Im więksi tym niżej upadają - rozdział 1 (fragment)

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Rejfi
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 17

Im więksi tym niżej upadają - rozdział 1 (fragment)

Post#1 » 1 year temu (29 cze 2017, o 13:05)

Po długiej, bardzo długiej przerwie (sporo szkoły, nauki) wziąłem się za pisanie 1 rozdziału. Jest to jedynie fragment. Tutaj link do prologu:
Część poprzednia


1.
Jako w niebie, tako na ziemi

Rafeal zatrzymał się przed gmachem firmy. Spojrzał w górę i zachwycony majestatem budynku, pchnął ogromne szklane drzwi wejściowe. Wymownym skinięciem głowy przywitał się z ochroniarzem, który kulturalnie mu odpowiedział. Ludzie krzątali się na parterze, ustawiali w kolejce, czekając na rozmowę z bankierami. Błagalne spojrzenia, które w założeniu miały pomóc uzyskać kredyt czy przełożyć termin spłaty, nie dawały żadnych rezultatów. Tyle nadziei na spełnienie marzeń w jednym miejscu, nowy dom, samochód, cudowne wakacje, a może nawet odsunięcie wizyty komornika. Szklane drzwi łopotały jak skrzydła ptaka na wietrze, wpuszczając i wypuszczając kolejnych klientów.

— Proszę pana! Mam dom, rodzinę, dzieci, ja wiem, że termin był tydzień temu, ale na litość boską! Niech pan okaże choć odrobinę litości — szlochał mężczyzna.
— Niestety takie są procedury, proszę mnie zrozumieć, gdyby to ode mnie zależało to przełożyłbym termin — mówił, nie zdradzając mową ciała choćby najmniejszej odrobiny współczucia.
— To co jest w systemie jest święte, ale w końcu system sam nic nie wpisuje. — Spojrzał wymownie na bankiera, dając mu do zrozumienia, że przyszedł czas na towar spod lady.
— Proszę mówić dalej. — Uśmiechnął się szyderczo, odrywając oczy od monitora.
— Od następnych kliknięć w pańskim komputerze zależy przyszłość moja i moich dzieci. Rozumiem, że praca w biurze jest męcząca, pełna stresów, papierkowej roboty, niewyrozumiałego szefa i całej tej otoczki biurokracji.
— Jakby na to nie popatrzeć, rzeczywiście. — Wykonał rękoma gest wieży.
— Mnie i mojej żonie bardzo zależy na dzieciach, nie chcę aby wspominały swoje dzieciństwo, widząc oczami wyobraźni przytułek dla bezdomnych. Rozumie pan? — zapytał, przecierając mokre policzki.
— Chce pan aby w systemie pojawiły się odpowiednie cyferki, a ja wiem kto doskonale zna się na tutejszych komputerach. — Szyderczy głos przyprawiał o ciarki na plecach. — Czy to pańska żona, o tam na krześle z prawej strony? — zapytał, a jego oczy zapłonęły.
— Tak — odpowiedział.
— Mówił pan, że baaardzo zależy wam obojgu na przyszłości waszych dzieci?
— Nie wyobraża pan sobie jak! — Po policzku spłynęła łza.
— Przedyskutuję z nią warunki przedłużenia terminu spłaty w pokoju 208, na drugim piętrze.
— Rozumiem, porozmawiam z żoną. — Zacisnął pięści i zęby, niemal wybuchł, ale spojrzenie ochroniarza ostudziło jego bojowy zapał, jeśli zaatakował by bankiera to oprócz komornika, naraziłby dzieci na co tygodniowe wizyty w więzieniu.

Mężczyzna wpatrywał się w oczy swojego kata z pełną nienawiścią, powoli wstał, powtarzając pod nosem, że dobro dzieci jest najważniejsze. Przełknął ślinę przez ściśnięte gardło, wziął parę głębokich oddechów. Bankier przyglądał się małżeństwu z wielkim zapałem, czekał na odpowiedź. Żona zapłakała, mężczyzna obejrzał się za siebie i z wymownym pełnym gniewu spojrzeniem, dał znać, kiwając głową. Pracownik zatarł ręce, wpisał do systemu kilka cyferek, a po chwili znalazł się już na schodach prowadzących na drugie piętro.
Rafael pewnym siebie krokiem wszedł do windy wyprostował się, ręce włożył do kieszeni spodni i patrzył na zamykającą się windę. Nagle malutka dłoń chwyciła drzwi, do środka weszła kobieta, o długich blond włosach, czarnych oprawkach, eleganckiej marynarce i spódnicy. Trzymała przed sobą stertę papierów. Wydawała się niezwykle sympatyczna i poukładana, typowa pani z administracji, która strzeże dostępu do szefa niczym Cerber.

— Dzień dobry panie Santana! - wykrzyknęła z entuzjazmem.
— Dzień dobry Kate! Spóźniona?
— Nie. Jestem na urlopie.
— To co tutaj w ogóle robisz? Myślałem, że urlop to plaża, bikini i drinki z parasolkami.
— Wiem pan, panie Santana jak to jest. Moje życie to praca, a nawet gdy mogę te 5 minut odsapnąć, to w głowie wciąż słyszę „Kate! Raport”, „Kate! Kawa! Byle nie gorąca!”. W dodatku na pod moją nieobecność, jakaś młoda siedzi na moim fotelu! Wyobraża pan to sobie! - powiedziała z oburzeniem.
— Doskonale cię rozumiem — odparł.
— Jak tylko pomyślę sobie, że jakaś obca ręka miesza mi w papierach to... - Zacisnęła pięści i zaczerwieniła się.
— Kate spokojnie! Czuję, że po dzisiejszym spotkaniu nasza młoda sekretarka, już nigdy nie zechcę nawet dotknąć drukarki. - Uśmiechnął się.
— Uffff! Aż się zagotowałam! Przepraszam.
— Nic się nie stało, już rozumiem czemu moi bracia tak cię chwalą.
— Chwalą mnie? Naprawdę? - Źrenice rozszerzyły się, a twarz przybrała rumieńców.
— Gdyby nie ty, to firma upadła by zanim ją stworzono. Jesteś fundamentem tej korporacji. Wszystkie papiery, dokumenty, umowy i telefony przechodzą przez twoje ręce.
— Oj! Bez przesady. — Ukrywała uśmiech, odwracając głowę w lewo.
— Jaka przesada? To czysta prawda. - Spojrzał jej głęboko w oczy i zabłysnął bielą zębów.

Temperatura w windzie drastycznie podskoczyła, przygryzła wargi i czuła jak delikatny dreszcz przechodzi jej po plecach. Dźwięk dzwonka przerwał przemiłe uczucie. Rafael wyszedł pierwszy, Kate została, musiała chwilę ochłonąć.
Naprzeciw windy znajdowało się długie, mahoniowe biurko, pod którym wyróżniał się napis „Arte et Marte” (sztuką i orężem). Za nim, na szklanej ścianie w kolorze matowej bieli wisiała tabliczka „Angel's Arm”. Była to jedna z największych na świecie firm zbrojeniowych. Oficjalna, zasilała przeróżne kraje, ale jak to jest zazwyczaj, legalne zyski to czubek góry lodowej. Ponad połowa zysków przychodziła ze strony terrorystów, rebeliantów i wszelkich typów spod ciemnej gwiazdy, którzy szukali dobrego sprzętu, z dala od fleszy aparatów. Mimo obecności na dolnych piętrach banku, centrum firmy zbrojeniowej znajdowało się parę pięter wyżej. Tymi samymi drzwiami co Rafael, przechodzili najwięksi zbrodniarze ówczesnego świata. Policja doskonale zdawała sobie sprawę z całego procederu, ale magia pieniędzy była dostatecznie silna, aby akta w cudowny sposób rozpływały się. Spora część personelu to zwykli ludzie, nie mający pojęcia, że firma jest kierowana anielskimi rękami. Choć wśród nich znajdowali się także aniołowie, kryjący swoją tożsamość, strzegący zasłony, której odsłonięcie mogło skutkować przerażającym chaosem na całej Ziemi.
W powietrzu unosił się zapach parzonej kawy, który wydobywał się z niedomkniętego zaplecza. Grała cicha melodyjka, dłuższe słuchanie miało efekt usypiający. Po lewej stronie stała kanapa — kącik dla oczekujących — w tym momencie nikt nie czekał na spotkanie. Młodziutka sekretarka wpatrzona w komputer, nawet nie zauważyła gościa, długie czarne włosy opadały na klawiaturę, doczepione paznokcie przeszkadzały jej przy pisaniu. Kubek świeżo przygotowanego napoju leżał obok, a blat pokrywały brązowe krążki zastygniętej kawy. Najwyraźniej nuda dawała się we znaki, a sposobem na nią wydawało się picie. Rafael rozejrzał się po pomieszczeniu, miał już wydobyć z siebie pierwsze słowo, gdy nagle Kate wyskoczyła zza jego pleców z wrzaskiem.

— Co ty sobie wyobrażasz! — krzyknęła.
— Słucham? Co się stało? — zapytała zaskoczona.
— Kawa przy komputerze! Jeden nieostrożny ruch, a cały system szlag trafi. Nie mówiąc już o dokumentacji w szufladzie!
— Prze...prze....przepraszam — wyjąkała przestraszona.
— A jakby zalało faktury? Skarbówka zrobiła by niezapowiedziany nalot, a my co? Dalibyśmy im mokre kartki i suszarkę? Nie mam pojęcia dlaczego pan Santana wybrał ciebie. Rozumiem, że kierował się biustem i maślanymi oczkami. Widać, że facet rekruter może werbować jedynie do burdelu, a nie na porządne stanowiska — wrzeszczała czerwona jak burak.

Zdziwiony przyglądał się nieprzyjemnemu zajściu, które wzbudziło w nim współczucie względem młodej, niedoświadczonej sekretarki. Czuł jej strach, a łzy, cisnące się na oczy, rozklejały go. Kate nabuzowana niczym wulkan wrzeszczała, wytykając kolejne błędy. Dziewczyna wydawała się zapadać w sobie, schowała głowę w ramiona, unikając pocisków z armat, malała i malała, tak aby w końcu zniknąć. Łagodna melodyjka grając przed chwilą, nie była w stanie przedrzeć się przez krzyki. Gdyby ktoś w tamtej chwili siedział na kanapie, mógłby wyjść zniesmaczony poziomem obsługi. Szczęśliwym trafem liczba obserwatorów nie była duża, a atmosfera gniewu nie wydostała się poza firmę. Rafael zszokowany postawą, wyglądającej na niezwykle cichą i miłą sekretarkę, bał się wtrącić do kłótni, mógłby sam oberwać od rozszalałego zwierza, który pluł jadem we wszystkie strony. Pomyślał przez chwilę, zdał sobie sprawę, że jeśli ktoś zaraz wejdzie, Angel's Arm utraci swój blask, pocztą pantoflową rozjedzie się wieść o tym jak wygląda tamtejsza praca, słynąca z doskonałego systemu integracji młodych pracowników. Firma nieodwracalnie straciła by nowych adeptów.

— Kate nie poznaję cię. Miła, cicha i spokojna, zawołaj tamtą wersję siebie — powiedział.
— Przepraszam panie Santana. — Młoda sekretarka wybiegła z płaczem. — Nie wiem co we mnie wstąpiło.
— Jakiś demon. — Uśmiechnął się.
— I to okropny demon. Nie pamiętam żebym kiedykolwiek dostała takiej szewskiej pasji. No, może raz, ale wtedy miałam powód. Mój chłopak nocował w moim mieszkaniu, a gdy wróciłam to doznałam porażenia.
— Co zobaczyłaś? — zapytał zdziwiony. — Co takiego mogło wzbudzić w tobie pokłady takiej furii?
— Wszędzie brudne skarpetki, kuchnia upaprana i utłuszczona, kawałek zimnej pizzy przyklejony do dywanu. — Zaczerwieniła się jak poprzednio.
— Yhym...To...Dość...Yyyyy...Sła.....Dobry powód — powiedział. — Co to za wariatka! — pomyślał.
— Pan mnie doskonale rozumie. Proszę nie brać tego osobiście. Ma pan żonę? — odgarnęła włosy, odsłaniając delikatną szyję.
— Yyyy...Ni...Tak! Tak! Tak! I bardzo ją kocham! Nie wyobrażam sobie życia bez niej. — Odetchnął z ulgą, poprawiając kołnierzyk.
— Rozumiem... — Zawód pojawił się w oczach, zacisnęła wargi i pokiwała potakująco głową.
— Pójdę sprawdzić jak ma się nasza młoda sekretarka. Ty w tym czasie odsapnij, zaparz sobie ziółka czy coś, byle twój pedantycznydemon nie obudził się ponownie — powiedział, uśmiechając się.

Łazienki znajdowały się po prawej stronie, drzwi od damskiej toalety były niedomknięte, Rafael wziął głęboki wdech, myślał co można by powiedzieć w takiej sytuacji. Powoli wszedł do środka, przed nim ukazał się rząd kabin. Nie trudno było znaleźć tą właściwą, wydobywało się z niej ciche szlochanie i smarkanie. Zatrzymał się, układał w głowie przeróżne scenariusze rozmowy, jak zacząć, co powiedzieć, czy w ogóle coś mówić. Miał pukać, ale w ostatniej chwili zawahał się. Wziął głęboki wdech. Puk! Puk! Puk! Rozeszło się echem, brak odpowiedzi. Puk! Puk! Puk!

— Yyy...Cześć. Dobrze się czujesz? — Przeklinał siebie w duchu, gorzej nie mógł zacząć.
— …
— Nie wiem, tak naprawdę co mam mówić, więc daj mi chwilkę, zaraz wymyślę jakiś dobry temat na początek. Nie jestem w tym najlepszy, więc musisz mi wybaczyć.
— …
— Nazywam się Rafael Santana, jestem bratem właścicieli Angel’s Arm, zapewne ich poznałaś. Słyszałem na twój temat wiele dobrego, mówili mi, że jesteś bardzo pilna, inteligentna, zaradna i często zostajesz po godzinach aby wszystko poukładać. Rzadko trafiają się tacy porządni pracownicy w tak młodym wieku — powiedział łagodnym głosem, pełnym podziwu. — Ile masz lat?
— Dzisiaj skończyłam 19 lat — odpowiedziała, wysmarkując nos.
— Dzisiaj? To znaczy, że masz urodziny, a my urządziliśmy ci takie przyjęcie? Trzeba to naprawić! — jego głos hipnotyzował swoją delikatnością, słuchając go można było wpaść w trans.
— Przepraszam, że pytam panie Santana.
— Mów mi Jack — odparł z entuzjazmem, którym powoli zarażał swoją rozmówczynię.
— Dobrze, Jack, a co konkretnie mówili twoi bracia? — młoda sekretarka nie wytrzymywała z ciekawości.
— Zachwalali cię! Opowiadali mi jak poradziłaś sobie z niezapowiedzianą inspekcją, jak sprytnie ich poprowadziłaś tak, że ominęli nasze, jakby to ująć, nie specjalnie gościnne rejony. — Uśmiechnął się. — Wspominali również o ostatniej konferencji, gdy improwizowałaś podczas pokazu, podobno bankierzy byli zachwyceni i bez przesadności, dzięki tobie udało zawrzeć się tę umowę. — W kabinie rozbrzmiał radosny chichot przez łzy i smarkanie, echem odbił się od ścian.
— To nic takiego.
— Mówili mi, że jesteś bardzo skromna, już wiem dlaczego. Zostawmy może te nieprzyjemne incydenty za sobą, zapraszam cię na urodzinowy deser lodowy, wszystko na koszt firmy.
— Nie wypada abym…
— Ja decyduje co wypada, a co nie, potraktuj to jako prezent od firmy z okazji twoim urodzin. — Przerwał jej w pół zdania. — Tak sobie myślę, że kabina w damskiej toalecie, nie jest najlepszym miejscem na świętowanie urodzin, zapraszam cię do przeuroczej kawiarni „Niebo”.

Poprawił marynarkę, spojrzał w lustro na swoje czarne zadbane włosy, przeczesał je rękoma dla pewności, że są dobrze ułożone. Drzwi kabiny zaskrzypiały, zamek z czerwonej barwy zmienił się na zielony, a młoda sekretarka powoli wyszła. Miała czarne włosy sięgające aż do brzucha, białą pogniecioną koszulę, jeansy z lekko wytartymi kolanami, w jej brązowych oczach zbierały się resztki łez, a czerwony malutki nos, przypominał ten z bajki o reniferze Rudolfie. Spojrzała na dystyngowanego mężczyznę, który stał przed nią, ubranego w czarną marynarkę, ciemne chinosy — nie był to styl elegancki, a raczej smart casual. Czuła jego perfumy, nie przesadzone z ilością, cytrusowe, orzeźwiające i dodające energii. Na ręku błyszczał zegarek, nie znała się na markach, ale wyglądał na drogi, sprzedając go zarobiła by swoją roczną pensje. Z ukosa zerknęła na jego zielone oczy, miały w sobie coś zwierzęcego, mieszankę czułości i dzikości, gdy zmarszczył brwi, stawały się oczami zabójczego drapieżnika, a gdy zabłysnął bielą zębów, zamieniały się w urocze, przyciągające zwierciadła. Na oko, 185 cm wzrostu, choć mogła się mylić, z postawy przypominał księcia, nie garbił się, poruszał się z pewną gracją, nie za wolno, ani też nie za szybko. Marynarka podkreślała jego rozbudowany tors i szerokie barki, jak na mężczyznę był bardzo przystojny, posiadał wszystkie atuty fizyczne.
Oboje wsiedli do windy, stali w ciszy, czekając aż zamkną się drzwi. Młoda
sekretarka pociągała co chwile nosem, wycierała go rękami, nie miała przy sobie żadnej chusteczki. Rafael odsłonił wewnętrzną stronę marynarki i z ukrytej kieszonki wyciągnął materiałową chustę z monogramem „Spem” — co oznacza po łacinie nadzieja — podał jej.

— Podobno prawdziwy dżentelmen ma zawsze przy sobie chustkę, aby poratować nią damę w potrzebie — zaczął rozmowę.
— Brzmi trochę staroświecko — dodała, wysmarkując nos. — Szkoda, że nie wszyscy mężczyźni praktykują.
— Zależy jak na to popatrzysz, z mojego punktu widzenia mam mniejszą konkurencję. — Zaśmiał się. — Gdyby wszyscy byli dżentelmenami, to nikt by nie był, a tak przynajmniej jest jakiś podział.
— Niestety liczebność ludzi twojego pokroju jest bardzo nikła, wręcz wymarliście. — Spojrzała mu głęboko w oczy, olśniewając go bielą zębów.

Winda stanęła na piętnastym piętrze, do środa wszedł mężczyzna z neseserem, przypominał z wyglądu przedstawiciela handlowego, na którego czekało ważne spotkanie, decydujące o jego przyszłości w firmie. Ubrany nienagannie, czarny błyszczący garnitur, czerwona poszetka, skórzane ciemne buty, idealnie pasujące do całego kompletu. Jego jasna cera wydawała się jeszcze jaśniejsza na skutek lamp w windzie, wyglądał jakby wyszedł przed chwilą z prosektorium. W brązowych oczach skrywała się tajemnica, swoją osobą mógł przestraszyć nie jednego, który myślał by, że apokalipsa zombie właśnie się rozpoczęła. Ze spuszczoną głową, powolnym krokiem wszedł do windy i obrócił się tak jak wszyscy, w stronę drzwi. Piżmowe perfumy rozeszły się po niedużym metalowym pomieszczeniu, dla nieobytych nosów zapach był mocno wyczuwalny, ciepłe powietrze w połączeniu z przesadną ilością perfum dusiło płuca. Prawą ręką, tą miał wolną, wystukiwał rytm uderzając o udo, na pierwszy rzut oka nie przypominał muzykanta. Młoda sekretarka cofnęła się, widząc, że mężczyzna stoi tak blisko niej, czując pewien niepokój, wolała zachować dystans, choć przestrzeni było niewiele. Przybliżyła się do Rafaela, tak jak mała dziewczynka chowa się za swoim tatą. Panowała cisza, jedyne co ją przerywało to odgłos windy, która jadąc w dół, trafiała na nierówności w linie. Pięści Rafaela zacisnęły się mimowolnie, wyczuwały coś niepokojącego, jego ciała przyjęło pozycję gotową odeprzeć każdy atak, niczym rewolwerowiec, którzy czeka, aż wybije dwunasta. Przez głowę przechodziły najróżniejsze myśli, kim on jest? Co tutaj się dzieje? Skąd ta aura? Żaden zwykły śmiertelnik nie mógłby obudzić w ciele archanioła, najwyższego stanu gotowości, i to w dodatku na Ziemi. Chciał za wszelką cenę spojrzeć mu w oczy, zwierciadła duszy, mówiące prawdę, jedno spojrzenie upewniło by go z czym ma do czynienia. To jeden z darów, anielskie spojrzenie, wyczytywanie z oczu czystości duszy, żaden demon nie może ukryć się, to znamię nałożone na każdego kto przekroczy zasłonę. Dzwonek przerwał ciszę, głos przemiłej pani wydobył się z głośników „piętro numer 2”, drzwi otworzyły się. Tajemniczy mężczyzna wyszedł szybkim krokiem, ruszył jak koń czekający w boksie na wystrzał. Obrócił się, będąc już za drzwiami, przez zmniejszającą się szparę ukazał swój wzrok. Teraz był już pewien, oczodoły zapłonęły czarnym ogniem, tego nie można było z niczym pomylić. Rafael gwałtownie zaczął naciskać przycisk, wciskał go kilkukrotnie, licząc, że zdąży. Za późno, winda ruszyła na dół, a nadzieja prysła jak mydlana bańka.

— Co się stało? — zapytała, przyglądając mu się uważnie, jakby patrzyła na jakiegoś wariata.
— Zobaczyłem starego przyjaciela. — Odwrócił głowę aby uniknąć prześwietlającego wzroku kobiety.
— Ten twój przyjaciel musi być jakiś niewidzialny, bo na widoku nie było nikogo poza tym przerażającym facetem z neseserem. — Dreszcze przeszły po jej ciele. — Jak o nim pomyślę, to aż mnie ciarki przechodzą, miał w sobie coś strasznego.
— Rozumiem cię, też mi się nie spodobał. — Zacisnął szczękę i pięści.

W głowie toczył dysputę ze sobą, na temat owego tajemniczego mężczyzny, jakim trzeba być szaleńcem aby, będąc demonem przyjść jak gdyby nigdy nic to budynku pełnego aniołów, gotowych w każdej chwili rzucić się na niego, rozszarpując go na strzępy. Pluł sobie w brodę, że tak ociągał się z rozpoznaniem, mógł przecież przypadkowo szturchnąć go w ramię i sprowokować do obrócenia się, niestety pomysł przyszedł za późno. Postanowił, że po urodzinowym dwuosobowym przyjęciu, rozejrzy się za tajemniczym, odważnym, a może po prostu głupim, demonem.
Kawiarnia była rzeczywiście urocza, znajdowała się naprzeciwko głównego wejścia do firmy, nad wejściem wisiał ogromny szyld z napisem „Niebo”, a nad literką „N” w złotym kolorze mieniła się aureola. Przed budynkiem pod parasolami, stały dwa stoliki, okrągłe i białe. Dzwoneczek zamontowany u drzwi, dawał znać za każdym razem, gdy pojawiał się nowy klient, zapowiadał gości niczym lokaj, chociaż nie tytułował nikogo. W środku po prawej stronie od wejścia znajdował się kasa, z kolei po lewej ustawiono stoliki. Pomieszczenie nie było duże, jak na przyzwyczajenia mieszkańców centrum, gdzie panował przepych i ogromne przestrzenie. Ta małość, nie było żadną wadą, a wręcz zaletą, sprawiała, że siadając czułeś się jak w domu u mamy, zapachy wydobywające się z kuchni wyostrzały apetyt. Na tablicy kredą co dzień wypisywano danie dnia, które było przez 24 godziny w promocyjnej cenie. Nie ważne jaki był to dzień, wciąż było takie same, naleśniki na słodko z polewą czekoladową, majstersztyk szefa kuchni, jeśli miałby przygotować coś wyjątkowego i przepysznego dla króla, z całą pewnością tym by go uraczył.
Usiedli przed knajpą, korzystali z uroków słonecznej pogody, delikatny wiatr owiewał ich twarze, a biało-czerwony parasol osłaniał ich przed gorącem. Zanim się obejrzeli do stolika podszedł młody, elegancko ubrany kelner, patrząc po nim, śmiało można było stwierdzić, że to jego pierwsza praca, dorabiał na studia. Ukłonił się, przemiłym „Witamy w Niebie” przywitał klientów, okazując im szacunek, to powitanie było nader śmieszne, gdy tylko je słyszano na twarzach od razu pojawiał się uśmiech. Poruszał się bardzo płynnie i z gracją, widać, że był wcześniej instruowany w jaki sposób obsługiwać i przemieszczać się. Chyba nikt nie chciałby patrzeć na biegającego od stolika do stolika, spoconego kelnera, który dysząc zadawał by pytania. Podał dwie karty, po czym oznajmił, że gdy wybór zostanie już podjęty, należy zamknąć spis i położyć go na stoliku. Choć była to kawiarnia, sposób w jaki klienci byli przyjmowani, nie powstydziłaby się najlepsza restauracja.

— Wybieraj co tylko ci się żywnie podoba, jesteś w końcu w niebie. — Uśmiechnął się delikatnie.
— Nie spodziewałam się, że tak to wygląda. — Oderwała wzrok od karty i spojrzała na niego. — Strasznie tutaj przyziemnie, brakuje mi aniołków, skrzydełek i chmurek. — Zaśmiała się w głos.
— Aniołki, skrzydełka i chmurki, a przed wejściem pewnie złota brama i facet w białych ciuszkach z kluczami? — parsknął śmiechem.
— Skoro nie tak, to jak według ciebie powinno wyglądać?
— Zwyczajnie, podobnie jak na Ziemi, w końcu ludzie przez całe życie obracali się wśród tej całej materii, to czemu miano by im to zabierać. Jest parę różnic, ale w końcu się przekonasz.
— Hahaha! Mówisz jakbyś już tam był, a jak na umarlaka wyglądasz bardzo żywo. Mam pomysł! Robimy zakład, każdy z nas wyobrazi sobie niebo i jak się już spotkamy to zobaczymy kto miał rację. Przyjmujesz? — Na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech, mówiący jasno, że ów zakład jest z góry przesądzony, mógłby już teraz zgłosić się po nagrodę.
— Oczywiście! Aż się nie mogę doczekać kto wygra. — Spuścił głowę, przyłożył rękę do ust, ukrywając śmiech.
— Co się śmiejesz? Takiś pewny wygranej? No to zobaczymy, czy wygrają moje aniołki, skrzydełka i chmurki czy twoja nudna wizja — zadrwiła.
— No, jestem ciekaw, a o co się zakładamy?
— Daj mi chwilę, niech pomyślę. — Przewróciła stronę w menu, patrząc uważnie na każde danie. — Już mam!
— Cóż to takiego?
— Założymy się o „Anielski Przysmak”. — Obróciła kartę i palcem wskazała na czarny, pisany kursywą napis, był to ekskluzywny deser lodowy, pięć gałek, bita śmietana, morze owoców z najróżniejszych zakątków świata, orzechy, migdały, posypka z wiórków czekoladowych i polewa do wyboru.
— Przyjmuję zakład — Wysunął rękę nad stolikiem, spotkali się wzrokiem, po czym oboje uścisnęli sobie i potrząsnęli dłońmi. — Wybrałaś już co chcesz jako prezent urodzinowy?
— Ufam w zdolności szefa kuchni i skusiłam się na danie dnia.
— To dobry wybór, z wszystkich dań, to jedno jest przygotowywane perfekcyjnie przez Tito.
— Znasz tutejszego szefa?
— Jakbym mógł go nie znać! — odparł. — Tito to jeden z najlepszych kucharzy w okolicy, nawet ba! Najlepszy ze wszystkich tutejszych kucharzy. Gdybyś tylko widziała z jaką pasją on gotuje, ze zwykłego smażenia potrafi uczynić sztukę, porusza się z gracją, tańczy pomiędzy rozpalonymi ogniami, a talerzami, każdy szczegół jest ważny dla niego, nawet ozdobny listek ma być idealnie prosto, to wirtuoz kuchni, mógłby zawojować świat.
— Skoro tak, to czemu siedzi w tej małej knajpce? — zapytała zdziwiona.
— Już mówiłem to pasjonat i wirtuoz, on nie żyje z pensji, lecz z gotowania, nie z efektu, ale z samego procesu, nagrodą jest wspaniałe uczucie, gdy z dziesiątek składników, które osobno nic nie znaczą, tworzy coś cudownego, niepowtarzalnego i łechcącego podniebienia. Nie ważne czy pracuje w najekskluzywniejszej restauracji świata czy w małym, skromnym „Niebie”, liczy się tylko gotowanie.
— Mówisz tak jakbyś siedział w jego skórze.
— Gdybyś zerknęła choć na chwilę do kuchni, zrozumiałabyś, wystarczyła by sekunda abyś stwierdziła to samo co ja.
W tej samej chwili młodziutki kelner dostrzegł zamkniętą kartę, położoną na stole, spiął plecy, głowę wyprostował i dostojnym krokiem ruszył. Ukłonił się ponownie i z najdelikatniejszym jak mógł głosem, zapytał czy decyzja została podjęta. Z tylniej kieszonki wyjął nieduży, notesik z ołówkiem, ze względu na to gdzie go trzymał, był pomięty, ale nie przeszkadzało to nikomu, maniery i szacunek jaki okazywał maskowały ten mankament. Skrupulatnie notował, parokrotnie musiał kreślić, nie zdradzał poirytowania czy niecierpliwości, uważnie słuchał, pomiędzy zamówienia wplatał swoje rekomendacje.

— Czy to wszystko?
— Tak, to wszystko.
— Podsumowując państwa zamówienie, puchar czekoladowy z gałkami malinowymi, waniliowymi i czekoladowymi, naleśniki na słodka z polewą czekoladową, kawa mrożona razy 2 i szarlotka z cukrem pudrem także razy 2, dobrze wynotowałem? — zapytał niepewnie.
— Doskonale wynotowałeś. — Spojrzał na niego z delikatnym uśmiechem, dając mu do zrozumienia, że nie jest jednym z tych gburowatych klientów, narzekających na wszystko i czepiających się każdej rzeczy.
— Państwa zamówienie będzie gotowe za 10 minut, gdyby przyszyły wam jakieś pomysły proszę dać znać, a będę do państwa dyspozycji. — Pocieszony uśmiechem, nabrał pewności siebie, a widząc tak miłego gościa starał się jeszcze bardziej mu dogodzić.

Obrócił się na pięcie, ruszył w stronę kuchni, skąd wydobywały się przepyszne zapachy, pobudzające zmysły jak czerwona płachta byka. W kawiarni nie było dużego ruchu, to ze względów na nietypową godzinę, większość klientów — pracownicy pobliskich biur — mają swoją przerwę, dopiero za dwie godziny.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość