Centurion - Rozdział I. Przebudzenie.

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
robsson86
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

Centurion - Rozdział I. Przebudzenie.

Post#1 » 1 year temu (31 sty 2017, o 14:02)

Zamieszczam tu pierwszy fragment opowiadania które ostatnio zacząłem pisać. Akcja rozgrywa się w kosmosie i na egzoplanecie Centurion 6. Zapraszam do zapoznania się tekstem. Miłego czytania :-)



ROZDZIAŁ 1

PRZEBUDZENIE



- Piękny widok, nieprawdaż?
- Wspaniały – odpowiedziałem. – Wiedziałem, że to będzie zapierało dech w piersiach, ale dopiero teraz, widząc to na własne oczy, można zrozumieć to obce piękno.
- Centurion 6, długo na to czekaliśmy.
- Trzysta czterdzieści cztery lata. Było warto.
- Tak. Mam tylko nadzieję, że oprócz samego widoku, znajdziemy tu to, czego szukamy.
- Musimy, sir. To nasza ostatnia nadzieja.
- Wiem. Idź, obudź resztę.
- Tak jest, sir. Już się robi.

Kieruję się więc do śluzy znajdującej się za moimi plecami. Syjon natychmiast wyznacza mi drogę do kriokomór, w końcu cały czas przysłuchiwał się naszej rozmowie. I bez jego pomocy doskonale znam drogę – przecież nie tak dawno sam się tam obudziłem. Kriokomory znajdują się w samym sercu statku, jakieś trzysta metrów od sali widokowej. Ich umiejscowienie miało znacząco zwiększyć nasze szanse na przeżycie w razie nieprzewidzianych okoliczności. Wszak nasza podróż trwała naprawdę długo, a nie wszystko można zaplanować. Korytarz podświetla się stopniowo, zgodnie z kierunkiem mojego ruchu. Blask podłogowych ekranów odbija się w metalicznych ścianach tworząc ledwo widoczne refleksy. Dostęp do kriokomór jest dwustopniowy. Podchodzę do skanera tęczówki, który potwierdza moją tożsamość, a następnie wpisuje sześciocyfrowy kod dostępu. Ogromne zamknięcie śluzy, mimo swojej masy, otwiera się niemal bezszelestnie. Samo pomieszczenie jest dosyć przestronne. W jego centrum znajduje się panel zarządzający, w koło pod ścianami oplecionymi ekranami monitorującymi stoi dziesięć komór. Osiem z nich wraz z cenną zawartością, w postaci podróżników z odległej planety, dwie puste – moja i komandora Stawskiego. Zbliżam się do panelu sterowania i kładę dłoń na skanerze biometrycznym.

- Syjon, raport sytuacyjny.
- Ośmioro członków załogi w pełnej hibernacji. Brak oznak martwicy komórek. Brak śladów kryształów lodu w komórkach. Temperatura ciała minus osiemdziesiąt stopni. Stężenie krioprotektantu DMSO dziesięć procent.
- Dobrze. Rozpocznij dehibernację obiektów.
- Dehibernacja rozpoczęta. Wszczynam procedurę usuwania dimetylosulfotlenku z organizmu. Nanokrew przygotowana do iniekcji. Ogrzewanie materiału biologicznego w tempie jednego stopnia na minutę. Przewidywany czas pełnej dewitryfikacji sto sześć minut.
- Monitoruj na bieżąco sytuację. Informuj mnie w razie problemów.
- Przyjąłem.

Jeśli nie wystąpią żadne komplikację mam niecałe dwie godziny do zakończenia procesu. Potem około dwunastu godzin na całkowite przywrócenie do świata żywych reszty załogi. Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że nie należy to do najmilszych przeżyć. Dezorientacja, częściowa amnezja, torsje i problemy z reakcją mięśni na podstawowe komendy. Do dziś boli mnie łeb po tym jak przywaliłem o kant szafki w toaletce po chwilowej utracie równowagi. Niestety jest to nie do obejścia. Mam przynajmniej czas, by przygotować mesę na ich przyjęcie. Wracam na korytarz i idę wzdłuż świateł do jadalni niemal tą samą drogą, po której chwilę temu tu dotarłem. Mesa jest umiejscowiona dokładnie naprzeciwko sali widokowej. Co prawda rarytasów tu nie mamy, jedynie bioplastik, który ma nam dostarczyć niezbędnych składników odżywczych. Po prawdzie z plastikiem ma on tyle wspólnego co świnia z orłem, ale jak nazwać małe białe kulki o losowym smaku imitującym to, co jadłeś ponad trzysta lat temu. Tak czy inaczej robi on to, do czego został stworzony – utrzymuje nas przy życiu i nie wywołuje odruchów wymiotnych z każdym kolejnym kęsem. Zgodnie z założeniami Paul Salter i tak ma stworzyć nam tu mały ekosystem z owocami i warzywami, oczywiście jak tylko przejdzie ze stanu mrożonki do stanu używalności, więc nie będziemy skazani na to sztuczne żarcie przez cały czas. Z tego co mówił Stawski Unia zamontowała nam tu także biodrukarkę, więc będziemy mogli jeść co nam się żywnie podoba, ale do tego potrzebujemy najpierw podstawowego materiału organicznego z naszego kosmicznego ogródka. Jeszcze szklanki z wodą i mamy komplet powitalny.

- Syjon, jak idzie rozmrażanie?
- Aktualnie brak jakichkolwiek problemów. Procedura przebiega zgodnie z wytyczonymi standardami. Aktualna temperatura materiału biologicznego…
- Jakiego kurwa materiału. Jesteśmy ludźmi! Zmień to w swoim oprogramowaniu. Bądź choć trochę ludzki.
- Zmienione. Aktualna temperatura zamrożonej tkanki ludzkiej wynosi minus pięćdziesiąt siedem stopni.
- Lepiej. Trochę. Popracujemy nad tym później. Czy komandor Stawski nadal jest w sali widokowej?
- Tak. Nawiązać komunikację?
- Nie trzeba.

Wychodzę na korytarz i zaglądam przez otworzoną śluzę do środka sali widokowej. Rzeczywiście komandor stoi nadal przed ogromną grafenową szybą umieszczoną na samym dziobie statku skierowanym w stronę Centuriona 6. Wcale mu się nie dziwię. Patrząc na ten nowy świat można się totalnie zatracić. Centurion wygląda stąd majestatycznie, nawet lepiej niż nasza ojczysta planeta widziana z orbity. Dane, którymi dysponowaliśmy w chwili opuszczenia Ziemi nie były zbyt bogate. Wiemy natomiast, że Centurion jest większy, a nawet zdecydowanie większy od Ziemi. Jego promień to około siedemnaście tysięcy trzysta pięćdziesiąt kilometrów, ma atmosferę bardzo zbliżoną do ziemskiej i gęstość niemalże z nią identyczną. W chwili naszego odlotu był najbardziej obiecującą egzoplanetą, którą udało nam się odnaleźć. Teraz mamy nieco więcej informacji dzięki sondzie, którą wysłał Syjon zaraz po naszym przybyciu. Jeśli dane, które aktualnie do nas przesyła nie są przekłamane, prawdopodobnie na Centurionie będziemy mogli oddychać bez masek tlenowych, choć powietrze jest tu nieco rzadsze, więc będziemy męczyć się szybciej, a myśleć wolniej. Tak czy inaczej to dobra wiadomość. Temperatura waha się w przedziale od dwudziestu jeden do pięćdziesięciu sześciu stopni Celsjusza, więc w apogeum lepiej nie wystawiać się na bezpośrednie działanie SX-0, tutejszego słońca. Planeta, a bynajmniej życie na niej, które odkryła sonda wydaje się być dużo młodsze od tego, które rozwinęło się na ziemi. Świadczy o tym chociażby brak jakichkolwiek form inteligentnych, a jedyne na co natrafiła sonda, to licznie rozwinięta roślinność wszelakiej maści. Sama roślinność zresztą, podobnie jak planeta, przerasta w dużej mierze to, do czego przyzwyczaiła nas Ziemia. Jest ogromna. Tak ogromna, że poczujemy się niemalże jak mrówki buszujące po lesie. Dość powiedzieć, że pierwszy „kwiat”, który zanalizowała nasza sonda miał niemal osiem metrów wysokości i średnicę płatków sięgającą czterech. Powodem tak wielkich rozmiarów może być właśnie obniżona gęstość tlenu, a także mniejsza grawitacja jaka planuje na Centurionie. Przy tak dużej planecie nie spodziewaliśmy się grawitacji mniejszej niż na Ziemi, jednak bardzo wątpliwe, by wskazania z sondy w tej kwestii były błędne. Będziemy musieli przeanalizować więcej danych by ustalić skąd taka nietypowa zależność wielkości i grawitacji występująca na tej planecie. To co na pewno jest pozytywną informacją, to znikoma aktywność geologiczna i atmosferyczna, więc trzęsienia ziemi, burze i huragany są tu raczej rzadkością. Ta planeta może być tym czego szukamy, naszym nowym azylem, nową Ziemią, naszym nowym domem.

Sęk w tym, że sonda nie wystarczy. Musimy sami to sprawdzić. Wylądować, pobrać próbki, założyć obóz i przetrwać, a potem wysłać sygnał na Ziemię i ściągnąć tu tylu ludzi ilu się tylko da. Ale na to musimy jeszcze poczekać. Syjon nie puści nas na dół, nim nie przeanalizuje wszystkich danych, a nie powinno mu zająć to dłużej niż tydzień. Biorąc pod uwagę to co mówi Stawski, to orbitujemy już dwa dni wkoło planety, zakładając że Syjon obudził go zaraz po przylocie.

- Nie można oderwać wzroku, co?
- To prawda. Błękitna jak Ziemia, a przez brak chmur może jeszcze bardziej.
- Nie mogę się doczekać, aż postawię na niej stopę. Całe życie treningów dla tej jednej chwili.
- To będzie długa chwila, majorze. Musimy tu przetrwać. A ten świat, choć piękny, na pewno utrudni nam to jak tylko będzie mógł.
- Szkolono nas, by przetrwać zawsze i wszędzie. Od dziecka wiedzieliśmy że ta planeta, to nasz główny cel w życiu. Damy sobie radę, w końcu nie przebyliśmy tylu tysięcy kilometrów, tylko po to by tu zginąć. Jesteśmy pionierami, a pionierzy muszą przeżyć, by reszta mogła istnieć.
-Tak. Dotarliśmy tu, a to już wiele znaczy. Teraz przed nami tylko kolejny krok. Na szczęście mamy jeszcze dużo czasu, by się na niego dobrze przygotować.

Patrzymy przez chwilę w milczeniu na piękno rozpościerające się za szklanym ekranem naszego statku. Przerywam więc ciszę.

- Syjon rozpoczął procedurę wybudzania. Powinien skończyć za około półtorej godziny.
- Jakieś komplikacje?
- Jak na razie żadnych.
- Dobrze. Jak twój stan psychiczny?
- Już w pełni stabilny, sir. Pozostały tylko znikome ślady – mówię, wskazując niewielkiego guza na czole.
- Szczęśliwie nic poważnego. W miarę możliwości pomóż reszcie po przebudzeniu. Nie chcę, by ktoś przez swoją nieuwagę naraził na szwank naszą misję.
- Oczywiście. Przygotowałem im już pierwszy posiłek w mesie.
- Zanim go zjedzą minie kilka godzin. Skup się na ich motoryczności i poczuciu bezpieczeństwa. Syjon ci pomoże.

Mówiąc to Stawski odwraca się i miarowym krokiem, z rękoma założonymi za plecy, wychodzi z sali. Wątpię, by udał się do kriokomór, raczej poszedł do swojej kajuty albo na mostek przeanalizować nowe dane z sondy. Ja tymczasem mam chwilę by zatracić się w pięknie Centuriona. Planeta porusza się powoli, majestatycznie tańcząc w blasku rozpalonej gwiazdy. Dzień jest tu czterokrotnie dłuższy niż na naszej ojczystej planecie – noc także. Oświetlona strona globu ukazuje mi rozległe oceany poprzecinane wskroś licznymi wyspami, na tyle dużymi by bez problemu dostrzec je z orbity. Z cienia wyłania się właśnie jedyny kontynent planety rozciągający się na niemal dwadzieścia tysięcy kilometrów wzdłuż równika. Cały jest poprzecinany niezliczonymi rzekami i akwenami, zielony niczym widziane z lotu ptaka rozległe połacie ziemskiej dżungli. Planeta ma jeden skalisty księżyc, choć w stosunku do jej rozmiarów wydaje się być malutki. Zresztą teraz i tak skąpany jest cały w cieniu Centuriańskiej nocy. Dziewicze tereny tylko czekają na odkrycie, a to my będziemy tymi odkrywcami. Niesamowite.
Muszę oderwać wzrok i sprawdzić jak idzie procedura dewitryfikacji. Syjon nie zgłasza żadnych problemów, ale to tylko maszyna. Inteligentna maszyna, jednak tylko maszyna. Idę więc z powrotem do kriokomór, zostawiając za sobą blask SX-0. Korytarz w pierwszej chwili wydaje się być ciemniejszy, ale to tylko źrenice dobierają właściwy kontrast do otoczenia. Sztuczne oświetlenie pozwala unormować ich pracę. Przekraczam śluzę kosmicznej zamrażarki i podchodzę do pierwszej z brzegu komory. Z przeźroczystej powłoki zaczęła powoli schodzić zmrożona skorupa, więc przed momentem musieliśmy przekroczyć barierę zera stopni. Powoli stają się widoczne zarysy ciała trupa, który zaraz powstanie z martwych. Patrzę na wskaźniki – wszystko wydaje się być w normie. DMSO zostało już całkowicie zastąpione przez lepką białą ciecz pompowaną do niedawno zesztywniałych z zimna żył. Nanokrew jest lepsza od biologicznego odpowiednika. Potrafi przenosić większą ilość tlenu i składników odżywczych, płynie w naszych żyłach szybciej samoistnie je oczyszczając, a w przypadku zranienia wypływa z nich wolniej gęstniejąc niemal natychmiastowo. Powinno nam to pomóc przetrwać w tych nowych warunkach. Ivana Raskutow, nasz galaktyczny medyk, jest jeszcze pozbawiona pulsu, ale ten etap przywracania jej do żywych nastąpi za kilkadziesiąt minut.

Odwracam się w kierunku kolejnej Kriokomory, umieszonej po prawej od Raskutow. Pablo „Paco” Rodriguez jest dokładnie na takim samym etapie dehibernetyzacji jak Ivana, lecz w tej chwili jego komora wydaje się być już na dalszym stadium odmrażania. Zamiast zarysów, widać już umięśnione, dobrze zbudowane ciało i ostro zarysowaną twarz. Usta, choć jeszcze lekko sine, już zaczynają nabierać kolorów. Na bujnych włosach jednak nadal widoczne są drobne cząsteczki przypominające szron. Jeden z dwójki naszych inżynierów ze względu na swoją budowę, może wrócić w efekcie do życia jako pierwszy.

Drugi inżynier, Sandra Winford, leży w kolejnej komorze. Jej drobne i delikatne ciało radzi sobie z tym procesem nawet słabiej, niż ciało Ruskatow. Zakładam, że będzie jednym z ostatnich wskrzeszeńców. Dalsza komora należy do Arnolda Marksa, naszego lingwisty, który sądząc po aktualnych danych z sondy nie będzie nam zbytnio potrzebny. W następnej leży brodaty Paul Salter, a potem trójka zawodowców, bez których nie odważylibyśmy się wybrać na taką misję. Nick White, Will Johnson i Jana Kowaczowa. Wyszkoleni, perfekcyjni zabójcy z zimną głową i spluwami schowanymi w swoim głównym ekwipunku. Został nam jeszcze pan, przewierć mnie wzrokiem, psycholog Rick Grammer i pokładowy informatyk, którego głównym zadaniem jest nadzorować rozwój Syjonu, czyli Kenji Fushida.

Wszystkie ekrany wskazują prawidłowe dane, więc nie pozostaje mi nic, jak tylko czekać na zakończenie całego procesu. Opieram się o centralny panel sterujący i sprawdzam systemy statku za pośrednictwem holograficznego wyświetlacza umieszczonego na moim lewym nadgarstku. Moja dziecina, ochrzczona imieniem bogini Atheny, wydaje się być w pełni sprawna. Panele solarne cały czas magazynują energię z pobliskiej gwiazdy, kumulując ją w potężnych bateriach umieszczonych w schładzanej ciekłym azotem serwerowni. Od kiedy tu zacumowaliśmy naładowały się już w osiemdziesięciu czterech procentach. Grawitony działają, co zresztą czuję bezpośrednio, nie unosząc się niczym w próżni. Nasz udoskonalony napęd elektromagnetyczny jest w pełni sprawny, podobnie jak reszta mniejszych silników manewrujących. Brak wymogu przenoszenia ze sobą tysięcy hektolitrów paliwa, na rzecz generowanej w czasie rzeczywistym energii elektrycznej, zdał się czynnikiem zbawiennym dla naszej podróży. Systemy podtrzymywania życia w normie. Degrafenator stale rozbija cząsteczki dwutlenku węgla, dostarczając nam czysty węgiel do produkcji grafenu oraz tlen niezbędny do oddychania, więc i tu niczego nie marnujemy. Co prawda wymaga to sporo energii, ale tej mamy tu w zapasie. Superkondensatory pola elektromagnetycznego w pełnej gotowości w razie zagrożenia uderzeniem ciała obcego. Sam pancerz również wykazuje pełną szczelność. Działa laserowe w pełni naładowane i gotowe do strzału w każdej chwili. Athena wydaje się być zatem prawdziwą boginią kosmosu. Długowieczną i potężną.

Od ekranu odrywa mnie głośny syk rozszczelniającej się Kriokomory. Tak jak zakładałem Paco jest pierwszy w kolejce do odrodzenia. Wieko komory unosi się powoli, a z wewnątrz wydobywają się pozostałości gazów wytworzonych w trakcie całego procesu. Podchodzę do Rodrigueza. Ten jak na razie nie daje oznak życia, lecz wcale mnie to nie dziwi. Nawet sprawny organizm potrzebuje najpierw kopa do startu. Znad komory wysuwa się mechaniczne ramię i przylega do klatki Rodrigueza. Elektryczny impuls przeszywa dwukrotnie jego ciało i sekundę później na ekranie wystrzeliwuje wykres aktywności jego serca, a chwilę później Pablo łapie swój pierwszy oddech po ponad trzystu latach odpoczynku. Krztusi się i dławi powietrzem, jak by było smołą, lecz ramię cały czas trzyma go w ryzach. Dopiero po chwil unosi się, a ciało Rodrigueza zwija się do pozycji embrionalnej w krótkich spazmach, które przypominają odruchy żygania. Żygania powietrzem, bo żołądek przecież ma pusty jak próżnia za oknem. Jego ciało dygocze, wyrwane z zimnego snu wieczności. Ciekawe czy pamięta swoje sny, które mamiły umysł przez setki lat. Czy miał sny? Przecież mózg był nieaktywny. Czy można śnić poza nim? Ja swoich nie pamiętam. Mięśnie odmawiają posłuszeństwa, ledwo wypowiada słowa, cicho z przerwami, gdy płuca uczą się oddychać na nowo, a krtań składać wyrazy w jedną całość z nic nie znaczących głosek i spółgłosek.

- G..g..gde… e…e..e…sem….. Co…co…co… s…s….s…ie…..ało.. – wyrzuca z płuc niczym zalegającą flegmę.
- Już, spokojnie. Byłeś zahibernowany. To minie. Daj sobie czas. Nic nie mów. Oddychaj. Oddychaj.

Powtarzam mu to w kółko i w kółko, aż się uspokaja, aż daje sobie czas by wróciły wszystkie myśli. Trwa to chwilę, ale ciało sobie przypomina. Ciało rozumie. Rytm serca zwalnia, oddech się uspokaja, mięśnie przestają drżeć. Jego sylwetka powoli prostuje się w komorze. Łapie oddech i próbuje ponownie.

- Gdzie jestem? – teraz już wyraźnie.
- Na Athenie. Statku Unii. Przylecieliśmy na Centuriona, zgodnie z nasza misją. Spałeś przez trzysta czterdzieści cztery lata. Właśnie przeszedłeś proces dehibernacji. Twoja pamięć wróci, ale musisz dać sobie trochę czasu. Nie obawiaj się, nic nam nie grozi, żyjemy.
Nagle słyszę syk kolejnej Kriokomory, a zaraz po nim następny. To komory Ricka Grammera i Nicka Whitea.
- Leż spokojnie, niedługo wrócę – zwracam się do Rodrigueza i podbiegam do komory Grammera.

Mechaniczne ramię właśnie opadło na jego klatkę piersiową i przesłało impuls elektryczny wprost do jego serca, które zaczyna bić niemal natychmiastowo. Sekundę później to samo dzieje się w komorze Whitea. Grammer krztusi się i dygoce dokładnie tak samo jak Rodriguez chwilę wcześniej. Uspokajam go na tyle ile mogę i doskakuje do żołnierza. Tu to samo, żadna zresztą nowość. Kontem oka widzę, że Paco próbuje usiąść, ale mięśnie, mimo że potężne, nie poddają się jego woli i opada z powrotem na miękką wyściółkę łóżka niczym kłoda.

- Syjon! – krzyczę. – Czy możesz nieco zwolnić otwieranie kolejnych komór?! Nie dam rady pomóc im wszystkim jednocześnie.
- Zgodnie z wytycznymi zwalniam proces dehibernacji do możliwie najwolniejszego w ramach procedury bezpieczeństwa.
- Dzięki. Ile czasu do otwarcia kolejnej komory.
- Trzy minuty.
- Która?
- Doktor Paul Salter.
- Pablo, daj swoim mięśniom jeszcze chwilę. Nie wstawaj.

Moje słowa odbijają się od ściany echem, ale najwidoczniej nie trafiają do uszu Rodrigueza, który próbuje swoich sił po raz kolejny. O dziwo tym razem udaje mu się usiąść, choć wygląda jak spity na umór żul siedzący na ławce i złamany niemal w pół. Zaraz zanurkuje głową w metalową podłogę. Podbiegam więc do niego i prostuje jego wiotkie, a tym samym trzykrotnie cięższe ciało do pionu, co sprawia mi nie lada wysiłek. Łapię go za dłoń i opieram ją o poręcz, zawijając jego palce w uścisk na gumowej rączce. Oby mięśnie były już na tyle silne, by utrzymać jego cielsko w wystarczająco prostej pozycji. Wracam do Grammera, ten się krztusi, ale nie próbuje jeszcze nic mówić, w przeciwieństwie do White. Już słyszę na pół głuche samogłoski wydobywające się z jego gardła. Podbiegam, łapię go za rękę, uspokajam i wyjaśniam sytuację tak samo jak chwilę wcześniej wyjaśniałem stukilowemu inżynierowi. Ale ten też głuchy i ślepy jak dziecko po urodzeniu. Niby słyszy, a nie słucha. Patrzy, lecz nie widzi. Szok jest silniejszy od racjonalności. Racjonalność słabsza od paniki. Układam jego ciało, prostuje je na siłę, tak by nie wylazł z komory niczym jego poprzednik i wracam do Grammera. I ten wreszcie próbuje mówić, lecz jego umysł wydaje się pracować sprawniej.

- Do…o..oo....lecieliśmy? – pyta.
- Tak. Cali i zdrowi. Dwa dni temu. Leż spokojnie, dojdź do siebie.
- Dobrze – odpowiada, jako jedyny zdając się wiedzieć co do niego mówię.
Nim zdążyłem spojrzeć na jego monitor, za plecami słyszę syk kolejnej otwieranej komory. No tak, Salter. Gdy zbliżam się do jego komory ramię już przesyła ładunek elektryczny, ale bez efektu. Chwilę później drugi i trzeci. Serce nadal martwe, pozostaje w bezruchu.
- Próbuj dalej – zwracam się do Syjonu. – Do skutku.

Nie słyszę odpowiedzi, ta jest zbędna. Zamiast niej słychać tylko kolejne elektryczne pioruny strzelające w klatkę biologa. Kolejny i kolejny, aż w końcu, nie wiem który, może dziesiąty, przynosi pozytywny skutek. Serce zaczyna bić, Salter otwiera oczy i łapie oddech.

- Ile do następnej? – mówię do Syjonu.
- Trzy minuty. Kenji Fushida – dopowiada nie czekając na drugą część pytania.
- Daj mi wszystkie dane biometryczne Saltera.
- Tętno dziesięć procent poniżej normy, płytki oddech, lekkie niedotlenienie….
- Niedotlenienie? Jakie, kurwa, niedotlenienie? Przy nanokrwi? Zwiększ natychmiast dostawy tlenu.
- Dostawy tlenu zwiększone.
- Monitoruj na bieżąco i informuj o zmianach.
- Przyjąłem.

Patrzę na Rodrigueza, ten uparty jak osioł – posadziłem go, to próbuje mi tu teraz wstawać. Cztery minuty po dehibernacji. Przecież nie jest jakimś cyborgiem. Podbiegam do niego i proszę żeby usiadł, a ten patrzy na mnie tępo jak bym mówił do niego po chińsku. Opieram mu ręce na barkach i ściągam w dół, co mimo jego stanu wcale nie jest takie proste. Blokuje się jak bym chciał go posadzić na palącym się ognisku, a nie miękkiej wyściółce łóżka. Udaje mi się jednak, chyba na chwilę odpuścił.

- Tętno doktora Paula Saltera wzrosło o jeden procent. Dotlenienie organizmu wzrosło o dwa procent. Oddech nadal poniżej normy – informuje mnie Syjon zgodnie z poleceniem.
- Nie przerywaj, tak długo aż się ustabilizuje.

Wracam do Whitea, Grammer sobie poradzi. Psychika to w tym momencie najważniejsza sprawa, a on wydaje się być najbardziej świadomy. White leży sztywny jak bela i patrzy w sufit szukając wzrokiem nie wiadomo czego. Macham mu przed oczami i ściągam na siebie jego uwagę. Odwraca lekko głowę i patrzy na mnie, wyczekując odpowiedzi na pytania, których nie zadał. Ciało nadal proste, jak by wciąż był w pełnej hibernacji.

- Jak się czujesz? –pytam. – Możesz mówić? - On patrzy, nie reaguje. Pytam więc ponownie.
- Możesz mówić? Spróbuj. Pamiętasz jak się nazywasz?
- N…n…n….
- Nick, Nick. Pamiętasz nazwisko?
- Whi…. White.
- Dobrze. Spróbuj poruszyć ręką. Złap mnie, no, dalej.

Mówiąc to wyciągam swoją rękę nad jego twarz. On lekko unosi swoją, lecz mięśnie jeszcze nie wróciły do normy i rezygnuje.

– Dawaj jeszcze raz. Wiem, że możesz!
Obniżam trochę wysokość, na której trzymam rękę. White próbuje. Z wielkim wysiłkiem i grymasem na twarzy sięga mego ramienia i łapie się go kurczowo jak tonący brzytwy.
- Dobrze! – krzyczę. – Dobrze! Jeszcze trochę i dojdziesz do siebie. Odpoczywaj.

Teraz wracam do Grammera. Ten leży spokojnie. Oddycha powoli, powoli rozgląda się wkoło siebie, uśmiecha. Patrzę na jego rękę, którą unosi z wolna formując z dłoni pięść z uniesionym kciukiem. Gdyby każdy z nich budził się z takim rozpoznaniem sytuacji jak on, było by o wiele łatwiej. Gdybym ja obudził się w ten sposób, było by o wiele łatwiej.

- Tętno doktora Paula Saltera wzrosło o kolejne dwa procenty. Dotlenienie prawie ustabilizowane. Brakuje trzech procent. Oddech unormowany – spokojnym, niskim tonem informuje Syjon.

Dobrze i oby tak dalej. Za chwilę otworzy się kriokomora Kenjiego. Podchodzę więc do niej zawczasu. Chwilę później słychać syk i otwiera się wieko elektrycznej trumny. Patrzę na Fushidę i wpadam w osłupienie. Mruga, oddycha, porusza palcami. Mechaniczne ramię zaczyna opadać w jego kierunku.

- Syjon stój! – krzyczę. – On oddycha! – Ramię zatrzymało się jakieś pięć centymetrów nad jego ciałem i sekundę później wróciło na swoje miejsce. – Jakim cudem nie zauważyłeś oznak życia?

Patrzę na monitory a tam cisza, zero śladów aktywności. Zaglądam do wnętrza komory. Czujnik, który powinien znajdować się na palcu Kenjiego leży obok jego dłoni. Musiał go ściągnąć chwilę wcześniej, albo sam się zsunął. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim przypadku. Gdyby ramię opadło na jego klatkę i wysłało impuls mogliśmy go zabić, zamiast ożywić. Tak jak mówiłem – inteligentny robot, ale tylko robot. Ciekawe kiedy się obudził, kiedy jego organizm wystartował i jak zrobił to bez impulsu.

- Możesz mówić Kenji? – ten tylko negując pokiwał głową. – Spróbuj – nalegam. Otwiera usta, ale wydobywa się z nich tylko cisza. – Próbuj dalej. Masz szczęście, że cię nie zabiliśmy.

Nim zdążyłem skończyć zdanie słyszę jak rozszczelnia się kolejna komora, należąca do Willa Johnsona. Podbiegam z nadzieją, że tu nie czeka mnie żadna niespodzianka. Na szczęście Johnson powieki ma jeszcze zamknięte, a czujnik nadal ściśle przylega do jego palca. Serce rusza jak na zawołanie po pierwszym impulsie wystrzelonym z ramienia jego komory.

- Wszystkie odczyty półkownika Johnsona w normie. Stan doktora Saltera w pełni ustabilizowany – informuje mnie Syjon, jak by czytał mi w myślach.

Johnson lekko dygoce na łóżku. Macham mu ręką przed oczami i w widzę, jak wodzi za nią wzrokiem. Jego czarne, wyrzeźbione ciało spina wszystkie mięśnie jak na intensywnym treningu. Tak martwi przekraczają Styks w drugą stronę. Na razie nie próbuje nic mówić, leży – i niech tak zostanie. Nagle słyszę huk i widzę jak Rodriguez pada na środku sali, odbijając się głową od panelu sterowania. Na szczęście przytomny, nie zemdlał, choć może to ułatwiło by mi zapanowanie nad nim. Podbiegam licząc na to, że kolejna komora nie otworzy się za sekundę. Próbuje go podnieść, ale nie jestem w stanie. Paco jest zbyt ciężki i zbyt uparty, by dać sobie pomóc. Wije się tylko po podłodze trzymając ręce na obolałej głowie. Będzie z tego ślad, jak u mnie. Próbuje jeszcze raz, tym razem udaje mi się oprzeć jego masywne cielsko o panel.

- Siedź i czekaj, aż wrócisz do siebie – krzyczę do niego z gniewem. - Nie utrudniaj mi. I bez ciebie mam tu ręce pełne roboty. – Podnoszę się z klęczek i jeszcze raz dla pewności zwracam się do niego przez ramię podniesionym głosem. – Siedź Rodriguez, siedź!

Wracam do Johnsona, który cały czas leży w tej samej pozycji, jednak mięśnie nieco już się rozluźniły. Mocno zaciśnięte wcześniej szczęki teraz w lekkim rozchyleniu łapią chałsty powietrza. Widać, że bez mojej pomocy dojdzie niedługo do siebie, więc mogę skupić się na reszcie. Zostały mi jeszcze trzy kobiety i nasz językoznawca. Sadząc po jego budowie będzie konkurował o miano ostatniego ożywionego z Sandrą Winford. Następna w kolejce jest Jana Kowaczowa, której komora właśnie sygnalizujcie otwarcie charakterystycznym sykiem. Jak na kobietę jest zbudowana naprawdę solidnie. Gdyby nie niski wzrost, mogła by konkurować z Rodriguezem o miano naczelnego mięśniaka na Athenie, choć i tak pewnie połowę męskiej załogi rozłożyła by jedną ręką. W oczy rzuca się jej umięśniona klatka, w niczym nieprzypominająca kobiecego biustu i niesamowicie szerokie barki, które wydają się ledwo mieścić w kriokomorze. Stoję nad nią i patrzę prosto w twarz, szukając oznak życia. Ramię już wystrzeliło impuls, monitor wykrył pracę serca, lecz ona leży bez ruchu niczym nieboszczyk w trumnie. Zbliżam się nieco bardziej, chcąc sprawdzić czy oddycha. Zanim zniżam się do poziomu jej warg, ta otwiera oczy i ze wzrokiem wściekłym niczym wilczyca łapie mnie za gardło odcinając mi natychmiastowo dopływ powietrza. Jej uścisk jest niczym imadło, czuję że zaraz połamie mi krtań, albo oderwie łeb od reszty ciała. Łapię ją za masywną rękę, próbując odciągnąć palce od swojej szyi, ale nadaremnie. Widzę wpatrzony we mnie wzrok, dziki i nieposkromiony. Tak musi czuć się cyrkowy treser, kiedy rzuca się na niego oswojony dotąd tygrys, wbijając mu długie kły prosto w szyję i czekając aż wyzionie ducha. Bronię się przed tym tygrysem ze wszystkich sił, ale mam ich zdecydowanie za mało. Chce krzyczeć, ale z gardła nie wydobywa się żaden dźwięk. Czuje jak krew pulsuje w mózgu, nie znajdując ujścia. Wzrok zaczyna mi się rozmywać, płuca zaczynają się dusić i gorączkowo dygotać błagając o tlen. W końcu znikają mi ze wzroku jej wściekłe oczy. Widzę już tylko niewyraźne kontury umięśnionego cielska, które usilnie próbuje odebrać mi życie.

Nagle upadam nieświadomy co się dzieje. Łapię oddech. Jeden, drugi i kolejne, po raz wtóry wracając do życia na orbicie magicznego Centuriona. Opieram się na rękach i klęcząc na kolanach krztuszę się tlenem, czekając aż mózg nasyci się nim do syta. Znów padam na plecy, z rękoma rozłożonymi niczym Jezus na ukrzyżowaniu, obserwuję jak kontury świata wyostrzają się powoli, ukazując mi przyczynę mego upadku. To Rodriguez stoi nad Kowaczową trzymając ją za wykręconą rękę i przyciskając kolanem jej twarz do wyściółki łóżka. Ta szarpie się i próbuje wyrwać z jego uścisku, jednak nie ma na to najmniejszych szans. Widzę jak Paco czeka, aż Jana się uspokoi, aż ostygnie, nie wypowiadając choćby jednego słowa. Do wściekłego zwierzęcia i tak przecież nie przemówisz, musisz je ujarzmić. Po chwili opieram się rękoma o podłogę i wstaję, chwiejąc się lekko na miękkich nogach. Gardło boli mnie niesamowicie, filtrując każdy oddech jakby krtań zmniejszyła się o połowę. Przyznam, że takiego powitania się nie spodziewałem, ale po hibernacji każdy budzi się inny, nieobliczalny. Kowaczowa dała mi tego bardzo dobry przykład. Teraz dostrzegam, że nad łóżkiem Jany stoją także Kenji i Grammer, obserwując jak ta powoli spowalnia oddech uspokajając się z minuty na minutę i poddając żelaznemu uściskowi Pabla. Ciekawe ile razy jeszcze ta planeta przywróci mnie do życia.
W tle słyszę syk kolejnej z komór. Robię krok w jej kierunku i czuję rękę na ramieniu. Odwracam się i widzę jak Fushida wskazuje mi najbliższą komorę pokazując gestem bym usiadł. W tym samym czasie Grammer udaje się chwiejnym krokiem w kierunku komory Marksa. Widzę jak go uspokaja, ale jeszcze nie słyszę wszystkiego, wyłapując z powietrza tylko przytłumione dźwięki niepodobne do słów. Nie dostrzegam jednak oznak zdenerwowania w zachowaniu Ricka. Wygląda na to, że Marks przebudził się w dobrym stanie. Kenji siada koło mnie i czekamy tak w ciszy nie wiadomo na co. Kilka minut później głos Gramera zaczyna być wyraźniejszy. Cały czas czuwa nad komorą Arnolda i spokojnym głosem tłumaczy mu co się stało. Z oczywistych względów pomija wątek z Kowaczową, która teraz siedzi już spokojnie na brzegu swego posłania pod czujnym wzrokiem Rodrigeza. W jej oczach nie widać już wściekłości, tylko pustkę, tak odległą jak kosmos z którego przylecieliśmy.

- Za pięć minut otworzą się kriokomory doktor Ruskatow i inżynier Winford – oznajmił nagle Syjon. – Na obecna chwilę nie przewiduję żadnych komplikacji.
- Dziękuje Syjon. Zajmę się Winford. Doktorze Grammer, przyjmiecie Ruskatow? – pytam.
- Tak, oczywiście.

Wstaję i podchodzę do jeszcze zamkniętej komory. Przez całkowicie odmrożoną szybę widać delikatne ciało Sandry, będące całkowitą przeciwnością Kowaczowej. Subtelne rysy anielskiej twarzy idealnie współgrają ze szczupłą sylwetką i idealnymi, jędrnymi piersiami naprężonymi w odzewie na obniżoną temperaturę kriokomory. Wydaje się niemal zbyt perfekcyjna, aby być prawdziwa. Jej piękno może konkurować z pięknem Centuriona i tylko Bóg wie które z nich jest bliższe ideału. Już przed wylotem ciężko było mi się oprzeć jej urodzie, ale teraz widząc ją w kompletnym negliżu, aż gotuje mi się w mózgu. Z tyłu głowy mam cel misji, ale przed oczami widzę cel, który wydaje się zdecydowanie bardziej realny i kuszący. Syk komory wyrywa mnie z marazmu i ledwo co udaje mi się uniknąć zderzenia z otwierającymi się drzwiczkami. Ramię opada na jej klatkę i wystrzeliwuje impuls, który unosi ją lekko naprężając jędrne ciało do granic możliwości, niczym w finalnym akcie stosunku. Chyba nie potrafię patrzeć na nią inaczej niż przez pryzmat pożądania, który widzę w każdym elemencie jej figury, w każdym ruchu, choćby wywołanym przez brutalną siłę elektryczności. A może po prostu nie chce patrzeć na nią inaczej. Widzę jak powoli unosi powieki. Nie wiem czy robi to aż tak wolno, czy to po prostu świat wkoło niej wydaje mi się działać w zwolnionym tempie. Jej jasnoniebieskie oczy szklą się niczym odbicie krystalicznej tafli morza w jakiejś ziemskiej namiastce raju. Nawet gdy lekko rozchyla wargi, widzę w tym czystą analogię seksu. Chyba wizyta na progu śmierci, w żelaznym uścisku ukraińskiej bojowniczki uruchomiła w moim ciele tęsknotę do najprostszych ludzkich instynktów. Podaję Sandrze rękę, widząc jak z wolna unosi swoją szukając jakiegoś oparcia. Łapie moją dłoń i siada w pół przytomna na krawędzi siedziska.

- Wiesz gdzie jesteś? – pytam spokojnym głosem.
- Wiem. Na Athenie.
- Jak się czujesz.
- Dobrze. Kręci mi się w głowie.
- To minie. Musisz tylko chwilę poczekać. Cieszę się, że nic ci nie jest.

Unosi lekko głowę i spogląda na mnie bez słowa spod blond włosów opadających delikatnie na jej twarz. Lekki uśmiech przebija się tylko przez chwilowy grymas zakłopotania. Wstaję od jej komory i rozglądam się po sali. Dopiero teraz dostrzegam Stawskiego stojącego w progu, opartego o boczną ściankę otwartej śluzy. Jak długo się nam przyglądał? Na tyle by widzieć zajście z Kowaczową, czy dopiero niedawno przyszedł do sali? Jeśli był tu wcześniej, to czemu nie pomógł nam jej uspokoić? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Stoję tylko jak osłupiony i wpatruję się w jego zacienioną sylwetkę, która unosi powoli rękę z parującym jeszcze kubkiem i bierze małego łyka gorącego napoju, siorpiąc przy tym jak małe dziecko.

Tagi:

Józef Kemilk
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 12

Centurion - opowiadanie sci-fi.

Post#2 » 1 year temu (31 sty 2017, o 19:04)

Jak dla mnie tekst ciekawy i wciągający. Podoba mi się sposób wybudzania poszczególnych członków załogi, który wydaje się bardziej prawdziwy niż przedstawiany w większości filmów SF. W dalszej części opowiadania, aż kusi by tak długi czas spoczynku spowodował jakieś długotrwałe defekty w psychice niektórych bohaterów, co będzie przez nich skrzętnie ukrywane. Powodzenia w dalszym pisaniu, a wyjdzie fajna książka.

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość