Slasher - rozdział 4

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
GenerałŚwinkaMorska
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Slasher - rozdział 4

Post#1 » 1 year temu

Horrorowa środa.

Rozdział 1: Nawiedzony dom
Rozdział 2: Wrzask
Rozdział 3: Wróżby i przepowiednie
Rozdział 5: Dziewczyny z filmu noir

Rozdział 4
Wszystkiego najlepszego


Zadzwonił do drzwi. Melodyjny dźwięk dzwonka przypominał świergotanie jakiegoś ptactwa. Pomyślał o kanarku i uśmiechnął się pod nosem. Nikt nie otwierał. Zadzwonił ponownie.
- Kanarek jak żywy – szepnął pociesznie do samego siebie.
Odczekał jeszcze chwilę i ostrożnie nacisnął na klamkę. Drzwi nie był zamknięte. Zważywszy na ostatnie wydarzenia w Lipkach, była to pewnego rodzaju lekkomyślność ze strony właścicieli domu. Mógł być Kapturnikiem i w ten sposób niepostrzeżenie wślizgnąć się, a potem wybić niczego nie podejrzewających domowników. Zresztą, nie jego brocha, nie miał zamiaru stać pod drzwiami w nieskończoność.
Od wejścia ciągnął się długi, wąski korytarz. Wytapetowane ściany zdobiły fotografie rodziców Natalii. Sprawiali wrażenie sympatycznych ludzi, uśmiechnięci i ładni jak z jakiegoś folderu reklamowego.
Znienacka wyłoniły się siostry Kubińskie. Odziane w identyczne niebieskie sukienki, białe rajstopy i ciemne pantofle. Ich twarze były blade i zrezygnowane, a włosy przykurzone i skołtunione. Stały nieruchomo przypatrując się Leszkowi z chłodnym wyczekiwaniem.
- Siema... - wydusił z siebie. - Jest Natalia?
- Cześć, Leszek – wyszeptały równie zmordowanymi głosami. - Pomóż nam...
- Co robicie? - spytał ostrożnie.
Ich wygląd sugerował, że ostatnie kilka dni spędziły w dziczy.
- Sprzątamy bez końca... Bez końca... Dołącz do nas...
I wtem z drugiego pokoju wyłoniła się Natalia.
- Nie przesadzajcie! - skarciła je od razu. - Musimy doprowadzić działkę do stanu używalności! Poza tym dałam wam uniformy do sprzątania.
Marysia spojrzała na swoją sukienkę z niesmakiem.
- Są identyczne!
Natalia głośno westchnęła. Nie miała ani ochoty, ani czasu na kłótnie z Kubińskimi na temat marysiowej potrzeby indywidualności. Do urodzin zostało bardzo mało czasu, a przygotowań cała masa.
- Dobrze, że już jesteś – zwróciła się do Leszka. - Na fejsie pisałeś, że zajmujesz się didżejką na imprezach.
Chłopak przytaknął ostrożnie.
- Doskonale! W takim razie chcę cię wynająć na moją osiemnastkę. Tylko od razu wyjaśnijmy, żadnego Rysia Pei, czy mu podobnych.
- Mało wiesz o rapie, co? - zapytał z urazą.
- Oglądałam Ósmą milę, jeśli do tego pijesz – rzuciła niedbale. - Nieważne, o północy masz zapodać Beyoncé, reszta według twojego, mam nadzieję, dobrego gustu muzycznego – zarządziła.
Matuszewicz zgodził się bez obiekcji. Natalia płaciła od ręki i to całkiem sporo, a obsługa zwykłego odtwarzacza nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Konrad przeżywał imprezę już od kilku dni, Paweł zaprosił Adę jako osobę towarzyszącą, a on oraz więcej myślał o Kapturniku. Może przesadzał? Nie licząc zniknięcia woźnego, tydzień upływał spokojnie. Woźny kilka razy w swojej karierze zawodowej znikał, a więc nie było w tym nic przesadnie niepokojącego.

***

Burski poważnie rozważał rezygnację ze stanowiska komendanta policji w Lipkach. Ostatnie tygodnie dały mu nieźle w kość, a w kalendarzu zapowiadał się już piątek trzynastego. Święto wszystkich pechowców! Rosło w nim niepokojące przekonanie, że w najbliższy piątek spotka go kolejne nieszczęście. Może Kapturnik zlituje się, rąbnie go w łeb i skróci te męki?
O, nie! Niech dostanę tego gnoja w swoje łapy. Uduszę – pomyślał wściekle.
Dzień rozpoczął się od wizyty wrzeszczącej baby, a precyzyjniej, nauczycielki z technikum hotelarskiego, do którego Burski zaczynał pałać czystą nienawiścią. Wszystkie problemy zaczęły się od tej cholernej szkoły. Tam zamordowano Julię Kołacz, tam usiłowano pozbawić życia Marysię Kubińską i to uczniowie stamtąd cały czas pałętali się po marginesie dochodzenia.
Beata Jędrus wpadła na komisariat niczym huragan. Najpierw oberwało się Tomkowi. Matematyczka oskarżyła go o brak kompetencji i nieznajomość twierdzenia Pitagorasa, bo jak się okazało miała przyjemność ów znajomość twierdzenia prawa matematycznego sprawdzać u policjanta za czasów szkolnych. Potem zawezwała Burskiego i złożyła zawiadomienie o zaginięciu pracownika szkoły.
- Woźnego nie ma go od tygodnia – mówiła. - Znikał wcześniej, ale po wypłacie, a teraz przepadł przed dziesiątym! Żądam znalezienia i doprowadzenia go na miejsce pracy, bo ja w syfie uczyć nie mam zamiaru.
Kwadrans później na posterunek przyszła Liwia Ostrowska. Na całe szczęście bez męża u boku. Paweł sprawiał wrażenie sympatycznego, Liwia życzliwej, ale Wojtek miał w sobie coś odpychającego, czego Burski nie potrafił zdefiniować. Pierwszy raz spotkali się tamtej nocy, gdy przyjechał na komisariat po syna. Sytuacja, owszem, nieprzyjemna, ale nie do tego stopnia, aby poczuć do niego żywą niechęć, a taką odczuwał od samego początku.
Liwia przybyła do komendanta oficjalnie, z polecenia burmistrza. Ich rozmowa była krótka i polegała na przekazaniu krytyki urzędniczej. Dlaczego dochodzenie stoi w miejscu? Czy są już podejrzani? Kiedy ujęty zostanie Kapturnik? Czy miasto jest bezpieczne?
Andrzej nawet nie protestował. Wigor odzyskał dopiero przed przybyciem Martynki. Kobieta wydawała się znacznie spokojniejsza od ich ostatniej wizyty w jej domu, a co ważniejsze nie była uzbrojona w garnki.
- Czego? - ryknął na nią.
- Mam ważne informacje – wyjawiła konspiracyjnie. - Była u mnie Ada Lenart.
Burski nieco złagodniał w nadziei, że zaraz dowie się czegoś interesującego. Martynka z satysfakcją zaczęła cytować rozmówczynię.
- W piątek idę na osiemnastkę Natalii – mówiła zaniepokojona czarownica. - Zaprosił mnie Paweł, ale niezobowiązująco, jako przyjaciółkę. Zgodziłam się, ale czy w ten sposób nie przekreślam swoich szans na spotkanie tej miłości życia? I kiedy dokładnie ma się napatoczyć mój książę z bajki? Bo obiecała pani, że nastąpi to w tym roku.
- I co jej poradziłaś? - do rozmowy włączył się wyraźnie zaintrygowany Tomek.
- Żeby poszła.
- Poważnie ktoś płaci ci za takie porady?- zdziwił się Burski, kobieta nie odpowiedziała, a on nie pojmując wagi przekazanej wiadomości, zapytał:
- Gdzie ta ważna informacja?
- Na takim spędzie nastolatków może pojawić się morderca - odparła Martyna.
- Gdyby był idiotą, owszem, przyszedłby w oficjalnym umundurowaniu i dał się złapać - przyznał złośliwie.
- To jest myśl! - zawołał Tomek.- Wtopimy się w tłum i tak złapiemy mordercę.
Andrzej jęknął.
- Potrzebny nam kod, panie komendancie - mówił dalej.
- Jaki kod?
Młody policjant westchnął. Czasami zastanawiał się, co Burski zrobiłby bez niego?
- Kod, którym porozumiemy się z młodzieżą na ich gruncie. Jak zaakceptują nas jako swoich to szybciej się otworzą i wyznają swoje sekrety. W żargonie policyjnym to się nazywa praca pod przykrywką.
- No nie wiem... - wyraził się sceptycznie komendant.
- Przebierzemy się za nastolatki - postanowił Tomek.
Andrzej zaniemówił. Udawanie nastolatków miało poziom niedorzeczności zbliżony do budowy mostu wzdłuż rzeki. Nikt nie mógł zaprzeczyć, Tomek bez munduru wyglądał młodo, ale co za różnica, skoro wszyscy w Lipkach wiedzieli, że jest policjantem?
Burski podziękował Martynce i nawet odprowadził ją do wyjścia. Wszystko było lepsze od towarzystwa zidiociałego zastępcy.

***

Cóż to był za burzliwy romans? Epopeja pełna nieszczęść, namiętności oraz drobnych uśmiechów losu sprzyjających młodziutkiej bohaterce. Był ten zły, który zawsze stał na drodze zakochanych, wystawne przyjęcia i świat daleki od szarej rzeczywistości roku 1989. Zakochana w powieściach Jane Austen i Emily Bowen, Martynka miała własny obraz miłości romantycznej, wielkiej i silnej. Kochała Andrzeja Burskiego, a on kochał ją. Spotykali się już od trzech tygodni i przyszedł czas, aby podejść do spraw bardziej dojrzale. Powinien prosić ją o rękę! Utwierdzona w głębokim przekonaniu o prawdziwości ich uczuć napisała list z żądaniem pierścionka zaręczynowego. W drugim akapicie uspokoiła Andrzeja, miała świadomość, że jest za młoda na ślub, zaczekają, aż skończy szkołę, ale zaręczyć mogą się już teraz. Termin i miejsce zaręczyn ustaliła na przyszłą sobotę na łące pod lasem.
Andrzej przeczytał pasywno-agresywną notatkę od Martynki dwa razy i podrapał się po głowie, nie będąc pewnym jak ma się zachować. Czego chce od niego to dziecko? Poznali się na domówce u jego kuzynki. Rozmawiali, było miło, alkohol szumiał w głowie, ale nic poza tym. Na drugi dzień Martynka przyleciała do niego z wizytą. Procenty wyparowały tak samo jak jakiekolwiek zainteresowanie dziewczyną. Grzecznie ją powitał, a potem odprawił do domu. Ta jednak zbyć się nie dawała. Przychodziła do niego codziennie i żadne prośby oraz groźby nie działały. Szlag jasny trafił go, gdy przysłała mu list z żądaniem pierścionka zaręczynowego.
- A niech ją komary zeżrą na tej łące! - grzmiał ze złości. - Doczeka się i mnie i pierścionka!
Tamtej nocy zamiast ukochanego z pierścionkiem na łąkę przybył facet z siekierą. W historię Martynki nikt nie uwierzył, ale nie od razu zignorowano jej słowa. Przygoda dziewczyny nałożyła się w czasie z zaginięciem kolejnej osoby w Lipkach, Aldony Korby, cioci Adriana. Poszukiwania zaginionej oraz faceta z siekierą nie przyniosły żadnego efektu. Ostatecznie uznano, że ucieczka Martyny przed zboczeńcem była jedynie wymysłem jej bujnej wyobraźni. Kilka dni później Andrzej wyjechał do szkoły policyjnej, a jego kontakt z Martynką urwał się zupełnie.

***

Porządki na działce trwały w najlepsze. Zuza myła okna, Marysia pastowała podłogi, Leszek przeglądał płyty z muzyką, a Natalia zarządzała czasem pracy. Nie, nie leniła się, po prostu posiadała talent do wydawania poleceń innym i z przyjemnością korzystała z ów umiejętności. Organizacja imprezy urodzinowej wymagała wielkiego wysiłku, a przy tym generowała ogromny stres. Catering, muzyka, wystrój, porządki, goście – musiała dopilnować wszystkiego osobiście.
- Co mam zrobić z tymi babochami? - spytała Zuza wymachując w powietrzu splątanymi gałęziami.
- Czym? - zdenerwowała się Natalia. - To nie są żadne babochy! Co to w ogóle są babochy?
- No takie tam... Poskręcane i posklejane – spróbowała nazwać obiekt.
- To są suszone gałęzie – wyjaśniła. - Moja matka robi z tego ozdoby świąteczne. Odłóż to tam gdzie znalazłaś.
Zuza wzruszyła ramionami i wyrzuciła babochy za okno.
Niedługo potem zjawił się Adrian, oferując swoją pomoc. Natalia przyjęła go serdecznie. Porzucając pomocników na placu boju, poszła porozmawiać z chłopakiem do swojego pokoju.
Korba przytulił dziewczynę, szepcząc jej do ucha:
- Wszystkiego najlepszego.
Prezent od ukochanego ucieszył Natalię do tego stopnia, że przed na moment zapomniała o całym organizacyjnym chaosie. Chłopak siedział w milczeniu i cierpliwie wysłuchiwał jej szczebiotania na temat imprezy. Mówiła coś o przystawkach w kształcie półksiężyców, zaproszeniu klasy maturalnej oraz młodszych roczników, które z pewnością w przyszłym roku odwdzięczą się jej zaproszeniami na własne osiemnastki. Potem temat zszedł na garderobę, a dokładnie na sukienkę, w którą przebierze się przed północą.
- Słuchaj... - przerwał jej wreszcie. - Zaprosiłem chłopaków z mojej grupy, chyba nie masz nic przeciwko?
Natalia na moment się zawahała. Tamtych chłopaków kojarzyła przede wszystkim z nieszczęsnym nawiedzonym domem, trupem i referatem, którego do dzisiaj nie przygotowali na zajęcia. Poważnie obawiała się o zaliczenie przedmiotu Adriana.
- Nie... - wymamrotała. - A... Jak idzie wam pisanie tego referatu? Syn wariatki wydaje się być w miarę rozgarnięty.
Chodziło jej o Pawła. Już wcześniej słyszał o pierwszej pani Ostrowskiej i psychiatryku, ale wtedy niespecjalnie się tym zainteresował.
- Co się stało z matką Pawła?
- Myślałam, że wszyscy znają tę historię - odparła zdziwiona. - Sama znam ją z plotek, ale ponoć jego matka miała poważne załamanie nerwowe.
- Jak poważne?
- Bardzo poważne - podkreśliła ponuro. - Ponoć próbowała utopić Pawła i zabrali ją do wariatkowa, gdzie usiłowała popełnić samobójstwo, a przynajmniej tak mówią ludzie. Ja tam nie wiem.
- Kiedy to było?
Natalia zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć.
- Liwia prowadzała Pawła do zerówki, pamiętam - wycedziła przez zęby. - Była już po ślubie z jego ojcem, a więc już dwanaście lat temu matka Pawła musiała siedzieć już w wariatkowie.
Adrian milczał. Faktycznie, Liwię zawsze uważał za matkę, a nie macochę kolegi, bo o pierwszej pani Ostrowskiej nikt nie mówił. Gdzieś w pamięci pojawiła mu się wizja kobiety próbującej utopić noworodka w wannie. Włosy zjeżyły mu się na głowie.
- Wydaje mi się, że za tym stoi jego ojciec - dodała.
- Co? Za czym?
- Na Lipkach ciąży jakaś klątwa - ogłosiła niedorzecznie. - Każda fajna laska dostaje z garem na punkcie faceta. Myślę, że matka Pawła trafiła do czubków przez swojego męża. On niby wydaje się miły, ale wcale taki nie jest. Źle mu z oczu patrzy. Dwa, może trzy razy w życiu z nim rozmawiałam, jak nam drewno przywoził, bo to drwal jest - tłumaczyła z przejęciem. - I za każdym razem odczuwałam przed nim strach.

***

Spęd ludzi rozpoczął się chwilę przed dwudziestą pierwszą. Ada, Paweł i Konrad dotarli na imprezę około wpół do dziesiątej, gdy już w zasadzie było głośno i tłoczno. Z Konradem rozdzielili się niemal po przekroczeniu progu. Sercem przyjęcia był pokój gościnny, z którego wcześniej usunięto większość mebli, tak, aby zapewnić większą swobodę ruchu gościom. W pierwszej kolejności podeszli do Lecha.
- Siema - zawołał na przywitanie Paweł.
- O, wiedźma - wypalił na widok dziewczyny, nim zdążył się zastanowić.
- O, dres - nie pozostała mu dłużna.
Tak jakoś wyszło, że ci dwoje nie pałali do siebie sympatią. Jedyne wrażenie jakie posiadali na swój temat było wrażeniem wizualnym. Leszek jawił jej się jako kłopotliwy kretyn szukający zaczepki. Ada z kolei w jego poglądzie była ładną, ale rozchwianą emocjonalnie dziwaczką, a w dodatku podejrzaną o bycie Kapturnikiem, co przeważało szalę niechęci.
Dalsze uprzejmości pomiędzy nimi przerwał Paweł.
- Włączysz La Roux?
- Może jak towarzystwo bardziej się spije.
- A teraz nie możesz?
- Nie - pokręcił głową. - Dostałem od Natalii całą listę piosenek i artystów zbanowanych, ale luzik, o północy będzie Beyoncé - powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
Menażeria bawiła się doskonale. Natalia w roli gospodyni wypadała wzorowo. Co chwila witała nowych gości, rozmawiała z każdym, upewniając się, że nikomu niczego nie brakuje
Ada i Paweł poszli tańczyć. Humory dopisywały, a istnienie Kapturnika zeszło na dalszy plan, a może przestało mieć jakiekolwiek znaczenie?
- Chodzimy do jednej klasy trzy lata, a ja prawie nic o tobie nie wiem - rzucił Paweł.
- To znaczy?
- Co lubisz robić, co cię denerwuje - spróbował sprecyzować.
- Interesuję się magią, lubię wróżby, a denerwuje mnie szeroko pojęta głupota ludzka.
- I te wróżby doprowadziły cię do Martynki?
Przytaknęła, a po chwili ciszy dodała:
- Jestem romantyczką jak ona. Dlatego rozumiem jej złość na Burskiego.
Paweł nie odpowiedział w obawie, że zaraz palnie coś głupiego.

***

Konrad usiadł na kanapie obok Zuzy Kubińskiej. Dziewczyna, podobnie jak on, sprawiała wrażenie znudzonej imprezą. W stosunku do płci przeciwnej, Konrad był wyjątkowo nieśmiały i zwykle zaczynało się na wymamrotaniu przywitania, a kończyło na bardzo szybkim wycofaniu się ze spuszczoną głową. Jednak wypity alkohol zaczynał dodawać mu odwagi i w końcu zdecydował się zagaić do dziewczyny.
- Cześć - bąknął pod nosem.
- Cześć.
Cisza.
- Podoba ci się impreza? - spytał, czując, że za moment wybiegnie z salonu z wrzaskiem.
- Taka sobie.
- To nie to samo co w Nocy demonów - powołał się na horror. - Dzisiaj wiele osób raczej krytykuje ten klasyk, ale scena ze szminką jest jedną z moich ulubionych.
W tamtym momencie Zuza stwierdziła, że musi iść gdzieś albo po coś. W każdym razie nie może tutaj siedzieć i kontynuować tej interesującej dyskusji. Konrad został sam na kanapie.
Tego wieczoru Kubińska nie mogła liczyć na brak adoratorów. Kolejnym amantem, który się przypałętał był Szczepan. Dziewczyna wydała mu się dużo ładniejsza od Natalii. Z pewnością sympatyczniejsza i na pewno czytała lektury szkolne, a on głupi lokował uczucia w osobie z tróją na semestr z fizyki. Czas było to zmienić i na poważnie rozpocząć zaloty w stronę Zuzanny. Najpierw pochwalił jej sweterek oraz esej z polskiego, za który otrzymała cztery plus. Potem stał się wylewniejszy i niczym dzika bestia pogłaskał jej dłoń. Zawstydził się swego czynu, ale na dziewczynie nie zrobiło to większego wrażenia i w końcu sama zaproponowała:
- Chodźmy na spacer.
Chwilę później podążali wąską ścieżką na niewielki wzgórek za domem. Trochę wypili, zrobiło się wesoło, a stłumiona czujność zignorowała idącego za nimi Kapturnika. Tym razem morderca miał bardzo łatwe zadanie. Szybkim ruchem pachnął Zuzę na ziemię i od razu rzucił się na Szczepana. Chłopak kwiknął przeraźliwie i padł na ziemię, zagradzając swojej towarzyszce drogę ucieczki. Dziewczyna zaczęła umykać po czworakach, gdy morderca przydusił ją nogą do ziemi. Zamach siekiery zwieńczył jej długi i donośny wrzask.

***

Na parterze wybuchło ogromne poruszenie, ale Konrad nie od razu zwrócił na nie uwagę, gdyż w pełni zaabsorbowała go scenka rozgrywająca się za domem, którą obserwował z balkonu. W spektaklu udział brały trzy osoby: Zuzanna, Szczepan oraz Kapturnik wyposażony w siekierę. Widząc, jak morderca uderza narzędziem zbrodni kolegę z klasy odzyskał sprawność umysłową i ruchową. Nie było czasu! Trzeba ratować Zuzę! W dzikim szale chwycił pierwszą rzecz, jaka wpadła mu do ręki, a była to parasolka Natalii i w takim orężu rzucił się na odsiecz. Jego zamiary zastopował korek tworzący się na korytarzu. Większość gości tłoczyła się w drzwiach i przy oknach.
- Ludzie! Z drogi! Morderca! Kapturnik! - krzyczał, próbując się przecisnąć.
- Wiemy!
Konrad zamilkł i spróbował się docisnąć do okna. Na jabłonce wisiały zwłoki woźnego. Chłopak poczuł, że miękną mu nogi w kolanach.

***

Kilka minut później nadjechał radiowóz na sygnale. Od razu zabronił komukolwiek ruszać się z miejsca na czas przeszukiwania działki. Bilans wyglądał następująco:
Odnaleziono zwłoki zaginionego przed tygodniem Dariusza Woźnego pracującego w szkole na stanowisku konserwatora powierzchni płaskich w technikum hotelarskim. Ofiara otrzymała cios w kark ostrym narzędziem. Zbrodnia miała miejsce kilka dni temu. Dzisiaj sprawca zawiesił trupa na drzewie na działce należącej do Kozłowskich. Po uczynieniu tego, sprawca udał się na łąkę za domem, gdzie zaatakował dwójkę nastolatków. Chłopak zginął na miejscu, dziewczyna zniknęła. W trawie odnaleziono dwa palce - serdeczny i mały - należące do Zuzy Kubińskiej.
Przesłuchania okazały się katorgą. Ponad czterdziestu świadków i żadnych konkretnych ustaleń. Im dłużej trwało przepytywanie, tym mniej składne okazywały się odpowiedzi, a wisienką na torcie okazały się zeznania Natalii, które w pewnym momencie zmieniły się w niekontrolowany atak spazmów.
- To niesprawiedliwe! Zeszły mi pryszcze, chodzę z najfajniejszym chłopakiem w szkole, organizuję wypasioną osiemnastkę i dzieje się coś takiego! Ktoś próbuje zniszczyć moje życie towarzyskie!
- Cholerne dzieciaki - złościł się Andrzej. - Niech rodzice się dowiedzą! Jak to możliwe, że nikt nie zauważył trupa dyndającego na drzewie? Prościej, dlaczego nikt nie zauważył momentu zawieszania denata na drzewie? - analizował sytuację. - Ciemno było. Gdyby nie jakiś żartowniś, który z braku wolnej łazienki poszedł sikać pod to drzewo możliwe, że wisiałby tam i do rana.
Burski ciężko westchnął. Miał już trzy trupy, zaginioną dziewczynę i wrażenie, że morderca śmieje się z niego.
Obrazek

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość