Monachium

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Mszczuj
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 223

Monachium

Post#1 » 3 mar 2017, o 17:46

Popełniłem dzisiaj z nudów taki fragment opowiadania post-apo. Dawno nie pisałem, więc pewnie warsztat kuleje. Dajcie znać czy da się to czytać. Zrobiłem nietypowy zapis dialogów, mam nadzieję, że to nie przeszkadza.

Wnętrze Mercedesa było mniej komfortowe, niż głosiły miejskie legendy, na których wychował się Rudolf. W jego rodzinnym Hockenheim wszyscy starsi chłopcy mówili, że samochody z trójramienną gwiazdą na masce były w środku luksusowe, niczym willa burmistrza. Wykończone drewnem i skórą, wyciszone tak, że jadąc polną drogą sto na godzinę można było rozmawiać szeptem.
Jedyny skórzany element tapicerki G-klasy Jurija znajdował się na tylnej części fotela pasażera. Była to jasnobrązowa łata, naszyta zapewne po tym, jak fotel oberwał nożem, odłamkiem czy też serią z Kałasznikowa. Sądząc po mosiężnym guziku przyszytym do łaty, wcześniejszą jej rolą było bycie częścią czyjejś kurtki. Rudolf obstawiał, że rękawa.
Potężny huk połączony z podskokiem całej kabiny wyrwał go z zamyślenia. Rozejrzał się po pozostałych pasażerach, ale nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że nieomal urwali koło. Jako jedyny nie mógł przywyknąć do nagłych podskoków, drobnych kolizji i rosyjskich przekleństw wykrzykiwanych przez kierowcę w najmniej oczekiwanych momentach. Wszyscy tkwili pogrążeni w podróżnym letargu.
Kira wpatrywała się w ekran konsoli sterującej dronem. Jej kciuki spoczywały na filigranowych joystickach po obu stronach wyświetlacza. Co jakiś czas jeden z palców drgał nieznacznie, po czym drzewa wielkości zapałek, niebieskie nitki rzek oraz czarne, przerywane autostrady zaczynały obracać się szybciej, przybliżać lub oddalać. Kosmyk kruczoczarnych włosów zwisał z bladej skroni przysłaniając skupioną minę i wielkie, brązowe oczy. Rudolf lubił patrzeć na dziewczynę, kiedy tylko miał ku temu okazję. Musiał jednak uważać, żeby obserwowana nie przyłapała go na tym, ryzykował dźgnięcie nożem sprężynowym.
Rudolf mógł rzucać ostrożne spojrzenia na uroczy profil Kiry tylko dlatego, że pochylała się nad konsolą. Gdyby siedziała prosto, oparta o swoją część kanapy, jej drobna sylwetka byłaby całkowicie zasłonięta przez ogromny biust i masywną blond czuprynę Nataszy siedzącej pomiędzy nastolatkami. Natasza jak zwykle czytała książkę. Okładka była tak zmaltretowana, jakby ktoś przez pomyłkę wrzucił ją kiedyś do pralki i wyprał. Kiedyś zapewne bogate w barwy ilustracje przedstawiały kochanków, rycerzy czy innych bohaterów historii. Teraz jasno różowe cienie mieszały się z białymi, wytartymi plamami. Tytuł był nieczytelny.
Klap. Uzbrojona w długie, różowe paznokcie dłoń uderzyła Rudolfa w palce. Szybko schował rękę, którą przed chwilą odchylał okładkę książki, ciekawy co się na niej znajduje.
„Szto taki ciekawski?” Burknęła nie odrywając wzroku od literek. Rudolf mógłby przysiąc, że na jej pomalowanych czerwoną szminką ustach pojawił się delikatny uśmiech.
„Chciałem tylko zobaczyć co czytasz.” Rudolf wrócił wzrokiem do obserwowania łaty na fotelu przed nim.
„Juri!” Kira wykrzyknęła tak gwałtownie, że niemal wszyscy odwrócili głowy w jej stronę. Roman pogrążony we śnie, z hełmem do wirtualnej rzeczywistości na głowie oraz butelką pluto-gorzały w brzuchu, nie odwróciłby się nawet gdyby jego fotel stanął w płomieniach.
„Co? Bliać, ta droga robi się co raz gorsza…” Juri zredukował i zwolnił do jakiś pięćdziesięciu na godzinę, po czym nagłymi ruchami kierownicy wprowadził auto w kołysanie. Za oknem po stronie Rudolfa zaczęły przelatywać dziury i otwarte studzienki kanalizacyjne. Asfalt istotnie albo robił się coraz gorszy, albo po prostu się kończył. Głowa Romana bezwiednie przetoczyła się z prawa do lewa.
„Siedem kilometrów na południe są jakieś budynki. Około dwadzieścia. Sądząc po tym jak są ustawione, opuszczona osada.”
Juri zdjął nogę z gazu, wyrzucił bieg i zahamował. Odwrócił swoje ogromne cielsko w stronę tylnej kanapy i wyciągnął rękę po konsolę. Kira wcisnęła przycisk autopilota i dezaktywowała joysticki. Kierowca wziął urządzenie i wpatrywał się chwilę w ekran.
„Bliać. Warto byłoby zobaczyć…” Juri mówił bardziej do siebie niż do reszty ekipy. „Ile zostało baterii?”
„Mało, zostały trzy godziny słońca. Warto byłoby wysłać na ładowanie już teraz. A jak sam widzisz, nie warto jechać dalej tą drogą bez drona.” Kira jak zwykle brzmiała rzeczowo i rozsądnie. Rudolf był w stanie zrozumieć dlaczego czasami irytowała pozostałych, pomimo, że sam bardzo lubił jej głos.
„Pociekaj…” Odezwała się Natasza ze swoim twardym, rosyjskim akcentem. „Ty powiedziała na południe. Na południe stąd widać tylko te drzewa. Chyba nie chcesz, żebyśmy szli siedem kilometrów po lesie, tuż przed zmrokiem, z dala od auta?”
Nikt się nie odezwał. Mimo, że słowa były skierowane do Kiry, wszyscy czekali na odpowiedź Jurija. Jego słowo zawsze było ostateczne.
„Zaparkujemy tutaj i przejdziemy się po lesie. Nie widzę w tym nic dziwnego. Drona trzeba odesłać powyżej poziomu chmur żeby naładował baterie przed zmrokiem i wytrzymał do świtu w powietrzu. Nie będę codziennie go lądował w polu ryzykując uszkodzenia. Tu w ogóle nie ma miejsca, żeby go wylądować, same lasy i zbiorniki wodne…”
Juri argumentował, ale Rudolf już go nie słuchał. Przywykł do tego, że drużyna robi to, co kapitan rozkaże. A że kapitan często przychylał się rzeczowym propozycjom swojej małej podwładnej, często robili bezcelowe eskapady w opuszczone miejsca, z których nie przynosili nic przydatnego, nie licząc promieniowania gamma i ukąszeń komarów.
Ekipa przygotowała się do wymarszu bardzo szybko. Mercedesa przykryli niedokładnie gałęziami na skraju lasu. Bardziej z obawy przed niedźwiedziem, próbującym dobrać się do zapasów jedzenia niż przed ludźmi próbującymi ukraść auto. Jakby nie patrzeć od czasu zagłady ludzkości, ludzie stali się niezwykle rzadkim widokiem w południowych Niemczech.
Podczas gdy Kira wpisywała na dotykowym ekranie konsoli sterującej współrzędne i pułap, na którym ma kołować dron w oczekiwaniu na świt, Juri zabrał się za budzenie Romana.
„Roman, bliać, wstawaj. Co ty, całą butelkę wypiłeś? Pojebało cię? W środku dnia? Suka bliać z tym Polakiem…” Tłusta twarz Romana wyrażała niezadowolenie. Z hełmu, ostrożnie trzymanego przez Nataszę zwisała ślina, którą użytkownik wylewał z siebie będąc nieprzytomnym przez ostatnie kilka godzin.
„Może go tu zostawimy? On taki wielki i silny, na pewno poradzi sobie z niedźwiedziami i wilkami.” Drwiąco skomentowała Natasza i szturchnęła Romana w wydatny brzuch.
„Może ciebie zostawimy… Ty kurwo…” Wybełkotał szturchnięty. „I zarobisz dupą trochę pieniędzy…”
„O to chodzi, Roman.” Juri uśmiechnął się szeroko. „Roman powraca do żywych. Wstawaj, musimy iść.” Natasza upuściła elektroniczny hełmofon i z obrzydzeniem na twarzy oddaliła się w stronę lasu.
„Po co?”
„Musimy zobaczyć co jest za tymi drzewami…” Ogromna muskulatura Jurija naprężyła się pod skórzaną kurtką i podźwignęła Romana z ziemi. Ten zachwiał się, ale nie upadł. „Masz tu, spakowałem ci twoje rzeczy.
„Karabin plazmowy?”
„Nie trzeba, Roman, idziemy przeszukać opuszczone chaty w lesie. Plazma do niczego nam się nie przyda. Spakowałem ci glocka…”
„Dawaj kacapie karabin, albo nie idę.” Roman wracał do siebie. Wyprostowany mierzył niemal dwa metry i był o dobre pół głowy wyższy od Jurija. Rudolf sam nie wiedział, który z nich więcej ważył. Juri był zbudowany jak bohater przedwojennego komiksu. Każdy skrawek jego ciała pokryty był mięśniami i żyłami. Roman miał za to brzuch wielkości zbiornika paliwa w mercu i plecy szersze niż oparcie fotela.
Zdecydowanym ruchem Polak odepchnął od siebie Rosjanina i podszedł do auta. Komentując głośno marne próby przykrycia karoserii gałęziami, otworzył bagażnik i wyszarpał z niego urządzenie przypominające odkurzacz, który ktoś nieudolnie stuningował. Na końcu długiej na półtora metra rury lśniła okrągła cewka tesli. Gumowy wąż, biegnący od drugiego końca rury do jednostki centralnej był poprzetykany wielobarwnymi kabelkami. Jednostka centralna odezwała się kobiecym głosem, gdy założył ją sobie na plecy niczym tornister.
„Karabin w stanie gotowości. Uruchamiam tryb stand-by. Podaj próbkę głosu w celu identyfikacji.”
„Raz dwa trzy raz dwa trzy” Powiedział Roman zamykając bagażnik. Zrezygnowany Juri poprawił rozrzucone przez niego gałęzie kamuflujące samochód. „Wystrzał na komendę „ognia”… albo nie, skasuj to…” Roman minął Nataszę i Kirę i wszedł śmiało pomiędzy drzewa. „Wystrzał na komendę „chuj ci w dupę”.
Marsz na południe mijał im na kłótni o to, czy Roman powinien brać ze sobą karabin plazmowy. Rudolf nie miał zdania, i w zasadzie nikt go o nie nie pytał. Z jednej strony nie miał nic przeciwko, żeby nosili ze sobą tak dużo broni, jak tylko się dało. Pustkowie roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Z drugiej jednak… Dziewczyny miały trochę racji gdy mówiły o możliwości nieumyślnego podpalenia lasu przez Romana i spalenia ich wszystkich żywcem w konsekwencji. Koniec końcem komenda głosowa, którą Roman ustawił na wystrzał, padała z jego ust w codziennym życiu dosyć regularnie.
Gwar rozmowy został przerwany przez nagłe poruszenie gdzieś w koronach drzew nad ich głowami. Na ziemię spadło kilka żołędzi. Każdy z drużyny wycelował swoją broń palną w niebo. Las nie był już tak gęsty jak na początku. Uszli kilka kilometrów, chaty musiały znajdować się niedaleko. Stali kilka sekund w bezruchu. Rudolf nie mógł wypatrzeć niczego przypominającego żywe stworzenie pomiędzy zielonymi liśćmi.
„To pewnie ptak.” Powiedział opuszczając pistolet. Juri pokiwał głową na znak, że się zgadza.
„Od teraz idziemy w ciszy.”
Kontynuowali marsz trochę wolniej, dużo ciszej i wytężając wzrok i słuch. Rudolf nigdy nie widział zmutowanych drapieżników leśnych, ale był przekonany, że istnieją.
„Witajcie przybysze.” Rozległ się łagodny głos kilka metrów przed nimi.
Wszyscy jak jeden mąż wycelowali w źródło głosu swoje lufy. Rudolfowi zajęło około sekundę odnalezienie wzrokiem osoby, która wypowiedziała przywitanie. Stał dosłownie pięć kroków przed nim, ale gdyby się nie odezwał, pewnie przeszedłby obok niego nie zauważając go. Nieznajomy był ubrany we fragmenty kory, gałęzie i liście. Na twarzy miał brązową farbę. Nie odróżniał się ani trochę od grubego pnia drzewa, na którego tle stał.
„Proszę, nie strzelajcie, jestem nieuzbrojony.” Mężczyzna uniósł ręce w geście pokazującym, że nie ma na sobie żadnej broni, jedynie drewno, mech i farbę. Wszyscy przez chwilę zapomnieli języka w gębie.
„Usłyszałem o was przez stukanie dzięcioła od mojego kuzyna Kurta. Wisiał nad waszymi głowami około kilometr w tamtą stronę.” Nieznajomy wskazał kierunek, z którego przyszli. „Jak was zobaczył, mało nie spadł z drzewa.” Człowiek-drzewo zaśmiał się i popatrzył na przybyszów jakby oczekiwał braw po opowiedzeniu dobrego żartu. Gdzieś w oddali rozległo się stukanie dzięcioła. „O! To właśnie Kurt. Nadaje wiadomość do wioski, żeby wyszli was przywitać. Wszyscy będą bardzo szczęśliwi, jak was zobaczą. Bardzo rzadko mamy tu gości.”
„Kim jesteś?” Dwa słowa zabrzmiały od strony Jurija, który nadal trzymał przebierańca na muszce Kałasznikowa. Rudolf zauważył, że jako jedyny nie trzyma broni wycelowanej w dziwnego mężczyznę. Samodzielnie uznał go za niegroźnego. Szybko podniósł pistolet, żeby nie wyjść na mięczaka przed nowo napotkanym człowiekiem.
„Zapomniałem z tego wszystkiego się przedstawić. Jestem Otto. Pochodzę z wioski Brunwald, która leży nie daleko w tamtym kierunku. Moim zadaniem, podobnie jak Kurta, jest wypatrywanie przybyszów i witanie ich w naszych skromnych progach. Jesteśmy bardzo otwartą społecznością.”
„Pierdolę, ręka mnie boli.” Rzucił Roman i opuścił rurę karabinu plazmowego. Natasza i Kira również straciły zainteresowanie Ottem. Dziwadło zrobiło kilka kroków w stronę Jurija i wyciągnęło w jego stronę prawą rękę.
„Wiem, że trudno zaufać nieznajomemu, ale wyobraź sobie, co ja teraz przeżywam. Nie wiem czy mnie za chwilę nie zastrzelisz. Starszyzna przyznała mi tą rolę, bo mówią, że dużo gadam. Wiesz, na początku nawet się cieszyłem, można poobserwować naturę, pogrążyć się w medytacji. Ale żebyś posłuchał jakie głupoty czasami nadaje Kurt dzięciołem. Nie mogę już tego słuchać. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i podróżować, tak jak wy…”
Jurij opuścił karabin i podał Ottowi rękę. Widocznie analiza tubylca w jego głowie dobiegła końca.
„Jestem Juri, to jest Kira, Natasza, Roman i Rudolf. Prowadź do swojej wioski, Rudolf.”
Ruszyli w grupie większej o jedną osobę. Jurij z Ottem razem z przodu. Miejscowy trajkotał jak najęty o pracy człowieka-drzewa i o życiu w wiosce. Połowa terminologii, której używał nie miała dla Rudolfa sensu. Za to za plecami Rudolfa rozgrywała się poruszona dyskusja między Nataszą i Kirą.
„Ty mówiła, że ta wioska opuszczona.”
„Z góry wyglądała na opuszczoną.”
„Może ty potrzebujesz okulary.”
„Może ty spróbujesz latać dronem? A nie czekaj, nie możesz, nie dasz rady operować konsoli swoimi wielkimi, męskimi łapami!”
„Ty suko…”
Pochód zamykał Roman, czujnie rozglądający się po drzewach. Gotowy w każdej chwili wydać komendę swojemu karabinowi.
Wioska była mała, składała się z kilkunastu chat o niskich, drewnianych ścianach, kamiennych podłogach i słomianych dachach. Po środku wioski stała studnia z żurawiem, pod ścianami chat toporne ławeczki wyciosane z dębowych pni, a na ławeczkach siedzieli starzy, pokurczeni ludzie odziani w lniane koszule i spodnie. Niektórzy nosili szpiczaste czapki na głowach, niektórzy kopcili fajki. Wszyscy wpatrywali się skanującym wzrokiem w przybyszy.
Młodsza warstwa społeczna wioski składała się ze szczupłych mężczyzn i kobiet. Mężczyźni mieli ubrania podobne do starszyzny, ale na to wszystko narzucali jeszcze futra upolowanych zwierząt, więc wydawali się dużo więksi niż w rzeczywistości. Rudolf zauważył, że ich ostrożne spojrzenia na Jurija szybko przenosiły się na Nataszę i spoczywały na wysokości jej klatki piersiowej. Rosjanka uśmiechała się szeroko błyskając do młodzieńców swoim złotym uzębieniem. Austriackie MP-5 przewiesiła sobie zabezpieczone przez ramię niczym elegancką torebkę. Przypominała teraz trochę modelkę na wybiegu.
Kira łypała nieufnie na rosnący dookoła tłum. Z chat wysypywali się ludzie. Wszędzie roiło się od małych dzieci. Roman patrzył na zbiorowisko bez słowa. Rudolf przyzwyczaił się do tego, że gdy Roman nie ma nic do powiedzenia, ma ochotę kogoś znokautować.
„Witamy was przybysze w naszej skromnej osadzie!” Na czoło zgromadzenia wysunął się mężczyzna odziany w długą, białą suknię. Miał długie włosy, około trzydzieści lat i kasztanową brodę, nadającą jego twarzy powagi. „Jestem Rufus, przewodniczący myśliwych. Moim zadaniem jest spełniać wolę starszyzny, a starszyzna chce, abyście otrzymali od nas wikt i opierunek.”
„Nie mówiłem?” Odezwał się Otto, nadal stojący razem z ekipą po środku zgromadzenia.
„Pozwólcie, że oprowadzę was po osadzie. Poproszę też nasze kobiety o przygotowanie uczty na część naszych gości.”
Część kobiet uśmiechnęło się szeroko i oddaliło w stronę chaty. Zapewne żeby przygotować ucztę.
Rufus uścisnął każdemu dłoń. Następnie poprowadził gości w głąb wioski. Osadnicy trudnili się głównie polowaniem, ale posiadali też niewielkie grządki roślin skrobiowych, z których próbowali uzyskać jak najwięcej jedzenia. Z tego co mówił Rufus, Rudolf wywnioskował, że nie brakuje im jedzenia. Nie mógł jednak odpędzić wrażenia, że podchodzą do rozpoczynania nowej cywilizacji w nieco zacofany sposób. Bądź co bądź, w końcu będzie ich tylu, że wybiją zwierzynę i będą zmuszeni wędrować do innego lasu.
„Rozumiem, o czym mówisz. Mądry z ciebie chłopak.” Odpowiedział mu przy kolacji Rufus. Było tuż po zmroku. Siedzieli dookoła ogniska z pozostałymi mieszkańcami wioski i raczyli się dziczyzną pieczoną na rożnie oraz jakimś rodzajem bułki wyprodukowanej z jakiegoś rodzaju mąki. Raczej nie dobrej. „Zauważ jednak, że dokąd wzrok sięga, wszędzie tu jest las. I jest go co raz więcej. Nie ma tu ludzi, którzy wycinaliby go szybciej niż rośnie. Nie ma też tak dużo myśliwych, żeby wybili zwierzynę szybciej, niż się mnoży. Miną setki lat, zanim zaludnimy te ziemie na tyle, by musieć opierać wyżywienie na rolnictwie.”
Rudolf miał ochotę powiedzieć mu, że nie cała ludzkość wyginęła podczas wojny i na północy istnieją miasta jak to, z którego on sam pochodzi, w których ludzie korzystają z zaawansowanych technologii i jedzą przetworzone jedzenie, które biorą z opuszczonych magazynów. Chciał mu wygarnąć i zakończyć stwierdzeniem, że jeśli ci z północy znajdą kiedykolwiek ich hipisowską społeczność rodem z czasów prehistorycznych, rozstrzelają ich albo zrobią z nich swoich poddanych. Ale ugryzł się w język, żeby nie ryzykować wygnania z wioski pod pretekstem szerzenia herezji.
Poza tym wszyscy z drużyny świetnie się bawili. Pierwszy raz od nie wiadomo jak długiego czasu najedli się do syta, mogli porozmawiać z innymi ludźmi a jeszcze czekały na nich własne pokoje w chatach, gdzie będą mogli się do woli wyspać.
„Dobra, powiedz mi Rufus. Gdzie jest haczyk?” Zapytał w końcu Juri po tym jak wychylił szósty kubek mętnego napoju alkoholowego, serwowanego przez miejscowych.
„Nie bardzo rozumiem.”
„Daliście nam żreć i pić, Roman niedługo zje całe wasze zapasy na zimę. Czego chcecie? Pieniędzy? Ochrony? Broni palnej?”
Rufus milczał przez chwilę. W końcu uśmiechnął się szeroko i poklepał Rosjanina po ogromnej łopatce. „Nie owijasz w bawełnę, Juri. Faktycznie jest coś, czego od was chcemy. I jeśli odmówicie, możecie równie dobrze się wynosić.”
Ekipa przerwała rozmowy i wlepiła w przywódcę myśliwych wyczekujące spojrzenia. Wśród gwaru rozmów tubylców i brzdęków prymitywnego instrumentu strunowego, rozległ się ponownie aksamitny głos Rufusa.
„Zastanawialiście się może, jak to jest, że jest nas tu garstka, ale nie wyglądamy wszyscy jakbyśmy byli ze sobą spokrewnieni?” Nikt nie odpowiedział. Roman beknął głośno. „Otóż nie jesteśmy. Wedle zasad genetyki, aby uzyskać wysoką inteligencję człowieka, należy poszerzać pulę genów. Należy mieszać się z wszystkimi, najlepiej z jak najodleglejszych zakątków ziemi. Dlatego przyjmujemy każdego gościa jak swojego. Jednocześnie wymagamy tylko jednej przysługi. Chcemy abyś zapłodnił nasze kobiety.”
Rudolf poczuł, że się czerwieni. Cała krew z jego ciała musiała właśnie wirować gdzieś pod skórą jego twarzy. Obawiał się zapytać, czy to tyczy się też jego. Rzucił ukradkiem spojrzenie w stronę kilku dziewczyn w jego wieku, siedzących przy sąsiednim ognisku.
„W zamian za nocleg i żarcie, mam wyruchać wasze kobiety?” Zapytał nagle Roman.
„Można tak to ująć.”
„Interesy z panem to moja przyjemność.” Roman podniósł się ze swojego miejsca, zapominając o niedojedzonej nodze pieczonego indyka. Wziął tylko wykonany z rogu kubek, z którego popijał, zarzucił sobie na ramię karabin plazmowy oraz torbę i wskazał palcem na kilka siedzących nieopodal dziewczyn w haftowanych spódnicach. Zachichotały.
„Pozwolicie że udam się niezwłocznie w celu wypełnienia umowy z mojej strony.”
Odszedł kołysząc się lekko pod wpływem wypitego alkoholu. Roześmiane dziewczęta pobiegły za nim w stronę jednej z chat.
„Doskonały wybór. Możecie wybierać z wszystkich kobiet, żadna wam nie odmówi. Chcemy mieć jak najwięcej, jak najbardziej różnorodnych dzieci. Po trzech takich ogromnych mężczyznach jak wy, spodziewam się ciąży u każdej kobiety zdolnej rodzić.”
Rufus mówił swobodnie i był całkowicie zrelaksowany. Rudolf nie miał złudzeń. Trzech ogromnych mężczyzn? Nie zaliczyłby się do tego grona. Miał czternaście lat i był chudy jak szczapa. W dodatku nigdy nie miał kontaktu z dziewczynami w swoim mieście, nie wiedział czy jest gotowy na bycie ojcem dzieci w jakiejś zabitej wiosce w środku lasu. Ciekawe ile dzieci musiał mieć Rufus. Albo Otto… Może każdy w tej wiosce już dawno zapłodnił co najmniej jedną dziewczynę a teraz on tu przyjechał i będzie pośmiewiskiem, bo nie umie uprawiać seksu…
„Przepraszam, ale ty Rufus chyba żartujesz.” Ostry ton głosu Nataszy wyrwał Rudolfa z zamyślenia. „Juri nie będzie miał sex z jakaś dzikuska, bo ty dał nam jedzenie.”
Rufus popatrzył na nią z uniesionymi brwiami. Wydawał się zupełnie zdezorientowany. Juri zaczął się dławić swoim napojem.
„Jesteście mężem i żoną?”
„Nie twoja sprawa kim jesteśmy. Roman kak chce to niech sobie dostanie choroba weneryczna i zdechnie, ale Juri jest nasz przywódca i nie będzie się pieprzył po krzakach z waszymi dzieweczkami.”
Ustała muzyka i rozmowy. Było słychać tylko świerszcze i kaszlącego Jurija. Rudolf miał wrażenie, że wszyscy patrzą się na niego.
„Jeśli chcecie, zapewnimy waszym kobietom odpowiednią dawkę nasienia.” Zaproponował Rufus. „Rozumiem, że chodzi o przetrwanie ludzkości. Chętnie osobiście zapłodnię jedną z was…”
„Tylko spróbuj.” Odparła Kira, w której dłoni pojawił się nóż sprężynowy. Rudolf przełknął ślinę. Sytuacja robiła się coraz gorsza.
„Spokojnie” Odezwał się w końcu Juri, który przestał kaszleć. „Pozwól, że przedyskutuję to z Nataszą na osobności. Kira, nikt nie będzie cię zapładniał, schowaj nóż.”
Kira schowała nóż. Juri udał się z Nataszą na ubocze, gdzie po krótkiej i burzliwej rozmowie, Natasza strzeliła mu w pysk i odeszła w stronę swojej sypialni.
„No i po krzyku.” Podsumował Juri po powrocie. „No, późno już, chodź młody. Musimy iść wyświadczyć tym dobrym ludziom przysługę. Rufus, przyślij nam do pokojów po jednej z waszych najpłodniejszych kobiet.
„Jasna sprawa.”
Juri objął ramieniem Rudolfa i obaj poszli w stronę swoich sypialni. „Nic się nie przejmuj młody. Dasz sobie radę.”
„Eee… Czy nie lepiej byłoby, gdybyś poprosił o najładniejsze kobiety, nie o te najbardziej płodne?”
„Co? Co ty nagle? Będziesz się wymądrzał?”
„Nie, tylko wiesz, ci ludzie są dziwni, mogą potraktować twoje słowa dos…”
„Nic się nie przejmuj młody. Wszystko będzie w porządku.”
Chaty składały się z ogromnych sal, w których spali wszyscy mieszkańcy wioski razem, oraz małych pomieszczeń wydzielonych dla starszyzny, ważniejszych myśliwych oraz gości. W pomieszczeniu Rudolfa sufit był niski, nie było okna, drzwi ledwo się domykały a na podłodze usypano z siana coś w rodzaju łóżka. Do jego komnaty zaraz po nim weszła wybrana dla niego przez Rufusa kobieta. Była co najmniej dwa razy szersza od niego i tego samego wzrostu co on. Miała szczękę kwadratową jak Juri. Ręce, którymi zaczęła miziać Rudolfa po ciele były twarde jak papier ścierny. Musiała całe życie wykonywać ciężkie, wiejskie prace. W pewnym momencie popchnęła Rudolfa na siennik. Zrobiła to tak mocno, że ten przewrócił się i uderzył potylicą w ścianę. Na chwilę zniknął widok słabo oświetlonej sypialni. Poczuł błogą nicość.
Obudził go ból w obu policzkach.
„Obudź się, o mój boże… Obudź się, nie chciałam tak mocno…” Trzask, trzask. Ktoś bił go po twarzy.
„Aaaa!” Rudolf wydarł się na cały głos, ale wielka, chropowata dłoń zakryła mu usta.
„Proszę, nie krzycz… Za ścianą wszyscy nasłuchują.”
Dziewczyna wyglądała na strasznie przejętą.
„Co się stało?” Wymamrotał Rudolf. Nie mógł zogniskować wzroku, nad nim pochylały się dwie niebieskookie blondynki, które wcześniej pchnęły go na ziemię tak mocno, że stracił przytomność. Powoli dwie sylwetki zaczęły się zjeżdżać w jedną.
„Byłeś nieprzytomny. Udawałam odgłosy kochania się, żeby na zewnątrz nie pomyśleli, że nie doceniasz gościnności…”
„CO? Jak długo tu leżę?”
„Nie wiem… Dosyć długo…”
„Wystarczająco długo, żeby już przestać… Wiesz… Kochać się z tobą?”
„O tak, pewnie…”
„Dobra to idę napić się wody ze studni…”
Czując promieniujący ból w głowie i mając przed oczami białe plamy, wyszedł z sypialni i przeszedł przez długie pomieszczenie pełne łóżek i hamaków, na których spali miejscowi. Zatoczył się, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Gdzieś z ciemności rozległo się „Dobra robota!”. Kilka osób zaczęło klaskać w dłonie. Ktoś inny poklepał go po plecach. Ktoś inny podał mu rękę. Pod koniec przemarszu przez chatę uśmiechał się szeroko i przybijał nieznajomym piątki. Kilka dziewczyn dało mu buziaka w policzek i obiecało czekać na niego gdy wróci, za co pośpiesznie podziękował tłumacząc się, że nie ma już siły na więcej seksu.
Noc była bezchmurna. Leśne powietrze uderzyło go w nozdrza bogatym zapachem. Księżyc świecił jasno, oświetlając starą studnię i ponury kształt żurawia. Rudolf podszedł do urządzenia i z wysiłkiem podniósł drąg z ziemi, opuszczając jednocześnie w czeluść studni puste wiadro. Następnie podniósł żuraw, gdy tylko usłyszał plusk. Wylewając wodę na swój t-shirt napił się łapczywie prosto z drewnianego wiadra. Woda miała smak zatęchłego drewna.
Drzewa zaszumiały i Rudolf poczuł, że przenika go chłód. Gdzieś od strony jednej z chat usłyszał kroki.
„Jak tam młody? Spragniony? Ile panienek zaliczyłeś?” Roman zbliżał się w jego stronę w samych majtkach i z butelką pluto-gorzały. Płynu w środku było trochę poniżej poziomu etykietki z rysunkiem atomu plutonu.
„Jedną.” Odparł krótko Rudolf.
„To słabo, ja już cztery. Chcesz wódki?”
„Nie, dzięki. Eee… Co ty tu robisz?”
„Drewno mi się skończyło w kominku.”
„Masz kominek w pokoju?”
„A ty nie? Nie dali ci nawet kominka? Kurwa młody, musisz się trochę lepiej wykłócać o rzeczy w życiu. Szczególnie z tymi dzikusami. Wyobraź sobie, że w moim pokoju siedział jakiś stary cieć. Wchodzę i mówię wypad dziadek, tu jest teraz imprezka, ale ty nie jesteś zaproszony.”
„Czekaj, czy to nie był jeden z ich starszyzny? To plemię bardzo szanuje swoją starszyznę, wierzą w to, że tylko ich mądrość może poprowadzić plemię ku lepszym czasom… Nie słuchałeś, jak Rufus opowiadał o tym wszystkim?”
„Kto? Ten z brodą w sukience? Nie, nie słuchałem. Dobra co będziemy tu stać tak bez sensu? Chodź pomożesz mi przynieść drewno. Chcesz tej wódki czy nie?”
„Dzięki, nie piję wódki.”
„Do czasu.”
Udali się w stronę lasu. Rudolf był wdzięczny za okazję do nie wracania do chaty, gdzie prawdopodobnie kolejna dziewczyna będzie próbowała pozbawić go dziewictwa. Niby dziewczyny już go tak nie przerażały, ale ciągle czuł się strasznie dziwnie na myśl o kilku tuzinach ludzi nasłuchujących pod drzwiami. I na myśl o Kirze, mającej go do końca życia za zwierzę pokroju… Romana.
„Kurwa, nie wziąłem latarki.” Głos Romana dobiegał gdzieś spomiędzy drzew przed Rudolfem. „Dobra spróbujemy się potknąć o jakąś starą gałąź albo pień… Chyba że masz latarkę, młody?”
„Nie mam, Roman. Wiesz co? Myślę, że to jest dosyć niebezpieczne, tak chodzić po lesie w środku nocy.”
„Ja pierdole młody. Wódki nie pijesz, nie masz latarki… Do tego jesteś taką pizdą… Jak się boisz to wracaj do wioski.”
„Nic się nie boję.”
Szli jeszcze przez chwilę wpadając co chwilę na drzewa. Roman klął jak najęty i co chwilę pociągał z butelki. Drzewa rosły gęsto i światło księżyca nie przebijało się już przez korony drzew. Rudolf nie widział wyciągniętej przed siebie dłoni.
„O! Chyba coś mam… Stój młody. Mam gałąź, kawał skurwiela. Czekaj muszę ją odgiąć i złamać…”
Rudolf zbliżył się w stronę, z której dobiegały odgłosy szarpaniny z gałęzią. Nagle poczuł, że pod prawą nogą grunt ustępuje i jego sportowy trampek marki „Atomic” osuwa się w przepaść. Z jego gardła wyrwał się krótki okrzyk. Szamotanina z gałęzią ustała. Rudolf sturlał się kilka metrów w dół po piaszczystym zboczu.
„Roman, spadłem z jakiegoś zbocza albo coś.”
„Kurwa, młody trzymaj się, podam ci gałąź.”
Ponownie dały się słyszeć szelest liści i stękanie Romana. W końcu również trzask łamanej gałęzi. Rudolf nie czekał na pomoc. Sam wdrapał się z powrotem na górę. Przy ostatnim kroku, jaki miał postawić na piaszczystej powierzchni, żeby dostać się na bezpieczną, leśną ściółkę, stało się coś dziwnego. Poczuł, że na jego kostce zaciskają się palce i coś ciągnie go w dół.
Znowu krzyknął, tym razem głośno i z przerażeniem. Usłyszał w odpowiedzi, jak Roman ponownie nazywa go pizdą i zbliża się w jego stronę.
„Roman! Coś mnie trzyma za nogę!”
„Co?” Roman chwycił go za ramię i podniósł do góry. Chwyt na nodze zniknął.
„Coś mnie trzymało za nogę. Jak słowo daję.”
„Kurwa, ostatni raz idę do lasu bez latarki. Chuja widać... Kto cię złapał? Ręką? Zębami?”
„Ręką.” Rudolf czuł, że się trzęsie. „Pierdolę to, Roman, wracam do wioski.”

Tagi:

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Monachium

Post#2 » 5 mar 2017, o 20:22

To jest zapis dialogów angielskich - mi osobiście to przeszkadza, nie ma prawdopodobnie żadnego dobrego powodu, by je wprowadzać, a wizualnie nie jesteśmy do nich też przyzwyczajeni.

Pierwszy akapit - 3x "być", w drugim 2x, w trzecim 2x "podskok". Ogólnie przyjrzyj się powtórzeniom.

„Przepraszam, ale ty Rufus chyba żartujesz.” Ostry ton głosu Nataszy wyrwał Rudolfa z zamyślenia. „Juri nie będzie miał sex z jakaś dzikuska, bo ty dał nam jedzenie.”

ks.

Jestem Otto.

Prowadź do swojej wioski, Rudolf.”

„Dobra, powiedz mi Rufus. Gdzie jest haczyk?”

Pogubiłam się. Otto, Rudolf czy Rufus w końcu?

Niezły styl. Tekst czyta się lekko, ale warsztatowo trzeba tu sporo ogładzić, powtórzeń jest rzeczywiście dużo i rzucają się w oczy. Dobra jest za to proporcja dialogów i opisów - te pierwsze są przekonujące, te drugie niekoniecznie rozległe, ale jednak dość treściwe, jest ich dość, że nie ma się wrażenia czytania tekstu zbudowanego tylko na dialogach.
Tematycznie nie moja bajka. Trochę nie przekonuje mnie zgodzenie się na wycieczkę do wioski, którą grupa miała za opuszczoną, a pojechali tam prawdopodobnie ograbić pozostałości. Trudno byłoby od nich oczekiwać, że odmówią i zawrócą, ale rozmowa mnie nie przekonała. Motywacja "tubylców" za to rzeczywiście jest racjonalna, a reakcja Romana rozbrajająca. Trochę nie podoba mi się rozwój akcji po tej właśnie rozmowie o zapłodnieniu kobiet z wioski, ale to subiektywne odczucie. Wydaje mi się też, że im dalej, tym więcej błędów i mniej dopracowany styl.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Awatar użytkownika
azure_dragon
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 8

Monachium

Post#3 » 9 mar 2017, o 22:14

Miło byłoby przeczytać ten tekst doszlifowany. Bo jest ciekawy i ma swój, oryginalny klimat.
Przy pierwszym drafcie zawsze pojawia się kilka nielogicznych rzeczy, które przy drugim czytaniu łatwo wyhaczyć i poprawić - gdy nie mamy takich potknięć - cały odbiór tekstu zmienia się na dużo lepszy.

Ogólnie, powoli wgryzałam się w tekst i dopiero w pewnym momencie nabrał tempa, zaczęło się czytać lekko i szybko. Pojawiają się elementy z science-fiction - co czasami jest fajne, a czasem przesadzone. Podobają mi się zmutowane zwierzęta, pluto-gorzała - ale karabin plazmowy i hełm do wirtualnej rzeczywistości wydały się wyrwane z innej rzeczywistości xD Co do dronu nie jestem pewna - pogubiłam się i nie do końca też wiedziałam do czego służył. Tak samo jak ten hełm. Sposób ładowania baterii - wisząc godzinami w powietrzu wydał mi się nielogiczny - można wymyśleć dużo fajniejszy, naukowy sposób ładowania baterii. Ogólnie literatura survivalowa pozwala na wprowadzenie bardzo dużo ciekawostek z dziedziny medycyny, chemii i mechatorniki - ale to tylko moje przemyślenia. Mówię z punktu widzenia fanki, a każda fanka jest inna. To na pewno też jest jedna z najtrudniejszych części pisania takiego tekstu - ogarnąć chociaż podstawy wiedzy technologicznej.

W ogóle mam wrażenie, że grupa bohaterów podróżuje razem i się nienawidzi, wyzywają się od najgorszych. Do tego Niemcy, Rosjanie i Polacy - może dlatego się nienawidzą. Z tekstu wynika, że robią ciągle jakieś nonsesnowne akcje i nie wychodzi im zbieranie surowców i pożywienia. I don't know how they made it so far. Teraz skojarzyło mi się też ze starymi kawałami o Rusku, Polaku i tym trzecim - którzy też chodzą i robią głupoty.

Tekst zawierał parę klimatycznych momentów :)

Moje czepianie:

„Mało, zostały trzy godziny słońca.
wykreśliłabym "słońca"

Kosmyk kruczoczarnych włosów zwisał z bladej skroni przysłaniając skupioną minę i wielkie, brązowe oczy.

kruczoczarne włosy Kiry - sama staram się oduczyć "kruczoczarnych", "Śnieżnobiałych" itp - wydaje mi się, że kolory powinno się nazywać prosto.
"kosmyk zwisał" - zwisać to tak brzydko, jakby zwisała pół-odcięta kończyna, ale nie włosy dziewczyny
"przysłaniając skupioną minę i oczy" - strasznie duży ten kosmyk, wygląda tak jakby zasłonił całą twarz. I jeżeli się zasłania minę, to myślę, że głównie usta.

Siedem kilometrów na południe są jakieś budynki. Około dwadzieścia.
Około dwudziestu.
Miał długie włosy, około trzydzieści lat i kasztanową brodę
Około trzydziestu

Wszyscy wpatrywali się skanującym wzrokiem w przybyszy.
Skanujący zmieniłabym na inny przymiotnik. Ten jest bardzo mechaniczny.

I zawsze się zastanawiałam jak można być grubym w czasach, gdy jedzenie jest trudnodostępne (Roman). Ale może to tylko ja.

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości