[Harry Potter] Prawda o Harrym (rozdział 4) Walka

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Shiloh
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 68

[Harry Potter] Prawda o Harrym (rozdział 4) Walka

Post#1 » 1 year temu (22 kwie 2017, o 11:16)

Budziła się powoli. Inaczej niż do tej pory. Jak z narkotycznego snu. Nie była pod wpływem narkotyków, ale bardzo osłabiona i podłączona do kroplówki. Krępowały ją pasy na dłoniach i stopach, ponadto tułów miała przywiązany do łóżka.
- Wszystko po mugolsku. Jak na razie. – Usłyszała spokojny, ale wrogi głos, nic jednak nie powiedziała. Była jeszcze na to za słaba. Czy przegrywam? Wiedziała gdzie jest i w jakim stanie, ale nie mogła nic zrobić. W ogóle nie powinna nic robić dla własnego dobra. Uniosła się dumą i dlatego teraz była w takim stanie. Nie była pewna czy postąpiła mądrze i nie wiedziała, czy chce się dowiedzieć.
On tam stał. Teraz widziała go wyraźnie. Wpatrywał się w nią z satysfakcją. Z okropnym uśmiechem, tak charakterystycznym. Szkolnym uśmiechem Dracona Malfoya. Patrzył na swoją ofiarę. Nie chciał za nią pieniędzy, za to chciał ją zranić. Przeczuwała to. Coś jej podpowiadało, że przynajmniej część z tego, co zaczął mamrotać o Harry’m, może być prawdą. Nie zamierzała jednak mu uwierzyć.
- Nie… - Wyszeptała. Na więcej nie byłą ją stać. Musiała oszczędzać siły. Mogła spróbować wyrwać kroplówkę, ale próba wstania nie powiodłaby się, bo natychmiast zaczęłaby odpływać. Pozbawiono jej swobody ruchów, ale nie rozsądku. Nie była za to pewna, czy Malfoy nie złamie jej ducha. Prawie niczego już nie była pewna.
Zamrugała. Nawet nie zdołała zauważyć, kiedy Ślizgon się nad nią pochylił. Patrzył teraz na nią z kamiennym wyrazem twarzy. Nic nie mówił, tylko patrzył. Po prostu bezczelnie się na nią gapił, a ona nie mogła nic zrobić. Nie wytrzymała jego spojrzenia i zwróciła głowę w bok. Mimo wszystko musiała walczyć, zrobić cokolwiek, aby udowodnić temu gadowi, że z nią nie wygra. Zmusiła się do ponownego przekręcenia głowy i spojrzenia w jego stronę, lecz wypowiedziała tylko dwa słowa.
- Nie uda…
- No proszę! – Skomentował jej oprawca. – Widzę, że moja pacjentka jest naprawdę niesforna. Ile słów wypowiesz następnym razem? Trzy? A może cztery? Ja na twoim miejscu już bym się nie odzywał. Zrobisz sobie jeszcze większą krzywdę, a przecież musisz być przytomna.
- Nie…uda…ci…się – powiedziała, a głowa wygięła jej się do tyłu i po chwili znowu opadła na poduszkę, która nie była zbyt wygodna.
- Cicho, cicho – w dziwnie spokojnym głosie Malfoya słychać było szyderstwo. – Nie przemęczaj się. Spróbuj znowu zasnąć.
- Po…moim…trupie – wystękała Gryfonka. Z jej gardła wydobyło się rzężenie, a następnie ostry kaszel.
Niedobrze. Bardzo źle. Ten drań miał rację. Nie powinna się odzywać, bo tylko sobie szkodziła. Pozostało jej tylko bierne leżenie. Jeszcze jedno słowo i jej stan znów się pogorszy. Była zdana na jego łaskę i musiała wysłuchać, co ma do powiedzenia.
- Walczysz i za to cię podziwiam – skomplementował. – Ale tylko teraz. Przedtem nie byłaś dla mnie warta złamanego knuta i tak już pozostanie. Tak to już z wami jest. Z takimi, co tylko cudem posiadają magiczne zdolności. Plugawe potomstwo ułomnych mugoli.
Obrażał ją. Jak zawsze. Nie stanowiło to dla niej żadnej nowości, ale mimo niemal skrajnego wyczerpania zauważyła, że nie użył jeszcze słowa „Szlama”. Co się takiego działo? Czyżby po prostu zwlekał, aby wypowiedzieć je w najmniej oczekiwanym momencie? To było możliwe, ale teraz musiała zadbać przede wszystkim o własne dobro. Mimo okoliczności spróbować się odprężyć. O niczym miłym jednak pomyśleć nie miała szans. Pokazał jej, że potrafi zajrzeć do jej głowy. Nie zamierzała znowu wysłuchiwać od niego sprośnych zwierzeń. Zwierzeń. To słowo mogło oznaczać, że przyjęłaby za pewnik słowa o zdradzie Neville’a, a tej myśli nie zamierzała do siebie dopuścić. Ten cham i prostak nie da rady. Nie złamie jej. Jedyne co osiągnął to jej milczenie, ale nic poza tym. Niech mówi i robi co chce. Nie wygra z nią, choćby ją zabił. Liczyła się z tą możliwością, choć wiedziała, że ma inne zamiary. Niewykluczone jednak, że jego słowa były zaledwie grą wstępną do zupełnie innych cierpień, jakie chciał jej zadać, nawet gorszych, niż była w stanie sobie wyobrazić, ale nic to. Niech to robi, niech ma tę przyjemność. To nie miało już znaczenia. Niech mówi i robi co chce. Zamilknie, ale w duchu będzie się z niego śmiała, bo był tylko żałosnym śmieciem. Cokolwiek zrobi i powie, zawsze nim będzie.
- Nie zasypiasz? – przerwał jej rozmyślania. - Dobrze. A co powiesz na to?
Stanął po jej prawej stronie, po czym położył dłonie na jej włosach i lekko pociągnął. Robił tak przez dłuższą chwile, a ona nie mogła zareagować w żaden sposób. Nie mogła go ani kopnąć, ani spoliczkować, ani nawet splunąć w twarz. Chciała się wydrzeć i obrzucić go obelgami, wyzwać od najgorszych, ale miała świadomość, że to tylko pogorszyłoby jej stan. Była bezbronna, a on sprawił jej ból fizyczny.
W końcu puścił jej włosy, nie przestał jednak uśmiechać się. I to było najgorsze. Ten jego spokój i uśmiech. Już wolałaby, aby krzyczał i wyzywał od szlam. Wtedy poczułaby przynajmniej, że jednak ma z czym walczyć, tak czuła tylko, że zaczyna tę walkę przegrywać. Mimo wszelkich starań nie dawała rady. Pozostało jej tylko być bierną słuchaczką. Za chwilę pewnie powróci do swojej opowieści i to będzie jej tortura. Czuła to. Była tego pewna. Ale on po prostu odwrócił się i wyszedł z pokoju. Obróciła głowę w prawo. To, co ujrzała, było wprost nie do uwierzenia. Na stoliku w rogu pokoju leżały obie różdżki. Ten obleśny Ślizgon był naprawdę pewny swego. Zresztą jak nie mógł być? Leżała osłabiona i nie potrafiła wypowiedzieć Accio różdżka. Sytuacja była beznadziejna i nic nie wskazywało na to, by miała się zmienić. Znowu zostawił ją tu samą z myślami i pewnie poszedł się zabawiać, najprawdopodobniej z Pansy Parkinson, a ona pozostanie przywiązana to szpitalnego łóżka. Śmierciożerca, porywacz, złodziej i zboczeniec. Robi co chce, a ona toczy tu beznadziejną walkę, wewnętrzną wojnę skazaną na porażkę. Gorzej być nie mogło.
Miej nadzieję na najlepsze, szykuj się na najgorsze. - Jack Reacher

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość