Finnabell: Prawdziwa historia (rozdział pierwszy)

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
harbanovitz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Finnabell: Prawdziwa historia (rozdział pierwszy)

Post#1 » 1 year temu (5 sty 2017, o 17:06)

Rozdział pierwszy, w którym poznaję pana Revela
Mia
Edynburg, który od 1437 roku pełni funkcję stolicy Szkocji, jest położony pomiędzy wybrzeżem a górami. To właśnie w tym mieście tworzyli tacy słynni pisarze, jak Conan Doyle czy Rowling. Mamy zoo, cztery uniwersytety, oraz wiele mówiącą dewizę "Na próżno, jeśli bez Pana". Jednak, w sytuacji w jakiej się znalazłam to bez znaczenia. Bo po co mi to wiedzieć, jeśli i tak nie mogłabym się tym z nikim podzielić? Niektórzy ludzie są jak magnesy- przyciągają nas do siebie, właściwie bez wszelkich starań. Niektórzy są jak odkurzacze, muszą się najpierw włączyć, by nas do siebie ściągnąć. Jednak, istnieją również takie osoby jak ja- jak gwóźdź. Ani nikogo nie przyciągamy, a jedyne do czego jesteśmy zdolni, to wyrządzić krzywdę. Nie mam oczywiście na myśli, że jest to nasze jedyne zadanie, czy, że jest to nasz cel życiowy. Tacy jesteśmy i nie mamy szansy tego zmienić.
Wstałam od komputera, na którym pisałam referat. Panu Scrimmanowi to się prawdopodobnie nie spodoba. Nigdy nie uważał moich prac za coś godnego uwagi. Przypuszczam, że dlatego, że będąc jeszcze w pierwszej klasie napisałam poruszające opowiadanie na temat nauczyciela angielskiego, niesprawiedliwie oceniającego elfa, który starał się zaimponować wilkołakowi, przez długi esej o wilczych skarpetkach. Za tydzień zaczynają się wakacje, a ten Stary Krokodyl kazał nam napisać referat, z oceną na przyszły rok. Właściwie nie wiem po co się staram. Po zakończeniu czwartej klasy zostanę przepisana do nowej szkoły. Stary Krokodyl pewnie wejdzie do klasy w nowym roku szkolnym i pomyśli „No cóż, widać panienkę Havelock pożarł Wilkołak Tim” i więcej o mnie nie wspomni. Tak samo pomyśli pani Levesque oraz Pomarańcza. Wszystkich ich łączy jedna rzecz- niesamowita zdolność nie zauważania gwoździ, ludzi jak ja. Pani od wychowania fizycznego, krępa Jade Portman pewnie sobie mruknie pod nosem „Szkoda tej naszej Mii, jako jedyna chciała ćwiczyć” i na tym skończy się jakakolwiek pamięć o mnie.
Właściwie to dobrze, bo pomyślimy logicznie- z jakiegoś powodu szkołę zmieniam. Nie żeby było mi w niej źle. Miałam swoją tajną bazę, gdzie w czasie długich przerw rysowałam szkice, miałam swoją ulubioną ławkę w szatni, z której wygłaszałam przemowy, godne Georga Lomaxa* oraz ulubioną klasę, w której poczciwy profesor Arterton rozmawiał ze mną o polityce i historii. Jak mówiłam, nie było mi tam źle. Jednak, z czasem człowiek zaczyna czuć jak mu doskwiera nuda, samotność a na koniec smutek. Dwa pierwsze da się znieść, jednak smutek powoli przerasta człowieka. Prawda jest prosta, w tej szkole nigdy nie miałam przyjaciół. Powszechnie było wiadomo, że Mia Havelock „jest dziwną osobą, posiadającą nietypowe pasję”. W naszych czasach posiadanie czegoś nietypowego, co może się wyróżnić lub odstawać jest wręcz nie do przyjęcia. Kiedyś, zwiedzając Pałac Holyrood, natknęłam się na może dziesięcioletnią dziewczynkę. Miała długą, ciemnozieloną sukienkę i dwa, złote warkoczyki. Kiedy szła za swoją mamą, zwiedzającej pałac zauważyłam w niej coś niezwykłego. Zamiast jak jej rówieśnicy, wpatrywać się w telefon, lub płatać nieprzyjemne dowcipy, dziewczynka uważnie wpatrywała się w obrazy. Potem przeszła do dużego okna, a następnie krzywym pismem naskrobała coś na karteczce. Pokazała ją mamie, wyraźnie zadowolona z efektu. Mama jednak nie doceniła starań córki, bo zgniotła kartkę i rzuciła w kąt, wykrzykując w kierunku dziewczynki kilka nieprzyjemnych słów. Potem obydwie odeszły. W dziewczynce jednak nastała zastanawiająca zmiana, już nie tryskała energią i pozytywizmem. Stała się wręcz otępiała, a jej twarz zdobił jakby grymas. Wyciągnęła telefon i zaczęła znudzona klikać w jakąś grę. Więcej jej nie widziałam. Jednak, zanim całkiem straciłam ją z widoku, podniosłam zgniecioną notatkę, rzucając na nią oko. Był to dosyć krótki, aczkolwiek przejmujący fragment opowiadania. Księżniczka Edmunda musiała wyjść za mąż za króla Wiktora, bo inaczej jej ukochany smok, Azor zostanie zgładzony. Historia piękna, szczególnie, że wypłynęła spod ręki, a co ważniejsze wyobraźni dziecka. Nie pojmuję do dzisiaj, jak jej matka mogła tak się zachować. Pewnie z początku ją przeraziło zachowanie córki, bo okazała się inna. Okazała się gwoździem. Jednak, czy nie było to piękne? Według niej zapewne nie. Kobieta była autorytetem córki, postąpiła co najmniej niewłaściwie. Zabrała jej ważną cząstkę siebie i zgniotła wraz z kartką. Powód był dla niej oczywiście jasny i zrozumiały- nie chciała dopuścić, by córka się wyróżniała. Kiedy opowiedziałam powyższą sytuację mojej własnej mamie, ta uśmiechnęła się i odparła:
– Masz szczęście, że ja nie chciałam byś była szablonowa.
Przytaknęłam jej wtedy i powróciłam do szycia sukienki dla Amadeusza. Patrząc teraz na tę sytuację, zastanawiam się, czy moja mama nie żałowała, że w porę mi nie „zgniotła kartki”. Bo przecież, gdyby zahamowała moje twórcze zapędy, pewnie dzisiaj siedziałabym z jakąś wymuskaną Kate w jej bogatej willi, malując paznokcie na kolor zgniłej maliny. Plotkowałybyśmy o przystojnym Kenie, czy też Jamesie, pijąc zdrowe koktajle, zrobione przez jej mamę, po trzech operacjach plastycznych. Potem zadzwoniłby wyżej wymieniany Ken i zaproponowałby jej wspólny wypad do kina, a moim zadaniem byłoby jedynie piszczeć „z radości”, że moją przyjaciółkę wreszcie spotkała taka świetna okazja. Miesiąc później, owa Kate byłaby po trzech kłótniach, dwóch rozstaniach i jednym powrocie do Kena, a to wszystko z czystej miłości.
Chyba będę musiała podziękować mamię, za możliwość rysowania i czytania, zamiast bawienia się ultra chudymi Barbie i cotygodniowe wyjścia do SPA.
Po zakończeniu referatu dla pana Scrimma, zabrałam się za coś o wiele ciekawszego, niż magnesy, odkurzacze i gwoździe. Wpisałam odpowiedni adres w wyszukiwarce i od razu przeniosło mnie na WritersPad.com, serwer dla amatorów-pisarzy. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc, że mój fanfic z Sherlockiem pobił dziesięć tysięcy wyświetleń. Kolejny sukces.
W mojej poprzedniej szkole parę osób wiedziało, że piszę, jednak nikt nigdy nie połączył mnie, Mii Dziwaczki z Finnabell Cudotwórczynią. Wolałabym, by tak pozostało. Mój pseudonim krył tak wiele, ludzie szanowali moje zdanie, ufali moim decyzją i zachwalali moje dopiero co dodane rozdziały. Mii Dziwaczki z reguły nikt nie brał na poważnie, odsuwano się, kiedy chciałam powiedzieć komuś, jak powinien postąpić, by zaciekawić czytelnika, czy też chciałam mu wytknąć, że popełni bardzo oczywisty błąd. W dzisiejszych czasach da się odnieść sukces, będąc otwartym, a zarazem anonimowym. Wystarczy konto na serwisie, fajny nick i trochę talentu. Trochę mnie to smuci, kiedy spojrzę na to z tej strony.
Usłyszałam prychanie pod oknem i głuchy tętent kopyt. Zapewne stary McDonald znowu niechcący uwolnił Drops i Promyka. Moje dwa młode wałachy, zawsze kiedy uciekają z pastwiska podbiegają pod moje okno, zostawiając w spokoju Dianę, która dalej gryzie trawę. Wstałam od komputera, by wyjrzeć przez okno. Oczywiście, że tak! McDonalds zawsze nieuważnie rozwozi wodę. To chyba trzeci raz w ciągu tego miesiąca. Wyskoczyłam przez okno, znajdujące się na zaniżonym pierwszym piętrze i pogłaskałam pysk Dropsa, na co Promyk szturchnął mnie w bok. Zawsze był zazdrosny. Drops był gniadym czterolatkiem, z niewielką ilością białych plam na zadzie. Promyk za to był jednym z najpiękniejszych koni w całej Szkocji. Siwa maść, przeplata z kasztanowatymi łatami, a do tego niektóre części srokacza przechodziły w kropki, tworząc skomplikowane połączenie tarantowato-srokatego wałacha, o czarnej grzywie. Wyciągnęłam z kieszeni resztki smakołyków, które zazwyczaj przy sobie noszę i rozdałam pomiędzy dwa, rywalizujące zwierzęta. Potem złapałam za kantar Dropsa, odprowadzając je do starego McDonalda, by nie martwił się o uciekinierów. Kiedy doszłam do rozległego pastwiska, podbiegła do nas Diana. Wysoka, dereszowato-tarantowata klacz, o chyba najmilszym charakterze jaki spotkałam. Przytuliła się do mnie, po czym wraz z dwoma wałachami pobiegła do stajennego, Grega Baera, rozdającego chleb po drugiej stronie łąki. Pomachałam z dala do chłopaka, który również odmachał. Greg miał dwadzieścia pięć lat, krótkie włosy i czapkę z logiem Chealse Londyn. Czasem ze mną rozmawiał, na tematy niekoniecznie związane z hodowlą koni. Właściwie był chyba jedynym człowiekiem, który wiedział, że na poważnie zajmuję się pisarstwem. Wiedziały też Diana, Promyk i Drops.
Zadzwonił mój telefon, który odebrałam po długim zastanowieniu. Z słuchawki usłyszałam melodyjny głos mojej mamy:
– Witaj kochanie, chciałam ci powiedzieć, że zostałaś przyjęta do nowej szkoły, oraz, że ja i twój tata całe wakacje spędzimy w Londynie.
– Z jakiej racji? – Zmarszczyłam brwi, bo nie widziałam logicznego powiązania. Moja mama była wykładowcą na jednym z tutejszych uniwersytetów, a mój tata pracował w administracji miasta jako informatyk.
– Och, Mia, zawsze musisz wszystko wiedzieć. Ciocia Lily będzie się urządzać w nowym mieszkaniu, więc pomagamy jej w remoncie. Dasz sobie radę, prawda? Masz babcię, Willa i tego uroczego stajennego.
– Mówisz o Gregu? – zaśmiałam się do słuchawki na tyle mocno, by mam zrozumiała, że podejmuję złą decyzję.
– Dasz radę. Muszę kończyć, jak tylko wrócimy z miasta, pakujemy rzeczy i wyjeżdżamy.
Został tydzień szkoły, zapomniała o tym? Rozłączyłam się i wróciłam do domu. W kuchni babcia i mój starszy brat Will grali w bierki, bo aktualnie mój brat ma zakład z kumplem, że nie tknie Internetu do końca roku.
Zapowiadają się ciekawe wakacje.
***
Rankiem obudziła mnie babcia, mówiąc, że pora na „rozpoczęcie nowego rozdziału życia”. Ubrana, zapakowana i po zrobieniu tony niepotrzebnych rzeczy siedziałam w samochodzie dziadka, który wrócił pod koniec wakacji z wyjazdu z dyplomacją do Norwegii.
– Jak konie? – zagadnął, kiedy staliśmy na światłach.
– Drops jak zawsze przymilny, Promyk jak co dzień zazdrosny, a Diana jak na nią przystało spokojna. Czyli nic nowego, nieprawdaż?
– Masz zły humor, czy to z powodu stresu?
– Tak, nowa szkoła i te sprawy.
Prawda była jednak inna, kiedy moi rodzice włóczyli się całe wakacje po Londynie, ja musiałam trzymać naszą hodowle w ryzach i pilnować dosłownie wszystkiego. Babcia większość czasu spała, a Will wychodził z Carlem i znikali na całe dnie. To były najbardziej wyczerpujące i najbardziej stracone wakacje, jakie przeżyłam.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pożegnałam się z dziadkiem, umawiając się na piętnastą, by zawiózł mnie do domu.
– Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość - zażartował, kiedy wysiadałam z auta. Mój dziadek miał siedemdziesiąt dwa lata, kota o imieniu Fuks i najnowszego Forda. Zdecydowanie był mi najbliższym członkiem rodziny. Uśmiechnęłam się do niego i wyruszyłam ku dużemu budynkowi. Duże potrójne drzwi, zostały otwarte, a na portierni siedziała chuda, patyczkowata portierka o wzroku bazyliszka i fryzurze Einsteina. Weszłam długim hallem, dochodząc chyba do auli, o łukowatych oknach i zasłonach koloru beżowego z kurzem. Na scenie stała średniego wzrostu siwa kobieta, ubrana w stylowy, różowy komplet, podkreślający jej bardzo szczupłą talie. Zapewne była to dyrektorka, pani Daisy Mara. Wpatrywałam się jeszcze chwile w aulę, pełną uczniów, kiedy usłyszałam za sobą głos, nie tyle co chłopięcy, ale na pewno należący do nastolatka.
– Panienka Havelock, jak sądzę.
Odwróciłam się, a przede mną ujrzałam wysokiego blondyna, o dłuższych włosach i ciemnobłękitnych oczach. Chłopak ujął moją dłoń i lekko ją musnął, jak na angielskiego dżentelmena przystało.
– Owszem, a pan to…
– Revel. Anthony Revel, młoda pani.
Uśmiechnęłam się na tą całą maskaradę, która nie kłamiąc, bardzo mi się spodobała.
– A więc, panie Revel, bardzo miło mi pana poznać.
– Mi również, panienko.
Tony był bardzo przystojny i wysportowany. Nie uszło mojej uwadze oczywiście, jak tęsknym wzrokiem patrzą na niego dziewczyny, przechodzące korytarzem. Żmiję, łypały zniechęcająco na mnie, kiedy co któraś spostrzegawcza, zauważyła moją dłoń w objęciach chłopaka.
- Wszystkim nowym przygotowujecie takie przywitanie?
– O nie, panno Havelock, tyczy się to tylko osób, chodzących do klasy pani Mary. Jest ona szczególnie wyczulona, by do wszystkiego pochodzić od artystycznej i uczuciowej strony. Wtedy życie pojawia się w żywszych barwach, a ludzie na ogół robią się rozmowniejsi.
– A czego pan chciałby się dowiedzieć, jeśli mogę spytać?
– Czy da się pani odprowadzić do klasy?
– Oczywiście, z dżentelmenem zawsze – zaśmiałam się, kiedy chłopak wziął mnie pod rękę i dumnie, jakbym była najcudowniejszą księżniczką przeparadował po korytarzu. Żmije, znowu łypały na mój widok, a uczniowie, o mniej dżentelmeńskich zamiarach, szeptali między sobą. Na końcu korytarza, Anthony puścił mnie przodem w drzwiach. Znalazłam się w jeszcze pustawej klasie, gdzie przy pianinie siedziała tęga szatynka o miłych rysach, a na biurku dosłownie klęczał przystojny chłopak, szybko rysując na komputerze postać Dartha Vadera. Kiedy ujrzał Tony’ego, zapisał plik i podszedł do niego, przybijając piątkę. Mnie omiótł tylko wzrokiem, po czym uśmiechnął się znacząco do Revela i klepnął go w ramię.
– Widzę same dżentelmeńskie zagrania – zaśmiałam się, kiedy do klasy weszło więcej uczniów, a każdy na inny i wyjątkowy sposób przywitał się z chłopakiem stojącym obok.
– Witam panią, pani Havelock na piątym roku – wyszeptał mi do ucha, po czym usiadł z chłopakiem o imieniu Ben.
*postać z powieści „Tajemnica rezydencji Chimneys”
Pisz tak, by codzien­nie pod­bi­jać świat. Naj­pierw ten mały, po­tem ten wielki.

Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1384

Finnabell: Prawdziwa historia

Post#2 » 1 year temu (5 sty 2017, o 17:21)

Rozdziały dodajemy w osobnych tematach według regulaminu forum. :)
PS w wolnej chwili doczytam i skomentuje, bo zaczęłam, ale na razie czasu zabrakło.
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

harbanovitz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Finnabell: Prawdziwa historia

Post#3 » 1 year temu (5 sty 2017, o 17:40)

O, okay, bo właśnie nie chciałam robić bałaganu i nie wiedziałam jak dodać.
Pisz tak, by codzien­nie pod­bi­jać świat. Naj­pierw ten mały, po­tem ten wielki.

Nefariel
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85

Finnabell: Prawdziwa historia

Post#4 » 1 year temu (5 sty 2017, o 17:42)

Mignęło mi to Twoje Finnabell na kilku wattpadowych grupkach, ale jako że na wp unikam komentowania czegokolwiek poza fanfikami do dwóch konkretnych fandomów oraz opowiadaniami szukających porady amatorów, wypowiem się tutaj.

rzecz-

Brak spacji.

Strasznie nie podoba mi się to całe snobowanie się na wyjątkowość. Sytuacja z dziewczynką jest strasznie nieprawdopodobna, szczególnie przez kontrast z dzieciakami trzymającymi nosy w telefonach. Nie przyszło ci do głowy, że dziecko z takiego środowiska prędzej zacznie... pisać opowiadanka na telefonie? Nawet nie ze względu na strach przed odrzuceniem, tylko po prostu dlatego, że tak będzie mu wygodniej.

P
atrząc teraz na tę sytuację, zastanawiam się, czy moja mama nie żałowała, że w porę mi nie „zgniotła kartki”. Bo przecież, gdyby zahamowała moje twórcze zapędy, pewnie dzisiaj siedziałabym z jakąś wymuskaną Kate w jej bogatej willi, malując paznokcie na kolor zgniłej maliny. Plotkowałybyśmy o przystojnym Kenie, czy też Jamesie, pijąc zdrowe koktajle, zrobione przez jej mamę, po trzech operacjach plastycznych. Potem zadzwoniłby wyżej wymieniany Ken i zaproponowałby jej wspólny wypad do kina, a moim zadaniem byłoby jedynie piszczeć „z radości”, że moją przyjaciółkę wreszcie spotkała taka świetna okazja. Miesiąc później, owa Kate byłaby po trzech kłótniach, dwóch rozstaniach i jednym powrocie do Kena, a to wszystko z czystej miłości.

Aha. Ale wiesz, że ani malowanie paznokci, ani picie zdrowych koktajli, ani nawet gówniarskie zauroczenie przystojnym Kenem nie wyklucza kreatywności?

Chyba będę musiała podziękować mamię, za możliwość rysowania i czytania, zamiast bawienia się ultra chudymi Barbie i cotygodniowe wyjścia do SPA.

Znowu: nie rozumiem. Ja jako gówniarz miałam kilogramy barbiszonów, a ojciec odręcznie spisywał wszystkie przedyktowane mu debilne opka o smerfach. Naprawdę, stawianie takiego kontrastu między wyjątkową bohaterką a zwykłą szarą masą (w domyśle: złożoną z różowych blachar) jest bardzo, bardzo kiepskie.

ufali moim decyzją

Decyzjom.

Zapewne stary McDonald znowu niechcący uwolnił Drops i Promyka. Moje dwa młode wałachy

Skoro Drops też jest wałachem, to Dropsa.

z niewielką ilością białych plam

Plamy są policzalne, więc liczbą.
Chealse

Chelsea.
Właściwie był chyba jedynym człowiekiem, który wiedział, że na poważnie zajmuję się pisarstwem.

"Poważnie myślę o pisarstwie", jeśli już. Poważne zajmowanie się czymś kojarzy się raczej z pracą.

Sytuacja z rodzicami wyjeżdżającymi na całe wakacje i zostawiający hodowlę pod opieką małolaty jest potwornie głupia. Nawet nie sama idea - jeśli dziewczyna jest pełnoletnia i ogarnięta, to rozumiem pomysł, ale na pewno nie rozegrany w taki sposób. To nie jest rozmowa na telefon, to nie jest sytuacja, w której można po prostu laskę poinformować, że zabieramy rzeczy i wyjeżdżamy. Jakieś minimum martwienia się, czy da sobie radę? Przypomnienie jej o najważniejszych obowiązkach, o najmniej oczywistych szczegółach? Wygląda na to, że poległaś na lenistwie, bo komu by się chciało pisać o jakichś nudnych wapniakach.

Tony był bardzo przystojny i wysportowany. Nie uszło mojej uwadze oczywiście, jak tęsknym wzrokiem patrzą na niego dziewczyny, przechodzące korytarzem. Żmiję, łypały zniechęcająco na mnie, kiedy co któraś spostrzegawcza, zauważyła moją dłoń w objęciach chłopaka.

Ostatnie zdanie ma strasznie dziwną gramatykę, ale nie w tym sęk.
http://sjp.pl/%C5%BCmija
Co perfidnego jest w tym, że laskom nie podoba się, że ich crush zarywa do jakiejś nowej? Ogólnie Twoja bohaterka wydaje się strasznie niesympatyczna. Sytuacji, w której natychmiast zaczyna adorować ją mający ogromne powodzenie przystojniak (o którego urodzie nie wiemy niemal nic, poza tym że jest), nie kupuję wcale. Nawet jeśli nie jest to całkiem prawdopodobne, jest przede wszystkim potwornie nudne.

Drugiego rozdziału nie przeczytałam - nie złapałam baita, ale uważam, że pierwszy rozdział jest dość długi i wielowątkowy, żeby wyrobić sobie na jego temat opinię (nie o całym tekście, oczywiście, ale o jego ogólnym nastroju). Strasznie kojarzy mi się to ze Zmierzchem i tworami zmierzchopodobnymi - antypatyczna małolata ma spokój od starych, w nowym miejscu natychmiast zyskuje popularność, snobuje się na inteligentną i oczytaną... To było już tyle razy. Ogólnie mam wrażenie, że to takie stare onetowe opko z Mary Sue, tylko napisane językiem lepszym o dwa oczka. Widać kilka niezłych pomysłów, ale wszystko tonie w zalewie wtórności. "Złe" to może za mocne słowo, ale "słabe" - jak najbardziej adekwatne.

harbanovitz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Finnabell: Prawdziwa historia (rozdział pierwszy)

Post#5 » 1 year temu (5 sty 2017, o 18:22)

Nit nigdy nie określił tego jako słabe. Mam tylko 15 lat i tak wyglada moje wyobrażenie o ludziach. Może to źle, ale przecież kiedyś trzeba zacząć. Nie czytałam zmierzchu i nie zamierzam czytać, a co najważniejsze to przykro mi to mowić, ale rodziców Mii jest w dalszych rozdziałach bardzo dużo. Są jej najlepszymi przyjaciółmi. Ich wyjazd na wakacje miał pokazać, ze jest ona odpowiedzialna i umie zając sie końmi jak normalna osoba. Pragnę tez zauważyć, ze jako osoba zawsze ujada w odosobnieniu, nie jest ona niemiła, a raczej nieprzystosowana do nowej sytuacji. Dziękuje za opinie, jednak przykro mi sie zrobiło, bo jest to moje pierwsze autorskie opowiadanie, w które wkładam cały swój czas i energię.
Pisz tak, by codzien­nie pod­bi­jać świat. Naj­pierw ten mały, po­tem ten wielki.

Nefariel
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 85

Finnabell: Prawdziwa historia (rozdział pierwszy)

Post#6 » 1 year temu (5 sty 2017, o 18:38)

No, no. Piętnastu lat bym Ci nie dała - stawiałam prędzej na dorosłą kobietę, która celowo pisze dziecinnie, żeby trafić do młodszego odbiorcy, i trochę się zagalopowała.

Uwaga o rodzicach odnosiła się tylko do tego konkretnego fragmentu, bo to bardzo częsty błąd konstrukcyjny. Zalążek ciepłych relacji jest jak najbardziej widoczny, i to spora zaleta.

A Zmierzch, uwaga, radzę przeczytać. Ale tylko pod postacią analizy (Beige i Maryboo napisały bardzo dobrą serię) - można to potraktować jako przegląd błędów typowych dla literatury młodzieżowej.

harbanovitz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 24

Finnabell: Prawdziwa historia (rozdział pierwszy)

Post#7 » 1 year temu (5 sty 2017, o 21:55)

No niestety, tylko piętnaście lat życia. Dla pisarza to niewiele, wiem, brak mi życiowego doświadczenia. Zmierzch to nie moja tematyka, nie lubię romansów na głównym tle i wampirów (o ile dobrze kojarzę).
Pisz tak, by codzien­nie pod­bi­jać świat. Naj­pierw ten mały, po­tem ten wielki.

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość