Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Lie a Little Better - Rozdział pierwszy

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
willgala
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 14

Lie a Little Better - Rozdział pierwszy

Post#1 » 8 lip 2017, o 21:13

2 tygodnie wcześniej

Dobro nigdy nie budzi podziwu, gdyby nie  sąsiedztwo zła. To zdanie powtarzałem zawsze, gdy nadciągała burza nad  kryminalnym światem Edynburga. Jak teraz, kiedy stałem samotnie nad  zimnymi zwłokami w ogródku Havelocków, doszło wtedy do mnie, że może  błędnie postrzegałem podział na dobro i zło.

Ogromna willa na  obrzeżach miasta, łącznie z bogatą stajnią stała się ze spokojnego  dobytku miejscem zbrodni. Ciało na oko dwudziestoletniego chłopaka,  ułożone było wyjątkowo zwyczajnie. Jego kręcone włosy nie były  zmierzwione, a twarz wykrzywiał lekki uśmiech. Oczy, chociaż teraz  zamknięte, nawet po śmierci nie straciły swojego blasku.

—  Mordercy zawsze mają konkretną wizję świata, którą próbują realizować  swoimi złymi czynami. Detektywi nie mają żadnego planu, po prostu ich  jedynym celem jest przeszkodzenie tym złym w kolejnej zbrodni —  powiedziała jakaś osoba za moimi plecami. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem  blondynkę w żółtym swetrze, pomimo ciepłej pogody. — Wschodni wiatr.

Dodała  to tak, jakby chciała usprawiedliwić swoje dreszcze. Nie znałem jej,  jednak w takim mieście jak stolica nie było to trudne, wielu ludzi nawet  nie pojawiało się w centrum. Nie spotykało się ich na zakupach, w  szkołach czy kościołach. Oczy dziewczyny patrzyły wyjątkowo smutno,  przygasły srebrny kolor rozglądał się nieco melancholijnie po ogromnym  ogrodzie.

— Detektyw James Steinfeld — przedstawiłem się po krótkiej ciszy. — Jest pani z rodziny?

Widziałem  jak na ułamek sekundy jej oczy, zaszły mgłą, a ciało zesztywniało. Po  tym zachowaniu zrozumiałem, że musiała być blisko z denatem. Zauważyła  spojrzenia, którym obserwowałem teraz każdy milimetr jej ciała.  Zaciśnięte dłonie młodej kobiety się rozkurczyły, uścisk zelżał, a oczy  odzyskały naturalną barwę.

— Owszem, jestem siostrą Willa. Mój narzeczony jest w Danii, a ja wróciłam dopiero wczoraj z Katalonii.

Myślałem,  że opowie mi teraz całą swoją rodzinną historię, ona jednak nie miała  nic do dodania, bo odwróciła się na pięcie i chciała ruszyć w kierunku  drzwi tarasowych.

— Proszę zaczekać. I tak będę musiał spisać zeznania. Jak się pani nazywa?

— Mia. Mia Havelock.

***

Salon  Jasmine, matki dwójki dwudziestolatków był ogromnym pokojem, urządzonym  w starym stylu. Naprzeciwko ogromnych przeszklonych okien stał  dwustuletni fortepian, a po drugiej stronie pomieszczenia mieściła się  kanapa i fotele. Kobieta pod pięćdziesiątkę wskazała ręką na jedno z  siedzeń, obitych czerwoną tkaniną i zawołała kamerdynera, Indygo, by  podał podwieczorek.

— Czy pani syn miał wrogów?

— Przykro mi, detektywie Steinfeld, ale William dawno wykluczył mnie ze swojego życia.

Jej  oczy były mocno napuchnięte od płaczu, a głos ochrypł od łkania. Cały  ranek w jej ogrodzie kręcili się obcy ludzie, nadal nie zabrawszy ciała.  Kiedy wreszcie zabrano je do prosektorium, zjawił się Cholerny Jim i  zaczął swoje przesłuchanie. Gdzieś głęboko w duchu było mi jej żal.

—  Wie pan, odkąd mój mąż zmarł, nic nie było takie samo. Chłopak Mii się  oświadczył, ale zostawił ją samą. Ona wyjechała do Hiszpanii z naszym  sąsiadem, Chuckiem, dobrym chłopakiem. Will odciął się całkiem,  wyprowadził na jakiś czas do Irlandii, ale tam zerwał z dziewczyną.  Wszystko się pokomplikowało po śmierci Richarda.

— Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. — Tym razem powiedziałem to całkiem szczerze.

Faktycznie, matka chłopaka nie widziała niczego, co ułatwiłoby policji sprawy.  Nawet nie pamiętała imienia jego najlepszego przyjaciela. Ta śmierć ją  całkiem przytłoczyła, pomyślałem nieco zmartwiony, bo szalone  rodzicielki nigdy nie są łatwymi świadkami. Kiedy mówiła o swojej  rodzinie, jej zielone oczy, podobnie jak córki, szarzały i uciekały od  codziennych, błahych spraw.

Na korytarzu, na którym zdążyłem się  trzy razy zgubić, wpadłem znowu na Mię, która jakby nigdy nic, wędrowała  sobie od drzwi do drzwi, podśpiewując jakąś skoczną melodię.

— Podejrzewam, detektywie, że albo zginie pan jako bohater, albo dożyje pan dnia, w którym w końcu stanie się pan złoczyńcą.

Nie  zrozumiałem jej, ale coś w jej zachowaniu było nienaturalne. Nie  opłakiwała brata, była wesoła, radosna, jakby to wszystko okazywało się  zabawą. Jakby sama mogła zostać mordercą. Więzy krwi były dla niej tylko  grą słów, w której słowem klucz była krew.

Kiedy wreszcie udało  mi się wyjść z labiryntu, jakim był dom Havelocków, wsiadłem w  nieoznakowany samochód i ruszyłem na komisariat. Z autostrady dało się  już dostrzec wysoki budynek, na którego dachu było lotnisko dla  helikopterów.

W biurze czekała na mnie Rachel. Długonoga i  zielonooka blondynka, której towarzystwo zaszczycało mnie od przeszło  trzech lat. Uwielbiałem jej podejście do kryminalistyki i już nie raz  przekonałem się, że potrafi coś, czego ja nigdy nie będę umiał — miała w  sobie takie pokłady charyzmy i dobroci, że nie dało się tego opisać.

— Witaj, Rach*. — Przyjaźnie się uśmiechnąłem, muskając jej policzek.

W  nozdrza uderzył mnie zapach perfum policjantki. Si, Giorgio Armani.  Byłem w to coraz lepszy. Trzy miesiące temu się założyliśmy, czy dam  rade zapamiętać wszystkie wody perfumowane, jakich ona używa, blondynka  za to ma zapamiętać kolory i firmy wszystkich moich krawatów. Pomijając  fakt, że jedna trzecia była od niej, miała i tak ułatwioną sprawę, była  kobietą.

— Możesz wezwać na przesłuchanie niejakiego Chucka, ich sąsiada?

—  Już to zrobiłam. Znaczy, próbowałam. Niejaki Charles Van Der Bilt  powiedział, że niewiele jest takich ludzi jak William i z przyjemnością  opowie nam o wszystkich jego sekretach. Naprawdę, naprawdę osobliwy  gość. Podejrzewam, że prędzej pękniesz niż on, Jimmy. — Zaśmiała się  swoim perłowym śmiechem, a jej usta otworzyły się do tego stopnia, że  ukazał się stały aparat.

Z nagrań z przesłuchania komisarza Steinfelda

Przesłuchiwany: Charles Van Der Bilt

Data: 28 czerwca 2016 roku


Naprzeciwko  mnie, na jednym z niewygodnych metalowych krzeseł, siedział wysoki i  dobrze zbudowany dwudziestotrzyletni mężczyzna. Z zawodu niebędący  nikim, niebędący również nigdy w naszych kartotekach. Jednak coś od  niego biło, jakaś nieokreślona energia albo fala. Intrygujący wzrok,  zachowanie, styl chodzenia i mówienia.

— Gdzie pan był dzisiaj rano?

— Jeśli zabijecie mordercę Willa, to czyż liczba przestępców na świecie nie pozostanie taka sama?

— Proszę odpowiedzieć na pytanie. — Hale była taka pewna, kiedy mówiła, że gość wykończy mnie psychicznie.

Nie  mogę dać jej tej satysfakcji, nie mogę wybuchnąć. Muszę być ogarniętym,  przystojnym trzydziestoletnim, niech będzie, dwudziestoośmioletnim policjantem z  dobrego domu. Opanowanym, stabilnym emocjonalnie. Tylko Rachel  wiedziała jaki byłem kiedyś, jaki jestem nadal. Naprawdę.

— Jeśli  pan odpowie na moje. — Zaczął filozofować, a ja kurczowo rozdrapywałem  wszystkie strupy na moich rękach. — Byłem z Mią. U mnie. Możecie ją  spytać. Jak tam wolisz.

Wzbierała we mnie krew. Zapytałem o jego  relacje z dziewczyną, z jej bratem, kilka spraw prywatnych z jego życia.  W skrócie — albo nic nie wiedział, albo dobrze udawał, że nic nie wie. 

Wypuściłem go trochę przed siedemnastą, sam zostając w pokoju  przesłuchań. Kiedy po piętnastu minutach udało mi się opanować,  otworzyłem ciężkie drzwi, zabrałem kamerę i ruszyłem ku swojemu  gabinetowi. Tuż obok, w trochę gorszych warunkach, bo jedynie  oddzielając od innych za pomocą plastikowej dykty, swoje miejsce pracy  miała Rachel. Ujrzałem ją w dosyć nietypowej sytuacji, która o dziwo  mnie rozśmieszyła, zamiast wystraszyć czy zirytować. Kobieta trzymała  wycelowaną, jednak z dużej odległości widziałem, że atrapę, broń w dosyć  znudzonego Chucka. Nie widziałem na jego twarzy przerażenia, a oczy nic  nie zdradzały.

— Naprawdę masz takie długie imię? — Śmiała się z  niego kobieta, obracając jego portfel w drugiej, wolnej ręce. — Charles  Nathaniel Valenty Van Der Bilt. Kto cię tak nazwał, biedaku?

Tak  naprawdę Rachel przyświecał inny cel, oczekiwała, że się szybciej zjawie  i okiem speca od psychologii ocenię jego zachowanie na broń. Nie myliła  się, zobaczyłem to, co chciałem. Ten młody introwertyk nie miał  najmniejszych obaw śmierci.

* Czytaj „Rejcz"

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość