Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Rykowisko dzień 7

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Rykowisko dzień 7

Post#1 » 19 lut 2017, o 19:11

Część poprzednia

Dzień siódmy

– Czy mogę cię prosić do walca?
– Pani, wielki to zaszczyt dla mnie.
Świat zawirował, nie ostał mi się ino płatek róży. Wszystko dookoła przestało istnieć, widziałem tylko jej oczy wpatrzone we mnie.
Cóż mi mówiły? To, co chciałem usłyszeć, czy usłyszałem, czy mi się zdawało?
Oczy pełne blasku, trochę smutne i figlarne. Oczy młodej dziewczyny, oczy dojrzałej kobiety.
Czy to mi się zdawało? Czy to serce moje grało?
Po sekundzie, minucie, a może godzinie orkiestra przestała grać, a my nadal wirowaliśmy.
Chwilę.
Kolej na tango, które przywróciło mnie do rzeczywistości. Moja partnerka wyjęła różę wpiętą we włosy i delikatnie uchwyciła ustami. Dumnie wypiąłem pierś, objąłem i przytuliłem twarz do jej twarzy.
Ruszyliśmy.
Dojrzałem kilka innych par. Niewątpliwie wyróżniającymi się byli Rodo i Bełku oraz Tasmar i Toredot. Na sali królowały trzy szkoły interpretacji tanga.
Rodo i Bełku prezentowali najwyższy kunszt techniczny – nienaganne sylwetki, zdecydowane, pewne ruchy.
Tasmar, a raczej Toredot preferował odmianę tanga opartą na jak najbliższym kontakcie cielesnym partnerów. Ocierali się o siebie, aż skry szły.
Natomiast nasze tango to mieszanka obu tych szkół. Daleko nam do technicznego mistrzostwa Rody i Bełka, zbyt odstawaliśmy też od Tasmar i Toredota, lecz jednego można było mi pozazdrościć, mojej partnerki. Prezentowała się przecudnie.
Po tangu były inne rytmy. Nie wypuszczałem z rąk mojej dziewczyny. Co chwila któryś z braci usiłował mi ją odebrać, lecz ona zawsze delikatnie i stanowczo odmawiała.
Tańczyliśmy i tańczyliśmy. Czasami na chwilę usiedliśmy przy stoliku i obserwowaliśmy innych. W jednym rogu sali płonęło ognisko, przy którym w rytm indiańskich bębnów tańczyły Chijo, Chocia i Lesmi. Zapewne był to taniec wojenny. W innym zaś, w tańcu godowym prezentowali się Loca i Borse. On puszył się jak paw, ona niewinna jak sroka. Na środku Czkaka i Risk tańczyli jezioro łabędzie. Thilil i Artqu woleli rytmy disko-rykowisko. Sesen i Szormy melodie wschodu. Kaszem i Liean taniec Eskimosów. Centvin mocował się z rurą.
Punktualnie o czwartej nad ranem skończył się bal. Stoliki wróciły na swoje stałe miejsca. Sala przybrała zwykły wygląd.
– Chodźmy do pokoju. Dzisiaj zamówiłam śniadanie.
Droga na poddasze zajęła nam kilka chwil. Drzwi numer dwadzieścia trzy. Weszliśmy w korytarz.
– Powiedz mi, czy te drzwi są zawsze, czy czasami ich nie ma?
– Oczywiście, co za pytanie. To jak twoim zdaniem mogę wejść do naszego pokoju.
– No tak, ale ja nie mogę nimi wejść.
– Już ci to tłumaczyłam, głuptasku – uśmiechnęła się do mnie.
W pokoju na stoliku czekało już śniadanie.
– Poczekaj chwilkę, tylko wezmę kąpiel i trochę się odświeżę.
– Nie, nie wychodź z pokoju, bo boję się, że mi znikniesz.
– Nie będę wychodziła, przecież łazienka jest tuż obok. Zobacz.
Rzeczywiście, w rogu były drzwi do łazienki. Dużej, przestronnej z wanną z hydromasażem i oddzielnym prysznicem.
– Napełnię wannę wodą, a ty poczekaj. Albo nie, może chcesz mi umyć plecy?
– Oczywiście.
Zastałem ją w wannie pełnej piany. Nałożyłem rękawiczki z gąbki i delikatnie usiłowałem umyć plecy, rozgarniając pianę. Im więcej rozgarnąłem tym, więcej powstało.
Tą metodą nic nie wskóram – pomyślałem – poczekam, aż sama opadnie.
Nic z tego, piany przybywało i przybywało, już prawie z wanny się wylewała.
– Wiesz, ta piana nie pozwala mi dokładnie ciebie umyć, może wskoczę do wanny? – zapytałem, mając nadzieję, że w ten sposób usunę pianę zasłaniającą mi widok.
– To, na co czekasz – uśmiechnęła się rozbrajająco.
Po sekundzie już byłem, lecz zamiast piany wylała się woda.
No cóż, pozostały mi jedynie wrażenia dotyku. Cholerna gąbka nie chciała się odlepić od dłoni. Nie mogłem zdjąć rękawic. Zmysł dotyku też na niewiele się zdał.
– Pospiesz się, bo śniadanie czeka – powiedziała, opuszczając wannę.
Może teraz coś zobaczę. Wyglądała ślicznie niczym puchowy bałwan. Dokładnie oblepiona pianą. Co za pech. Gdy wygramoliłem się z wanny, a następnie z łazienki, siedziała już przy stole ubrana w delikatny, niestety nieprzezroczysty szlafroczek.
Śniadanie zjedliśmy w milczeniu. Przyglądałem się, jak je ze smakiem i bez pośpiechu, nie odczuwałem głodu. Nasze spojrzenia często się splatały i wtedy zawsze się uśmiechnęła. Była swobodna i naturalna w przeciwieństwie do mnie.
– Ten bal trochę mnie zmęczył. Położę się, a ty poczytasz mi wiersze, mam tu Leśmiana.
Położyła się na łożu, nie zdejmując szlafroczka. Chcąc nie chcąc, otworzyłem opasły tom. Chwilę trwało, nim odszukałem to, co chciałem jej przeczytać, a ona już zasnęła, przytulając się do mojego jaśka.
Usiadłem w bujanym fotelu, zapaliłem fajeczkę, napaliłem w kominku i przyglądałem się śpiącej dziewczynie. Spała równo, regularnie oddychając. Po chwili i ja zasnąłem z fajką w dłoni.
Obudziły mnie kuchenne zapachy.
– Dobrze, że już wstałeś. Postanowiłam dzisiaj sama ugotować obiad.
– To tu jest kuchnia? – zapytałem bardzo zdziwiony.
– Oczywiście, taki maleńki aneks kuchenny. Nie widziałeś go, bo kuchnia dostępna jest tylko dla pań.
– A łazienka?
– Łazienka jest w każdym apartamencie – wyjaśniła. – A pokoje z końcówką trzy, to apartamenty.
– To, dlaczego ja jej nigdy nie widziałem?
– Boś brudasek – uśmiechnęła się.
Postanowiłem więcej pytań nie zadawać.
Na obiad podała delikatną w smaku zupę jarzynową, a na drugie danie sznycelki cebulowe z ziemniaczkami i buraczkami. Na deser zaś czekoladowe fondue. Obiad był wyśmienity.
– Skoro zjadłeś, to pozmywaj – rzuciła od niechcenia, uważnie mi się przyglądając.
– Tylko że ja nie widzę kuchni – usiłowałem się bronić.
– To chodź ze mną, zaprowadzę ciebie.
Nie było rady, pozmywałem, ciągle zerkając na nią w obawie, aby nagle nie wyszła z pokoju.
– Na kolację będą smażone kurki. Trzeba je nazbierać w lesie. Zbieraj się, koniec palenia. Idziemy.
Nałożyłem kamizelkę, pamiętając, co ostatnio widziałem w lesie. Pogoda była wymarzona na zbieranie grzybów. Dziwne, ale w lesie było pusto. Czyżby wszyscy wypoczywali po całonocnej balandze. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. Las nie był zbyt grzybodajny. Z trudem nazbieraliśmy torebkę kurek, kogutów nie było, może to dlatego taki nieurodzaj. Często odpoczywaliśmy, siedząc pod drzewami i patrząc w niebo. Powoli zbliżał się wieczór – pora powrotu. Trzymałem się kurczowo dziewczyny.
Klatka schodowa, poddasze i drzwi numer dwadzieścia trzy – były na swoim miejscu. Odetchnąłem z ulgą.
Po przyjściu do pokoju zabrałem się za obieranie grzybków i ich mycie.
Dziewczyna w tym czasie poszła wziąć prysznic. Znowu przegapiłem. Też powinienem się wykąpać. Wszedłem więc do łazienki.
Stała w kabinie prysznicowej, przynajmniej tam powinna być, gdyż cała kabina była wypełniona pianą. To chyba pianowisko, a nie łazienka – pomyślałem, szukając opakowania po płynie do kąpieli. Znalazłem żel pod prysznic „super pianka”.
– Zamknij łazienkę – usłyszałem – bo piana zaleje pokój.
Po chwili otworzyła kabinę. Nic już nie widziałem poza bielą. Nie musiałem wchodzić pod prysznic. To wystarczyło. Gdy uporałem się z pianą, już jej w łazience nie było. Wyraźnie prześladował mnie pech.
Wspólnie usmażyliśmy jajecznicę z grzybami – zbyt mało ich było, aby stanowiły samodzielne danie. Kolacja przy świecach. Z niecierpliwością czekałem na jej zakończenie. Rozejrzałem się po pokoju.
– Czy cię nie dziwie, że tutaj wszystko jest jakby dla jednej osoby: jeden fotel, pojedyncze łoże, te krzesła są dwa, ale też takie małe, jeden prysznic, jedna mała wanna. A to przecież apartament i to dwuosobowy. Jesteśmy razem, a jakby osobno.
– Głuptasku, przecież do wanny się zmieściliśmy i to dość swobodnie. A pod prysznic nie trafiłeś, lecz miej pretensję do siebie – uśmiechnęła się.
– Brakuje mi tu sofy, na której moglibyśmy usiąść obok siebie.
– Stajesz się bardzo wygodny. Przecież w łożu im ciaśniej, tym przyjemniej, nieprawdaż? – dodała, mrugając filuternie oczkiem.
Wspomniała o łożu, rozmarzyłem się. Nie czas jednak na marzenia.
– Pośpiesz się – usłyszałem jej głos.
Nie zauważyłem, kiedy wskoczyła pod kołderkę. Po chwili byłem obok niej. Dziwne to łoże, nie było jednak takie wąskie, jak myślałem.
Ile to człowiek ma zmysłów? Sześć, siedem a może dziesięć. Wszystkie wykorzystałem.

Część następna

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość