Liwia i magia- część 1

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 1

Post#1 » 1 year temu (30 sty 2017, o 17:45)

Czerwony budzik o złotej tarczy grzmiał intensywnie, wibrował, całym sobą przypominając, że trzeba wstać. Ostra melodia wypełniła wnętrze pokoju. Liwia po raz kolejny otwarła swe zaspane duże oczy. Tradycyjnie przy pierwszych dźwiękach budzika panował ten sam tok postępowania:
1. energiczne siadanie na łóżku
2. potarcie oczu
3. znów leżenie
4. walczenie z sennością
5. otwarcie oczu
6. wyłączenie budzika
7. wstanie PRAWĄ nogą!

Wystawiła smukłą dłoń z różanej kołdry i nacisnęła guzik na szczycie budzika. Posłusznie ucichł. Nastała błoga cisza, przerywana od czasu do czasu głośnym, świergotliwym śpiewem kosa. Liwia usiadła na łóżku i włożyła bose stopy w miękkie brązowe bambosze. Wnętrze pokoju wypełniała szarość. Dziewczyna zdecydowanym ruchem chwyciła zasłony i szarpnęła nimi w przeciwnych kierunkach. Promienie słońca radośnie ogrzały twarz i wypełniły blaskiem pomieszczenie. Otwartym oknem wlatywało świeże powietrze o zapachu soczystych traw, ziemi i kwiatów. Było cudownie. „Życie jest cudowne” – westchnęła Liwia, wsuwając na siebie dżinsową sukienkę. Wspomnienie modrego strumyczka dało o sobie znać ostrym, krótkim bólem głowy. Trwało to może trzy sekundy. Po wszystkim, zdezorientowana, potrząsnęła głową jak pies wychodzący z jeziora, który chce pozbyć się nadmiaru wody. Szerzej otworzyła oczy. – To działo się naprawdę? Odpowiedziała głucha cisza. Wychodząc z pokoju, zamknęła za sobą drewniane drzwi w kolorze gorzkiej czekolady. ... „Może przeforsowałam mózg intensywną nauką?” – zastanawiała się, zbiegając ze schodów.
W pośpiechu zjadła kanapki z żółtym serem, popijając kubkiem ciepłego mleka – zawsze rankiem była sama w wielkim domu. Rodzice wyjechali około godziny temu, zabierając ze sobą Lenkę. Plecami oparła się o lodówkę, nie mogła zebrać myśli. Gdy tylko próbowała skupić się na porannych obowiązkach, przed jej oczami stawał obraz tajemniczej dziewczyny wyłaniającej się z różu... Kiedy pomyślała o niedokończonym zadaniu z algebry... zobaczyła diamentowe powieki, które delikatnie się otwierały... motyla, tętniące życiem źródełko, maleńką, soczyście zieloną polanę. Zdjęcia przesuwały się w zakamarkach mózgu, chcąc objąć go w całości. Wspomnienia natrętnie przypominały o swoim istnieniu. Wkradały się w życie dziewczyny, jakby chciały, żeby o niczym innym już nie myślała. Jakby wołały: „Nie myśl o niczym, tylko o nas!”. Liwia wzięła do ręki zbiór zadań z fizyki, który leżał na kuchennym stole... Potrząsnęła głową, starając się trzeźwo myśleć. „Tylko nauka!” – powtarzała jak mantrę. „Przecież to tylko głupi sen... Wieczorem już mi się nawet nie będzie chciało o nim myśleć”. Stanęła na korytarzu na wprost wiszącego na wrzosowej ścianie lustra, położyła plecak na podłodze. Jasne, długie włosy spięła w kucyk, spojrzała w swoją twarz odbitą w domowym zwierciadle... Ciężko westchnęła i złapawszy plecak, wybiegła na zewnątrz. Zza frontowych drzwi wyłonił się piękny zielony ogród ze skalnikami oraz fontanną ukształtowaną na wzór dwójki pochylonych dzieci, lejących wodę z dzbana. Sikorki bogatki siedziały na wiekowej lipie drobnolistnej, posadzonej przez prababcię, i przeczesywały dzióbkami maleńkie piórka, wesoło ćwierkając. Wyglądały jak pomponiki od zimowej czapki. Po lewej stronie wzdłuż płotu stały dumnie wyprostowane cztery klony odmiany kulistej. Bardzo podobne do klonu zwyczajnego, ale niższe. Ich liście były dość duże, pięcioklapowe, jesienią przebarwiały się na żółto. Dziewczyna przekręciła klucz w zamku i wrzuciła go do bocznej kieszonki popielatego plecaka.
Wyciągnęła dłoń, by zobaczyć, która godzina... Dochodziła siódma czterdzieści pięć – była spóźniona. Komórka w bocznej kieszonce zawibrowała. Liwia wzięła do ręki kwadratowy, czarny przedmiot i głośno odczytała treść wiadomości.
Od: Amelka
Witaj, kochana. Nie będzie mnie dziś w szkole.
Babcia zachorowała. Nie jest dobrze. Nie wiem, kiedy wrócę.
Odpisała.
Zamknąwszy za sobą furtkę, szła szybkim tempem po starym jak świat chodniku. Maszerując wyznaczoną przed laty trasą do szkoły, intensywnie myślała o marzeniu sennym – było ono takie tajemnicze, a zarazem wspaniałe. Choć to tylko sen, był realistyczny. Liwia czuła się tak, jakby stała bosymi nogami na magicznie ukołysanej zielonej trawie. Nie mogła o tym zapomnieć. Żałowała, że to, co widziała, było tylko snem. Fikcyjnym miejscem. Bardzo chciała poczuć, że znów jest częścią cudownej polany, odkryć twarz zjawiskowo pięknej kobiety. Rozentuzjazmowana podążała przed siebie.
Zza zakrętu wyłonił się szary, ogromny budynek z nowo powprawianymi dużymi oknami o białych ramach. Szkołę otaczały kasztany – niedawno zaczęły kwitnąć, przypominając o maturze. Posesja szkolna ogrodzona była najzwyczajniejszą w świecie siatką, za budynkiem znajdowało się boisko i plac nazywany przez licealistów „placem wytchnienia”. Każdy nastolatek poważnie myślący o swej przyszłości marzył, by być uczniem tej prestiżowej szkoły, marzył o tym, co teraz robiła Liwia: o naciśnięciu wiekowej klamki i wejściu do środka z przypiętym identyfikatorem. Samo świadectwo ukończenia tej szkoły otwierało drzwi niejednej uczelni. Jednak ogromna satysfakcja z przynależenia do uczniowskiej braci łączyła się z ogromem ciężkich zadań, nauką do późnych godzin nocnych, czasem nawet korepetycjami. Nie tylko dorośli ludzie muszą ciężko pracować. Dzień ucznia przeznaczony był na szkołę i naukę, co niektórym odbierało prywatność. Tylko geniusze mogli mieć trochę luzu... lub ci, którym na szkole nie zależało. Ale co wybrać? Kilka lat ciężkiej orki i wesołe życie dorosłego... czy kilka lat luzu i męczeńską pracę dojrzałego już osobnika?

Wskazówki zegara mknęły w zastraszającym tempie. Na parterze maturzyści w pocie czoła rozwiązywali testy. Pozostali uczniowie, wykorzystując zaistniałe okoliczności, wraz z profesorami powtarzali wiadomości z określonych działów. Zero wyrywania do odpowiedzi i niespodziewanych kartkówek. Kilka bezstresowych dni. Lekcji było wyjątkowo mało. Panowała idealna cisza. Liwia rozejrzała się po klasie. Nowo pomalowane ściany wydawały z siebie ostry zapach. Idealnie zmyta tablica znów pokryła się białym pyłem kredy. Łysawy nauczyciel z brzuszkiem opisywał epokę odrodzenia, uczniowie, pochyleni nad książkami, wczuwali się w ciepły baryton prowadzącego.
– Michał Anioł, właściwie Michelangelo Buonarroti – wypowiedział nauczyciel niemal z czcią. – Przedstawiciel odrodzenia. Jeden z najwybitniejszych artystów renesansu. Pieta, Dawid, posągi Mojżesza i tak zwanych niewolników z niedokończonego nagrobka Juliusza II... Kopuła Bazyliki św. Piotra – westchnął. – Albo Leonardo da Vinci... Portrety o harmonijnej kompozycji i proporcjach, łagodne światłocienie. Pamiętajcie – sfumato! Mona Lisa czy Ostatnia wieczerza. Omówmy jeszcze takich włoskich przedstawicieli jak Sandro Botticelli, Giotto di Bondone, Ghirlandaio, właściwie Domenico di Tomasso Bigordi.
Podczas zajęć z panem Kozłowskim nikt nie śmiał nawet kaszlnąć. Miał miły głos, ale ciężki charakter, był mściwy. Nie przepadał za młodymi ludźmi. Był oziębłym starym kawalerem, kochającym nad życie Włochy. Mama była Polką, ale jego tata pochodził z Neapolu, był czystej krwi Włochem. Znali się jednak tylko przez kilka dni. Nie było mu dane nosić nazwiska taty, nawet nie nadano mu zagranicznego imienia. Za to jego serce było typowo włoskie.
Liwia siedziała sama. Przednie ławki były jednoosobowe – im bliżej końca, tym bardziej przypominały przedziały pociągu towarowego. Panował dziwny zwyczaj, wiekowa tradycja... – miejsce wybrane za pierwszym razem (w I klasie) zostawało do końca „własnością” ucznia. Amelka, przyjaciółka Liwii, siedziała w pierwszej ławce, a Liwia, z racji ciągłych spóźnień, w szarej końcowej, nie mając koło siebie towarzysza z lewej strony. W klasie była nieparzysta liczba dwudziestu pięciu uczniów, w tym jedenaście dziewczyn i reszta chłopaków... Mało interesujących.
Dzień Liwia spędziła cicho jak cień. Do nikogo się nie odezwała, nie robiła notatek, tylko bazgrała wzorki podobne do gwiazd lub srebrnego pyłu ze snu. Fascynacja snem nie przechodziła... Wprost przeciwnie – z każdą godziną się nasilała. Zupełnie tak, jakby zmieniała wnętrze dziewczyny... w jakieś magiczne... można by spokojnie rzec... fantasy. Liwia nigdy dotąd nie interesowała się magią, nie czytała książek o wampirach czy Harrym Potterze, tak bardzo popularnym – nie dla niej. A teraz sama zaczęła myśleć o różowej istocie z migającymi powiekami. Niedawno określiłaby to w sposób lakoniczny – „totalna głupota”. Dzisiaj trzymała się z daleka od klasy, nie zważając na to, jak wielką sensację wzbudziła swoim zachowaniem. Nikt nie był w stanie wyrwać jej z tego myślowego transu, zaczynając od Eweliny, a kończąc na Marzenie – największej klasowej plotkarze. Marzena nie tylko uwielbiała opowiadać na prawo i lewo (jej usta chyba nigdy się nie zamykały, pewnie i podczas snu nieustannie nawijała). Jej zachowanie było sarkazmem. Marzena była także wytrykusem – ( tego słowa nie trzeba tłumaczyć, używa go każda sędziwa osoba płci żeńskiej... łącznie ze zmarłą babcią Liwii).
Joasia przestała się odzywać. Liwia traktowała otoczenie jak powietrze. Zupełnie jakby rozwinął się u niej z dużym opóźnieniem autyzm. Nawet przerwy spędzała, siedząc na krześle, przygaszona rysowała szlaczki w grubym zeszycie formatu A4. Do stołówki też nie poszła, żyła swoimi myślami. Arek z Bogdanem mocowali się na pięści, Michał podrywał Marzenę na czułe słówka, Jadzia spisywała ściągi, a wkoło żarówki latały muchy. Liwia nie zważała na otoczenie, jakby nie była jego częścią. Zdawało się jej, że za oknem ujrzała różowego motyla. Wzdrygnęła się na jego widok, lecz po chwili się otrząsnęła.
Czas ostatnich wykładów zakończył szkolny dzwonek. Tłumy uczniów, niczym pszczoły z ula, wyleciały z ogromnej, starej szkoły; w tym Liwia, która dziś wracała sama, bez Amelii. Nawet dobrze się stało, że wyjechała. Nieobecność Liwii zadziałałaby jej na nerwy. Amelia od trzeciego września zeszłego roku stała się pokrewną duszą dziewczyny. Pomimo zgranych dusz miały zupełnie inną urodę. Amelia była ciut niższa, miała sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, jej włosy były proste, czarne, połyskujące głębią granatu, sięgały łopatek. Cudnie odbijały promienie słoneczne. Oczy koloru ciemnej czekolady, małe, pełne usta, które zawsze rozciągały się w życzliwym uśmiechu, i alabastrowa, delikatna skóra. A Liwia? Z jasnymi jak promienie słońca loczkami, które słodko otulały owalną twarz o zaróżowionych policzkach i brzoskwiniowej cerze. Wyglądały jak Dzień i Noc. Ciemność i Światłość. Mogły się przyrównywać do obrazu Dzień budzący noc Gaetana Previatiego. Zawsze razem... nierozłączne. Każdy dzień po szkole zaczynały od wspólnej wycieczki, szaleństw, ciesząc się z nadchodzących wakacji, na które z utęsknieniem czekały dziesięć miesięcy. Urozmaicały sobie dni po szkole, ale całym sercem marzyły o czymś innym... wyjątkowym. O prawdziwej przygodzie.
Do upragnionego wypoczynku było już coraz bliżej... Dzisiaj, a konkretnie od magicznego poranka, wspólne marzenia i oczekiwania przestały być ważne. Przestały zaprzątać umysł Liwii. Nie zastanawiała się nad przygodą, zabawą czy wycieczką we dwie. Nieoczekiwanie zaczęła żyć czymś dziwnym, nierealnym, a owo coś przyciągało jak magnes. O zwykłym śnie zapominała szybko, nawet wtedy, gdy śnił jej się adorator o ciemnej karnacji i błękitnych oczach. Też była oczarowana i myślała wówczas o pierwszej miłości, ale... krótko. Dreszcz przechodził tak samo szybko, jak przyszedł. Ten sen był zaskakująco wyjątkowy i natrętnie wdzierał się w jej myśli. Przez niego stawała się kimś innym, obcym nawet dla samej siebie.
Koleżanki Liwii jednomyślnie wydedukowały – to nieobecność Amelii tak zadziałała. Patrzyły z otwartymi ustami na dziewczynę. Zaczęły ją omijać, traktując jak trędowatą. Wystarczyło całodzienne odtrącenie przyjaciół, a atmosfera stała się inna. Gęsta, nieprzyjemna. Nikt nie pytał, co się stało... Może ktoś zadał takie pytanie, ale Liwia nie pamiętała, nie zwracała uwagi. Zupełnie tak, jakby otoczenie, w którym się znajdowała, należało do innego świata, do innego życia. Osoby, które starały się być blisko, rozmazywały się, a ich widok przysłaniała różowa postać o zaczarowanych oczach.
– Mogłam zostać dzisiaj w domu. – Dziewczyna przygryzła dolną wargę. – Coś dziwnego się ze mną dzieje. Nie mogę się skupić – zauważyła. Najchętniej położyłaby się do łóżka, by oddać się na wyłączność rozkosznym marzeniom.
Weszła do szatni, zabrała wiszącą po prawej stronie wiosenną białą kurtkę, a potem, po przejściu wypełnionym po brzegi korytarzem, wyszła, a raczej wypłynęła z uczniami na „plac wytchnienia”. Jaka tam panowała radość, jakie szepty i piski. Wszystkie odcienie i rodzaje relacji... Od zakochanych, całujących się par po skrupulatnie oplotkowane wielkie przyjaźnie oraz wszelkie przejawy złości... Idealnie jak w ulu... Do niczego innego nie można było porównać relacji uczniów... Szkoda tylko, że tak mało pracowite te pszczoły... Trzy roczniki zupełnie obniżały poziom świetnego i sławnego liceum (a przyjęci zostali z wysokimi średnimi ...).
Jak zwykle niezauważona w tłumie – Liwia wyszła furtką. Przeszła na drugą stronę ulicy. Sunąc w zamyśleniu, minęła wielki szyld z kinowymi reklamami.
Idąc w samotności, powłóczyła nogami. Dźwigając ciężki plecak, spoglądała na niebo, wspominając tajemniczy sen i postać w różu. Radośnie nuciła piosenkę, od czasu do czasu podskakując, by urozmaicić sobie trasę ze szkoły do domu. Nie zwracała uwagi na spoglądających na nią przechodniów.
Dzień był piękny, ciepły, radosny. Dziewczyna szła przed siebie, patrząc na stary chodnik z wyszczerbionymi płytami, między którymi wyrastały drobne, wąskie liście soczystych traw. Nieopodal wzdłuż chodnika stały dumnie wyprostowane topole, wyniosłe i ciche. Nie szeptały do siebie nękane psotnym wiatrem. Białodrzew, o korze szarobiałej i mocno, podłużnie spękanej, z silnie rozwiniętym systemem korzeniowym, dawał liczne odrośla. Liwia szła przez zielone tunele alei, które wprawiały w upojenie. Czuć było błogi zapach, który uspokajał. Tchnął inspiracją. Drzewa rozpościerały swoje konary ponad drogą, tworząc ochronny dach, przez który przedzierały się tylko pojedyncze promienie słońca. Przyroda stwarzała romantyczny nastrój. Pozwalała na siebie patrzeć, wręcz pragnęła, by ją podziwiano.
Im dalej szła Liwia, tym przyroda bardziej dawała o sobie znać, nietknięta ludzką ręką... Dziewczyna minęła zabudowania i podążała w kierunku domu, znajdującego się w innej części miasta, z dala od zgiełku. Jeszcze musiała minąć tylko jedno małe osiedle.
Niebo było jasne, przejrzyste, błękitne. Nieokryte żadną chmurą. Im dalej szła Liwia, tym robiło się ciszej... Przestała nucić... Totalna, dziwna cisza... Nawet słońce zaczęło wyglądać tajemniczo... Tak jakby miało przyjść zaćmienie.... Na Liwię padały ostre i mało przyjemne promienie.
– Dziwne – zastanowiła się chwilę, rozglądając dookoła. Żadnej żywej duszy... Tylko ona... Jak we śnie... – Szkoda, że to był tylko sen – powiedziała do siebie, przypominając sobie tamten krajobraz, tamto wydarzenie. Ta cisza, ta dziwna, słodka, nienaturalna cisza... – Tak bym chciała, żeby coś zaczęło się w końcu dziać! – westchnęła dziewczyna, nabierając powietrza do płuc.
I w tym samym momencie na niebie rozbłysły trzy różnokolorowe promienie: czarny, niebieski i czerwony. Niecodzienne zjawisko było podobne do spadających nocą gwiazd! Ale to nie była noc i to nie były gwiazdy.

Odnośnik do części 2
viewtopic.php?f=84&t=4217
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4829

Liwia i magia- część 1

Post#2 » 1 year temu (31 sty 2017, o 09:52)

Listę zapisałabym inaczej; można w różny sposób, ale nie znalazłam poradnika, który by ładnie zebrał wszystkie. Generalnie moim zdaniem wyliczenie lepiej wygląda rozpoczęte dużą literą i zakończone przecinkiem.

Szerzej otworzyła oczy. – To działo się naprawdę? Odpowiedziała głucha cisza. Wychodząc z pokoju, zamknęła za sobą drewniane drzwi w kolorze gorzkiej czekolady. ... „Może przeforsowałam mózg intensywną nauką?” – zastanawiała się, zbiegając ze schodów.

Myśli raczej przenosi się do osobnego akapitu.

Treść SMSa dałabym kursywą.

Podczas zajęć z panem Kozłowskim nikt nie śmiał nawet kaszlnąć. Miał miły głos, ale ciężki charakter, był mściwy. Nie przepadał za młodymi ludźmi. Był oziębłym starym kawalerem, kochającym nad życie Włochy. Mama była Polką, ale jego tata pochodził z Neapolu, był czystej krwi Włochem. Znali się jednak tylko przez kilka dni. Nie było mu dane nosić nazwiska taty, nawet nie nadano mu zagranicznego imienia. Za to jego serce było typowo włoskie.

Był, był, była, był, było, było.

Ogólnie jest trochę potknięć. Miło, że wstawiłaś wcięcia akapitowe i że masz prawidłowe polskie cudzysłowy.

Tytuł jest prawie że straszny, kojarzy się z nastoletnimi blogerami, a wątpię, by na takich skojarzeniach ci zależało. Jest też coś, co upodabnia też sam tekst do tego typu opowiadań - tego nie mogę nie wspomnieć, bo dawno już nie czytałam o porannej rutynie bohatera, a już tym bardziej opisu jego niemal całego dnia w szkole. Nie widzę powodu, by czytelnikowi podsuwać pod nos opisy właściwie zbędnych czynności, nawet zgrabnie opisanych. Czaaaasem pewnie można sobie pozwolić na odrobinę czegoś takiego, w miniaturach miewa to urok, w opowiadaniach również, ale widzę, że to ma być powieść, a w powieściach... to już tylko lanie wody, sztuczne pompowanie objętości nieciekawą treścią. Łatwo rozmyć fabułę i akcję poświęcaniem akapitów na coś, co właściwie nie wnosi wiele do tekstu. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten początek powieści to może i klimatyczny (treść bez wątpienia jest bardzo ciepła) i sympatyczny wstęp, ale jest w połowie o niczym.
Spodobały mi się niektóre porównania i spostrzeżenia - na przykład bogatki jak pomponiki zimowej czapki.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 1

Post#3 » 1 year temu (31 sty 2017, o 20:10)

Camenne, dziękuję za komentarz.
Fragment o panu Kozłowskim czytałam kilkakrotnie i nie zauważyłam powótrzeń "był, była, był ;] Gdy wskazałaś mi tę część teksu, aż głupio mi się zrobiło, bo zawsze zważałam na to, by unikać powtórzeń ( i wydawało mi się, że ich nie ma ;)) a tu proszę :-D
Dziękuję za miłe słowa i krytykę ( ta druga zawsze mobilizuje :idea: 8-) )
Celowo opisałam zwykły, szary dzień tytułowej bohaterki. W kolejnych częściach będzie akcja, magia i miłość :serce: ;)
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4829

Liwia i magia- część 1

Post#4 » 1 year temu (2 lut 2017, o 10:39)

Nie ma za co ;))
Tego typu powtórzeń jest więcej, więc polecam przejrzeć dokładniej tekst - jak się nie zwraca specjalnie uwagi na takie powtórzenia, to nietrudno je przeoczyć.

Jeżeli ciąg dalszy istnieje, to w sumie z ciekawości zerknę.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Liwia i magia- część 1

Post#5 » 1 year temu (24 lut 2017, o 15:55)

Co do uwag, to w całości podpiszę się pod postem Cam.
Fabuła mi się podoba, choć faktycznie jest mało dynamiczna. Mam nadzieję, że w dalszych częściach coś się "ożywi". :)
Lecę do następującego rozdziału.
Pozdrawiam,
graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 1

Post#6 » 1 year temu (24 lut 2017, o 16:02)

Graf, daj znać co sądzisz o 2 części :|> czekam z niecierpliwością ;)
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Liwia i magia- część 1

Post#7 » 1 year temu (24 lut 2017, o 16:27)

blackmoon pisze:Graf, daj znać co sądzisz o 2 części :|> czekam z niecierpliwością ;)

Już skomentowałem. :)
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1704

Liwia i magia- część 1

Post#8 » 7 miesiące temu (28 sty 2018, o 12:09)

Zacznę od kolorowego rozpoznania błędów: zielone do wstawienia, żółte deklinacja, czerwone zbędne lub do wymiany na inne słowo.

blackmoon pisze: Liwia po raz kolejny otwarła swe zaspane, duże oczy.

Oddzieliłbym przecinkiem te przymiotniki.

blackmoon pisze:Liwia usiadła na łóżku i włożyła bose stopy w miękkie, brązowe bambosze.

Tu również.

blackmoon pisze:Rodzice wyjechali około godziny temu, zabierając ze sobą Lenkę.

Przyimek "temu" używamy z biernikiem. Godzinę.

blackmoon pisze:Zdjęcia przesuwały się w zakamarkach mózgu, chcąc objąć go w całości.

Zmieniłbym zdjęcia na obrazy.

blackmoon pisze:Ale co wybrać?

blackmoon pisze:Ale to nie była noc i to nie były gwiazdy.

Nie dobrze jest zaczynać zdanie od "ale". Możesz ten wyraz usunąć, lub zastąpić go innym np. jednak.

blackmoon pisze:Marzena nie tylko uwielbiała opowiadać na prawo i lewo (jej usta chyba nigdy się nie zamykały, pewnie i podczas snu nieustannie nawijała). Jej zachowanie było sarkazmem. Marzena była także wytrykusem – ( tego słowa nie trzeba tłumaczyć, używa go każda sędziwa osoba płci żeńskiej... łącznie ze zmarłą babcią Liwii).

Źle jest używać w prozie nadmiernej ilości nawiasów. Osobiście też nadal nie wiem, co oznacza wytrykus, ponieważ jedynym znaczeniem, jakie mi wyskoczyło w wyszukiwarce, jest nazwisko w herbarzu, które z reguły się bierze od innego słowa.


Podsumowanie:
Pierwsze pytanie: Czy czytujesz pisarzy pozytywistycznych? Ponieważ ilość opisów przyrody, szczegółów życia codziennego, skojarzyła mi się z twórczością tamtego okresu. Nie popełniasz jednak błędu klasycznego dla pisarzy minionej epoki, a mianowicie nadmiernie rozbudowanych zdań.
Drugie: Czy postrzegasz świat kolorami? Poznałem już takie osoby, które tak mają i one otworzyły mój umysł na możliwość takiej obserwacji rzeczywistości. Z tego powodu jestem ciekaw, czy jedynie potrafisz tak opisać fabularną płaszczyznę, czy tak również masz w rzeczywistości.
Wrażenia: Osobiście uważam, że rozpoczęcie w tak opisowy sposób, dowolnej powieści jest niewskazane. Masz nadmiar opisów, które wytrącają czytelnika z ram głównej fabuły. Jakoś nie udało Ci się mnie zainteresować tematem, być może dlatego, że nie zrozumiałem głównej osi historii, jaką jest senna rzeczywistość, wraz z tym co zostało w niej przedstawione.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 1

Post#9 » 7 miesiące temu (28 sty 2018, o 13:40)

DuraIT, dziękuję za ocenę i wskazanie błędów. "Wytrykus"-słowo pochodzi z gwary Poznania, oznacza żartownisia, łobuziaka :) Uwielbiam pisarzy pozytywistycznych :) . Nie należę do grupy ludzi doświadczających zjawiska synestezji. W swoich tekstach lubię określać jaki kolor ma dana rzecz, aby czytelnik mógł wyobrazić sobie np przedmiot, w tych samych kolorach, w jakich ja widzę. Powyższy tekst nie jest rozpoczęciem powieści, a jedynie losowo wybranym przeze mnie fragmentem całości liczącej 300 stron.
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości