Pisarz powieści kieszonkowych, cz.2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Olka
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Pisarz powieści kieszonkowych, cz.2

Post#1 » 18 gru 2016, o 18:02

Po raz kolejny świadomie wystawiam się na ostrzał :-D Kolejny rozdział.

Rozdział drugi

Ojciec Giorgio skradał się po błoniach. Cały klasztor pogrążył się już w ciemnościach. Jedyną zbroją mnicha był jego habit. Nic nie mogło go uratować, ochronić przed demonami przeszłości. Echo jego kroków niosło się po placu. Jedynymi towarzyszami ojca Giorgio były księżyc i mrok. Mrok, który przez tyle lat gnieździł się w jego duszy.
Franciszkanin zatrzymał się i nasłuchiwał, niczym spłoszony tchórz. Zatracał się w ciszy, upewniał, że nikt za nim nie podąża. Ruszał dalej, a jego serce chciało wyrwać się na wolność i uderzało w piersi. Serce. Czy ojciec Giorgio miał jeszcze serce? Nikt nie mógł tego wiedzieć, a jednak to wrażenie prześladowało go każdego dnia i nocy. Gdzieś w oddali odezwała się samotna sowa, istny rarytas w tym regionie. Duchowny przystanął znowu. Na jego pomarszczonej twarzy pojawiły się kropelki potu. Drgnął. Nie był pewien, czy coś słyszał. Jest czy nie? Wiatr targał resztki jego siwych włosów. Świszczał, jakby naśmiewał się z ojca Giorgio. Nie żałował go nawet wiatr.
Coś poruszyło się w oddali. Próbował coś dostrzec. Chciał, by ciemność odkryła przed nim swe karty. Ukazała, co ukrywa. Jak jednak wymagać od niej czegoś, czego osobiście nie potrafił osiągnąć?
Zobaczył. Było za późno. W jednej sekundzie uderzyły w niego siódme poty, a natrętny ucisk w żołądku nie dawał spokoju. Poruszył wargami, ale nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku. Nie próbował nawet uciekać. Ani prosić. Nie pytał "dlaczego?". Dobrze znał odpowiedź. Do jego starych, odstających uszu dotarł stłumiony lekko huk.
Świst...
I ból w lewek łydce...
Niewyobrażalne ciepło zalało całe jego ciało...
A chwilę później ulga...
Upadł na trawę z głuchym łoskotem...
Kroki...
Stanął nad nim. Wysoki, barczysty. Blask księżyca oświetlał jego twarz. Bladą, kamienną twarz.
- Nie bój się - przemówił. - Na razie nie umrzesz.
Ojciec Giorgio wydał z siebie cichy jęk.
- Ale już niedługo. To był tylko środek usypiający dla dzikich zwierząt.
Pochylił się nad nim.
- Nie broń się. Po takiej dawce nie dożyjesz świtu.
Przykucnął obok mnicha i uśmiechnął się szeroko.
- Wiesz po co tu jestem i dlaczego. Wiesz. Za trzy minuty stracisz świadomość, będę się więc spieszył.
Wyjął z torby zrolowany czarny materiał. Z nabożeństwem rozwinął go na ziemi. Ujął nożyczki, którymi przeciął ubranie zakonnika. Tamten patrzył na niego z przerażeniem w oczach. Wciągał głośno powietrze. Zaczynał oswajać się z tą myślą.
- Teraz zrobię to, co ty zrobiłeś mojemu ojcu.


Odłożyłem kubek z kawą. Wyjąłem kartkę z maszyny. Kolejna kartka, kolejnej książki, którą znienawidzę. Odepchnąłem się od biurka i na krześle podjechałem do pomocnika. Zabrałem nowy świstek papieru. Włożyłem go do maszyny. Wcisnąłem klawisz dużej litery. Znowu to samo. Wpatrywałem się w pustą kartkę i klawiaturę. QWERTZ. Nigdy nie znosiłem "qwertz". Oznaczało to, że kompletnie nie wiedziałem, co dalej pisać. Rzuciłem okiem na zegar. Druga. Ale druga w nocy, czy druga po południu? To jeden z uroków nocy polarnej. Zatracasz się w niej. A czas zatrzymuje się. Jest to na swój sposób magiczne, ale potrafi też denerwować. Myślę, że życie jest pełne magii. Trzeba tylko umieć ją dostrzegać. Niestety, wielu z nas jej nie widzi. Spowodowane jest to zbyt naukowym podejściem do świata. Nie mam nic naprzeciw nauce, ale czy daje ona odpowiedzi na wszystkie pytania?
Czasem śmiać mi się chce z ludzi nauki, którym tak ona zajęła umysł, że przestają dostrzegać wartości poza nią. Przestają patrzeć sercem. Szkiełko robi z nich głupców. Dlatego w życiu powinno się zachować równowagę między rozumem a sercem. Człowiek balansuje na linie, a serce i rozum pociągają go raz w jedną, raz w drugą stronę. Jeśli jedno z nich pociągnie nas za bardzo w swoją stronę, spadniemy. Łatwo jest o tym mówić. Pisać jeszcze prościej. Ale wraz z upływem czasu przekonujemy się, że trzeba wybrać. Czasem przewagę zdobywa jedno z nich i nie wiem dlaczego, ale najczęściej jest to, niestety, rozum. Uważam, że wielu konfliktów i bezsensownych wojen można uniknąć, gdy się postawi na serce. Bo to, co racjonalne, nie zawsze jest dobre.
Uśmiechnąłem się na myśl o tym, ile wojen wynikało z rozsądku. Kawa całkowicie wystygła. Była już tylko gorzką, ciemną cieczą. Narzuciłem na ramiona sweter i wstałem zza biurka. Wena odeszła. Wena jest wybredna. Wena jest niestała.
Postawiłem czajnik na kozie i usiadłem w fotelu. Utkwiłem wzrok w grzbietach książek w biblioteczce i słuchałem pieśni wiatru. Rozbijał się o ściany, huczał jak rozwścieczony.
Pamiętam dzień, w którym oznajmiłem ojcu, że chcę grać na skrzypcach.
- Nie ma najmniejszej mowy! - oznajmił kategorycznie. - Nie będziesz grał na żadnych skrzypcach.
- Dlaczego? - spytałem wtedy.
- Nie przystoi ci - odrzekł. - Wikingowie nie grali na skrzypcach.
- A skąd wiesz?
- Wiem. Po prostu wiem.
Prychnąłem.
- Tak. Grabili, gwałcili i palili. Może też mam zacząć, żebyś był dumny? - odgryzłem się.
Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jak bardzo ojca tym zdenerwuję. Nastały ciche dni. Nie usłyszałem od niego słowa przez następne dwa tygodnie. Ale grałem. Przypominało to wycie obdzieranego ze skóry kota.
- Nie! Nie! Szto ty wyrabiasz?! - Żargonow rwał resztki włosów z głowy.
Potem krył twarz w dłoniach i pojękiwał żałośnie.
- Jedyny uczeń...jedyny...wstyd... - mruczał.
Później zwykle wstawał, przechadzał się po pokoju dłuższą chwilę i rzucał lekceważąco:
- Allegro.
- Proszę?
- Allegro. Graj to allegro.
Nie wiedziałem na czym polegało "grać allegro".
- Szto ty? Duraka walajesz? - pytał zniecierpliwiony Żargonow. - Kak ty się oddychać nauczył, jak tak prostej rzeczy nauczyć się nie potrafisz?
Stary Rosjanin był nauczycielem niecierpliwym, ostrym, wymagającym i niesprawiedliwym. Wiele razy po prostu skrzypiec nienawidziłem.
- Zostaw to - mówił ojciec. - To nie dla ciebie.
Ja jednak byłem uparty. Aktorstwo porzuciłem. Odpuściłem marzenie. Kolejnego nie miałem zamiaru. Piłowałem i piłowałem. Aż pewnego dnia Żargonow powiedział:
- Jest dobrze.

Tagi:

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Zdobywca Artefaktu 2014 i Autor Lata 2018
Posty: 1062

Pisarz powieści kieszonkowych, cz.2

Post#2 » 18 gru 2016, o 20:01

Jedyną zbroją mnicha był jego habit.

„jego” – niepotrzebne.

Jedynymi towarzyszami ojca Giorgio były księżyc i mrok.

„ojca Giorgio” - niepotrzebne; powtórzenie.

Czy ojciec Giorgio miał jeszcze serce? Nikt nie mógł tego wiedzieć, a jednak to wrażenie prześladowało go każdego dnia i nocy.

Wrażenie serca go prześladowało? Nie wiedział czy je ma (zwłaszcza, że chciało się wyrwać na wolność i uderzało w piersi)? Na tyle anatomię i warunki niezbędne do funkcjonowania ludzkiego organizmu wypadałoby znać; nawet w średniowieczu.

Gdzieś w oddali odezwała się samotna sowa, istny rarytas w tym regionie.

Sowa rarytasem? Nietrafne określenie.

W jednej sekundzie uderzyły w niego siódme poty, a natrętny ucisk w żołądku nie dawał spokoju.

„nie dawał spokoju” - czynność trwająca, a tutaj jest mowa, że odczucia powstały w jednej sekundzie.

Odłożyłem kubek z kawą. Wyjąłem kartkę z maszyny. Kolejna kartka, kolejnej książki, którą znienawidzę. Odepchnąłem się od biurka i na krześle podjechałem do pomocnika. Zabrałem nowy świstek papieru. Włożyłem go do maszyny. Wcisnąłem klawisz dużej litery. Znowu to samo. Wpatrywałem się w pustą kartkę i klawiaturę. QWERTZ. Nigdy nie znosiłem "qwertz". Oznaczało to, że kompletnie nie wiedziałem, co dalej pisać. Rzuciłem okiem na zegar.

„łem” jedenaście razy! Tak nie można pisać! Nie znasz innych form czasownika i sposobów przedstawienia czynności czy zmian?

Spowodowane jest to zbyt naukowym podejściem do świata. Nie mam nic naprzeciw nauce, ale czy daje ona odpowiedzi na wszystkie pytania?
Czasem śmiać mi się chce z ludzi nauki, którym tak ona zajęła umysł, że przestają dostrzegać wartości poza nią. Przestają patrzeć sercem. Szkiełko robi z nich głupców. Dlatego w życiu powinno się zachować równowagę między rozumem a sercem. Człowiek balansuje na linie, a serce i rozum pociągają go raz w jedną, raz w drugą stronę. Jeśli jedno z nich pociągnie nas za bardzo w swoją stronę, spadniemy. Łatwo jest o tym mówić. Pisać jeszcze prościej. Ale wraz z upływem czasu przekonujemy się, że trzeba wybrać. Czasem przewagę zdobywa jedno z nich i nie wiem dlaczego, ale najczęściej jest to, niestety, rozum. Uważam, że wielu konfliktów i bezsensownych wojen można uniknąć, gdy się postawi na serce. Bo to, co racjonalne, nie zawsze jest dobre.

Truizm. I to wyjątkowo oklepany. Jeśli już chcesz przedstawić tak wyświechtaną myśl (nieważne, jak bardzo jest słuszna), to musisz znaleźć dla niej choćby w miarę ciekawą, oryginalną, a najlepiej niebanalną formę. W przeciwnym razie, jest to niestrawne. A Ty wygłaszasz ją mentorskim tonem ex cathedra jak wielkie odkrycie.

Pamiętam dzień, w którym oznajmiłem ojcu, że chcę grać na skrzypcach.

Była forma dokonana, nagle zmieniasz ja na niedokonaną, a na dokładkę temat skrzypiec wyskakuje jak diabeł z pudełka.

- Nie przystoi ci - odrzekł. - Wikingowie nie grali na skrzypcach.
- A skąd wiesz?
- Wiem. Po prostu wiem.

Nie rób z tatusia idioty. To nie jest odpowiedź, wyjaśnienie; zwłaszcza udzielone dziecku.

Nie wiedziałem na czym polegało "grać allegro".

Uczysz się muzyki u prywatnego nauczyciela, grasz już jakiś czas i nie wiesz czym jest „allegro”? Nie wytłumaczył, nie nauczył podstaw?

- Szto ty? Duraka walajesz? - pytał zniecierpliwiony Żargonow.

To drobiazg, ale jak już ma to być transkrypcja rosyjskiego, to „waliajesz”.

Fragment odnoszący się do gry na skrzypcach jest nazbyt schematyczny, zbyt krótki i powierzchownie potraktowany.

Sugeruje popracować jeszcze nad tym tekstem.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości