Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

CENTURION - Rozdzał II. Marzenia z Centuriona

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
robsson86
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 16

CENTURION - Rozdzał II. Marzenia z Centuriona

Post#1 » 2 lut 2017, o 15:36

CENTURION

II. MARZENIA Z CENTURIONA

Spoglądam w górę i widzę niebo tak niebieskie, że aż surrealistyczne. Czyste i przejrzyste, jakby ktoś wylał na nie kubeł błękitnej farby, nie pozostawiając żadnego pustego miejsca. Tylko po mojej prawej stronie iskrzy się ogromne, pomarańczowo-czerwone słońce. Wydaje się, że stąd mogę dostrzec łuki plazmy wyrzucane w przestrzeń z każdym kolejnym uderzeniem gorącego serca tej potężnej gwiazdy. Chwytam za najbliższą łodygę nieznanej mi rośliny i podciągam się wspinając na niewielki pagórek. Stąd zdecydowanie lepiej widać rozpościerające się we wszystkie strony zielone równiny tej części kontynentu Centuriona. Nawet na tym podwyższeniu nie sposób szukać horyzontu planety, która wydaje się nie mieć końca. Obracam się w koło i nie widzę nic prócz wszechobecnej zieleni. Nagle gdzieś na wschodzie w oddali dostrzegam błysk światła, jakby ktoś celował do mnie ze snajperki. Jest nieregularny niczym sygnały morsa, ale nie zawiera w sobie żadnej treści. To niemożliwe, by ktokolwiek z załogi znalazł się tak daleko od bazy, którą rozbiliśmy jakiś kilometr na zachód od tego miejsca. Bez namysłu zsuwam się delikatnie na niższe partie zarośli, niemal płynąc w powietrzu. Pewnie podobnie czuła się załoga Apollo stawiając pierwsze kroki na naturalnym satelicie Ziemi. Przedzieram się przez chaszcze traw i kwiatów, które sięgają mi wysoko ponad głowę, łapiąc się ich źdźbeł i liści niczym lian. Oddech mam płytki, jednak przy tej grawitacji pokonywanie nawet dłuższych dystansów wydaje się być dziecinnie proste. Wybijam się nieco w górę, ponad pąki kolorowych kwiatów, sprawdzając czy aby na pewno poruszam się we właściwym kierunku. Błyski nadal są dobrze widoczne. Migocą między oddalonymi drzewami wzbudzając coraz mocniej moje zainteresowanie. W odkrywczej euforii poruszam się coraz szybciej i sprawniej, nie zważając na żadne niebezpieczeństwa. Przecież te wszystkie kwiaty i nieznane mi rośliny mogą być równie zabójcze, co piękne. Kto wie z jakich substancji się składają, jak bronią się przed napastnikiem próbującym odebrać im życie. Pędzę na złamanie karku, aż dostaje lekkiej zadyszki. W końcu przedostaje się na płaski teren, oddzielający te zielone pola od ogromnego lasu, którego szczyty sięgają samego nieba. Wielkie konary kołyszą się delikatnie szumiąc głośno, lecz nie jak ziemskie lasy, a bezkresne morza. Widzę światło wydobywające się z pomiędzy drzew, które migocze tak samo jak wcześniej. Zwalniam tempo i starając się zachować spokój zbliżam do niego krok za krokiem. Gdy jestem jakieś trzydzieści metrów od niego, w cieniu drzewa dostrzegam sylwetkę. Ludzką. Z brodą gęstą i długą. Z uśmiechem na twarzy i małym lusterkiem w dłoni, które obraca niczym monetą między palcami. Dopiero teraz uświadamiam sobie że to Salter. Ale co on tu robi? Jak właściwie dostał się tak daleko przede mną, skoro wszyscy łącznie z nim siedzieli w bazie gdy wyruszałem?

Spostrzegł mnie, złapał kurczowo lusterko w dłoni odwracając się na momencie i znikając za grubym konarem. Ruszam za nim co sił w nogach i widzę jak w lekkich podskokach pędzi w głąb tego monstrualnego lasu, unosząc się nad powierzchnią planety niczym jakiś irracjonalny humanoidalny motyl. Odwracam się za siebie i nie widzę już linii lasu, a mógłbym przysiąc że dopiero co do niego wbiegłem. Wracam wzrokiem z powrotem przed siebie i wpadam w osłupienie. Salter zniknął. Gdzie go szukać? Czy ten debil bawi się ze mną w chowanego? Zwalniam i idę w kierunku miejsca gdzie ostatnio widziałem jego sylwetkę. Tam jednak nie ma nic, poza otaczającym mnie w koło lasem wieżowcopodobnych drzew.

- Salter! –krzyczę. – Salter, gdzie jesteś?! – Odpowiada mi tylko echo odbite od kory drzew.

Krzycząc poruszam się w nieznanym kierunku, czując jak umysł powoli wpada w panikę. Puls przyspiesza, a mózg coraz intensywniej odczuwa braki tlenu w tej rzadkiej atmosferze. Nogi same zrywają się do szaleńczego biegu, prowadząc mnie bez celu jeszcze głębiej w zarośla lasu. Nagle, ni z tego ni z owego, wychodzę na rozległą równinę. Dam sobie głowę uciąć, że chwile wcześniej jej tu nie było. Spoglądam w górę i zamiast nieba widzę rozpostarły między drzewami na skraju równiny wielki, wiszący obiekt zbudowany w całości z drewnianych bali. Przypomina… dom! Taki, jak buduje się za dzieciaka na drzewie. Tyle że ten wisi na ogromnej siatce z niewiadomego pochodzenia lian. Nagle od jego spodu otwiera się niewielki otwór, a ze środka wypada drabinka spleciona z długich, zielonych lin, która ląduje dokładnie pod moimi stopami. W pierwszej chwili tylko patrzę się na nią, nie wiedząc co ze sobą zrobić, ale po sekundzie instynktownie łapie się jej i zaczynam wspinać na samą górę. Przeciskam się przez otwór i w końcu staje na nogach w ogromnym pomieszczeniu jak zbałamucony. Cała ekipa siedzi przy drewnianym stole i popija sobie piwo śmiejąc się i rozprawiając Bóg wie o czym. Co u licha jest grane? Skąd oni się tu wzięli? I jeszcze to piwo rozlane w kuflach jak na pieprzonym Octoberfest. Widzę ich wzrok na mnie. Odkładają kufle. Salter wyciera pianę z brody i szybkim ruchem ręki strzepuje ją na podłogę. Mimo, iż przed sekundą było tu jeszcze jasno niemal jak na zewnątrz, nagle wszystko w koło mnie ciemnieje. Zanikają sylwetki ludzi, brzegi okien zaciemniają się jakby ktoś narzucił na nie płachtę. Nie widzę już stołu, ani krzeseł – widzę tylko dziewięć par czerwonych, wściekłych oczu, które skupiają się na mojej sylwetce. Nagle ruszają w moją stronę z prędkością geparda rzucającego się na żer. Nim zdążyłem pojąć co się dzieje i jakkolwiek zareagować dopadają do mnie wszyscy razem i w zwierzęcej dzikości rozrywają mnie na kawałki swoimi ostrymi pazurami i zębiskami, które wtapiają się w moje ciało nieubłaganie pozbawiając mnie życia. Umieram. Znów umieram na Centurionie.

Budzę się nagle spocony, jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica. Oddycham szybko, trzęsąc się jak w jakimś delirium. Rozglądam się gorączkowo wkoło siebie. Jestem w swojej kabinie, na Athenie. Żyję. Oglądam swoje ciało szukając ran i śladów zębów, lecz nic nie znajduje. To był tylko sen. Sen, który zbiera swoje przerażające żniwo po trzystu czterdziestu czterech latach wegetacji. Sen, który swoją realnością chciał z powrotem wprowadzić mnie do grobu. Wstaje i podchodzę do umywalki. Dopiero co się obudziłem, a źrenice mam wielkie jak bym wciągnął kilogram koksu. Zbliżam się do lustra i odciągam powieki sprawdzając czy ja to nadal ja. Pod dolną powieką wciąż widnieje tatuaż z moim numerem – zero trzydzieści cztery. Trzydziesty czwarty członek misji Olimp. Nie zwariowałem więc, wciąż orbitujemy wkoło Centuriona. Ogoliłem się, umyłem i ubrałem, po czym skierowałem do wyjścia.

- Gdzie jest reszta załogi? – pytam Syjon.
- Wszyscy zebrali się w mesie. Poinformować załogę, że pan przyjdzie?
- Jak chcesz.

Kieruję się jednak najpierw do sali widokowej, krocząc w przytłumionym świetle diod. Chce spojrzeć kolejny raz na Centuriona, którego dopiero co odwiedziłem w niechcianych sennych marzeniach. Może próbuję odnaleźć stąd ślad wielkiego domu zawieszonego między konarami centuriańskich drzew, a może szukam samego siebie rozerwanego na milion kawałków. Dziś to piękno za szybą nie wydaje się już tak pociągające, jak wczoraj. Sen był tylko snem, lecz to na co natrafimy tam na dole, może być nie mniej przerażające. Może ta planeta sama, w akcie obrony przed nieznanym, wdarła się do mego umysłu szukając w nim szansy na odesłanie nas z powrotem w nicość. W głębi duszy wiem, że to niedorzeczne, ale z drugiej strony kto wie, co może kryć w sobie glob z tak odległego układu jak ten. Życie, czy śmierć. Zbawienie, czy zagładę.

Odwracam wzrok od mojego prześladowcy i udaję się do mesy. Scena prawie jak z mojego snu, tylko zamiast kufli wszyscy trzymają w rękach szklanki z wodą lub łyżki napełnione po brzeg bioplastkiem. Takie rodzinne śniadanie na pokładzie kosmicznego molocha. W pierwszej chwili aż przechodzi mi przez myśl, by zawrócić i uciekać jak najdalej dalej, nim dopadną mnie i zamienią w stos porozrywanych ludzkich szczątków. Racjonalny umysł jednak szybko blokuje ten niedorzeczny pomysł. Podchodzę do dystrybutora, łapię szklankę i zalewam ją do pełna. Wyciągam z lodówki porcję bioplastku i rzucam ją na stół w miejsce gdzie czeka na mnie puste krzesło. Siadam bez słowa i delikatnie rozrywając paczkę z posiłkiem przysłuchuję się toczonym rozmowom.

-…i wtedy oni mówią mi, że za dwa dni rozpoczynamy przygotowania do misji – mówi Johnson przegryzając porcję jedzenia. – Rozumiesz, stoję w gaciach w otwartych drzwiach, oni na progu, a w tyle za mną na łóżku biała dupeczka, którą poznałem poprzedniego wieczoru w klubie. Nawet nie wpuściłem ich do środka! – Śmieje się pełnym głosem.
- Mnie złapali na lotnisku, chwilę przed wylotem z Anglii. Leciałem na sympozjum dotyczącym wymarłych języków. Byłem już po odprawie i praktycznie wchodziłem do samolotu, a tu nagle łapię mnie za rękaw jakiś dryblas i wręcza do ręki list z pieczęcią Unii. Zamiast do samolotu, wsiadłem do auta i wróciłem do domu – wtrąca Arnold.
- No i wszyscy znaleźliśmy się w efekcie w Londynie. Pamiętacie te wszystkie testy? Sami nie wiedzieli na co chcą nas przygotować. Ciążenie większe niż na Ziemi, czy mniejsze. Atmosfera taka, czy sraka. – odzywa się Paul. – W efekcie czułem się jak bym codziennie był na innej planecie, tyle tych scenariuszy przerobiliśmy.
- I tyle samo lądowań, co nie Brzeski? – zagaduje mnie White.
- Tyle samo. – odpowiadam biorąc kolejnego łyka wody.
- Spieprzyłeś ich na początku tyle, że tylko modliłem się by wymienili cię na kogoś innego. – Śmieje się Ruskatow. – Ale w końcu załapałeś.
- Pamiętam, jak bez przygotowania wszedł w atmosferę jakiejś wirtualnej planety, która miała ciążenie większe od Ziemi chyba z dziesięć razy. Zanim się zorientowałem lecieliśmy wszyscy w dół jak kamień w wodę, przyklejeni do sufitu.
- Tu będzie na odwrót. Ciążenie jest mniejsze więc nie przywitasz się z sufitem – odwarknąłem Whiteowi.
- No już, nie spinaj się. Każdy z nas miał ciężkie początki. Stawski i tak zachwalał cię jako jednego z najlepszych pilotów w Unii. Podobno zarzekał się, że bez ciebie nie poleci – dorzuciła Sandra, nieco uspokajając sytuację.
- Wtedy bym tego nie przyznał, ale teraz coś w tym jest. Masz skilla młody – z rogu sali rzucił Kenji.
- Ma, ma. Tylko trzeba było to z niego wydobyć kilkoma wirtualnymi katastrofami. Ja swojego skilla mam tutaj – mówi Johnson pokazując na kaburę schowaną za pasek spodni.
- Oszalałeś! – krzyczy Rodriguez. – Na cholerę przywlekłeś tą spluwę do mesy? Będziesz strzelał do bioplastiku?
- Spokojnie, wyluzuj. Z nią po prostu czuję się bezpieczniej, co nie Jana? – ten ripostuje, zwracając się do Kowaczowej.
- No pewnie, że bezpieczniej. – Ze śmiechem na ustach rzuca moja niedoszła zabójczyni wyciągając zza pleców swoją giwerę.
- Super. To może urządzicie tu sobie mały plac treningowy? My wam posłużymy za cele – oburza się Fushida. – No, gdzie mam stanąć?
- Daj spokój, do nikogo nie będziemy strzelać. To tak po prostu, w razie czego – odcina się Jana.
- Myślę, że powinniście odnieść tą broń do swoich kabin i szczelnie zamknąć ją w swoich szafkach. Nie potrzebujemy tu więcej stresu, niż wynika z samej misji. Może jeszcze będziecie mieli czas, by ich sobie poużywać. Ale nie tutaj – przekonuje wojskowych Grammer.
- A pewnie, że sobie poużywamy! Po to tu przylecieliśmy – pewny siebie rzuca Johnson.
- To się jeszcze okaże. Według sondy nie ma tu żadnych żywych organizmów, więc może obędzie się bez używania tego sprzętu – wtrącam do dyskusji.
- Ja sobie jakiś cel znajdę, tego możesz być pewien – odpowiada mi Jana.
- A już tego nie zrobiłaś? – odgryzam się. - Z tego co wiem nie potrzebujesz broni, wystarczą ci ręce.
- A żebyś wiedział, że wystarczą. Zademonstrować?
- Nie musisz, raz wystarczy.
- Uspokójcie się – lekko podniesionym głosem zwraca się do wszystkich Grammer. – Ta dyskusja nie ma sensu. Zanieście broń do kabin.
- Nie jesteś moim szefem, żeby mówić mi co robić, ty… – Johnson wstaje z krzesła i wali pięścią w metalowy stół.
- Ale ja jestem – przerywa mu w pół zdania Stawski siedzący na drugim końcu stołu. – I każe ci zanieść ten pistolet tam, gdzie jego miejsce. Tobie też Jana. Bez dyskusji.

Obydwoje bez słowa odeszli od stołu i udali się w kierunku kabin sypialnych. Ktoś w końcu musiał to przerwać.

- No to mamy pierwszą spinę za sobą – przerwał chwilową cisze Kenji.
- Zupełnie niepotrzebną. I oby ostatnią - dodał komandor. - Mamy tu ważniejsze cele, niż skupianie się nad własnym ego. A jak twoja szyja Paweł?
- Dobrze. Nadal czuje lekki ucisk i muszę poczekać, aż zejdzie zasinienie. Ale poza tym jest ok. Tak z ciekawości, widział pan całe zajście, komandorze? –pytam.
- Na monitorach. Kiedy dotarłem do kriokomór siedziałeś już z Kenjim na łóżku, a sytuacja wydawała się być opanowana.
- I taka była – wtrącił Paco ostentacyjnie napinając mięśnie i całując się w biceps.
- Nie miałem okazji ci podziękować – zwróciłem się Rodrigueza.
- Nie musisz. I tak ci narobiłem wtedy trochę syfu. Dobrze, że ona nie jest większa ode mnie – dodał wskazując głową w kierunku kabin do których udali się kosmiczni rewolwerowcy.
- Wtedy mielibyście tu pierwszego trupa na pokładzie. – Wstałem i podszedłem do dystrybutora by nalać sobie kolejną szklankę wody. – Was też tak suszy? Jak bym był po ostrej imprezie.
- To podobno efekt uboczny hibernacji. Tak przynajmniej twierdzi Salter – odpowiada mi Sandra.
- Jak Will i Jana wrócą, ustalimy plan zajęć na każdy dzień. Chcę żebyście wszyscy byli w doskonałej formie, zanim wylądujemy na Centurionie – oznajmił komandor.
- Czyli treningu ciąg dalszy. – Uśmiecham się i biorę kolejnego łyka wody.

Po piętnastu minutach do mesy wróciła dwójka wojaków. Nawet biorąc pod uwagę odległość do pokoi, trochę to trwało. Kto wie, może coś tam między nimi zaszło. Lekka adrenalina może działać na wiele sposobów. Czasem negatywnie, czasem zupełnie odwrotnie, nakręcając do działań, których normalnie byśmy się nie podjęli. Siadają obok siebie przy stole, wymieniają lekkie uśmiechy i zalotne spojrzenia. Wygląda na to, ze pierwszy romans na pokładzie Atheny mamy już za sobą. Kapitan, zdając się nie zwracać na nich większej uwagi, zwraca się do nas wszystkich.

- Dobrze. Skoro jesteśmy tu już wszyscy razem, przedstawię wam plan działań na najbliższe dni. Według Syjonu będziemy mogli wyruszyć na Centuriona za cztery dni. Do tego czasu chcę, żebyście utrzymali się w jak najlepszej formie. Dlatego też rozpisałem wam grafik, tak by zająć jak najwięcej czasu w dzień i trochę was rozruszać. Codziennie o dziewiątej rano będziemy spotykać się w mesie na śniadaniu. Normalnie robilibyśmy to wcześniej, ale chce żebyście byli dobrze wypoczęci i wyspani, więc od razu proszę was byście nie siedzieli do późnej nocy.
- Jak na szkolnym obozie. – Śmieje się Fushida.
- Dokładnie – odpowiada mu komandor. - O dziesiątej, czyli po śniadaniu i odprawie wracacie do swoich kabin. Chcę byście tą kolejną godzinę poświęcili na czytanie jakiejś książki, tak by uruchomić trochę szare komórki. Bibliotekę cyfrową mamy zapełnioną po brzegi, więc każdy znajdzie coś dla siebie, choćby miały to być komiksy. O jedenastej stawiacie się w sali treningowej. Tam przez półtorej godziny macie wycisnąć z siebie wszystkie poty. Urządzeń mamy tyle, że bez problemu pomieścicie się tam razem. Pamiętajcie, że mamy też komorę ze zwiększonym ciążeniem, jak by komuś Ziemskie warunki nie wystarczały. Po treningu obowiązkowa kąpiel i o trzynastej widzę was z powrotem w mesie. Po obiedzie macie czas wolny do godziny szesnastej. Możecie robić co wam się żywnie podoba. Przeglądać logi z Ziemi, zrobić sobie sjestę, czy pooglądać jakieś filmy i seriale. Mamy tego ponad trzydzieści terabajtów, więc nie powinniście mieć problemu z doborem repertuaru.
- A filmy dla dorosłych są? – wtrąca Johnson.
- Są. Wzięliśmy je specjalnie dla ciebie – odpowiada mu ironizując komandor.
- No i to, to ja rozumiem – z wielkim uśmiechem na twarzy krzyczy Will, unosząc się z krzesła i przybijając piątkę z Whitem.
- O szesnastej – kontynuuje Stawski – mamy trening symulacyjny Centuriona. Syjon przygotował wam wirtualne środowisko VRSS w oparciu o najnowsze dane z sondy, więc powinniście doświadczyć w miarę realistycznego odwzorowania warunków panujących na tej planecie. Nie chcę was przemęczać, bo spędzicie na niej jeszcze sporo czasu, więc godzina w symulatorze powinna wam w zupełności wystarczyć. Potem macie godzinę wolnego, by spokojnie wrócić do siebie i warunków, jakie panują na stacji. O osiemnastej znów spotykamy się w mesie na kolacji. Wtedy też przygotujcie się na zdanie mi relacji z całego dnia. Chcę wiedzieć, jaki jest wasz stan fizyczny i psychiczny. Reszta dnia należy do was. Jakieś pytania?
- Czy jest możliwy jakikolwiek kontakt z Ziemią? – pyta Ruskatow.
- A z kim chciała byś się skontaktować – odpowiada jej Kenji. – Masz tam kogoś, kto przeżył trzysta czterdzieści cztery lata? Jeśli nawet, to wszyscy tam czekają zahibernowani na sygnał od nas. Poza tym odpowiedź uzyskałabyś mniej więcej po tygodniu. Praw fizyki nie przeskoczysz.
- Dokładnie- dopowiada komandor. - Tak więc kontaktu z Ziemią nie mamy, do czasu sprawdzenia warunków na Centurionie i wysłania im sygnału z oficjalną informacją.
- A mamy tu jakiś bar, albo coś? – pyta Marks.
- Picie alkoholu podczas misji jest niewskazane. Sam odradziłem Unii montaż takiego wyposażenia – odpowiada Grammer.
- No super, wielkie dzięki. Oficjalnie w tym momencie zostałeś moim „ulubionym” kolegą na statku – z grymasem niezadowolenia wcina się Salter.
- To dla waszego dobra – wyjaśnia Stawski. –Musicie być w pełni skupieni na celu naszej misji. Nie przylecieliśmy tu na wakacje, albo po jakieś surowce jak statki kopalne. Od nas zależy los całego gatunku. Po kielichu, a tym bardziej kilku, nie byłbyś w stanie myśleć trzeźwo. A tego właśnie od ciebie i całej reszty załogi wymagam. Zawsze. – spogląda na zegarek. – No i mamy jedenastą. Możecie rozejść się do kabin i wybrać sobie jakąś książkę. Nie zapomnijcie o treningu i widzimy się tu o czternastej.

Stawski wstaje z krzesła i wychodzi z mesy. Wszyscy powoli zaczynają się rozchodzić. Ja także wstaje i podchodzę do zmywarki wkładając do środka pustą szklankę. Potem wrzucam folię po bioplastkiu do degradarki. Każdy śmieć można przecież rozłożyć na atomy i później odzyskać w innej formie. Doganiam Sandrę, która wstała od stołu chwilę przede mną.

- Hej. Może chciałabyś się spotkać później. Obejrzymy jakiś film czy coś. Razem zawsze ogląda się przyjemniej. Widziałem w lodówce bioplastik o smaku popcornu. Co ty na to?
- Nie wiem. Pomyśle. A co byś chciał oglądać?
- Myślałem o jakiejś komedii, żeby trochę się rozerwać. Ale możesz sama coś wybrać. Lubię też sensacje, albo horror.
- Komedia wydaje się być dobrym pomysłem. Dam ci znać na treningu, ok?
- Super. To czekam na twoją decyzję. Do później.

Uśmiecham się do niej i nieco zwalniam, by spojrzeć jeszcze raz jak wygląda jej boskie ciało w ruchu. Skoro jeden romans na Athenie się udał, to czemu by nie spróbować drugiego. Po chwili marszu docieram do swojej kabiny. Biorę w ręce tablet i wchodzę do zasobów biblioteki. Sam jeszcze nie wiem na co mam ochotę. Przeglądam stosy książek i nic nie chce wpaść mi w oko. Komedii nie chce, sensacji i taniego kryminału także. Na jakieś rozprawy naukowe tym bardziej nie mam ochoty. Fantastykę naukową mam tu na żywo, a za komiksami jakoś nigdy nie przepadałem. A może tak by wrócić do klasyki. Przypominam sobie stare dzieła Sienkiewicza, Krasińskiego, Mickiewicza. W końcu decyduje się na Ogniem i Mieczem, by znów zanurzyć się w staropolskich realiach. Wszak trzeba kultywować tradycje swojego narodu. Tom ma tyle stron, że na pewno nie zdołam dokończyć go na Athenie, ale i na powierzchni Centuriona trzeba będzie znaleźć sobie jakieś zajęcie w wolnej chwili. Zagłębiam się w powieść i zanim się spostrzegam Syjon informuje mnie, że wybiła dwunasta i czas wybrać się na salę treningową.

Przebieram się w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach. Wyglądam co najmniej śmiesznie w tym połączeniu, ale trening w codziennych ciuchach to była by przesada. Sala treningowa jest umieszczona daleko w tyle statku, blisko serwerowni. Gdy otwieram śluzę dochodzi do mnie lekki powiew chłodnego powietrza. To właśnie dzięki ciągle schładzanej serwerowni można tu bez problemu nakierować trochę orzeźwiającego powietrza. Czuję jak na rękach pojawia mi się delikatna gęsia skórka. W pomieszczeniu są już Rodriguez, Marks, Ruskatow i White. Reszta pewnie dotrze tu lada chwila. Pierwsze piętnaście minut poświęcam na rozgrzewkę. Potem na zmianę z Marksem, który ćwiczy na takim samym obciążeniu jak ja, robię trening górnych partii mięśni na wielofunkcyjnym sprzęcie treningowym. W końcu decyduje się jeszcze chwilę pobiegać na bieżni, dołączając do Ruskatow i Fushidy. Łapię chwilę oddech i dla zasady rozciągam jeszcze trochę mięśnie po czym udaje się pod prysznic oddzielony od siłowni małym przejściem pozbawionym drzwi. Natryskowa łaźnia jest podzielona na część męską i damską, ale tak naprawdę jedynie z nazwy, bo obydwa sektory oddziela tylko przeźroczysta ściana, tak więc i tak wszyscy się widzimy. Nie wiem czy ma to na celu zmniejszenie, czy zwiększenie naszego popędu, ale tak czy inaczej zupełnie mi to nie przeszkadza. Myje się, wycieram i z powrotem przebieram w ciuchy dzienne, a te treningowe wrzucam do zsypu pralni. Potem Syjon umieści je w mojej garderobie. Nie pozostaje mi nic innego jak znów udać się do mesy i coś przekąsić. Zawsze po treningu mam wrażenie jak bym przed chwilą zjadł porządną porcję obiadową, ale za chwile to uczucie powinno minąć. Zastąpię je prawdziwym posiłkiem.

- Jak trening? – pyta mnie Stawski, który siedzi już przy stole w mesie całkiem sam.
- W porządku. Przyda się trochę ruchu po tak długiej hibernacji.
- Widziałem, że porządnie się przyłożyłeś.
- Aa, tak. Monitory. Postanowiłem dobrze rozruszać mięśnie. Też jestem zdania, że przyda się nam to na Centurionie.
- Z pewnością. Zjedz coś wysokoenergetycznego. Musisz uzupełnić braki po treningu.

Podchodzę do lodówki i wyjmuje kulki o smaku lodów bananowych, jakąś imitację duszonego mięsa i grillowanych warzyw. Do kieszeni chowam kosmiczną imitację popcornu, z nadzieją że przyda mi się ona nieco później. Nalewam sobie jeszcze szklankę wody i siadam przy stole. Do mesy wchodzi z czasem reszta załogi i wspólnie siedząc przy stole zajadamy się obiadem. Rozmowa nie klei się jakoś, pewnie nikomu nie chce się gadać po takim wysiłku fizycznym. Ja natomiast czuję, jak z każdym kolejnym kęsem tego substytutu żarcia wracają mi siły.

- Nie przemęczałeś się dzisiaj zbytnio, co Grammer? – zagajam rozmowę.
- Nigdy nie przepadałem za wysiłkiem fizycznym…
- Widać! – Śmieje się głośno Jana.
- Ty za to mocno z nim przesadziłaś – wrzuca jej Marks.
- Żeby prać tyłki takim frajerom jak ty – kontruje Ukrainka.
- Tylko spokojnie – znów miarkuje towarzystwo komandor. – Musicie się trochę opanować. Nie możecie z każdego zdania robi małej wojny. Macie się dogadać, a nie warczeć na siebie jak sfora dzikich psów.
- Ja się spompowałem maksymalnie, komandorze – mówi Johnson, prezentując swoją muskulaturę. – Ta komora z podwyższoną grawitacją robi swoje. Nawet głupie pompki wycisnęły ze mnie chyba z wiadro potu. A potem bieżnia przy dwa G. Jak bym biegał w betonowych butach.
- Jak się przyzwyczaisz, to Syjon podkręci ci obciążenie do trzech. – Uśmiecha się lekko Stawski. – W razie czego, jak się połamiesz, to Ruskatow złoży cie do kupy. – Puszcza oczko do pani medyk.
- Wolałabym nie. Zmarnuje cały zapas utwardzacza na te jego cielsko.
- Syjon zrobi ci zapas. A ty Kenji? Też wybrałeś się do komory z podwyższonym ciążeniem?
- Ależ gdzie, sir. Ja to mogę większe obciążenie strawić tylko w formie cyferek binarnego kodu. Ciężary nigdy nie były moją mocną stroną, ale trochę pobiegałem.
- I to wystarczy. Zawsze organizm trochę pobudzony. No dobrze, skoro wszyscy zjedli możecie skorzystać ze swojego czasu wolnego. Rozejść się.
Kiedy wychodzę za próg śluzy pomieszczenia podchodzi do mnie Winford i lekko łapie za ramie przyciągając do ucha.
- Oferta filmowa nadal aktualna? –pyta.
- Jasne. Myślałem, że się nie skusisz, skoro nie dałaś znać wcześniej.
- Myślałam nad filmem, który chciałabym obejrzeć.
- I co?
- Chyba jednak skuszę się na tą komedię. Romantyczną. Może być?
- Pewnie. Mam coś wybrać, czy ty to zrobisz?
- Wybierz. Przyjdę do ciebie dziesięć albo piętnaście po trzeciej.
- Ok. Będę czekał.

Odprowadzam ją do jej kabiny i idę wybrać coś lekkiego. Myślę raczej o filmach z początku dwudziestego pierwszego wieku, te późniejsze coraz bardziej zacierały granicę między komedią, a dramatem, a nie chce przecież jakiegoś wyciskacza łez. Niech to będzie miłe i przyjemne popołudnie z kinem dla dwojga. Wybieram jakaś hollywoodzką pozycję w reżyserii Andyego Tennanta z Adamem Sandlerem w roli głównej. Przejrzane przeze mnie pobieżnie opinie sugerują, że film powinien mieścić się moich niezbyt wygórowanych wymogach. Włączam projektor, który rozsiewa obraz na całą przeciwległą do łóżka ścianę, bardzo dobrze wygładzając rzut kadru na wszystkich nierównościach mebli do niej przyległych. Polecam Syjonowi nieco osłabić oświetlenie i ukierunkować je na ciepłe barwy. Rozrywam paczkę niby-popcornu i przesypuje do miseczki, którą wyciągam z szuflady przy łóżku. Dobrze, że pomyśleli o podstawowym wyposażeniu pokoju w jakąś namiastkę zastawy. Wskakuje na łóżko rozwalając się na nim wygodnie i układając poduszki nieco wyżej na jego krawędzi, tworząc z nich wygodne oparcie. Zmieniam nastawienie głośników na profil filmowy. Po chwili słyszę jak ktoś delikatnie puka w ściany śluzy. Patrzę na zegarek, dziesięć po trzeciej.

- Syjon. Otwórz drzwi pani inżynier – proszę naszego pokładowego asystenta, bo zbyt wygodnie ułożyłem się na łóżku, by teraz z niego wstawać.
- Wykonuję – potwierdza Syjon i śluza wpuszcza do mojego lokum Sandre.
- O, wiedzę że już wszystko przygotowane. – Uśmiecha się szczerze.
- Tak jak sobie życzyłaś. Kojarzysz Adama Sandlera?
- Jeden z aktorów starej epoki. Tylko nie mów, że akurat jego film wybrałeś?
- To źle?
- Ależ skąd, wręcz przeciwnie. – Nie czekając na zaproszenie kładzie się obok mnie na łóżku. – Popcorn? – pyta, wskazując na miseczkę?
- Aha, mówiłem że widziałem go w lodówce.
- No to włączaj, trochę się pośmiejemy – mówi, biorąc białą kulkę w palce i podrzucając ją do góry łapie ustami. – Czekałam na taką chwilę relaksu. Cieszę się, że rzuciłeś taki pomysł.
- Ja także.

Oglądamy razem ten film już z dobre pół godziny. Musze przyznać, że całkiem przyjemna komedia. Aż dziw, że nie widziałem jej wcześniej. Sandra ogląda z głową opartą o moje ramię. Bez zastanowienia przesuwam swoją dłoń po łóżku i dotykam jej ręki. Nie wzbrania się przed tym. Odwracam się nieco w jej stronę i delikatnie drugą ręką dotykam jej policzka, kierując jej wzrok na mnie. Zbliżam się do niej i całuje lekko w usta, co ku memu zaskoczeniu, ona odwzajemnia. Całujemy się namiętnie dobrą chwilę, po czym zniżam się do jej szyi, a ona wtapia rękę w moje włosy, przytrzymując mnie blisko swojego ciała. Odchylam się nieco i rozpinam powoli zamek jej bluzy.
- Wzięłam to z Ziemi specjalnie dla ciebie – mówi, gdy odsłaniam już jej seksowny, koronkowy stanik w kolorze Centuriańskiego nieba, które widziałem dziś w moim śnie.

- Na prawdę? – pytam, nieco zaskoczony.
- Już zanim wylecieliśmy, widziałam że wpadłam ci w oko. Ty też mi się podobasz. Miałam nadzieję, że coś z tego wyjdzie.
- Ja także.

Teraz już wiem, że mogę z nią zrobić wszystko, a ona nie będzie protestować. Chce tego, tak samo jak ja. A może i bardziej, jeśli to możliwe. Planowała to jeszcze na Ziemi. Ciężko określić słowami, jak bardzo zrobiła mi dobrze samymi tylko słowami. Nie czekam więc dłużej. Ściągam z niej bluzę, zostawiając bieliznę. Wygląda w niej zbyt dobrze, by tak po prostu się jej pozbywać. Doskonale wiedziała co nakręci faceta jeszcze bardziej. Zrywa ze mnie koszulę i całuje mnie po nagiej klatce. Potem wraca do ust i delikatnymi dłońmi wolno rozpina mi spodnie. Przyciągam ją do siebie bliżej, łapiąc za jędrne, naprężone pośladki i unoszę ją by opaść razem z nią na drugi brzeg łóżka. Schodzę niżej i łapię ją za nogawki spodni, ściągając je jednym płynnym ruchem. W całym tym erotycznym komplecie wygląda niczym modelka z kolorowych magazynów. Nie mógłbym chcieć więcej. I nie chcę, chcę ją. Ściągam spodnie i kładę się na niej, ogrzewając ją ciepłem swojego rozpalonego do czerwoności ciała. Potem kochamy się przez całą godzinę zmieniając pozycje kilkukrotnie, kończąc w efekcie ten magiczny spektakl w perfekcyjnym uniesieniu. Tego dnia już nic nie miało dla mnie większego znaczenia. Większego niż to, co przed chwilą stało się na moim łóżku z udziałem anioła, który objawił mi się tak rzeczywisty na Athenie. Dwie boginie, jedna nie mniej boska od drugiej.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość