi, – powiedziała, widząc, że już miałem zamiar otworzyć usta. – bo dobrze zrobiłeś. Przy tamtych draniach nie wolno okazywać słabości. Ja odsłoniłam się i mało brakowało... – Przerwała, zaciskając usta. – Na szczęście pojawił się Król Artur i nakrył mnie swym magicznym płaszczem. – wyszeptała, po czym wyszła cała rozdygotana.
Była bardzo drobniutka i strasznie blada, ale też bardzo ładna. Nosiła długie, czarne włosy i mimo nieprzerwanego smutku w oczach, było tam też sporo dostojności, ciepła i ukrytego piękna. Jakby życiowe przeszkody, które napotykała, tylko ją wzmacniały. Coś w tej dziewczynie było niesamowitego. Widać, że należała do gatunku tych twardych kobiet, które na starość, otoczone gromadką wnucząt, będą odciskać na małych brzdącach swój twardy charakter. O tak! A kiedy już wnuczęta dorosną, nie raz wspomną, jaką to mieli dzielną babkę, która nauczyła ich, jak radzić sobie w życiu. Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego takie myśli krążyły mi wtedy po głowie. Kiedy poznaję kogoś nowego, zawsze próbuję go rozgryźć w ten, czy w inny sposób, a wybujała wyobraźnia sama układa takie osobliwe obrazy. Czasem nawet świeżo napotkaną osobę widzę lepiej w wyobraźni niż w rzeczywistości. Nie mam pojęcia skąd u mnie ten nawyk. Może naczytałem się za dużo książek i teraz tak mam.
Kiedy Lena wyszła, Ala i Czorny dosłownie wyskoczyli z łazienki.
– Ta mała bździągwa leci na Ciebie – oznajmiła zirytowanym głosem Alicja. Jeszcze nie widziałem jej zazdrosnej i szczerze mówiąc oniemiałem z wrażenia. Takie kobiety, jak Ala, nigdy nie pozostają wierne, wie o tym każdy, kto ma choć odrobinę oleju w głowie. Poza tym nasz związek nie działał na prawach wyłączności, co zostało mi dosadnie zakomunikowane już na samym początku.
– No, nie wiem… – zdążyłem tylko odpowiedzieć, a Alicja weszła z powrotem do łazienki, trzaskając drzwiami.
– No to się władowałeś – stwierdził poważnie Czorny.
– A co ja takiego zrobiłem?
– Pewnie więcej, niż Ci się zdaje. Nie martw się, takie już są baby. Jedna drugiej oczy wydrapie, jak poczuje zagrożenie – wyszeptał, pewnie bojąc się, że go Ala w łazience podsłucha. – Wzruszyłem tylko ramionami.
– Słuchaj jest jeszcze jedna sprawa, o której powinieneś wiedzieć. – Spoważniał nagle. – Dimka Cię szuka, powiedział, że nie odpuści, póki nie przymniesz odpowiedniego wpierdolu. Chyba chce się odgryźć. Ludzie gadają mu za plecami, płaczą ze śmiechu, jak nasrał w gacie. Pewnie myśli, że jak wpuści Ci wpierdol, w czymś mu to pomorze. Debil, ludzie i tak będą gadać, od tego przecież mają jadaczki, a jak ktoś z brygady nasra w gacie, smród jeszcze bardzo długo czuć za nim.
– Z brygady?
– No z ZBN-u. Zrzeszone Brygady Nacjonalistów. Dimka należy do czwartej brygady napierdalaczy. – Alicja wspominała kiedyś, że jej były przynależał do jakiejś bandy nacjonalistów – przypomniałem sobie.
– Co mam robić? – spytałem bezradnie.
– Najlepiej siedzieć cicho na dupie, może odpuści, chociaż nie liczyłbym na to, skurwiel jest kurewsko zawzięty. Lepiej wyucz w sobie nawyk oglądania się za plecy.
Ala wyszła z łazienki już całkiem odmieniona. Chyba dotarło do niej, że popełniła głupstwo, bo pocałowała mnie przepraszająco w policzek, znów zostawiając tam ślady szminki.
– Czy możemy już iść? – spytała, spoglądając na Czornego.
– Tak – odpowiedział posłusznie i wyszli.

IV
[akapit] [/akapit]Zostawili mnie samego w pokoju, a ja z tego wszystkiego nie mogłem już zasnąć. Postanowiłem wyjść i poszwendać się trochę po szpitalu. Zarzuciłem na siebie płaszcz, który zwróciła mi Lena i windą zjechałem poniżej parteru.
Prawie cały dolny poziom urzeczywistnia idę szalonego konsumpcjonizmu. Zabawne, że ci wszyscy drobni sklepikarze i straganiarze zostali zepchnięci do szpitalnych podziemi. Można tam nabyć dosłownie wszystko. Począwszy od papierosów i alkoholu, a skończywszy na damskich i męskich perukach. Fantazja drobnego handlu nie zna granic, ale też podlega pewnej modzie. Tysiące pacjentów szpitala tworzy bardzo specyficzne środowisko kupujących. Nieprawdopodobnie długi i szeroki korytarz podparły kolumnami, do dziś służy jako pasaż handlowy, albo promenada dla pacjentów, łączy ze sobą oddział transplantologiczny, urazowo-ortopedyczny, dwa wielkie oddziały psychiatryczne i jeden kolosalny oddział onkologiczny. Wypchane windy pacjentów w ciągu dnia bez przerwy kursują z góry na dół wypełniając ten dystrykt przekupniów istną wrzawą, ekstazą nabywców towarów.
W bocznych odnogach i ślepych zaułkach rozlokowano niezbyt popularne instytucje, jak biblioteka szpitalna, czy kaplica, a nawet fryzjer. Aby tam wejść, trzeba przeciskać się miedzy jednym a drugim straganem. Najbardziej dziwi mnie, że w jednej z tych bocznych alejek działała kostnica, a w przeciwległej krematorium. Przykryte brezentem zwłoki są przewożone wąskimi łóżkami przez skrzyżowania pełne ludzi, co na nikim nie robi wrażenia. Te łóżka pchane po zatłoczonym pasażu niejednokrotnie wymijały, albo wręcz ocierały się o śmiertelnie chorych pacjentów, którzy przychodzili tutaj przymierzać tanie peruki, albo chusty na swe wyłysiałe od chemioterapii czaszki; a przy okazji doświadczali marnego końca swych współbraci w cierpieniu, który też może ich niebawem spotkać. W jednej z odnóg nawy handlowej ulokowano salki dla obłożnie chorych, leżących pacjentów, których umieszczano tu chyba tylko po to, by mieli bliżej do prosektorium. W czterech salkach poupychano od dziesięciu do nawet dwudziestu łóżek, których pilnują na zmiany trzy niewykwalifikowane pielęgniarki, przypominające swą fizjonomią babcie klozetowe, które zresztą pełnią też funkcję salowych. Niewdzięczna to i obrzydliwa robota, jednak siostry-kostuchy, jak wołają na nie lekarze z góry, nawykły już do smrodu uryny i nadgniłych ciał znajdywanych nad ranem. Węch pewnie straciły już po pierwszym miesiącu pracy, a wrażliwość po tygodniu. Handel bazarowy jest więc często okraszany agonalnymi okrzykami, dochodzącymi z tych umieralni.
[akapit] [/akapit]O tak późnej porze korytarz stał prawie pusty, ale co jakiś czas przemykał po nim jakiś odgłos zawodzenia. Wszedłem do jednej z kawiarenek i zamówiłem gorącą czekoladę. Krzesełka barowe, obite czerwoną skórą, przypominały amerykański styl z lat siedemdziesiątych.
– Proszę słoneczko – powiedziała kelnerka z szczerym uśmiechem, podając mi gorącą filiżankę czekolady, po czym wyszła na zaplecze. Rozsiadłem się w rogu kafejki na landrynkowo-czerwonej kanapie i rozmyślałem o Dimce, o tym, jak mogę się go pozbyć. Nie miałem żadnego pomysłu. – Skurwiel! – zakląłem w myślach. – Będę musiał improwizować. Na pewno nie dam się skatować temu imbecylowi, nie wystraszy mnie, będę górą – dodawałem sobie otuchy. Dopiero piskliwe zawodzenie wyrwało mnie z chwilowego letargu.
[akapit] [/akapit]Naprzeciwko kafejki, boczna odnoga korytarza prowadziła prosto do trupich salek. Dźwięki zawodzenia niosły się stamtąd po wilgotnych ścianach, jak echa w kolosalnej tubie. Pierwszy raz odwiedziłem Kostuchy na początku ogólniaka, kiedy przyszedłem do ojca, by pochwalić się świadectwem. Chociaż już wcześniej chciałem zobaczyć te sale, ale ojciec nigdy nie pozwalał na to. Nie wszyscy mogli do nich wejść. Jedynie najbliższe rodziny pacjentów i ścisły personel szpitala mieli tam przydzielony dostęp. Kiedy wszedłem do gabinetu ojca, a jego nie było, bo przeprowadzał jakąś skomplikowaną i długą operację, nadarzyła się idealna okazja. Na sekretarzyku wisiał identyfikator z dostępami. Zawiesiłem go na szyi i zjechałem na dolny poziom. Jak zwykle panował tam okropny ścisk, z trudem przepchnąłem się do nawy z salkami. W tej części korytarza żaden sprzedawca nie chciał rozstawiać swojego majdanu, więc było w miarę luźno. Jedna z Kostuch stała przy otwartych drzwiach do sanitariatu. W zawilgoconym i cuchnącym śmiercią korytarzu, słychać było odgłosy umierania.
– Witam, jestem na pierwszym roku medycyny i przysłano mnie na oględziny jednego z pacjentów na tym oddziale. – skłamałem, z czym nigdy nie miałem problemu. Choć w tym, co powiedziałem, nie było nic nadzwyczajnego. Słyszałem od ojca, że lekarze stroją sobie żarty z nowych praktykantów, wysyłając ich na dół, do Kostuch. Potem przychodził taki jeden z drugim na górę, na wpół zielony, ze śladami zwróconego śniadania na fartuchu, a lekarze, mając ubaw po pachy z młokosa, patrzą, jak do końca dyżuru co trochę biega do sanitariatu.
– Aaa – wyksztusiła skrzekliwie, jak kruk. – A przepustkę ma?
– Ma. – Pokazałem jej, zasłaniając kciukiem zdęcie ojca.
– To niech włazi, byle szybko, bo sprzątać musze – zaskrzeczała. Przypominała wiedźmę. Stała przygarbiona, podpierając się długą szczotką. Włosy miała nastroszone jak pióra, na wpół siwe i na wpół żółte. Kiedy mijałem pokój Kostuch, ich siedlisko, odruchowo zajrzałem do środka. Panował tam półmrok, jedna żarówka świeciła, zwisając na długim przewodzie, ale jej światło ginęło w tym pomieszczeniu. Ciemne, okopcone ściany odbijały tylko mrok. Na półkach leżały tekturowe pudła wypchane pampersami dla dorosłych.
– Eee! – krząknęła jeszcze Wiedźma za moimi plecami, przywołując mnie do siebie – Ty nie zwyczajny, niech lepiej weźmie to, – Podała mi opaskę na nos i usta – niech włoży. Nie bede sprzątać, jak napaskudzi sam posprząta. Eeeh młokosy – zaskrzeczała, szurając przy tym miotłą, jakby chciała gdzieś odlecieć.
Przyłożyłem kartę do czytnika i wszedłem do jednej z salek z opaską sanitarną na nosie i ustach. W środku wcale nie było jaśniej niż na korytarzu. Żółte światło opadało opornie na łóżka i ściany. Wykrzywione w bólu twarze na mój widok wcale nie zareagowały. Obcowanie ze śmiercią – nie zwykłym umieraniem – ale śmiercią niemalże męczeńską, powodowało u tych ludzi mistyczne doświadczenie. Już kilka razy widziałem śmierć, ale czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu. Oni wyczekiwali na koniec, każde spojrzenie błagało, by zakończyć ich cierpienie. Leżeli tam ludzie, którzy naprawdę pogodzili się ze śmiercią i znienawidzili życie.
Kostucha podobna do wiedźmy weszła do salki.
– Niech się przesunie! – Uderzyła mnie łokciem w bok, bo długo stałem oniemiały w przejściu. Przesuwała ściśnięte łóżka do krawędzi ściany, jakby rozpakowywała przepełniane walski z wakacji, aż utorowała sobie miejsce do jednego z łóżek stojących w środku. Zrzuciła kołdrę, jakiejś krępej babulinki, przewróciła jej ciało na lewy bok i przyłożyła do jej pośladka mokrą szmatkę z solą fizjologiczną. Babcia stęknęła głośno i zagryzła mocno bezzębne dziąsła. Podszedłem bliżej, by lepiej zobaczyć ten bolesny proceder. Na prawym pośladku miała odleżynę wielkości pomarańczy. Wetknąłem tam przerażone spojrzenie i we wnętrzu tej dziury zobaczyłem wystającą, białą kość. Wyglądała zza czerwonej tkanki, jak zabielone, ślepe oko. Na miejscu zemdliło mnie. Tak jak stałem, puściłem pawia. Nie zdążyłem nawet zdjąć opaski sanitarnej, przez co o mało nie udławiłem się własnymi wymiocinami. Wiedźma, zamiast mnie ratować, zaczęła głośno skrzeczeć mi do ucha jakieś przekleństwa. Uciekłem stamtąd, krztusząc się i plując. Obiecałem sobie, że moja noga już nigdy więcej tam nie postanie. Jednak nie dotrzymałem tej obietnicy.
Dopiłem czekoladę i odstawiłem kubek na blat, kelnerka nadal siedziała gdzieś na zapleczu. Z głębi alei czyjeś jęki zaczęły coraz bardziej przybierać na sile, aż stały się nieznośne. Po chwili usłyszałem płacz, jakby znajomy, bliski mi płacz, ale nie mogłem skojarzyć, do kogo należy. Wstałem i skręciłem w ślepy zaułek, maszerując w kierunku jednej z czterech umieralni na końcu wąskiej odnogi korytarza. Drzwi do salki były lekko uchylone, a siedlisko Kostuch po prawej zamknięte, światło zgaszone. Nie chciałem bardziej uchylać drzwi. Wściubiłem tam tylko nos i moje lewe oko. Od razu poczułem ten niewyobrażalny odór zakiszonej uryny, przez co niemal zwymiotowałem.
Odwróciłem głowę, by zaczerpnąć powietrza z korytarza. Przy drugim podejściu starałem się oddychać przez usta, co i tak wzbudzało we mnie odruch wymiotny – wciąż czułem kwaśne powietrze w płucach. Stałem otępiały i miałem w głowie pustkę. Po chwili zobaczyłem Lenę – klęczała w prawym rogu salki. Płakała tymi samymi łzami, co poprzedniej nocy, ale teraz z jeszcze większym smutkiem i bezsilnością. Na łóżku przed nią leżała stara, wysuszona kobieta, bez włosów na głowie. Nie spała. Patrzyła błagalnie w sufit, słuchając szlochów Lenki. Na moje oko nie zostało jej zbyt wiele czasu, widziałem już takie umieranie. W niewielkim odstępie człowiek starzeje się o dwadzieścia, trzydzieści lat, jakby jakaś niszczycielska siła wyciskała z niego wszystkie życiodajne soki.
Nie wiem jak długo tam stałem – godzinę, może dwie. W pewnym momencie obolała kobieta z trudem podniosła wychudzoną rękę do góry, wskazując palcem coś na suficie. Ręka w końcu opadła bezwładnie, a oddech ustał. Na twarz wstąpiła całkowita błogość, jakby w tej właśnie sekundzie dusza znalazła ujście z cierpiącego ciała.
Lena wstała przerażana, położyła ręce na martwym ciele, jakby chciała jeszcze ratować kobietę, ale patrząc w jej spokojne oczy, w ostatniej chwili zrezygnowała. Upadła na podłogę i strasznie załkała. Nie wiem czemu, ale nie mogłem znieść jej płaczu. Wpadłem do środka, by podnieść ją z ziemi. Zaskoczona moim widokiem, nie wiedziała co powiedzieć. Cała drżała, targał nią silny wstrząs. W końcu przestała płakać, ale nadal nic nie mówiła. Odgarnąłem jej włosy z czoła. Oczy miała rozbiegane w każdą stronę, a rysy wykrzywione z bólu. Chciałem z nią wyjść, ale nie pozwoliła na to, krzyknęła, jakby ją rozdzierali na pół, łapiąc się kurczowo poręczy łóżka, na którym leżała martwa kobieta.
Do środka wpadała zdziwiona moją obecnością Kostucha – siostra-bliźniaczka tamtej wiedźmy.
– Co tu takie hałasy? – Zaskrzeczała z groźnym grymasem na popielato-żółtej twarzy.
– Matka mi umarła – wyszeptała smutno Lenka, wciąż trzymając się poręczy łóżka.
– Wiadomo, że umarła. Wiadomo! Nie oddycha. Krzyczeć nie trzeba, tu inni śpią! – „Raczej dogorywają” – Pomyślałem.
– Co teraz będzie z ciałem? – spytałem niepotrzebnie.
– Do kostnicy! – krzyknęła, jakby wydawała komuś komendę do wymarszu. Brutalnie odepchnęła Lenę i wyszarpnęła łóżko spod ściany. Szliśmy za nią wolno, zagłębiając się w martwy, wilgotny korytarz z wieloma odnogami.

Tagi:

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#2 » 2 years temu (19 lut 2016, o 08:36)

...

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 859

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#3 » 2 years temu (19 lut 2016, o 19:42)

Drogi autorze,czy planujesz zrobić z tego Harlequina?:)Mam wielką nadzieję,że nie.Na razie jeszcze nie jest zbyt tkliwie,ale dla mnie zbliża się to do niebezpiecznej granicy.
Ps.Bardzo podobała mi się scena w części szpitalnej...dokładnie cz.IV,zakończenie mniej...z wiadomego powodu.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#4 » 2 years temu (19 lut 2016, o 19:42)

Harlequina?:) W sumie czemu nie, w następnym rozdziale będzie tkliwa scenka w kostnicy :)

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 859

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#5 » 2 years temu (19 lut 2016, o 19:45)

Jak ją tak dobrze opiszesz jak scenę IV, to może przełknę.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#6 » 2 years temu (19 lut 2016, o 19:58)

Tak naprawdę, to nie będzie żadnej pikantnej scenki z Lenką.
Cieszę się, ze się podoba. Może końcówkę jeszcze zmienię. Jestem otwarty na wszelkie propozycje z fabułą.

Awatar użytkownika
Anna Nazabi
świetlista lanca mrozu
świetlista lanca mrozu
Posty: 859

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#7 » 2 years temu (19 lut 2016, o 20:44)

Końcówka dla mnie trochę tkliwa z jednej strony,z drugiej strony uryna i pocałunek,wcześniej puszczanie pawia,jakoś mi razem nie pasują. Ale tekst nadal bardzo mi się podoba i niesamowicie wciąga.

Awatar użytkownika
Echolalia
magiczna kosa
magiczna kosa
Posty: 575

Amunsen

Post#8 » 2 years temu (19 lut 2016, o 21:19)

szukając gdzieś w bezkresach przestrzeni śladów obcych cywilizacji. Marzyłem, by znaleźć statek kosmiczny, który zabierze mnie z tej planety w bardziej cywilizowane miejsce

Lepiej by brzmiało bez powtórzenia.
Gdy miałem już zamiar otwierać następne pudło, wielkie kamory na zewnątrz zgasły. Ciężkie kroki ojca zmierzają do sypialni, jeszcze jeden, drugi, trzeci – liczę po cichu – i słychać trzask starego materaca, po czym nastaje grobowa cisza
.
Czemu ma służyć to mieszanie czasów? ;)
Ale nie mam do nich pretensji, sam też nie jestem przecież jakiś święty, po prostu czuję, że miałem nieco więcej szczęścia w życiu.
Maszeruję spokojnie chodnikiem, gdy nagle jakaś zakapturzona twarz, zza jednej z tych bram, podnosi na mnie swój podejrzliwy wzrok.

Może bez jednego z nich?
Słowo daję, jeszcze niedawno posrałby się w gacie, gdyby jakiś podejrzany typ chciał w środku nocy zwinąć mi zegarek

Posrałbym.
Zawsze myślałem, co ona czuje, kiedy to robi

Może zastanawiałem się? Myślałem raczej nie pasuje do kontekstu.
kiedy patrzy na mnie, jakby reszta jej życie właśnie nadeszła, muszę z tym skończyć

Życia.
wszyscy wiedzą, że możesz skatować dzieciaka, lepiej pokarz nam, jak sra w gacie ze strachu i błaga o litość

Pokaż.
Przestrzeń między mostem, a wodą zaczęła się dziwnie wydłużać, aż w pewnym momencie odniosłem wrażenia, że nic tam nie ma

Wrażenie.

W dialogu w ostatnim fragmencie masz dwa razy odpowiedziałem i też bym to zmieniła.
Proponuję zapoznać się z tym, jak powinno się zapisywać dialogi, bo nawet przecinki ci się wkradają przed myślniki, a takiej formy już dawno nie widziałam ;)
Dlaczego napisałeś o białym szczurze, a nie o zwykłym szaraku? Przez ten kolor mam nadzieję na jakieś rozwinięcie szczurzej historii, czy będzie? Bo teraz się tak zastanawiam... może uciekł z laboratorium i przenosi jakąś dziwną chorobę :D
Właściwie chyba popełniłam błąd, że najpierw przeczytałam komentarze, a one wszystkie takie pochwalne są, że spodziewałam się jakiegoś efektu wow. Póki co żadnego wowa nie było, ale przyznaję, że historia wciąga i jest przyjemnie napisana. I jak na razie bardziej od głównego bohatera ciekawi mnie postać Ali, mam nadzieję, że szybko nie zniknie i wnikniesz nieco w jej psychikę, napiszesz trochę o przeszłości itd.
Widziałam, że dodałeś kolejne rozdziały - może napisz do moderatora, żeby dodał ten nowy wątek do tego tak, żeby wszystko było w jednym miejscu? Bo to niewygodne, kiedy części rozsypane są po całym dziale z prozą.

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen

Post#9 » 2 years temu (20 lut 2016, o 14:02)

Echolalia pisze:Dlaczego napisałeś o białym szczurze, a nie o zwykłym szaraku? Przez ten kolor mam nadzieję na jakieś rozwinięcie szczurzej historii, czy będzie? Bo teraz się tak zastanawiam... może uciekł z laboratorium i przenosi jakąś dziwną chorobę :D

Jeśli mas ochotę, zawsze możesz dopisać taką historię.
Echolalia pisze:Właściwie chyba popełniłam błąd, że najpierw przeczytałam komentarze, a one wszystkie takie pochwalne są, że spodziewałam się jakiegoś efektu wow. Póki co żadnego wowa nie było

Bo widzisz, książek nie ocenia się po okładkach, a opowiadania na forach po komentarzach.
Echolalia pisze:I jak na razie bardziej od głównego bohatera ciekawi mnie postać Ali, mam nadzieję, że szybko nie zniknie i wnikniesz nieco w jej psychikę, napiszesz trochę o przeszłości itd.

Szczerze mówiąc, nie miałem tego w planach. Ale jeśli masz jakiś pomysł na Alę, to napisz.
Wielkie dzięki zwłaszcza za wychwycenie błędów, wiedziałem, że jest ich tam całkiem sporo. Kiedy czyta się tekst po raz piąty, wszystko zaczyna mi się zlewać. :(

Piotrek84
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 163

Amunsen - część druga r. III, r. IV

Post#10 » 2 years temu (20 lut 2016, o 14:05)

Anna Nazabi pisze:Końcówka dla mnie trochę tkliwa z jednej strony,z drugiej strony uryna i pocałunek,wcześniej puszczanie pawia,jakoś mi razem nie pasują. Ale tekst nadal bardzo mi się podoba i niesamowicie wciąga.

Dzięki, masz rację z tą tkliwością. Zmienię zakończenie,

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość