Depozyt artefaktów z Kilgallon część 1

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
trolliusz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2

Depozyt artefaktów z Kilgallon część 1

Post#1 » 6 mar 2018, o 23:00

Do Kilgallon dotarli po wschodzie trzeciego księżyca.
Pięć sylwetek rozglądało się nieco bezradnie, próbując przeniknąć mgłę wypełniającą niemal całą przestrzeń pomiędzy korpulentnymi drzewami. Gdyby mogli dostrzec ich korony zauważyliby, że zamiast liści mają elastyczne, długie liana. Jednakże w pobliżu Kilgallon nie było wystarczająco jasnej gwiazdy, jedynie trzy niewielkie księżyce świecące słabym, żółtym światłem, zaś drzewa śmiało strzelały w mrok, daleko poza zasięg ich wzroku.
Najsmuklejsza i najwyższa z postaci wskazała kierunek a pozostali idąc w jej ślady beztrosko rzucili wyzwanie labiryntowi Mglistej Kniei, zupełnie jakby nie do końca byli świadomi wszystkich zagrożeń, jakie na nich czekały w jej mroku. Albo jakby byli na nie odpowiednio przygotowani.
Nie dali się zaskoczyć wygłodniałym koboldom, których atak brutalnie odparli za pomocą stali i ognistych pocisków. Jeszcze łatwiej poradzili sobie z chochlikami – wystarczyło aby ten smukły kilkoma płynnymi gestami rozproszył mgłę, której te krwiożercze stworzenia nigdy nie opuszczały. Sprawiał wrażenie nie tylko przewodnika, ale również dowódcy drużyny, a rzucając zaklęcia kołysał całym ciałem, zdając się tańczyć w rytm muzyki, której nikt poza nim nie słyszał.
Zapewne byliby bezbronni wobec ataku lian, gdyby wysoki czarnoksiężnik nie otoczył ich polem ochronnym. Liana uderzały z mroku, nie sposób byłoby więc sparować ich ciosy, mimo że kamratom maga bynajmniej nie zbywało na wojennym rzemiośle czy szybkości. Z kolei uderzanie w korę powodowało jeszcze zajadlejsze ataki z góry, nie wywierając żadnego widocznego wpływu na kondycję drzew.
Drzewa Mglistej Kniei nie dostały wystarczająco czasu aby przekonać się, że nie zdołają przebić się przez magiczną warstwę ochronną, ponieważ niebawem drużyna wyszła poza ich zasięg na otwartą przestrzeń. Stroma skalna ściana wychyliła się z mroku niemal natychmiast, zupełnie jakby w Kilgallon nie było miejsca na pustkowia. Zasłoniła cały widoczny horyzont, jednak mag nie wydawał się tym specjalnie przejęty. Chwilę się zastanowił, wykonał niemal niewidoczny, płynny ruch prawą dłonią, coś mruknął śpiewnie pod nosem, po czym z wesołym uśmiechem na twarzy wskazał kierunek. Grupka ufnie i bez szemrania ruszyła za nim.
Był to bowiem Tańczący Goblin w swojej ludzkiej postaci, ten sam o którym mówiono, że rzucił wyzwanie Najmroczniejszemu Z Demonów prosto w pysk, ani na chwilę nie przestając się przy tym uśmiechać. Fakt że wciąż jeszcze żył był najlepszą rekomendacją jego talentów.
Niebawem znaleźli coś, co z zewnątrz wyglądało jak wejście do jaskini. Po przejściu nie dane im było jednak zobaczyć żadnych korytarzy skalnych tylko opuszczone miasto, a za plecami mieli bliźniacze przejście przez skały. Ściana nie mogła więc być zbyt gruba, choć z obu stron wyglądała na solidną.
Sayenta – jedyne miasto Kilgallon – obecnie ziało pustką i bezładną masą kanciastych metalowych konstrukcji i ich sterczących wypustek, których przeznaczenie można było jedynie zgadywać. W najstarszych pisanych relacjach określane już było jako wymarłe miasto, nie zachowały się żadne podania na temat jego mieszkańców, ani przyczyny ich zagłady. Nawet nazwa nie była pewna – napis ponad bramą wejściową przypominał słowo „Sayenta", równie dobrze mogło to jednak być powitanie w języku miejscowych. Albo groźba.
Mag stworzył światło w dłoni, do czego potrzebował jedynie kilku mamrotów i lekkiego dygnięcia nogą. Było białe, nie sięgało zbyt daleko, ale wystarczało aby nikt nie potykał się o ogrom odpadów zalegających na ziemi.
Miasto – wymarłe czy też opuszczone – nie miało zamiaru wypuścić ich nietkniętych ze swoich metalowych szpon. Nie wiadomo czy to jasne światło, czy też może zapach świeżego mięsa zwabił żółte gnilce, jednak od początku wiadomym było, że etap negocjacji zostanie pominięty.
Nie były jednak żółte maszkary przeciwnikami godnymi hufca maga. Dwóch bliźniaczych rębajłów czyniło straszliwy wręcz użytek ze swoich toporów, czarnowłosa kobieta uderzała pałaszem mniej zamaszyście, jednakże nie zdarzyło jej się chybiać celu, a niska goblinka wywijała krótkim mieczykiem ze zręcznością niezwykłą dla swego gatunku, nic nie tracąc przy tym z zapalczywości swoich pobratymców. Tam gdzie zbrakło ostrza natychmiast trafiał płomienny pocisk. Bez strat własnych śmiałkowie usypali pokaźny kopiec gnijących korpusów, kończyn i czerepów, a goblini mag starannie go spopielił językiem ognia strzelającym wprost z jego dłoni. Gdy skończył obdarzył swoich towarzyszy przyjaznym, mądrym uśmiechem, choć znał ich już na tyle, żeby wiedzieć, że nie odpowiedzą mu tym samym.
W znacznie szybszym tempie przemykali teraz pośród zgliszcz i udało im się bez kolejnych przygód zostawić Sayentę za plecami. Żółte gnilce obserwowały ich z bezpiecznej odległości, pomne udzielonej nauczki; nie przekroczyły też granicy wyznaczonej ostatnią metalową konstrukcją.
Błonia nie rozciągały się zbyt daleko, zamknięte skalną ścianą, bliźniaczo podobną do poprzedniej. Mag jeszcze szybciej niż poprzednio znalazł przejście.

Tym razem była to regularna jaskinia, bez fuszerki. Była ogromna, dobrze oświetlona pochodniami umieszczonymi w metalowych uchwytach i podziurawiona dziesiątkami korytarzy biegnących we wszystkich możliwych kierunkach.
- No ładnie – westchnęła goblinka. – Daj mapę.
- Nie mam mapy tej jaskini – odparł śpiewnym tonem Tańczący Goblin.
- Jak to? Przecież mówiłeś…?
- Mam mapę Bodoga, a nie Kilgallon.
- Zaraz, zaraz… – wtrąciła czarnowłosa. – Skoryguj mnie jeśli coś pomyliłam: Kilgallon to kraina, w której się znajdujemy – ciche przytaknięcie. – Bodog to potwór, którego mamy pokiereszować…
- Muszę stwierdzić ponad wszelką wątpliwość Siljo, że twojej pamięci nie mam absolutnie nic do zarzucenia – śnieżnobiałe zęby ponownie błysnęły w uśmiechu, zupełnie jakby ich właściciel bawił się zakłopotaniem rozmówczyni, choć bez śladu złośliwości. – Bodog ma wiele zakamarków, w których nietrudno pobłądzić.
Dalsze wyjaśnienia przerwała wizyta gnomów. Wychyliły swoje łyse łebki jednocześnie ze wszystkich korytarzy, a ich spojrzenia tylko skrajny optymista nazwałby przyjaznymi. Bliźniaczy rębajłowie bez wahania wznieśli okrzyk bojowy i zaszarżowali, goblinka spóźniła się tylko o westchnięcie ważki.
Wszyscy troje odbili się jednocześnie od czegoś przeźroczystego. Tańczący Goblin zastygł w dość ekwilibrystycznej pozie z rękami zadartymi wysoko do góry i jedną nogą lekko uniesioną.
- Nie atakujemy gnomów z Kilgallon – twarz miał zasmuconą, ale mówił w sposób zdecydowany.
- Aha – odparł z przekonaniem jeden z blond rębajłów. W jego głosie nie było ani cienia zwątpienia, nic też nie wskazywało aby miał mieć w tej kwestii inne zdanie. Jego brat z podziwem w zimnych, niebieskich oczach gładził niewidzialną przeszkodę, na którą przed chwilą wpadł z takim impetem. Spojrzał potem na maga z podziwem, jednakże bez urazy.
- Kurwa! – goblinka splunęła z oburzeniem na ziemię. – Nie mogłeś powiedzieć zanim tu weszliśmy?
- Jak mogłem przypuszczać, że zaatakujecie gnomy?
W łapkach karlich mieszkańców podziemi nie wiedzieć skąd pojawiły się łuki – wszystkie bez wyjątku wycelowane zostały w przybyłych. Mag wykonał taneczny pląs, skinął płynnie przedramieniem i przeszedł przez miejsce, w którym jeszcze przed chwilą była niewidzialna ściana. Zdjął z ramienia sakwę i wysypał taką ilość szlachetnych kamieni, która żadną miarą nie miała prawa się w niej zmieścić. Rozejrzał się pogodnym wzrokiem dookoła, zupełnie jakby tych kilkadziesiąt grotów wcale nie śledziło jego każdego ruchu.
Bliźniacy nie mogli oderwać wzroku od kopca błyskotek – z pewnością nie widzieli do tej pory takiego majątku. Jeden wykrzyknął coś na kształt: „niewiarygodne”, drugi szeptał coś do siebie. Czarnowłosa nie odrywała z kolei wzroku od maga i nawet nie próbowała ukryć podziwu.
- Ja pierdolę, braciszek, gdzieś ty taką masę dobra zdołał przede mną ukryć? – goblinka bezceremonialnie chwyciła najbliższy kamyk i przygryzła, jakby sprawdzając czy to nie ułuda.
- Potrzebne mi były dla gnomów z Kilgallon – odparł goblini mag dobrodusznie.
- Czyś ty zdurniał? Za to tutaj kupimy sobie stertę cudeniek o niebo lepszych i cenniejszych od tych pilnowanych przez Bodoga. Zdaj się na mnie – pakuj to z powrotem, przegnaj te niedojdy i spływamy stąd.
- To myto dla karłów – wyglądał jakby było mu naprawdę przykro, że musi jej odmówić. Fakt że nie zrobił tego wprost mówił sam za siebie, choć dla wszystkich było oczywiste, że uczynił tak nie ze strachu a z dobrego serca.
- Kurwa! Masz się mnie słuchać! To ja jestem starsza!
Kolejnych słów nie było już słychać. Mag wywijał energicznie rękami, lekko podrygując przy tym tułowiem, a goblinka oprócz tego że zamilkła, to była teraz odsuwana niewidzialną siłą, tak aby nie była w stanie go dosięgnąć, zupełnie jakby powstrzymywał ją przed tym niewidzialny zapaśnik. Na koniec Tańczący Goblin posłał jej pełne skruchy spojrzenie i przeprosił niemym skinięciem, choć doskonale wiedział, że wcale nie zmniejszy w ten sposób jej gniewu.
Tymczasem gospodarze przysłali negocjatora – został wniesiony przez czterech gnomów na wysokiej metalowej lektyce skonstruowanej tak, aby niski gnom mógł patrzeć na wyższe rasy z góry. Przyjął dumną pozę, a minę miał pełną pogardy. Nie zrażony niczym mag posłał mu szczery, przyjazny uśmiech.
Targ nie trwał długo, goblin w postaci człowieka jeszcze dwa razy wysypywał kopce skarbów ze swej torby, doprowadzając tym do jeszcze większej furii siostrę. Bliźniacy stali w milczeniu, na wszelki wypadek przybierając przy tym bohaterskie pozy, czarnowłosa zdawała się zaś podziwiać raczej talent maga niż jego skarb. Posłaniec w końcu przybił „piątkę” z magiem, natychmiast pojawili się tragarze, którzy pracowicie powynosili skarb w koszach na plecach, mrucząc przy tym jakąś ponurą melodię. Strzały zdjęto z cięciw, jednak łuki pozostały w zasięgu wzroku. Było oczywistym, że podejmowano już nieudane próby oszukania gnomów z Kilgallon.
Gdy karły zniknęły w korytarzach mag skinął na towarzyszy, a ci ufnie ruszyli za nim. Goblinkę przerzucił do przodu, aby mieć ją ciągle na oku, wciąż zakneblowaną i zmagającą się z niewidzialnym strażnikiem. Mamrotał coś ciągle pod nosem, czasem coś zanucił, a ona uspokoiła się dopiero po czasie odpowiadającym wieczornej drzemce bagiennego trolla.

Goblinka siedziała wpatrzona w ognisko, głośno klęła, wyrażając się przy tym bardzo niepochlebnie o swoim bracie, choć nie próbowała go więcej zaatakować. Pierwsza furia najwyraźniej już jej przeszła.
- Spokojnie siostro maga – Silja skończyła układać wilgotne drewno wokół ogniska, podczas gdy jego płomień rzucał światło na jej zmysłowo odstające kości policzkowe. – Jestem pewna, że twój brat użył magii aby omamić karły.
- Nie wolno oszukiwać gnomów z Kilgallon – odpowiedział z wyraźnym wyrzutem w głosie Tańczący Goblin, przybierając przy tym minę przedszkolanki tłumaczącej dzieciom, że nie trzeba rozdeptywać biedronek.
Goblinka zawyła.
- Szlachetny goblinie, jakież to skarby spodziewasz się wykraść Bodogowi skoro tak beztrosko zostawiasz fortunę chciwym karłom z jaskiń?
- Właśnie, mości magu. Czas abyś-
- nam opowiedział coś więcej o naszej misji – bliźniaczy wojownicy uzupełniali swoje kwestie w rozmowie, podobnie jak ich ruchy współgrały ze sobą podczas walki. Długie, pozlepiane w kołtuny, jasne włosy opadały na ich muskularne ramiona, a z zimnoniebieskich oczu biła prostota, dzieląca jednak lokum z mądrością wojowników, którzy z niejednej jatki uszli cało.
- Oraz dokończył wyjaśnienia dotyczące Bodoga. – Czarne włosy Silji w słabym świetle miały tendencję do lekkiego błyskania fioletem, oczywiście poza częścią zebraną z tyłu i ciasno obwiniętą w warkocz rzemykiem – Słyszałam opowieści o wielu niezwykłych stworach, ale żadna nie traktowała o takim, który miałby mapę swego cielska.
- Trzeba wam wiedzieć, że cielsko Bodoga zajmuje połowę i jeszcze ćwiartkę całego Kilgallon – śpiewnie zaintonował mag – a wewnątrz jego trzewi tak przestrzeń jak i czas urządzają sobie nawzajem niezwykłe psikusy. Bez wskazówek byśmy tam zbłądzili, a potem niechybnie wyzionęli ducha.
To ostatnie powiedział takim tonem, że aż coś im pękło w sercach. Poczuli się jakby przydepnęli mu nadgarstek i wyrwali z ręki kanapkę, ignorując przy tym głośne burczenie w jego brzuchu. Wszyscy nagle zrozumieli, że mapa Bodoga jest im niezbędna, a poddając ten fakt w wątpliwość dogłębnie zranili swojego przewodnika.
- Wewnątrz jego trzewi? – Silja najszybciej się otrząsnęła – a kto z nas ma zamiar tam wejść?
- Ty – rozbrajający uśmiech na jego twarzy sprawił, że nie miała najmniejszych wątpliwości co do faktu, że tak właśnie musi być – a razem z tobą ja.
- Aha. Dobrze. Tak. Ja. W trzewiach Bodoga.
- Właśnie tak. My razem.
- Przynajmniej mamy mapę… Panie goblinie, bliźniacy mają rację. Jest sporo kwestii które powinieneś nam wyjaśnić.
- O właśnie tak. A zacznijmy od tego-
- Kilgallon. Co to za kraj?
- Czyje dominium?
- Hrabstwo, prowincja, feudum?
- To nieporozumienie panowie knechci – mag patrzył na nich z niedowierzaniem, jakby dziwiło go niezmiernie, że musi tłumaczyć rozmówcom ideę tak nieskomplikowaną, jak podróżowanie przez różne światy. – Jesteśmy daleko od rzeczywistości, w której na codzień się poruszacie. Nawet pani Silja pochodzi z innego świata niż wy. Moja wieża, do której was zaprosiłem aby omówić plany leży pomiędzy rozmaitymi Krainami…
Goblinka chrząknęła znacząco.
- Nasza wieża, w której się spotkaliśmy aby omówić plany – skorygował mag bez śladu zakłopotania.
- Znaczy się żniwa-
- szlag trafił?
- Niezupełnie tak mości kawalerowie – wyraz twarzy maga podobny był do dzieciaka przekonującego matkę, że wcale nie zdejmował czapeczki po drodze do szkoły – zwrócę was ojczystej Krainie dokładnie w tym samym miejscu i czasie, w których ośmieliłem się wypożyczyć.
- Kurwa, i ty myślisz, że oni zrozumieją ten bełkot? Mów do nich po ludzku.
- Siostra ma rację. Jaśniej, prościej…
- Przede wszystkim po kolei. – Silja zrobiła sobie długą przerwę, jednak najwidoczniej nie wszystko ułożyła sobie tak, jak chciała – O co chodzi z tymi trzewiami Bodoga. Bo, mości goblinie, ja sobie cenię swoje życie i ani myślę się z nim teraz rozstawać.
- Nie ma takiej potrzeby, o czarnowłosa. Widzisz, – goblini mag przyzwyczaił ich już do swoistego sposobu snucia opowieści: łagodny, śpiewny głos, zaskakujące pląsy, płynne ruchy całym ciałem bądź samymi kończynami, a zaraz potem iluzje wyrastające za jego plecami albo ponad dłonią, niekoniecznie dobrane tematycznie do opowieści – jak już powiedziałem Bodog zajmuje swoim cielskiem większość tej niegościnnej krainy. Jego skarbcem jest jego odwłok – jako istota w najwyższym stopniu nieświadoma, nie zna wartości rzeczy, a magia zaklęta w przedmiotach ma tę właściwość, że tłumi jego głód. Dlatego zajmuje się wyszukiwaniem artefaktów i ich pożeraniem. Nie są mu do niczego potrzebne same w sobie, tylko ich moc, która zaspokaja jego łaknienie. Nie potrafię wam powiedzieć jak długo już żyje, myślę jednak że jest dużo starszy od miasta, które razem mijaliśmy. Według niektórych podań, mieszkańcy Sayenty zjednywali sobie łaskę Bodoga karmiąc zdobytymi w innych Krainach artefaktami. Według innych sam wędrował wiedziony swoistym instynktem i wyżerał majstersztyki wychodzące spod rąk rzemieślników i magów oraz łupy demonów…
- Główny tor opowieści magu… interesują mnie przede wszystkim trzewia Bodoga w kontekście mojego znalezienia się w nich.
- Wejdziemy tam razem – mina Tańczącego Goblina sugerowała, że powinno to ostatecznie stłumić jej niepokój – i w nich znajdziemy wszystkie artefakty, o których rozmawialiśmy.
- A gdzie w tym wszystkim rola-
- dla nas?
- Aby wejść do środka trzeba będzie rozciąć cielsko Bodoga. Do tego nie zda się nic, co mamy w naszym ekwipunku, ale mam i na to rozwiązanie. Wy zaś, bliźniaczy woje, będziecie musieli podtrzymać ranę otwartą aż do naszego wyjścia. Pomoże wam w tym moja siostra.
W tym miejscu dramaturgia narracji wymagałaby, aby Goblinka wdzięcznie dygnęła, rozsyłając dookoła uśmiech niezbyt rozgarniętej wiejskiej dziewki, podziwiającej przejazd orszaku książęcego. Jeśli jednak zna się tą poczciwą istotkę choć trochę, to nie oczekuje się od niej tego typu zachowań, tylko taktownie odwraca się wzrok gdy akurat sprawdza ile palców zmieści jej się na raz w nosie.
- Od skuteczności waszych zabiegów zależy nasze życie, bowiem gdy Bodog zaleczy i zasklepi ranę, ja nie zdołam otworzyć jej ponownie od środka.
Bliźniacy przybrali jeszcze bardziej bohaterskie pozy, co w założeniach miało rozwiać wątpliwości co do ich przydatności bojowej. Jeden z nich nawet przerzucił ciężar ciała na drugą nogę aby być jeszcze bardziej przekonującym.
- Zaraz, zaraz… magu, mówiłeś że nie ma dla nas żadnego zagrożenia…
- Siljo, jesteś doświadczoną awanturniczką. Nie odważyłbym się powiedzieć tobie czegoś tak niedorzecznego. W Kilgallon nie jest bezpiecznie, a w Bodogu jeszcze mniej. Kobiety, które unikają zagrożeń, spędzają swoje życie w kuchni, w czym nie zwykłem im przeszkadzać… Poza tym – czyżbyś nie wierzyła w bliźniaków i moją siostrę?
Czarnowłosa obrzuciła mężczyzn lekceważącym spojrzeniem.
- No cóż, przynajmniej zadania nie mają zbyt skomplikowanego – postarała się aby tą uwagę usłyszał wyłącznie mag.
- Nie osądzaj zbyt wcześnie innych Siljo, – w tonie jego głosu ani w uśmiechu nie było ani śladu zarozumiałości, z jaką zwykle wypowiada się tego typu mądrości, jedynie szczera sympatia – bliźniaczy woje z Ce’yrunn niewielu mają sobie równych we wszystkich znanych mi Krainach, a uwierz mi, jest ich wiele… Ich zadanie wcale też nie jest tak łatwe, jak można by sądzić po jego opisie. Kluczowa będzie ich niezwykła wytrzymałość.
- Po prostu nigdy nie pracuję w zespole, a moje doświadczenia z tych nielicznych okazji, gdy zdecydowałam się złamać swoje zasady, nie były zbyt obiecujące…
- Wiem, ale nie pora teraz o tym. Po prostu zaufaj mi, zaufaj bliźniakom, bo to inni ludzie.
- Zdaję się na ciebie magu. Jeśli ty im ufasz, to znaczy że musisz mieć ku temu swoje podstawy. Chcę jednak wiedzieć czego szukamy w cielsku Bodoga.
- Kości smoka Kailasa z Ystaa, magicznych włosów lamii z Akurgalu, grotów z uszlachetnionego protilu wykonanych przed tysiącleciami przez mitycznego Bronimira, szklanej kuli z Enjorlas oraz Teofano, zwanego największym diamentem wszystkich Krain. Z tego co wiem – nie bez przyczyny.
Ton głosu maga wskazywał, że udzielona odpowiedź winna być wystarczająco jasna dla wszystkich słuchaczy.
- To się nieźle obłowimy,
- He He He…
Bliźniacy wyraźnie oczekiwali przyłączenia się innych do ich braterskiej wesołości, co jednak nie nastąpiło. Zakłopotani przestąpili z nogi na nogę.
- Hm, to nie mój interes do czego potrzebujesz tych wszystkich cacek, ale Teofano… o tak, dla tej błyskotki jestem w stanie zaryzykować.
- Teofano jest waszą zapłatą. Ja z siostrą weźmiemy resztę.
- Chcesz powiedzieć, że dajesz całą Teofano na naszą trójkę?! Nie chcecie swojej części?
- Gdyby ktoś mnie zapytał-
- Mówiłem że wam godziwie zapłacę – wtrącił szybko goblini mag, kilkoma pląsami uciszając wcześniej swoją siostrę, która nie zdając sobie z tego sprawy przez pewien czas ciągle jeszcze intensywnie acz bezgłośnie poruszała wargami.
Silja rzuciła mu wzrok zarezerwowany dla szaleńców, podczas gdy stojący za jej plecami bliźniacy znów przestąpili z nogi na nogę, tym razem odchylając się od siebie.

Po czasie niezbędnym do tego, aby bliźniacy rozluźnili wreszcie swoje pozy w stopniu pozwalającym na zaśnięcie, Silja nadal gawędziła cicho z Goblinką, dorzucając co jakiś czas garść chrustu do ogniska.
- Kiścień moja droga, po prostu. Kości smoków słyną ze swojej trwałości – rękojeść będzie nie do zdarcia. Będzie trochę ciężka, ale ja do ułomków nie należę. Włosy lamii z kolei znane są z tego, że nigdy nie pękają i się nie niszczą, dzięki czemu żaden z obciążników nigdy się nie oderwie. No i groty Bronimira – legendarnego zbrojmistrza sprzed tysiącleci, który przebierał w zleceniach bogów i demonów. Ponoć potrafił nadać opornemu protilowi takie kształty, jakie tylko zapragnął. Jego groty przytwierdzimy włosami lamii do kości smoka i kiścień będzie jak ta lala.
- Któreś z was jest płatnerzem?
- Skądże. Ja jestem za leniwa, brat z kolei zbyt wysoko ceni sobie przyjaźń Seryanhira Kichacza aby otwarcie z nim konkurować.
- Widzę, że polegacie wyłącznie na najlepszych fachowcach – nie bez satysfakcji w głosie zauważyła Silja – choć nie mam pojęcia jak w ten schemat wpisują się nasi bliźniacy…
- Dostaną rolę do odegrania w tej komedii. Taką na miarę swoich możliwości. Jednak szklaną kulą z Enjorlas zajmie się mój brat osobiście, choć nie mam pojęcia co dokładnie zamierza z nią zrobić. Najwidoczniej nie urodzili się rzemieślnicy zdolni spreparować ją zgodnie z jego planem.
- Mówisz o nim „brat”, jednak nie da się przeoczyć, że…
- Z twarzy za podobni nie jesteśmy? – Goblinka bynajmniej nie wyglądała na zażenowaną, mimo że nazwanie jej szpetną nie oddałoby w pełni grozy tego koszmaru – Jest goblinem, jak ja, tyle że zmienia swoją postać zależnie od tego, z jakimi stworzeniami ma do czynienia. Dla was stał się chłoptasiem z jedwabnym włosem opadającym na ramiona, w którego liczko wasze kobiety gapią się jak w jakiś pieprzony obrazek. Nie przypuszczam żeby to było jego celem, ale kto go tam wie? W pewnych kwestiach mój malutki braciszek jest dla mnie nieprzeniknioną tajemnicą…
- Nie kusiło cię żeby… - Silja znów zawiesiła głos, licząc że przenikliwość rozmówczyni zwolni ją z obowiązku mówienia na głos o faktach oczywistych, ale mogących rozdrażnić narowistą siostrę maga.
- Nie mógł mnie także przemienić. Tak, spytałam go o to swego czasu... Rzekomo czar iluzji jest wyjątkowo trudny do utrzymania na innych osobach. Przynajmniej on tak twierdzi, szuja.
Gwarzyły w tym duchu aż do momentu, w którym ze względu na senność nie były już w stanie rzucać złośliwych komentarzy pod adresem swoich kamratów.

- Możesz powtórzyć? – Silja wydawała się być lekko oszołomiona odpowiedzią maga oraz dużą, kolorową papugą, która tymczasem prysnęła niczym bańka mydlana.
- Oczywiście – odparł Tańczący Goblin z miłym uśmiechem na swojej wzbudzającej zaufanie ludzkiej twarzy. – Z naszej wieży nie mogłem przenieść nas bliżej celu niż do Yàelē. To było tam gdzie nazwaliście ptakami te nieprzyjazne stworzenia o gabarytach ogra i pyskach nie mniej złośliwych, niż pierwsze słowa mojej siostry po przebudzeniu. Nie od dziś wiedziałem, że przez tamtejsze moczary prowadzi najkrótsza droga do Mnijj, gdzie siedzibę ma Zabójczy Y. Y nie tylko jest wiekowym mędrcem, ale ma również dar wyczuwania sfer magicznych, dzięki czemu mógł z dość dużą dokładnością przewidzieć, gdzie i kiedy otworzą się poszczególne ruchome portale tej niezwykłej Krainy. Jak pamiętacie ten pierwszy i najbardziej nam pasujący otworzył się wysoko ponad przepaścią, w związku z czym zdecydowaliśmy się skorzystać z kolejnego, który przerzucił nas do Krogh Ar’ Huut ‘ath Heereen Ta Laan, prosto w środek jatki zgotowanej gnomom przez jakichś pustynnych koczowników. Tam dane nam było przejść solidny chrzest bojowy, bowiem obie strony zmagań błędnie uznały nas za dogodniejszy cel ataku niż dotychczasowy. Potem – choć nie bez trudu – przekonałem was do zanurkowania w Jeziorze Ponad Krainami, pod którym znajdowała się akurat tym razem spalona słońcem i smagana bezlitosnymi wiatrami Raj’ja. To właśnie tam znajdują się portale chaosu, rzucające korzystających z nich śmiałków na chybił trafił. Na szczęście trafnie domyślałem się, że jest sposób aby manipulować portalami z Raj’ja dzięki czemu wylądowaliśmy wreszcie u samego Glempurga, którego naturę próbowali już przed wiekami odgadnąć mądrzejsi ode mnie. Już wam wspominałem, że Glempurg samotnie zamieszkuje i wykorzystuje bezimienne przestrzenie wydarte sobie tylko znanym sposobem zwyczajnym Krainom, ponieważ potrafi naginać materię do swych zachcianek. Ze starożytnych podań wiedziałem, że jego przychylność zdobyć można serduszkami wydartymi z piersi żywych niemowląt, co skwapliwie wykorzystałem aby przekonać go do przerzucenia nas tutaj. Ewentualnie do przerzucenia Kilgallon tam, gdzie akurat byliśmy my, nie jestem bowiem do końca pewien technik używanych przez Glempurga.
Tym razem nad palcami maga unosił się turkusowy słonik ze skrzydłami ćmy, mający z jego opowieścią mniej więcej tyle wspólnego, co wcześniej kolorowa papuga. Silja i bliźniacy nie wydawali się rozumieć więcej niż za pierwszym razem, mimo że goblin powtórzył swoją odpowiedź słowo w słowo. Rębajłowie usiłowali przywołać na twarze wyraz zrozumienia, jednak wątpliwe czy zdołali przekonać choćby siebie nawzajem.
- Kurwa, młody, czy ty zawsze musisz wdawać się w techniczne szczegóły, których i tak nikt nie rozumie? Nie możesz po prostu powiedzieć, że przewędrowaliśmy kilka Krain i zmusiliśmy kilku palantów, żeby zrobili dokładnie to, co im stanowczo zasugerowaliśmy?
- A więc wędrowaliśmy pomiędzy Krainami – Silja wpatrywała się rozmarzonym wzrokiem w coś, czego absolutnie nie było ponad ramieniem maga – choć mi zdawało się, że raczej przemierzaliśmy jakiś jeden rozległy świat… Nie dało się prościej?
- Myślisz że zmierzałbym do celu okrężną drogą, gdyby była prostsza, o czarnowłosa? Do Kilgallon nie ma żadnych bezpośrednich przejść, zaś do Glempurga dotarliśmy najkrótszą możliwą drogą. Ściślej ujmując krócej byłoby gdybyśmy zdołali skorzystać z tego pierwszego ruchomego portalu w Mnijj, ale i tak nieźle wyszło.
- Tego nie wiem, ale podejrzewam, że bez ciebie nie zdołamy znaleźć drogi powrotnej… Sprytnie to sobie obmyśliłeś, musimy strzec twego życia nie słabiej niż naszych własnych.
- Ja nie zginę podczas tej wyprawy.
Jakoś nikomu nie przyszło do głowy aby zapytać, kto inny zginie podczas tej wyprawy.
- A wrócić i tak musimy inną drogą. Z Kilgallon nie ma łatwo, jest zaledwie kilka sposobów żeby się tutaj dostać i jeszcze mniej na wydostanie się stąd, wszystkie one wymagają wiedzy specjalnej. Tak czy inaczej natykamy się właśnie na ostatnią przeszkodę zanim staniemy oko w oko – a właściwie oko w odwłok – z samym Bodogiem, potwornym gospodarzem i władcą tej Krainy.
W ten właśnie subtelny sposób Tańczący Goblin przypomniał im o milczącej obecności dwóch olbrzymów, przypatrujących się tępym, nic nie rozumiejącym wzrokiem ich konwersacji.
- No właśnie – czarnowłosa odzyskała zwykłą dla siebie pewność, gdy tylko rozmowa powróciła na swój główny tor – więc przewędrowaliśmy wszystkie te wymienione Krainy, zmierzyliśmy się z samym Kilgallon i jego mrocznymi mieszkańcami, zapłaciliśmy fortunę karłom tylko po to, żeby usłyszeć że tym oto uroczym strażnikom wrót nie jesteśmy w stanie nic zrobić?
Olbrzymy strzegły przejścia, które według maga jako jedyne prowadziło do zamieszkanej przez Bodoga części Kilgallon. Cały horyzont – wbrew jakimkolwiek zasadom – zbiegał się za ich plecami niczym zgięty papier, w punkcie zasłanianym przez kuriozalnie cienką wieżę. W wieży były drzwi, a po obu ich stronach dźwignie. Tańczący Goblin ze zwykłą sobie gracją oznajmił im, że tylko równoczesne przesunięcie dźwigni na dół pozwoli otworzyć drzwi. Następnie stanowczo powstrzymał ich przed wejściem w zasięg ramion olbrzymów, sugestywnie przekonując, że żadna ich broń nie będzie skuteczna w walce z nimi. Podobnie jak jego czary. Olbrzymy nie mogły same zaatakować, bowiem nie miały nóg – tułowiem łączyły się z podłożem, jednakże zasięg ich ramion nie pozwalał na bezpieczne zbliżenie się do wieży.
- Jedyne co powiedziałem, to że nasz arsenał na nic się nie zda w boju ze strażnikami przejścia. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zupełnie bezradni – nad jego dłonią znak zapytania płynnie przeszedł w kształt kanarka, odśpiewał kilka treli, zderzył się z zakrzywionym niebem ponad basztą, zawrócił i odleciał gdzieś, gdzie przestrzeń nie płata takich niewybrednych figli. – W tym miejscu po raz pierwszy poprosimy o pomoc bliźniaków.
Silja i Goblinka jak na komendę popatrzyły na wojowników i nie pomyliłby się ten, kto zauważyłby w ich spojrzeniach dużą rezerwę i powątpiewanie. Bliźniacy również popatrzyli po sobie, ale ich oczy nie spotkały się – najpierw lewy spojrzał na prawego, a potem odwrotnie. Wreszcie wszyscy zwrócili swe twarze w kierunku maga, z wypisaną na nich niemą prośbą o dalsze wyjaśnienia.
- Podejrzewam moi drodzy, że sposobem, jaki pomoże nam przejść przez drzwi – i to bezkrwawo – jest hipnoza. Zdolności w tym zakresie zaś wykazują nasi bliźniaczy wojownicy, tak samo jak zdecydowana większość mieszkańców Ce’yrunn – Krainy, z której pochodzą.
- Jak dalece uzasadnione są te podejrzenia?
- Za chwilę naocznie się o tym przekonamy.
Zdolności mieszkańców Ce’yrunn nie do końca były hipnozą, ponieważ polegały wprawdzie na przejęciu częściowej kontroli nad umysłem ofiary, jednakże nie pozwalały po prostu nakazać jej określonego zachowania. Należało samemu wykonywać czynności wymagane od ofiary, ta zaś albo powtarzała je po osobie przejmującej nad nią kontrolę, albo też odrzucała rozkaz – jeśli była wystarczająco silna. Przypominało to więc raczej pociąganie za sznurki przez lalkarza, przy czym w tym przypadku nie do końca miało się do czynienia z bezwolną marionetką.
Bliźniacy z mety zabrali się do rzeczy. Wniknięcie w głowy olbrzymich strażników poszło szybko i łatwo, jednakże zmuszenie ich do działania było już znacznie trudniejsze. Strażnicy wrót wyraźnie próbowali przywołać swoje kończyny z powrotem do posłuszeństwa, rzucając sobie nawzajem co jakiś czas zakłopotane i bezradne spojrzenia.
Dalsza część przypominała pantomimę z dwoma olbrzymami, powtarzającymi ruchy stojących nieopodal synów zielonego Ce’yrunn. Olbrzymy najwyraźniej były jednak w pełni świadome naganności swoich czynów, bowiem gdy jedna ręka wyrwała im się spod kontroli zmierzając w kierunku dźwigni, zaraz próbowali odciągnąć ją drugą. Gdy okazało się to niewystarczające, zaczynali okładać się po swoich własnych gębach tymi łapskami, którymi wciąż władali, nie wiadomo czy po to, żeby się „wyłączyć”, czy też ukarać za rażące uchybienie dyscyplinie.
Koniec końców, przy akompaniamencie pełnych skruchy lamentów olbrzymów obie dźwignie poszły w dół i drzwi stanęły otworem przed wędrowcami. Tańczący Goblin nakazał szybkie przebiegnięcie aby wykorzystać oszołomienie olbrzymów wywołane gwałtownym odzyskaniem kontroli nad własnymi ciałami.
Gdy zamknęli za sobą wrota (które z tej strony natychmiast zlały się w jedność z litą skałą) napięcie opadło i wiwatom nie było końca. Goblinka uściskała brata, zaś Silja rzuciła bliźniakom pełne aprobaty spojrzenie.
Sielankę przerwał dobywający się zza ich pleców wściekły wrzask, nasuwający luźne skojarzenie z okrzykiem wojennym. Źródłem hałasu okazały się być liczne monstrualne gardziele, których właściciele patrzyli na nich z góry, otaczali ich półkolem i sugerowali swoją postawą, że skojarzenia związane z ich okrzykiem było jak najbardziej na miejscu. Były to olbrzymy – identyczne dwóm strażnikom wrót, tyle że z nogami. Miały długie włócznie i ciężkie maczugi, które skwapliwie zaprezentowały.
- Świetnie. Zgaduję, że tych tutaj też się nasza broń i twoje czary nie imają?
- Pomimo krytycznej sytuacji, w jakiej się właśnie znaleźliśmy, muszę z pełnym przekonaniem wyrazić niekłamany i szczery podziw dla twoich zdolności dedukcyjnych, droga siostro.
- Ja pierdolę, kurwa dzięki. Co więc robimy? Przejście się zamknęło i to raczej definitywnie.
- Nic.
- Jak to kurwa nic?!
- Bliźniacy-
- Będą walczyć!
- Jeśli moje podejrzenia się potwierdzą, to nie musimy robić absolutnie nic.
Horda olbrzymów tymczasem rozpoczęła szarżę. Wrzask jeszcze się wzmógł, dołączył do niego łomot wywołany tupaniem ciężkich stóp, co musiało budzić niepokój nawet w najodważniejszym sercu. Bliźniacy przyjęli bojowe pozy w odległości, która z jednej strony nie ograniczała im ruchów z drugiej pozwalała szybko stanąć do siebie plecami gdy już dojdzie do zwarcia. Goblinka i Silja uczyniły podobnie, jednak w ich oczach nie było aż takiej determinacji. Mag zgodnie z tym co mówił nie zrobił nic.
Olbrzymy przebiegły przez nich zupełnie jakby były utkane z mgły, zaś ich oręż nie uczynił im żadnej szkody, mimo widocznych wysiłków atakujących. Gdy drużyna maga odwróciła się w kierunku skały, ostatnie z olbrzymów właśnie przenikały przez jej ścianę, znikając raz na zawsze z ich życia.
Tańczący Goblin spojrzał gdzieś w górę i wykonał kilka ruchów wargami, nie przestając się uśmiechać. Wyglądał jakby czarował, jednak nie tańczył. Na koniec skinął głową jakby się z czymś niechętnie zgadzał i spojrzał ponownie na swoich towarzyszy. Wydawało się jakby wrócił z dalekiej podróży.
- Mówiłeś, że nie możesz ich zaczarować.
- Jak zawsze pozostałem w zgodzie z prawdą, siostro. Były najzwyczajniejszym złudzeniem. Olbrzymy z Kilgallon są samotnikami i nie występują w grupach większych niż dwa, trzy. Wzbudziło to moje podejrzenia, jak widać uzasadnione.
- Oszczędziłoby nam trochę nerwów magu, gdybyś nam o tym powiedział PRZED ich atakiem.
- Nie było na to czasu, Siljo. Poza tym mogłem się przecież najzwyczajniej w świecie pomylić.
- Kto to zrobił? Bodog?
- Nie, Bodog posila się magią zaklętą w przedmiotach, ale z niej nie korzysta – mina maga wyraźnie sugerowała, że nie należy na niego naciskać w tej materii. Na przelotną chwilę zniknął z jego twarzy ten wzbudzający zaufanie lekki uśmieszek – To ktoś, kto uważa, że jestem mu coś winien. Najwyraźniej jednak jego celem nie jest faktyczne zaszkodzenie nam, a jedynie niewybredna zabawa moim kosztem.
- Jak również naszym. Wolałabym żebyście załatwili swoje sprawy pomiędzy sobą, nie wciągając w to innych.
- Możesz być pewna Siljo, że tak właśnie by było, gdybym to ja o tym decydował. Zbierzcie siły, lada chwila ujrzycie Bodoga…

„Lada chwila” okazała się być jedynie figurą retoryczną.
Ta część Kilgallon była wyjątkowo niegościnna – brodzili po kostki w błotnistej mazi, która mlaskała obrzydliwie gdy wyciągali z niej stopy, niebo zaś było szarobure, mocno zamglone. Wszędzie roiło się od krzewów, których gałęzie rozrywały im ubrania i parzyły ich ciała. W oddali coś buczało, choć nie wiał wiatr i nie sposób było sobie wyobrazić źródła tego złowrogiego dźwięku. Co jakiś czas spryskiwał ich wyjątkowo intensywny, zimny deszcz, trwający jednak zaledwie kilka sekund. Nikt nie wspomniał, że wyglądał raczej jak kichnięcie jakiegoś przerośniętego monstrum, jednak co najmniej dwie panie miały to już na końcu języka.
Po kilkunastu „kichnięciach” na horyzoncie zarysował im się wreszcie ogromny, blady odwłok Bodoga. Od razu odgadli co to, ponieważ krajobraz nie był specjalnie urozmaicony. Gdy już do niego dotarli, okazało się, że sięgał wysoko ponad ich głowy, ginąc we mgle, był utaplany w błotnistej mazi, a tu i ówdzie przylepiły się do niego nadgniłe liście w kształcie karcianych pików, pochodzące najwyraźniej z tej części Kilgallon, przez którą jeszcze nie przechodzili. W nieregularnych odległościach i na różnych wysokościach swego cielska miał Bodog koślawe macki – jedne krótsze, inne dłuższe, niektóre wyposażone w kolce, inne kształtem przypominały dłoń zaciśniętą w pięść. Teraz zwisały bezwładnie – poczwara nie dostrzegła najwyraźniej ich przybycia i spokojnie sobie drzemała.
Według zapewnień maga ryj Bodoga znajdował się 1/3 Krainy stąd, a pozostali mieli szczerą nadzieję, że i tym razem się nie pomylił.
- Oto jesteśmy! – powiedział Tańczący Goblin wesoło, zupełnie jakby zapowiadał rozpoczęcie pikniku.
- Zajebiście – Goblinka bez wahania chwyciła jedną z macek, pociągnęła do siebie i puściła, ta zaś strzeliła ze świstem w odwłok – He, faktycznie gumowate jak gluty trolla.
Mag tymczasem rozpoczął swój taniec, a jego kamraci otoczyli go kołem. Zamknął oczy i mruczał cicho pod nosem, akompaniowały mu jedynie mlaśnięcia błotnistej mazi pod jego nogami. Zagrzmiało i błysnęło,
- To tylko dla efektu… – rzuciła konfidencjonalnym szeptem w ich kierunku Goblinka, a potem wszystko nagle ucichło. Tańczący Goblin przez pewien czas jeszcze płynnie poruszał samym tułowiem i ramionami, by w końcu złożyć dłonie tak, że razem tworzyły kulę. Gdy potem podniósł jedną, na drugiej już poruszały się niemrawo tłuste czerwie, przywołane nie wiedzieć skąd. Cała drużyna obejrzała je wnikliwie.
Mag następnie poukładał je na odwłoku Bodoga, w niezbyt dużej odległości od siebie. Czerwie przylepiły się natychmiast i chciwie przystąpiły do konsumpcji.
- Zapraszam na odpoczynek, bo to ostatni jaki będzie nam tutaj dany – oznajmił z ujmującym uśmiechem mag, siadając na czymś, co przypominało pieczarkę wielkości głazu.

Cztery anegdoty i trzy złośliwe uwagi później w powłoce Bodoga pojawiły się pierwsze otwory. Jeszcze jedną barwną historię i dwie cięte riposty potem poczwara odczuła cudzą ingerencję i jej macki zaczęły się wyraźnie aktywować. Po kolejnym dowcipie i rubasznym wybuchu śmiechu bliźniaków stało się jasnym, że trzeba będzie stanąć w obronie czerwi.
- Synowie Ce’yrunn, siostro, oto wasze zadanie – utrzymać przy życiu przynajmniej kilka z siedemnastu przywołanych przeze mnie czerwi aż do powrotu mojego i Silji. Pamiętać musicie, że tylko one są w stanie uszkodzić powłokę Bodoga i utrzymać otwory w niej. Jeżeli wszystkie czerwie zginą, otwór się zrośnie, a ja niestety nie będę w stanie przywołać kolejnych dopóki nie wyjdę na zewnątrz. Uważajcie, bo niebawem Bodog przypuści na nie zmasowany atak i nie poprzestanie do momentu aż wszystkie porozgniata. Nie dacie rady odciąć macek, możecie tylko odbijać ich ciosy.
Nikt o nic nie pytał, wszyscy stanęli zwarci i gotowi. Na ich twarze wypłynął wyraz determinacji, nie sposób było pomyśleć, że jeszcze przed chwilą siedzieli na przerośniętych pieczarkach i żartowali z siebie nawzajem. Rębajłowie rozgrzewali mięśnie ramion, Goblinka klęła głośno i rzucała nożem w swoją pieczarkę.
Otwór w powłoce Bodoga powiększał się teraz już w oczach, by wreszcie osiągnąć wielkość wystarczającą dla dwójki śmiałków. Bracia już odparli kilka gwałtownych ataków na zajadle żerujące czerwie, Goblinka póki co poprzestała na lżeniu poszczególnych macek i wszystkich przodków Bodoga – tych domniemanych bądź tych zupełnie wyimaginowanych.
- Pamiętajcie zmieniać się co jakiś czas, bo czas tutaj płynie wolniej niż tam, gdzie my zmierzamy. Bądźcie dzielni i wypatrujcie nas cierpliwie! I uważajcie na demony, bo w Kilgallon mogą przybierać swoje prawdziwe, potworne kształty…
Mag nie oglądał się za siebie, podobnie jak Silja, która bez wahania ruszyła za nim.

Tagi:

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Depozyt artefaktów z Kilgallon część 1

Post#2 » 17 mar 2018, o 18:50

Masa błędów, brak wcięć akapitowych oraz długość tekstu zniechęcają potencjalnych czytelników. Jeśli pojawisz się jeszcze na forum, odezwij się, wypunktuję Ci błędy.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

trolliusz
scyzoryk
scyzoryk
Posty: 2

Depozyt artefaktów z Kilgallon część 1

Post#3 » 15 sie 2018, o 22:37

Trochę czasu minęło, ale dotarłem. Przyjmę chętnie te błędy :)

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości