Liwia i magia- część 2

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 2

Post#1 » 1 year temu (24 lut 2017, o 15:50)

Część poprzednia
Ziemia zadrżała, Liwia ledwie utrzymała równowagę.
– Koniec świata!!! – pisnęła przerażona.
Spojrzała w niebo i się przeraziła. Trzy kolorowe promienie przecięły niebo i wylądowały za ogromnym budynkiem znajdującym się tuż przed nią. Ziemia znów zadrżała. Tym razem tak mocno i intensywnie, iż Liwia upadła na kolana, rozcinając łokieć o chodnik. Tamowała krew dłonią. Podniosła się. Spojrzała na skaleczenie – tak bardzo bolało, nie wyglądało ciekawie. Głęboka rana biegła od łokcia ku nadgarstkowi, kończąc się w połowie drogi. Ciekawość wzięła górę nawet nad bólem, dziewczyna przestała go odczuwać. Zacisnęła dłonią ranę, szczelnie ją zasłaniając, i spojrzała w kierunku krzaków kaliny koralowej, obsypanej krwistoczerwonymi, błyszczącymi owocami, tam, gdzie wylądowało owo coś... coś DZIWNEGO. Zaciekawiona postanowiła przyjrzeć się temu zaskakującemu wydarzeniu z bliska. Była zupełnie sama. Ciszę przerywał jedynie jej miarowy, cichy oddech. Liwia skradała się bardzo cicho, by nikt jej nie zobaczył, i ukucnęła za ogromnym krzakiem niedaleko wielkiej dziury, której jeszcze niedawno nie było. Przechodziła tędy rankiem, seledynowych traw nie przysłaniały wtedy grube fałdy czarnego piasku. Nie bała się niczego, była bardzo odważna i pewna siebie... Siedziała cicho, przykucając, i uważnie obserwowała teren. Na wprost jej oczu widniał czarny, o idealnym kształcie kuli, ogromny dół. Naokoło... cisza... Żadnej żywej duszy, żadnego zwierzęcia. Najwidoczniej Liwia była jedynym świadkiem tajemniczego wydarzenia. Słońce przysłoniła wielka chmura, na ziemię padał cień. Poszarzało – czyżby natura oznajmiała nadejście burzy? Ale o tej porze roku?
Po kilku minutach z wielkiego dołu wyszły trzy dziwne postaci: dziewczyna i dwóch chłopaków; nie przypominali normalnych ludzi, tylko przybyszów z innej planety. Liwia nie mogła uwierzyć w to, co widziała. Czuła, że jest świadkiem czegoś, co odmieni jej życie. Ekscytacja wypełniała jej serce. Jak na niesprzyjające okoliczności czuła się fantastycznie. Była postronnym obserwatorem. Cieszyła się, że potrafiła pozostać niezauważona. Uśmiechnęła się do swoich myśli, zapomniała o piekącej ranie.
Dziwni ludzie wyszli z dziury, nic do siebie nie mówiąc, i podążali przed siebie jak bezuczuciowe posągi. Byli... piękni. O nie- skazitelnej urodzie, ludzkich ciałach... Jeżeli mowa o ich skórze, to nie tylko była nienaganna, ale okryta drogim materiałem o dziwnym kroju... Tak ubranym nie chodziło się na co dzień.
Kobieta szła w środku, miała białe jak śnieg włosy zaplecione w tak zwanego francuza. Warkocz unosił się nad czołem, wydłużając twarz kobiety o urodzie nastolatki, i pleciony był bokiem do lewego ramienia; po obu stronach włosy były gładko zaczesane, przyległe do głowy... Wracając do stroju... Od niego nie można było oderwać oczu. Był w kolorze bezchmurnego nieba. Błękitny materiał na plecach zasłaniał niewielką część skóry – o odcieniu kości słoniowej, tak delikatnej jak porcelana. Skrawek materiału znajdował się pod lewą łopatką i mknął ku pośladkom, gdzie stawał się szerszy, w dolnym odcinku kręgosłupa zmieniał się w spódnicę stworzoną z miliona długich i cienkich błękitnych sznureczków. Migotały brokatem i układały się na lewy bok, jak gdyby były spryskane lakierem do niesfornych włosów.
Na nagiej części pleców znajdowały się wysadzane diamentami złote paski, które ułożone pionowo łączyły skrawek materiału z przednią częścią sukni. Na prawej łopatce lśniła mała gwiazda pięcioramienna, mieniła się złotem. Szyję otaczał stojący kołnierz, który kurczowo trzymał się karku, stał dumnie, wycięty zygzakowato. Przytrzymywał się niebieskich piór okrywających ramiona; były czymś w rodzaju tarczy o zaostrzonych końcach, swym kształtem przypominając liść. Zaczajona za krzakami Liwia mogła się przyjrzeć także przedniej części stroju. Nie zwróciła wtedy uwagi na twarz, ubiór tajemniczej postaci przykuwał całą uwagę. Jak ona mogła tak wyjść na ulicę? A tak w ogóle, czym oni się przemieszczali? Jak nazywała się owa maszyna, która była ich transportem? Może wynalazcy wymyślili nowy pojazd, ukrywając na razie swój pomysł przed światem? No, ale z nieba? Z kolorami, które przecinały niebo jak spadające gwiazdy? NIE! To musiało być coś innego... Coś magicznego. Nie czas było na rozważania – Liwia śledziła trójkę nieznajomych. Kobieta olśniewała. Przód stroju podobny był do tyłu. Wąski pas znów zasłaniał połowę ciała, był jednak szerszy; (w pewnych intymnych częściach) przecinał ciało w bok. I znów te sznureczki tworzące spódnicę – wszystkie zgodnie do siebie przylegały, a im były dłuższe, tym rzadsze. Kończyły się jak gdyby ostrzem o falach przypominających ludzkie włosy. Na lewej ręce znajdowały się skórzane, kuliste, złote bransoletki – było ich z jedenaście z przerwami półcentymetrowymi. Stopy były schowane w wysokich szpilkach.
Tylko tej kobiecie mogła się przyjrzeć Liwia. Mężczyźni stali nieruchomi, zakryci pelerynami czarnymi jak smoła. Dostrzec się dało potężną budowę ich muskularnych ciał. Jeden z nich miał dłuższe czarne włosy, a drugi w kolorze czereśni... Może ta czerwona postać była dziewczyną, trudno było to określić. Z budowy ciała przypominał mężczyznę. Obaj oddalali się szybko, w milczeniu, nie rozglądając się na boki. Szli przed siebie, jakby do swojego zamierzonego celu. Nie bali się, że ktoś może ich zobaczyć. Czuli się nadzwyczaj bezpiecznie, jakby nic nie było w stanie im zagrażać.
Liwia nawet nie próbowała myśleć, co by się stało, gdyby gałązka pod jej stopami pękła... Jaki wyraz przybrałyby ich twarze. Białowłosa kobieta nagle spojrzała w tył, jakby przeczuwała obecność kogoś trzeciego, Liwię przeszył dreszcz, czuła, że jest świadkiem czegoś dziwnego, kobieta, a raczej dziewczyna, miała martwe oczy, wydawało się, że nie widać u niej źrenic, a co dziwnego... z tęczówek wydobywało się delikatne światło. „Widocznie nałożyła coś na gałkę oczną” – dedukowała Liwia. Żałowała, że skupiła się na ubiorze, a nie na twarzy – może byłoby w niej coś równie wyjątkowego jak to spojrzenie? Ciekawe, jak wyglądały oczy jej towarzyszy. Jaki miały kolor, w jaki sposób patrzyły? Może mężczyźni zachowywali się magicznie? Zastanawiające było, dlaczego tylko dziewczyna o białych włosach spojrzała za siebie. Dlaczego nic nie mówiła do towarzyszy. Gdzie im się spieszyło? Za krzakami Liwia czuła się bezpieczna, niewidzialna. ... ale oprócz ekscytacji zaczęła starać się racjonalnie myśleć, przecież to, o czym myślała, nie mogło być prawdą, było absurdalnie śmieszne... głupie wręcz. Miała osiemnaście lat, a do głowy uderzały jej takie głupoty? Magia? – prawie parsknęła śmiechem, jak magiczni ludzie mogliby jej nie zauważyć? Nie usłyszeć bicia jej serca? Przecież w książkach nadnaturalni słyszeli serce śmiertelnika. Zaczęła wątpić w magiczność postaci, a wtedy krótkim bólem głowy wdarło się wspomnienie różowo migoczących powiek. Nieoczekiwanie wspomnienie snu samo dało o sobie znać. Liwia spuściła głowę ku ziemi, przysłaniając oczy dłonią. Wszystko było takie nieprawdopodobne. Przez chwilę chciała, żeby to wszystko się skończyło, zniknęło jak sen. Ręka niemiłosiernie bolała, rana pulsowała w rytmie serca. Minęło sporo czasu. Na oko pół godziny, ale dla kogoś, kto wyczekiwał w kalinie, była to cała wieczność. Ciekawość zawładnęła umysłem dziewczyny. Słyszała swój oddech, intensywne bicie serca przypominające odgłos migacza w aucie. Ludzie, których nigdy wcześniej w miasteczku nie widziała, już dawno zniknęli w zaroślach. Może zbliżali się do centrum...? Ciekawe, w którą stronę się udali. Nie warto było śledzić nieznajomych, nie znając ich charakteru... pochodzenia. Na odludziu mogłoby to być szczególnie niebezpieczne. Liwia wyszła zza krzaków i udała się w kierunku wielkiego dołu.
– Jaka wielka ta dziura! – oniemiała, stała na brzegu wielkiej przepaści i fala gorąca znów wypełniła jej serce. – Ci ludzie mu- sieli skądś przybyć – teraz była tego niemalże pewna. – Może są z jakiejś innej planety? – mówiła do siebie, trzymając lewą dłoń na podbródku (zawsze tak robiła, gdy była skupiona). – Nie, jakieś głupstwa wygaduję, z jakiej znowu planety, skoro poza naszą nie ma życia!!! – czuła, że popada w paranoję. – Hm... Tylko że ten dół jest jakiś dziwny, piasek w środku jest pofalowany... To jest nadzwyczajny widok! Najlepiej będzie, jak teraz pójdę do domu. Przyjdę tu później... z Amelią – powiedziała do siebie.
„Chyba mam jakieś pomieszanie zmysłów!” – pomyślała po chwili. – „Żądza przygód dziwnie na mnie działa...”. Pobiegła w stronę domu. Minęła zarośla odgradzające polanę z wyrytym dołem od małego białego bloku, w którym mogło mieszkać, z pięć rodzin. Dziwne, że mieszkańcy niczego nie słyszeli. Tajemnicze było to, że ściany budynku nie popękały od trzęsienia ziemi. Nie tylko architektura nie ucierpiała, ale też nikt nawet nie zauważył ogromnego huku i drgania. Zupełnie tak, jakby miasteczko na chwilę zamarło, jakby zasnęło. Minąwszy budynek, Liwia wbiegła na polną drogę. Rozejrzała się raz jeszcze, nikogo nie było. Słońce na powrót rozświetliło ziemię. Nic nie było słychać, żadnych krzyków, żadnej karetki pogotowia ani sygnałów policji. Widocznie w centrum nic się nie stało. Dziewczyna złapała bolącą ranę – prawa dłoń przybrała brunatny kolor od zastygłej krwi. Liwia zauważyła ukochany las olszynowy. Przeskoczywszy płytkie, ciemne jeziorko – w jego tafli odbijały się liście olchy czarnej... – chwyciła gładką, popękaną ciemnoszarą korę. Przytrzymała się jej, by uniknąć upadku. Spojrzała w górę, kierując swój wzrok na korony drzew. Kwiaty zebrane były w tak zwane kotki. Roślina wytworzyła je już przed zimą. W zimie kotki mają kolor czerwonawy, podczas kwitnienia stają się zielonkawe. Po przekwitnięciu kotki żeńskie silnie drewnieją. Przypominają swoim wyglądem małe szyszki na długich szypułkach.
Gdy dziewczyna minęła mroczny las, ukazał się jej biały, przytulny domek. Ściskając kurczowo zbolałą rękę, zniknęła za fron- towymi drzwiami. Na szczęście nikogo jeszcze nie było w domu, przekręciła zamek w łazience i dopiero teraz mogła przyjrzeć się skaleczeniu. Nie wyglądało ciekawie, ale tragicznie też nie było. Musiała zadziałać, by swym widokiem nie przerazić mamy. Chłodna woda wypłukiwała zanieczyszczenia, bolało, ale musiała być silna. Woda zmywała brunatne ślady, z rany nadal sączyła się krew, jej rdzawy zapach przyprawiał o mdłości. Zacisnęła zęby i odszukała w szafce wodę utlenioną. Nawet nie pisnęła. Po najgorszym przyszedł czas na bandaż i teraz mogła już spokojnie napić się kawy. Potrzebowała odrobiny kofeiny.
Upłynęło kilka godzin, słońce nie świeciło tak intensywnie, ale nadal odczuwało się to samo cudownie przyjemne ciepło. Dźwięk domowego dzwonka oderwał Liwię od grubej, pożółkłej książki. W kilka sekund otworzyła drzwi swojego pokoju, na jej twarz buchnął zapach pieczonego w kuchni indyka. Kilkoma susami przeskoczyła strome stopnie, prowadzące w dół, i wyprzedziwszy mamę, otworzyła drzwi... Za nimi stała smukła, ciemnowłosa dziewczyna, wyszczerzająca białe jak płatki śniegu zęby.
– Hejka! Już jestem!
– Amelka! – ton głosu Liwii wskazywał na wielkie oczekiwanie i tęsknotę.
– Tata jechał ze 120 km/h... Babcia czuje się dobrze... – wyraźnie odetchnęła. – W wakacje pojadę do niej na dłużej.
– Tak się cieszę, że jest zdrowa...
– Co ci się stało w rękę? – Amelka spojrzała na ogromny, biały bandaż.
– Nic wielkiego... – Liwia machnęła ręką. – Upadłam na chodnik.
– Dobrze, że nie złamana... Musiało boleć. – Przyjaciółka przygryzła dolną wargę, dłonią zrzuciła z oczu czarny kosmyk włosów.
– I to jak! – westchnęła Liwia, przypominając sobie rwąco- -piekący ból, który promieniował na całą rękę aż po same czubki palców dłoni. Na szczęście znalazła w domu środki przeciwbólowe.
– Co miał znaczyć ten SMS? – mrugnęła znacząco Amelia, zmieniając temat. Jej jasną twarz rozpromienił życzliwy uśmiech. – Chodź szybko! Pokażę ci coś! – Liwia zamknęła za sobą frontowe drzwi. Pobiegły w stronę lasu na małą polankę zwaną przez mieszkań-
ców „żabimi dołami” – zimą idealnie zjeżdżało się tam na sankach.

Amelia pierwsza przeskoczyła przez mały rowek.
– Wczoraj dobrze się przyjrzałam, i gdy tak wytężyłam wzrok, zobaczyłam okno twojego pokoju. – zaśmiała się promiennie – i pomyśleć, że zajęło mi to rok czasu!
– Serio? Widać je przez las olszynowy? – przestała myśleć o zjawach Liwia.
– Widać! – Amelia była dumna ze swojego odkrycia. – Co myślisz o tym, żeby kupić lornetki i się komunikować gestykulacyjnie? – uwielbiała kombinować, tworzyć i odkrywać świat. – Wiem, że to trochę dziecinne, ale przecież chyba możemy jeszcze być trochę nieodpowiedzialne... Co ty na to?
– Pewnie! To będzie świetna zabawa...! Ale nie ukrywam, że jesteśmy na to trochę za stare – rozciągnęła usta w przyjaznym uśmiechu.
– No, co ty?! Ja się nigdy nie zestarzeję!
Liwia spoważniała, natrętny obraz trzech postaci znów zawitał w jej głowie. I to podczas ostatnich wypowiadanych słów Amelii, tak jakby miała wizję, ale przecież nigdy wcześniej się jej to nie zdarzyło.
– Liwia, co się stało? – Amelia przystanęła i podparła się o olszę.
– Zaraz ci powiem... – Patrzyła przed siebie skupiona i zamyślona. – Chodźmy – ponaglała. – „Co będzie, jeżeli przyjdą po swój środek transportu? Może zasypują dziurę...? Mogą być groźni...” – zaczęła myśleć odpowiedzialnie i dojrzale. Może warto byłoby jeszcze przeczekać parę godzin albo iść tam jutro z samego rana? Ryzykowałaby tylko jednym – dziura mogła zostać zasypana, a bardzo chciała ją pokazać. Była wyjątkowa, piękna. Przypominała koronkową konstrukcję.

Krzyk Amelii spłoszył kolorowe sójki. Liwia obróciła się po- spiesznie... Jej serce zamarło. „Atakują! Ze mną nie wygrają! Ban- dyci!...”. I na głos krzyknęła:
– Ja wam pokażę!!!
Twarz przyjaciółki z przestraszonej przemieniła się w zdziwioną... – Możesz zobaczyć, czy nie mam we włosach... „krzyżaka”?– poprosiła, uchylając ze zdziwienia usta. – Boję się ich – dodała. – Już patrzę – policzki Liwii zapłonęły, odrzuciła gruby kij. –Nie ma. Tylko pajęczyna. – Jej głos drżał.
Szły w milczeniu. Zapach mokrej ściółki był niezwykle przyjemny, orzeźwiał ciało i umysł.
– À propos pajęczyn – przerwała martwą ciszę Amelia, niespokojnie wpatrując się w nerwowe oblicze Liwii. – Czytałam ostatnio ciekawy artykuł... a raczej ciekawostkę... Wyobraź sobie, że taka popularna pajęczyna, na przykład ta dzisiejsza, swobodnie unosząca się pomiędzy drzewami i lśniąca w jej słońcu, jest... majstersztykiem bioinżynierii! Wiedziałam, że jest wyjątkowo ciężką pracą dla pajączka, ale słuchaj tego! – Liwia widocznie oderwała się od swoich myśli, nieobecne spojrzenie tchnęło życiem. – Nawet te najprostsze pajęczyny składają się z trzech rodzajów nitek. – Amelia wysunęła dłoń, by liczyć na palcach jak biolog w ogólniaku. – Szkieletowa, utrzymująca całą konstrukcję, druga klejąca, unieruchamiająca robaczka, no i trzecia rozciągliwa nitka – to ona chwyta w tę misterną sieć lecącą zdobycz. I teraz ta mroczna wersja... Owad leci sobie spokojnie, zadowolony z życia, aż tu nagle wpada w nitkę chwytającą, ta się rozciąga i klei, i owija wokół ciała przerażonej ofiary... A morderca idzie właśnie po niciach szkieletowych, jego nogi się do tej części nie przyklejają! Tylko budowniczy wie, jak się nie złapać we własną konstrukcję... Gdyby te owady to wiedziały... – westchnęła. – Też powinny coś sobie wytworzyć, by się bronić... Jakiś rozpuszczalnik czy coś.
– Interesujące. – Liwia spojrzała w czarne oczy towarzyszki. – Gdyby ogarnąć całą wiedzę, nie byłoby na świecie problemów. Muszę ci coś powiedzieć... – postanowiła. – Powiedzieć, po co tu idziemy. – Dziewczyna ucichła. Spojrzenie Amelii rozbłysło. Uśmiechała się tak cudownie, żądna nowej wiedzy. – Dzisiaj stało się coś dziwnego. Szłam ze szkoły i ziemia się zatrzęsła.
– Niemożliwe!
– Proszę, nie przerywaj. Odkryłam tajemniczy dół, głęboki niczym studnia, przepiękny, pofalowany, przypominający koronkowy styl. Wyszli z niego ludzie. Na pewno nie byli to budowlańcy ani architekci... czy naukowcy... – Opowiedziała jej każdy szczegół. Kolor. Zapach. Ból.
Oczom Liwii ukazał się znajomy krzak kaliny koralowej. Swoją czerwonością przykuwał uwagę.
– To tutaj... – Chwyciła dłoń przyjaciółki i pociągnęła ją za sobą, odgarniając na bok wielką gałąź usłaną gęsto drobnymi listkami. Ze zdziwienia szerzej otwarła oczy... – To niemożliwe...
Wielkiego dołu nie było, a wszystko wyglądało tak, jakby w tym miejscu nic nie zaszło.
– No i gdzie jest ta dziwna dziura?
– Naprawdę tu była!!! – Liwia patrzyła zdziwiona, spazmatycz- nie wdychając tlen do płuc.
Amelia przez moment nic nie mówiła. – Chyba mnie nabrałaś – powiedziała wolno, jakby starała się kontrolować swoje emocje. – Ale masz wyobraźnię. Co za pomysły z tą niebieską kobietą, czarnym facetem i jakimś czerwonym?
– Ale ja cię nie okłamałam! Naprawdę widziałam tych ludzi! Przecież jesteś moją przyjaciółką!
Amelia spojrzała ironicznie na koleżankę, machnęła dłonią, jakby chciała odegnać natrętnego komara.
– Idę – oznajmiła. – Pouczę się lepiej na klasówkę – wtrąciła mimowolnie, patrząc takim wzrokiem, jakby miała przed sobą wariata. – Może ci pomóc? Matma nie jest wcale taka łatwa...
– Nie, dziękuję... – Liwia spuściła wzrok. „Szkoda, że mi nie wierzysz, nie mogłabym cię oszukać” – dodała w sercu. Było jej naprawdę głupio, jeszcze nigdy nie czuła się tak źle.
Amelia spuściła z tonu, jej twarz wykrzywił grymas bólu.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Podróż bardzo mnie wykończyła i nie mam dzisiaj sił na żarty... Przede mną jeszcze tyle czytania, przez chorobę babci opuściłam się w nauce – posmutniała. – Pa, Liwia, do zobaczenia w szkole. – Odeszła.
Liwia jeszcze długo stała w miejscu, gdzie w samo południe czarna ziemia, wyżłobiona i pofalowana, kontrastowała z soczystą zielenią traw i mniszków lekarskich. Polana wyglądała najnormalniej w świecie. Równa, żyzna ziemia pokryta roślinnością, żadnych znaków bytowania człowieka, żadnego złamanego źdźbła trawy i brak świeżo wykopanej ziemi.
Liwia ze spuszczoną głową wracała do domu, szła, powłócząc nogami, w stronę lasu, za którym stał jej rodzinny dom. Teraz sama, osamotniona. Podążała wąską szosą, zbliżając się do krzaków dzikiej róży.
– Może faktycznie mam jakieś omamy? Amelka pomyślała, że się z niej naśmiewam... – Liwia kopnęła przydrożny kamień. Nadal była w szoku. – Groteskowa sytuacja! Tragizm i komizm! – wykrzyknęła, przypomniawszy sobie profesora Kozłowskiego. – Oderwałam Amelkę od obowiązków, wyrwałam z podróży, z przerażenia o życie babci, tylko po to, by pokazać jej wydarzenie, które... zniknęło. Co ona teraz o mnie myśli? Że zwariowałam? Że mam pomieszanie zmysłów? Wielka dziura, która zniknęła – zaśmiała się przez łzy. – Do licha! Co to ma wszystko znaczyć?!
– Liwio... Liwio...
Usłyszała delikatny damski głos, który wymawiał jej imię i brzmiał jak muzyka... Dobiegał zza krzaków, przed którymi stała. Pnie drzew stanowiły mur. Nic nie było przez nie widać. Ktoś potrzebował pomocy? Cisza przerywana podmuchem wiatru. Żadnej żywej duszy.
– Słucham?! Kto mnie woła?! – Rozejrzała się dookoła. Nikogo nie było.

Część następna

Odnośnik do części 1
http://www.forum.artefakty.pl/viewtopic.php?f=84&t=4064
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Tagi:

Awatar użytkownika
Grafoman
Użytkownik zbanowany
Posty: 874

Liwia i magia- część 2

Post#2 » 1 year temu (24 lut 2017, o 16:13)

Ta część podobała mi się nieco bardziej. Zauważyłem parę błędów interpunkcyjnych. Masz też jedną czy dwie usterki w zapisie liczb. W tekstach raczej zapisuje się słownie. Np zamiast 120 km/h warto napisać sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Łatwiej się czyta.
Zacieakwiło mnie nagłe pojawienie się tajemniczej postaci. Ciekawi mnie, co z jej obecności wyniknie.
Niektóre opisy rzyrody czy stanu otoczenia (cisza, brak żywej duszy) wydają się nieco płytkie. Proponowałbym Ci nad nimi jeszcze popracować, bo nie wywołują pożądanego, tak mi się zdaje, efektu widzenia obrazu przez czytelnika. Urywane zdania niekoniecznie wpływają na wyobraźnię. Aby tak było, trzeba ją trochę pobudzić słowami, pełniejszym opisem... :)
Czekam na ciąg dalszy!
Pozdrawiam,
Graf
PS Odnośnik do poprzednich częsci proponowałbym umieścić na początku nowej części tekstu. Można też zastosować poniższe komendy, aby wszystko ładniej wyglądało:
Dla części poprzedniej [ czesc-poprzednia] link do tekstu [ /czesc-poprzednia], oraz dla części następnej: [ czesc-nastepna]link do tekstu [ /czesc-nastepna]. Oczywiście, bez spacji między nawiasami. Wówczas tekst schludniej wygląda i łatwiej się w nim połapać. :)
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

blackmoon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 29

Liwia i magia- część 2

Post#3 » 1 year temu (24 lut 2017, o 17:34)

Grafoman pisze:Niektóre opisy rzyrody czy stanu otoczenia (cisza, brak żywej duszy) wydają się nieco płytkie. Proponowałbym Ci nad nimi jeszcze popracować, bo nie wywołują pożądanego, tak mi się zdaje, efektu widzenia obrazu przez czytelnika.


Graf, możesz podać mi przykład jak mam to zrobić na przykładzie mojego tekstu? Będę dozgonnie wdzięczna ;)
„Człowiek nie potrafi ocenić swoich błędów tak długo, jak opowiadanie leży w szufladzie biurka; trzeba je opublikować i zacząć wstydzić się za nie; to jest jedyna możliwość nauczenia się czegokolwiek na przyszłość.” – Marek Hłasko

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość