Krótki opis zdarzeń zaistniałych w naszym mieście w przyszłości

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Waldemar Kubas
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 301

Krótki opis zdarzeń zaistniałych w naszym mieście w przyszłości

Post#1 » 27 mar 2018, o 10:24

Uwaga odautorska:

Ponieważ system nie pozwala zamieścić trochę dłuższego tekstu w jednym kawałku, więc musiałem go podzielić na trzy części. Część drugą i trzecią wkleiłem w dwóch postach poniżej.



KRÓTKI OPIS ZDARZEŃ ZAISTNIAŁYCH W NASZYM MIEŚCIE W PRZYSZŁOŚCI

(kronika pewnej utopii)

Podobnie jak wszyscy wielcy racjonaliści uwierzyłeś w rzeczy,
które są dwukrotnie bardziej nieprawdopodobne niż teologia.

Halldór Laxness

I

Dziś nie sposób ustalić, kto pierwszy w naszym mieście przepowiadał rychłe nadejście nowych czasów. Głębokie zmiany istotnie zaszły i obecnie, patrząc na wszystko z pewnej perspektywy, możemy powiedzieć, że anonimowy głosiciel nie był z pewnością fałszywym prorokiem. Co więcej, wieszczone zmiany poszły w dobrym kierunku, w stronę duchowej odnowy człowieka jako takiego, a sam proces przemian trwa nadal. Są to zatem okoliczności warte odnotowania i mogą napawać optymizmem.

O anonimowym posłańcu, który pierwszy w naszym mieście głosił dobrą nowinę, nie mamy żadnych, potwierdzonych dokumentami, wiadomości. Te kilka skąpych informacji na jego temat, jakie posiadamy, wydają się raczej wytworem późniejszej legendy. Miał rzekomo pochodzić z zamożnej rodziny mieszczańskiej, która swego protoplastę upatrywała w bogatym kupcu niderlandzkim, przybyłym do naszego miasta z końcem XV wieku. Wedle tej legendy daleki potomek niderlandzkiego przybysza cały swój majątek, odziedziczony po szacownych przodkach, rozdał dla ubogich i jako sługa sług zaczął się trudnić przepowiadaniem. Był zresztą człowiekiem wykształconym i obok historii i filozofii studiował matematykę i informatykę.

Jakiekolwiek byłyby owe szczątkowe informacje o pierwszym głosicielu dobrej nowiny, wydaje się rzeczą dość naturalną, iż jakaś taka osoba, która niewątpliwie zasłużyła na chwałę i wraz palmę pierwszeństwa, musiała z pewnością żyć i działać, choćby się jawiła z niejakim piętnem anonimowości. Z drugiej jednak strony, istnieje konkurencyjna teoria, wedle której nigdy nie było jednego posłańca, owszem, w pewnym momencie dziejów miasta zrodziło się ich nagle wielu. Co do nas, jesteśmy raczej zwolennikami teorii stawiającej tezę, że daleki potomek niderlandzkiego kupca był rzeczywiście pierwszym zwiastunem nowych czasów. A wziąwszy pod uwagę, iż to w naszym mieście zrodził się duch odnowy, który z czasem ogarnął inne skupiska miejskie i rozprzestrzenił się szeroko po świecie, anonimowemu potomkowi kupca niderlandzkiego istotnie przynależy szczególne miejsce w historii powszechnej. Godzi się wspomnieć, że przepowiadane zmiany nie miały zrazu wydźwięku pozytywnego i chociażby z tej racji nie posiadały także charakteru dobrej nowiny. Przeciwnie. Budziły lęk mimo czy też skutkiem swego ogólnikowego i nieco enigmatycznego sformułowania, przekazywanego sobie z ust do ust, że oto kończy się stary porządek i wkrótce nadejdą wielkie, doniosłe i daleko idące zmiany. Historyczne przemiany prócz zwykłej ciekawości budzą także lęk. Trzeba uczciwie powiedzieć, że niewielu było śmiałków, którzy z niecierpliwością wyczekiwali prorokowanych zmian. Byli to przede wszystkim ludzie stojący najniżej w hierarchii społecznej, jak to się czasem określa, nie mający nic do stracenia, natomiast posiadający niejaki apetyt i nadzieję na polepszenie swej doli. Tych zaś było stosunkowo niewielu. Albowiem od zarania dziejów czuwała nad nami Opatrzność, mieliśmy szczęście do dobrych administratorów, gospodarzy miasta, nasi mieszkańcy byli pracowitymi, uczciwymi i często dość zamożnymi obywatelami.

I kiedy od paru już pokoleń życie płynęło spokojnym nurtem, a najbliższa przyszłość była przewidywalna, nagle tamto nie mające precedensu, stowarzyszone i przejmujące bicie dzwonów. Czy ktoś mógłby się spodziewać? Bicie tym bardziej niepokojące, że żywo w pamięci mieliśmy przecież niedawną powódź wszech czasów. No, a teraz, ni stąd, ni zowąd, te ciężkie spiżowe dzwony, które całkiem samorzutnie, bo nie za sprawą dzwonnika, lecz zgoła same z siebie, czy może rozkołysane czyjąś niewidzialną ręką, biły jakby na trwogę, i dzień i noc nie pozwalały zmrużyć oka strwożonym obywatelom prastarego grodu. Jakby na znak dany z nieba i pod niebios dyktando, dzwony punkt dwunasta w południe rozdzwoniły się równocześnie we wszystkich kościołach miasta. Umilkły po trzech dniach największej, niemal bolesnej udręki. Jednak nie skończył się wraz z ich zamilknięciem i nie pierzchnął dojmujący strach. Jedynie cokolwiek złagodniał. I tak stan niepewności i trwożnego lęku miał się utrzymywać jeszcze długo, przez dziesięć do dwunastu miesięcy. Nie były to łatwe tygodnie i miesiące do przetrwania i przeżycia. I dla nas już na zawsze będą się kojarzyć z godziną próby, po której wszechobecny lęk zaczął jednak powoli ustępować. Odchodził w niepamięć, gdy z każdym nowym dniem przekonywano się niezbicie, że słońce na niebie nie zmieniło się w białego karła, miasta nie nawiedziła zaraza, ani nie strawił ogień z niebios, nie rozpadł się dawny ład społeczny, jak i też nie odnotowano żadnej krwawej rewolucji. Mało tego, w miarę postępujących zmian obywatele nasi poczęli stopniowo odczuwać dobrodziejstwa wynikające z przewartościowań. Czego zresztą nie umniejsza okoliczność, iż dziejowe przemiany dokonywały się przede wszystkim w sferze intelektualno-moralnej. Powoli zmieniała się duchowość mieszkańców miasta, zmieniała się ich dotychczasowa, powszednia moralność, zmieniał się wyraźnie stosunek człowieka do człowieka. Te zaś czynniki powodowały jeszcze lepsze zarządzanie miastem, sprawiedliwszy podział dóbr i w konsekwencji coraz powszechniejsze poczucie, iż żyje się i pracuje w swojej małej ojczyźnie, gdzie każdy jest przydatny, ba, nawet niezbędny, szanowany tak przez władzę zwierzchnią, współobywateli, jak i też przyjaciół i własną rodzinę.

Jak powiedziano, dzwony rozdzwoniły się naraz, niespodzianie i, by tak rzec, w porządku nadprzyrodzonym. Rzecz miała miejsce po długim okresie przygotowawczym, trwającym dobrych kilkanaście lat, w którym to czasie anonimowi głosiciele radykalnych zmian wykonywali swą mozolną pracę bez wtóru trąb i werbli. Przy czym jeśli wziąć pod uwagę okoliczność, iż wielu natchnionych kapłanów i teologów, co prawda na trochę innych drogach i odwołując się do nieco innych pryncypiów, próbowało na długo przedtem zachęcać lud Boży do przebudzenia, do podjęcia trudu duchowej odnowy czy przemiany, wówczas do wspomnianego okresu przygotowawczego należałoby dodać co najmniej kilka dziesięcioleci. W tym to czasie pośród prekursorów odnowy znaleźć by można również przedstawicieli różnej maści sekt, jak i pojedynczych samozwańczych kaznodziei. W każdym razie dzwony odezwały się w szczytowym okresie zespolenia sił i środków, gdy świadomość obywateli dojrzała na tyle, że powszechna stała się wiara w rychłe przyjście nowego, cokolwiek by owo nowe miało ze sobą przynieść. W domu i na ulicy, w tramwaju i autobusie, w szkole, na uczelni i w miejscu pracy, wszędzie mówiło się o jutrze, które napawało lękiem, ale też kusiło i nęciło swą jeszcze nie ujawnioną tajemnicą.

Dziś już w jakimś fragmencie znamy ową tajemnicę. Odsłoniła się częściowo przed nami i dała się poznać poprzez dobro, w którym się wyraziła. Jesteśmy tego świadomi. Podobnie zdajemy sobie sprawę z doniosłości zaistniałych w przeszłości wydarzeń i jesteśmy dumni z faktu, iż tamto bezprecedensowe bicie dzwonów we wszystkich kościołach naszego miasta, które rozpoczęło się 30 listopada 2030 roku, dziś, w piętnaście lat później, historycy dość powszechnie przyjmują za datę graniczną, która zamyka drugie i zarazem otwiera trzecie tysiąclecie.



Napomknęliśmy już o tym. Niespełna trzy lata przed tamtą graniczną datą miasto nasze nawiedziła niespotykana dotąd powódź. Generalnie była następstwem srogiej zimy i niezwykle obfitych śniegów, które od grudnia do połowy marca nękały miasto i cały okręg. Śnieg zaczął padać już w pierwszych dniach grudnia i początkowo wywołał jedynie ogólną radość całej społeczności. W poprzedzających wydarzenie latach był rzadkością, jako że zmiany klimatyczne związane z ociepleniem ugruntowały się niemal w pełni. I nagle taka odmiana. Zwłaszcza dzieciom młodszym i trochę starszym aura sprawiła ogromnie miłą niespodziankę, gdyż na Świętego Mikołaja miasto tonęło w krystalicznie białym puchu i wyglądało jak z bajki. A ponieważ przez kilka ostatnich lat nie było w zimie śniegu ani na lekarstwo, uprzedzając pragnienia naszych pociech i nie chcąc im ograniczać trafiającej się właśnie okazji do jak najdłuższego, wielogodzinnego przebywania na powietrzu i korzystania ze sportów zimowych, nart, łyżew i sanek, czy też jakiego bądź uczestniczenia w białym szaleństwie, przedstawiciel władz oświatowych naszego miasta oraz okręgu, jeszcze wieczorem 5 grudnia, ogłosił przez radio oraz telewizję bezterminowe zawieszenie zajęć dydaktycznych. Zarządzenie dotyczyło wszystkich szkół podstawowych oraz średnich. Rozporządzenie było na tyle ważne, że nie pominęły go w swych komunikatach żadne media. Jego treść zamieszczono natychmiast na pierwszych stronach gazet oraz w funkcjonującym od niedawna interglobie, powstałym na bazie internetu, który zresztą nadal istniał jako odrębne medium. Takie stanowisko władz podyktowane było niewątpliwie dobrem dzieci i młodzieży, jednocześnie w przekonaniu, że za dwa, trzy dni, no, najdalej tydzień, śnieg stopnieje, a uczniowie wrócą do szkoły. Te parę dni bez systematycznych zajęć zawsze będzie można później nadgonić, a najważniejsze jest przecież zdrowie i samopoczucie młodych współobywateli. Jednak kiedy po tygodniu śnieg nie tylko że nie stopniał, ale go jeszcze przybyło, ponownie w prasie, radiu i telewizji oraz w sieci interglobu wystąpił prefekt oświaty publicznej i wychowania z komunikatem, tym razem wzywającym wszystkich uczniów do rozpoczynających się już nazajutrz, chwilowo przerwanych zajęć szkolnych.

Śnieg cały czas sypał i w połowie grudnia miasto zaczęło zdradzać niejakie problemy z komunikacją. Nie były jeszcze poważne, dopiero się zaczynały. Częściej niż zwykle widziało się stojące w korkach samochody, między przystankami zatrzymujące się tramwaje na nieprzewidziany dłuższy postój. Jednak w miarę upływających dni, gdy mróz trzymał a śniegu wciąż przybywało, sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Sprawne dotąd służby miejskie wyraźnie przestawały nadążać z odśnieżaniem ulic i chodników. Rychło też okazało się, że dla lawinowo rosnących potrzeb park maszynowy tak służb drogowych, jak i przedsiębiorstwa oczyszczania, jest zbyt ubogi. Pokazywało się czarno na białym, że brakuje pługów do odśnieżania oraz innego tego typu sprzętu. Trakty komunikacyjne powoli stawały się niedrożne. Samochody ciężarowe, wywożące śnieg poza miasto, grzęzły w wielokilometrowych korkach. Śnieg, którego nie zdołano w porę uprzątnąć, kładł się grubą warstwą na chodnikach, w porę nie usunięty zawalał place i skwery, tworząc na nich ogromne białe hałdy. Częściej niż zwykle dawało znać o sobie zdenerwowanie obywateli z powodu różnorakich utrudnień komunikacyjnych i nie tylko. Ktoś niecierpliwie wymachiwał rękami, gdy nie mógł się doczekać na autobus, ktoś inny w podnieceniu podnosił głos i zaczynał pokrzykiwać, kiedy rosła góra nie wywiezionych śmieci na śmietniku, ktoś jeszcze inny głośno przeklinał nie mogąc wyprowadzić samochodu z garażu. Z każdym dniem takich podenerwowanych ziomków widziało się i spotykało coraz to więcej. Ten cokolwiek niemiły widok szczęśliwie łagodziły radosne i uśmiechnięte twarze dzieci i nastolatków obrzucających się śnieżkami i dokazujących do woli w niekończących się zabawach na świeżym powietrzu.

Śnieg wciąż dosypywał i na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, w obliczu grożącej miastu zapaści komunikacyjnej, a w konsekwencji totalnemu paraliżowi, burmistrz metropolii ogłosił powszechną mobilizację mieszkańców do walki z żywiołem. Nie wróżyło to bynajmniej spokojnych i radosnych Świąt. A w każdym bądź razie w miarę normalnych. Choć śnieg z małymi przerwami sypał nadal, owo powszechne obywatelskie przystąpienie do działań sprawiło, że Święta przebiegły na ogół spokojnie i radośnie, pod znakiem kultywowanej od wieków tradycji. W dniach świątecznych w zasadzie nikt nie pracował, oczywiście poza nielicznymi patrolami i grupami z ramienia służb gospodarki komunalnej, zwyczajowo wykonujących najniezbędniejsze prace. Pozostali obywatele świętowali jak każe tradycja, z reguły w gronie rodzinnym, przy choince i suto zastawionym stole. Naturalnie większość nie omieszkała pójść najpierw do kościoła na uroczystą Pasterkę o północy, a następnie na dogodną dla siebie Mszę świętą w dzień Narodzenia Pańskiego. W domach nie zabrakło wszelakiego jadła i napitku, a także prezentów pod choinką, szczególnie dla najmłodszych latorośli. Mimo że przedświąteczna wymiana towarowa z innymi ośrodkami i centrami zaopatrzenia była utrudniona z uwagi na niedostatecznie drożne trakty komunikacyjne, to jednak w rezultacie nie zawiodła i, z czystym sumieniem można powiedzieć, że dzięki Opatrzności, wszystkiego było pod dostatkiem, podobnie jak każdego innego roku. W Rotundzie Na Placu Zbawiciela, przy ogromnej kilkudziesięciometrowej choince i hojnie zastawionych stołach, z inicjatywy Kościoła i po większej części z jego środków, jednocześnie przy czynnym poparciu władz miasta odbyła się Wigilia dla osób samotnych. I jakkolwiek w tamte pamiętne Święta niczego z dóbr tego świata zdawało się nie brakować tak ludziom, jak i miastu, to jednak z owych obfitości i darów nieba najwięcej było śniegu. A Święta ze śniegiem to podwójna radość. Wszystko wokół jawiło się nieskalanie białe. Ulice, place i skwery, pokryte śniegiem górki zjazdowe i rojne jak nigdy; zaśnieżone parki miejskie, skąpane w śniegu świątynie, budowle i gmachy użyteczności publicznej; jaśniejące w bieli bloki mieszkalne, drzewa i wszystkie pomniejsze domy i budynki. Zaśnieżone pobocza dróg oraz spowite w biały puch wolno sunące samochody, autobusy, tramwaje i pociągi.

Oczywiście zaraz po Nowym Roku miasto ożywiło się w swej zwykłej powszedniej pracy i krzątaninie. Przystąpiono energicznie zwłaszcza do uprzątnięcia zalegającego wszędzie śniegu, którego w dniach świątecznych przybyło w dwójnasób. A nowy wciąż dosypywał. Do pomocy służbom drogowym w pierwszej kolejności przystąpili strażacy. Nie mieli jednak odpowiedniego do tego celu sprzętu, więc ich godzien pochwały zapał na niewiele się zdał w pierwszych dniach pospiesznych działań. Efekt stał się widoczny z chwilą, kiedy, z inicjatywy naczelnego generała, stacjonująca w metropolii jednostka wojskowa wprowadziła do akcji tak bardzo potrzebne samochody ciężarowe, koparki, kilofy, łopaty i inne akcesoria, jak też włączyła do całego przedsięwzięcia siły ludzkie. Zdwojony zapał żołnierzy i strażaków stawiał czoła żywiołowi przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Naturalnie praca odbywała się w systemie rotacyjnym, gdzie wymieniali się poszczególni strażacy i żołnierze. I tak przez dwadzieścia cztery godziny na dobę tamte gęsto w mieście usypane góry śniegu rozkopywano, po czym śnieg załadowywano na ciężarówki i wywożono poza metropolię. W ten mniej więcej sposób wszystkie siły rzucone do walki z żywiołem pracowały przez cały styczeń. Jednak śnieg nadal sypał bądź lekko posypywał, a dziesięciostopniowy mróz nie ustępował. W dodatku prognozy meteorologiczne nie przewidywały w najbliższym czasie ocieplenia.

Pomimo pełnego zaangażowania ludzi oraz użycia dostępnych środków, w połowie lutego w mieście zalegała średnio jednometrowa pokrywa śniegu, nie licząc wysokich hałd, usypanych na placach, skwerach, w parkach, na terenach rekreacyjnych, stadionach, polach golfowych i torach wyścigowych.

Jeśli pominąć tę nieustanną walkę z żywiołem, życie w mieście toczyło się w miarę normalnie. Uczniowie młodsi i starsi bez szemrania uczęszczali na swoje przedpołudniowe zajęcia w szkole. Wielu z nich do szkoły przybywało na przyczepionych do nóg nartach. Jako że czas był wyjątkowy, prefekt oświaty publicznej i wychowania wyszedł naprzeciw oczekiwaniom uczniów i stosownym aktem prawnym ogłosił bezterminowe zwolnienie ich z uciążliwego i powszechnie nielubianego obowiązku zadań domowych. Dzięki temu uczniowie po przyjściu ze szkoły, jeśli tylko pozwalali na to rodzice, mogli do późna wieczór korzystać z zimowej aury i nie ślęczeć nad książkami, zaprzątając sobie głowę popołudniowym odrabianiem lekcji. W tak sprzyjających okolicznościach zarówno wielkiemu saneczkowaniu, jak i narciarskim wyczynom na stromych stokach Siedmiu Wzgórz nie było końca. Podobnie zresztą jak na wszystkich innych górkach i pagórkach w mieście. Normalnie funkcjonowały uczelnie, akademie i wyższe seminaria duchowne, szkoły prywatne i Papieski Uniwersytet im. Jana Pawła II. Działały przedsiębiorstwa, firmy i zakłady pracy. Otwarte były kina, kawiarnie, restauracje, jak również inne miejsca towarzyskich spotkań i godziwej rozrywki. Ludzie byli na ogół pogodzeni z nieco dziwną anomalią pogodową, spokojnie i ufnie patrzyli w przyszłość i nikt nie zdawał się przewidywać, że za jakiś miesiąc dopiero się zacznie prawdziwa klęska.

Zanim się jednak rozpoczęła w połowie marca, przez bieżące dni i tygodnie mróz nie zelżał, a śnieg tak w naszym mieście, jak i całym okręgu wciąż gęsto sypał, a w najlepszym wypadku lekko prószył i w rezultacie, gdy 15 marca przyszło gwałtowne ocieplenie i temperatura wzrosła do plus pięciu stopni, śniegu wszędzie było średnio licząc półtora metra. Jeszcze gorsza sytuacja pod tym względem panowała w niektórych okolicznych wsiach okręgu. Ludzie z najbliższym otoczeniem i trochę dalszym światem łączyli się poprzez wykopane własnoręcznie w śniegu korytarze, które przypominały głębokie wąwozy czy też rowy strzeleckie, dobrze znane z obu wcześniejszych wojen i udokumentowane w literaturze. Zresztą cóż mówić o tych biednych i nieco zapomnianych ludziach, pozostawionych samym sobie, gdy, jak chodzi o metropolię, to uprzykrzonej, stale rosnącej nawałnicy śniegu nie zdołały w porę powstrzymać czy też zahamować dobrze zorganizowane siły służb drogowych i komunalnych, wsparte siłami wojska, policji i straży pożarnej, poszerzone solidarnie o wolontariuszy, a zatem wszystkich tych ofiarnych ludzi od początku bez reszty zaangażowanych w walce z żywiołem.

Sam śnieg, nawet duży, z jakim do tej pory nie mieliśmy do czynienia, to pół biedy. Zwłaszcza że przez cały luty i pierwszą dekadę marca trzymał siarczysty mróz. Ale gwałtowne ocieplenie, które nagle przyszło w połowie miesiąca, nieodwołalnie przyniosło ze sobą zapowiedź, czy wręcz widmo bliskiej katastrofy. Kataklizm powodzi stawał się tym bardziej realny i bliski, że w nadchodzących dniach siła słońca nie słabła, a temperatura stopniowo wzrastała. Począł się więc szybko topić zalegający wszędzie śnieg. Jak odnotowały kroniki, 20 marca temperatura powietrza w naszym mieście osiągnęła wartość 15 stopni Celsjusza. Zanim skończył się marzec słupek rtęci w słońcu podskoczył do prawie 20 stopni! Roztopy, które zaczęły się w połowie marca, z każdym dniem nasilały się teraz. Wody z topniejącego śniegu przybywało z każdą godziną i minutą. Poziom rzeki rósł niepokojąco. Widać było gołym okiem, że gdy na przekór prognozom nie przyjdzie raptem wyraźne oziębienie, miasto czeka nieuchronna powódź. Ale jak tu spodziewać się mrozu na koniec marca? Byłoby to wbrew rozsądkowi i wszelkiej logice, a nade wszystko prawom natury. Z minuty na minutę sytuacja pogarszała się, ślepo parła ku katastrofie, i zdawali sobie dobrze z tego sprawę mieszkańcy miasta i okręgu. W ich oczach czaił się niepokój i strach, gdy wyglądali przez okna swych domów lub wychodzili z nich i musieli wówczas brodzić w mokrym śniegu, bajorach i rozlewiskach wody, gdy spoglądali na ulice, które przemieniały się w rwące potoki, gdy patrzyli na wzbierającą rzekę, która niebawem miała wystąpić z brzegów. Strwożeni ludzie patrzyli z niedowierzaniem i zdawali się być zupełnie bezradni. Wszyscy byliśmy bezradni, choć uwijaliśmy się ze swą pracą i zatracali w zapobiegliwym trudzie. Poniekąd daremny był trud całego tego pospolitego ruszenia obywateli przeciw tym razem wodzie powstałej ze śniegu, która podmywała domy i stopniowo wdzierała się do sklepów, biur, warsztatów pracy, mieszkań i piwnic. Wszystkie działania, które podejmowaliśmy przeciwko potężniejszemu żywiołowi wody, z natury rzeczy były dalece niewystarczające, by mogły zapobiec nieuchronnej klęsce. I w zasadzie zdawaliśmy sobie z tego sprawę od początku. Liczyliśmy na cud. Pokładaliśmy nadzieję w Opatrzności, która nas mimo wszystko ocali.

Jeśli do połowy marca życie miasta wyglądało w miarę normalnie, to odkąd przyszły gwałtowne wiosenne roztopy i nad miastem zawisło widmo rychłego potopu, a w każdym razie urealniała się na ogromną skalę niewyobrażalna wręcz powódź, niemal wszystko odmieniło się teraz do niepoznaki. Paniczny strach zaczął udzielać się wielu mieszkańcom i choćby z tego powodu nic już nie było normalne jak dotąd. Coraz więcej ludzi zaczynało gromadzić się w świątyniach, by tam w przebłagalnych modlitwach prosić Boga o przebaczenie win, darowanie grzechów i powstrzymanie i oddalenie narastającego niebezpieczeństwa. Czy ktoś mógłby się temu dziwić, że przebłagalne i ofiarne modlitwy, podjęte natenczas we wszystkich naszych kościołach i świątyniach, stały się odtąd codziennym zwyczajem zatrwożonych mieszkańców metropolii? Podobnie było w całym okręgu.

Do Boga, Pana i władcy świata, w chwilach wolnych od walki z żywiołem zanosiliśmy modlitwy i czyniliśmy pokutę. Korna modlitwa znosiła częściowo strach, umacniała nasze serca, dawała nadzieję i przysparzała sił witalnych. Sił tak potrzebnych do nowych przedsięwzięć i podejmowanych akcji. I tak duża część mieszkańców miasta w pospolitym ruszeniu rzuciła się z impetem do wzmacniania podmokłych wałów i brzegów naszej rzeki. Pracowano bez wytchnienia. Dzień i noc napełniano worki piaskiem i układano w miejscach najbardziej zagrożonych przerwaniem grząskiego gruntu pod naporem wody. Pracowały przy tym przedsięwzięciu, pospiesznej i ofiarnej akcji, dziesiątki tysięcy wolontariuszy. Przeważnie byli to ludzie młodzi, uczniowie i studenci. Na odśnieżonych, górzystych terenach poza miastem wydobywano piasek, załadowywano go na samochody ciężarowe, po czym dowożono do najbardziej pilnych, wyznaczonych przez sztab antykryzysowy, miejsc nad brzegiem rzeki. Tam ładowano piasek do mocnych worków brezentowych i umacniano nim podmokły grunt.

Nic nie pomogło. W nocy 1 kwietnia 2027 roku, zbliżająca się od kilku dni fala powodziowa przerwała wały ochronne i umocnienia, i spiętrzone wody rzeki od południowego wschodu rozlały się na lwią część miasta. Tego miasta, które już i tak było w całości mocno podtopione przez wody topniejącego śniegu. Jeszcze zanim kulminacyjna fala dotarła do miasta, woda szeroką ławą rozlała się na Niskich Łąkach i zatopiła niżej położone domostwa.

Ponieważ w kolejnych dniach temperatura nie schodziła poniżej 20 stopni, gwałtownie topniejący śnieg tylko powiększał katastrofę. To, co nie zdołały zalać wody rzeki, zatapiane było stopniowo wodą ze śniegu. Podobnie było w całym okręgu. Nic tylko wielka, wszechogarniająca woda, powódź na niebywałą skalę, o której miało się mówić z drżeniem serca jeszcze przez wiele długich lat. Najbardziej ucierpiały wsie i małe miasteczka. Ale i w naszym prastarym grodzie nie było wcale lepiej czy łatwiej. Kiedy około 5 kwietnia wszystek śnieg stopniał, całe miasto stało w wodzie. Woda miejscami sięgała pierwszego piętra podtopionych domów.

A jednak ludzie jakby odetchnęli z ulgą. Wyglądać to może na paradoks. Niemniej to, co wisiało w powietrzu od dawna, owo nienawistne widmo katastrofy, wreszcie zmaterializowało się do końca. Jednocześnie wszyscy czuliśmy podskórnie, że najgorsze mamy za sobą. Ale tylko najgorsze.

Na wodzie pojawiły się pojedyncze kajaki i naprędce sklecone łódki. Wiosłowali w nich nie pozbawieni fantazji wesołkowie, których zwykle nie brak nawet w najbardziej smutnych i przygnębiających czasach i którzy w ten nowy sposób, odpowiadający potrzebie chwili, wybrali się na spacer po mieście. Inni, bardziej praktyczni, wypłynęli z zamiarem złowienia jakiejś większej ryby na kolację. Jeszcze inni, przeważnie młodzi chłopcy, owe sympatyczne urwisy, sporządzając, dajmy na to z drzwi starego, nieużywanego garażu, bardziej przydatną w tych okolicznościach tratwę, z żerdzią w dłoniach wyruszali w miasto raczej dla zwykłej przygody, frajdy czy uciechy, niż w jakimś konkretnym, pożytecznym celu. Niemniej wszystko to były obrazki w sumie dość rzadkie. Nad miastem przede wszystkim ciążyła atmosfera klęski, powszechnie panował smutek i duch obywatelskiego i indywidualnego zatroskania o los własny, swoich najbliższych, jak i całego miasta wciąż pogrążonego w odmęcie.

I tak życie odmieniło się w zupełności. Jednocześnie w dużym stopniu zamarło. Zamarł i przestał istnieć zwykły ruch uliczny i codzienna praca obywateli, owa niezbędna i konieczna dla dalszego istnienia kategoria. Przymusowo zamknięci w swoich domach i rzuceni w bezczynność, stroskani obywatele w posępnym milczeniu i bezradnie wyglądali przez okna. Był to widok tyleż niecodzienny, co i z gruntu mało optymistyczny. Tylu ludzi na raz stłoczonych w oknach swych mieszkań i, co tu dużo mówić, zagrożonych w swej podstawowej, życiowej egzystencji! Na szczęście okazało się, że zagrożonych tylko przejściowo, przez jakąś chwilę, choćby nawet ta chwila dla co bardziej niecierpliwych obywateli wydawała się wiecznością. Ale pomoc nadchodziła, z każdą godziną była coraz bliżej, mimo że początkowo nie byliśmy tego świadomi. I tak, już trzeciego dnia, owego sądnego dnia klęski, jaka pogrążyła miasto w odmętach żywiołu, nadspodziewanie liczne statki rzeczne, wojskowe łodzie motorowe i pontony pojawiły się na wodach. Nagle spadły jakby z nieba i wywołały swym przybyciem powszechną radość mieszkańców, wcześniej pogrążonych w cierpieniu, przygnębionych i przybitych niepomyślnymi wydarzeniami, z jakimi mieli dotąd do czynienia. Statki i motorówki, wypełnione po brzegi prowiantem, kursowały od wieżowca do wieżowca, od jednego domu stojącego w wodzie do drugiego, i dostarczały uwięzionym mieszkańcom przede wszystkim chleba i wody pitnej. Była to solidarna pomoc ludzi, która przyszła rychło z innych ośrodków w kraju, szczęśliwie nie dotkniętych żywiołem. Jesteśmy im dotąd bezgranicznie wdzięczni i czujemy się dłużnikami ich bezinteresownej pomocy.

Gdy spojrzeć wstecz, straty były niewyobrażalnie wielkie. Poniekąd odczuwamy je po dziś dzień. Dorobek całego życia dziesiątków i setek tysięcy osób w jednej krótkiej chwili uległ zniszczeniu i przepadł. Ale też bezpowrotnie uległy zniszczeniu zabytki sakralne oraz te, będące wytworem kultury świeckiej. Dotkliwie pod tym względem ucierpiało zwłaszcza Stare Miasto. A już może najbardziej Ostrów Opatowski, będący jego sercem.

Straty w ludności były stosunkowo nieduże. Łatwo to zrozumieć. W obliczu zbliżającej się katastrofy, osoby posiadające mieszkania na parterze bez trudu znajdowały życzliwe schronienie u sąsiadów z wyższych kondygnacji. W tych smutnych dniach klęski solidarność ludzi była zjawiskiem powszechnym. Najczęściej utonięcia trafiały się pośród mieszkańców wiosek i małych osiedli. Ci bowiem nieszczęśnicy odcięci od świata, pozbawieni byli na ogół jakiejkolwiek pomocy. Jeszcze częściej w odmętach wody pogrążało się bydło i trzoda chlewna. Czasem także ptactwo domowe nie w porę wypuszczone z zamkniętych pomieszczeń na wolność. Zdarzały się wprawdzie przypadki uratowania tamtych biednych ludzi, wyczekujących ratunku na dachach swych domostw, jednak nieszczęsna zwierzyna przeważnie tonęła. Ratunek, jeśli przychodził, to w postaci wojskowej amfibii, pontonu, jak również tu i ówdzie warczącego nad głową śmigłowca.

Jeśli wziąć pod uwagę miasto wraz z okręgiem, pod wodą znalazła się dziesiąta część powierzchni kraju. Nie było innej możliwości, gubernator prowincji ogłosił stan klęski żywiołowej.

Na dobre wody potopu opadły około 15 kwietnia. Zarówno jeśli chodzi o miasto, jak i cały okręg. Począwszy od tamtej daty, na nowo pod stopami człowieka zaczynał się powoli ukazywać suchy ląd. Wraz z jego widokiem poczęła wstępować w nasze serca nowa nadzieja. Nie pragnęliśmy dłużej rozpamiętywać minionego zła, niewyobrażalnej klęski żywiołowej. Kiedy już podziękowaliśmy dobremu Bogu za ocalenie, zaczęło się wielkie sprzątanie, remanent i szacowanie powstałych strat. W dalszej kolejności osuszanie, odmalowywanie, odnawianie, odbudowywanie, odrestaurowywanie itd., itp.

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 4918

Krótki opis zdarzeń zaistniałych w naszym mieście w przyszłości

Post#2 » 27 mar 2018, o 10:39

Ponieważ system nie pozwala zamieścić trochę dłuższego tekstu w jednym kawałku, więc musiałem go podzielić na trzy części. Część drugą i trzecią wkleiłem w dwóch postach poniżej.

Wypadałoby po prostu przeczytać regulamin, Waldemarze, bo jest w nim opisane, jak należy publikować teksty długie.
Nadprogramowe posty usuwam zgodnie z zasadami.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości