Rdzawy pył Część 2

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Rdzawy pył Część 2

Post#1 » 12 lis 2016, o 11:49

Część poprzednia
Minęła ponad godzina nim zaobserwowaliśmy pierwsze zwierzęta. Tak jak przypuszczaliśmy te żyjące głęboko na pustyni muszą prowadzić nocny tryb życia. My jednak znajdowaliśmy się już w pobliżu równin i mieliśmy w perspektywie dojście do rzeki, na brzegu, której zaginął pierwszy łazik.
Zwierzęta te nie przypominały za bardzo naszych ptaków. Prócz tego, że miały pióra, nic nie łączyło je z ziemskimi władcami przestworzy. Były wyglądem zbliżone do naszych wyobrażeń smoków. Miały ogon z kolcami, który pozwalał im błyskawicznie zmieniać kierunek lotu. Paszcze przypominały rekinie szczęki, ponieważ posiadały podwójny zestaw zębów. Najprawdopodobniej, więc były drapieżnikami. Rozpiętość skrzydeł największego zaobserwowanego osobnika miała powyżej czterech metrów, choć ich smukłe ciało w kłębie nie przekraczało metra. Posiadały parę górnych łap, które były dość krótkie i wątłe, oraz parę dolnych łap, mięsistych wystarczająco by zwierzę mogło wylądować na powierzchni i się po niej przechadzać.
Wiem to, bo mogłem się jednemu z nich przyjrzeć z bliska, a wszystko to było zasługą porywczego marines, który od razu, jak zauważył na horyzoncie poruszający się kształt, zaczął strzelać z broni impulsowej. Tylko taką pozwolono nam wziąć na wyprawę, z powodu składu atmosfery, która wykluczała użycie broni palnej. Minęło jeszcze trochę czasu nim zbliżyliśmy się na dostateczną odległość by zobaczyć nieruchome ciało.
Przy tej okazji zaobserwowaliśmy lokalnych padlinożerców konsumujących truchło. Przypominały mi trochę szczypawki z dzieciństwa. To znaczy, gdyby szczypawki były tak duże, to bym bał się do nich podejść. Te przekraczały długością moje przedramię.
— Cholernie duży skorek, no nie? — westchnęła Olga.
— Nie brzydzi się pani takich stworzeń? — zapytał kapitan, widać liczący na obronienie damy w opresji.
— Nie, nie brzydzę. — Zaśmiała się.
— No, duży. Ciekawe, czym się żywi, gdy w pobliżu nie ma bezmózgich przedstawicieli służb specjalnych. — zgodziłem się z jej poprzednią wypowiedzią.
Towarzystwo zamarło czekając na reakcję obrażanego. Prosiłem się o konflikt, ale naprawdę mnie zdenerwowało jego zachowanie. Widzisz coś ruszającego się na nieznanej planecie. Ognia! Później naukowcy sobie sprawdzą co to jest.
— Pewnie naukowcami bez jaj, takimi jak ty. — odparował po chwili namysłu żołnierz.
— Przypuszczam, że rzadko zapuszczają się tu twoi wykładowcy. Jeśli jakichkolwiek miałeś — prychnąłem — bo takiego co by chciał mówić do ściany, to trzeba się nieźle naszukać.
— Twierdzisz, ze mam jakiś problem z wagą?
— Z wagą nie.— Widocznie nie zrozumiał tego, co chciałem mu przekazać. — Nieważne, proszę cie tylko abyś na drugi raz najpierw myślał, a później strzelał.
Podziałało jak płachta na byka.
— Ty chyba naprawdę chcesz stracić wszystkie zęby. — warknął.
— A co? Znasz dobrego dentystę na tej planecie? Bo po stanie twojego uzębienia i oddechu, proszę nie polecaj mi swojego.
— Zamknij się. — syknął cicho do mnie Sandro.
— Coś sugerujesz? — Napiął się marines.
— Nic czego by wszyscy nie czuli i nie widzieli.
— To mi się podoba. — Ucieszyła się Olga — Tak powinna wyglądać rozmowa prawdziwych mężczyzn. Jeden drugiego obraża, dają sobie po mordach, a później idą się razem napić.
— Pierwszy warunek spełniony, drugiego wolałbym uniknąć, a na trzecie coś poradzimy. — Już wiedziałem jak wybrnąć z tej sytuacji. — Teoretycznie powinniśmy się napić tylko we dwóch, ale z powodu tego, że w towarzystwie znajduje się dama, a do tego jest naszym mediatorem, jej również zaproponuję kolejkę.
Wyciągnąłem zza pazuchy jedną z piersiówek, dokładniej tą oznaczoną mało widoczną czaszką. Nie musiałem usłyszeć potwierdzenia od pozostałej dwójki. Rosjanka nie byłaby sobą gdyby się nie napiła, a marines nawet nie spróbuje zanegować rozwiązania, które jak mu się wydaje w tym momencie podsunęła pani Wice kapitan.
— Wybaczcie, że z jednego kieliszka, ale rozumiecie, nie byłem przygotowany na tak zacne towarzystwo. Na zdrowie. — Uśmiechnąłem się szeroko do pani porucznik. Przyjęła polany kieliszek i łyknęła na raz. Zobaczyłem zdumienie na jej twarzy, gdy zrozumiała, co konkretnie jej polałem. Zagryzła rękawem. Twarda baba.
— Hmm... No to do pana Goldberga. — odkaszlnęła — Na zdrowie.
Przyjął kieliszek i również jednym rzutem wypił zawartość. A po chwili zwrócił ją wraz z całym śniadaniem. Rozkaszlał się niczym astmatyk w czasie ataku, oczy zaszły mu łzami.
— Coś się stało? Nie weszło?
Nie był w stanie nawet spojrzeć na mnie wściekle. Wciąż wyrzucał resztki pokarmu z żołądka.
— Pani Olgo, czy byłaby pani tak miła i z powodu niedyspozycji naszego marines, polała mi kieliszek. Przecież samemu sobie polewać nie wypada. — Przyjęła ode mnie piersiówkę i podniosła kieliszek z ziemi.
— Wybaczy pan, ja blondynka, polałam po sam czubek. Na zdrowie.
— Zdarza się. Sto lat. — Łyknąłem na raz i starałem się nie dać po sobie poznać niczego. Trudno, paliło jak diabli. Ale warto było.
Wice kapitan spojrzała na mnie z uznaniem. Wymieniliśmy się spojrzeniami. Wiedziałem, że dobrze wiedziała, co konkretnie polałem oraz, że alkohol o tak wysokiej procentowości został zdelegalizowany w prawie wszystkich krajach świata. No, oprócz mojego. Spojrzałem jej w oczy. Być może cienka nić porozumienia została zawarta między nami. Ale i tak nie przystąpię do jej fanklubu.
***
Dotarliśmy na brzeg rzeki. Tak jak wszystko dookoła miała barwę krwi. Nie żartuję, nawet trawa miała głęboko rubinową barwę. Obecnie wszyscy byliśmy umorusani w czerwonym pyle, który jakimś cudem zwiększał swoją gęstość wraz z oddalaniem się od pustyni. Po cichu z Joachimem układaliśmy specjalną funkcję ilości pyłu względem odległości od pustyni, w której z nudów braliśmy pod uwagę częstotliwość charkotu synalka prezydenta USA, jako pośrednika w wymianie gazowej. Co do wymiany gazowej, doszliśmy również do wniosku, że nawet częstotliwość puszczania przez niego bąków może mieć wielkie znaczenie.
Naszego równania nie udało nam się dokończyć, ponieważ wezwano murzyna na początek kolumny. Przepychałem się za nim, chcąc się znaleźć w centrum wydarzeń. Mogłem w nich nic nie robić, liczyła się dla mnie sama obecność. Choć i tak poprzednią akcją, zapewniłem na dzisiaj wystarczająco dużo rozrywki naszej ekipie i skupiłem na sobie parę ciekawskich spojrzeń. Dodatkowo zbliżeniem z panią porucznik narobiłem sobie kilku ukrytych wrogów.
— Czemu ta woda jest czerwona? — Zwrócił się do Joachima kapitan. Chyba nie był w stanie wymyślić bardziej debilnego pytania.
— Bo jest zanieczyszczona, jak wszystko wokoło, tym unoszącym się pyłem.
— Czyli jest niezdatna do picia?
— W stanie surowym nie. Ja ze swojej strony radziłbym porządnie ją odfiltrować i wezwać biologa by zbadał ją na obecność drobno żyjątek.
— Czyli nie może mi pan powiedzieć, że picie tej wody jest bezpieczne.
Nasz kapitan widocznie posiada dysfunkcję mózgu, potężną na tyle by skutecznie zahamować procesy myślowe w jego głowie.
— Nie, nie mogę. — potwierdził hydrolog.
— Zakaz picia tej wody. — Zarządził kapitan, nawet nie zauważając, tego, że nikt się nie kwapił do jej spożycia. — Właściwie to, co jest za pył?
— W większości to znana nam wszystkim rdza. — Nie było się co oszukiwać, na Ziemi coraz to więcej ludzi popadało w ubóstwo. Stare budynki i samochody rdzewiały od środka, ponieważ nikt ich nie konserwował. Kryzys ekonomiczny rozwarstwił społeczeństwo. — Z drobną domieszką zwykłego piasku.
— Czyli nic szkodliwego.
— Jeśli ktoś lubi smak żelaza. — mruknąłem tak, aby świta oficerska usłyszała.
— A pan ma kompetencje by wypowiadać się na ten temat?
— Wystarczy mi podstawowa wiedza. Przypuszczam, że po wypiciu wody z taką ilością tlenków żelaza, nieźle pogoni każdego.
— Dobrze, więc co należy zrobić, by ta woda nadawała się do picia?
— Sandro powinien mieć filtry mechaniczno-chemiczne wody. Jednak dalej nie rozwiązują one problemu większości drobnoustrojów pływających spokojnie w tej wodzie. Organizmy w tym czerwonym piekle różnią się znacznie od naszych i obawiam się, że nasze detergenty mogą na nie, nie podziałać.— Joachim wzruszył ramionami.
— Jak to nie podziałać? — zapytał się synalek dyktatora.
— Jak ty miałeś na imię? — Postanowiłem sobie z niego podrwić
— Osama.
— Wspaniałe imię! Już ci mój drogi Osamo, tłumaczę jak działają środki chemiczne. Przykładowo chlor zabiłby je natychmiastowo, ale ta woda wtedy nie nadawałaby się do spożycia. Musimy również uważać by nas te detergenty nie zabiły. Chyba cenisz sobie swoje życie? — Odpowiedziało mi energiczne kiwanie głową. — Więc zrozum fakt, że nie możemy ich wszystkich zabić od tak sobie.
— Zamknij się, bucu. — Zdenerwował się na mnie kapitan. — Czy wiesz, kim on jest?
— Synem dyktatora, który mianował się dożywotnim prezydentem. Rządzi teraz twardą ręką całą Ameryką Północną, ponieważ zajął zarówno Kanadę, jak i Meksyk. — odpowiedział mu Joachim. On również nie popierał radykalnych rozwiązań.
Nie zdążyliśmy dowiedzieć się, jakie konkretnie miałoby to, dla nas konsekwencje, ponieważ tuż obok kapitańskiego ucha przeleciała błyskawica.
Wszyscy odwróciliśmy wzrok w stronę marines. Jednak żaden z nich nie miał palców na spuście. Byli równie zaskoczeni jak my. Poza tym raczej nie chcieliby zabić kapitana, tylko mnie za tą poprzednią akcję. Ot przypadkowy wystrzał, który trafił jednego z prezydenckich klakierów dokładnie między oczy.
Po chwili doleciał do nas kolejny błysk, strzelano do nas zza rzeki. Oba strzały były widać ostrzegawcze. Co najważniejsze przypuszczalnie odkryliśmy powód zaginięcia łazików. A raczej ten powód znalazł nas.
***
Nie wiedzieliśmy, co moglibyśmy zrobić by przerwali ogień, tfu ostrzał. Patrzyliśmy się na siebie zastanawiając się, który wykaże inicjatywę i narazi się na trafienie. Po chwili jeden ze zbędnych na wahadłowcu oficerów, wychylił się zza prowizorycznej osłony, złożonej z naszych mocno wypchanych plecaków, pokazując w stronę strzelających gest pokoju ze Star Trecka. Tym razem tubylcy postanowili popisać się przed nami i trafili zwolennika pokoju prosto w krtań.
— Ma ktoś białą flagę? — Załkał Osama.
— Mam flagę swojego kraju. — jęknąłem z bólem w duszy. — Ale nie dam z niej zerwać czerwieni. Ta flaga nigdy nie oznaczała jeszcze chęci poddania się.
— Dawaj — warknął kapitan — i tak nie będzie widać czerwonego na tle tej planety.
Podniesienie białej flagi nie pomogło. Jedynie przeciwnicy mieli wyraźniejszy cel.
— To może jakaś inna. — Znów zajęczał synalek prezydenta.
— Dawać każdy swoją. — Ja nie miałem już nic do stracenia. Zdążyli już podeptać moją godność, używając flagi ojczyzny, jako znak poddania się. Niech inni też cierpią.
Wszyscy po kolei pokazywali swoje flagi. Joachim swoją wzbudził tylko większą agresję. Dopiero sztandar Pierra, naszego pokładowego lekarza, wywołał pożądaną przez nas reakcję. Zaśmiałem się w duchu, mogliśmy na to wpaść wcześniej.
Ostrzał ustał. Powoli wychodziliśmy gęsiego zza osłony. Pokazali nam gestami byśmy do nich przybyli. Z daleka już widziałem, że przypominali nas wyglądem. Żadnych galaretowatych odnóży, skrzydeł, czy innego bezeceństwa wymyślonego przez grafomańskich piewców fantastyki naukowej. Posiadaliśmy zaledwie dziesięć pontonów na całą ekipę, więc większość członków wyprawy zostanie na tym brzegu i będzie badać okoliczną faunę oraz florę utrzymując z nami i statkiem wyłącznie radiowy. Ja jednak miałem zagwarantowane miejsce na którymś z nich, ze względu na to, że przy rozdzielaniu ładunku na nasze plecy, przezornie włożyliśmy je do naszych plecaków.
— Wydawać pontony. — Krzyknął na naszą trójkę kapitan.
— A kwity? — Pozornie znudzonym głosem zapytał się go kwatermistrz.
— Ja ci zaraz wsadzę w dupę, te kwity.
— Skoro masz, to pokazuj. A jak nie masz, to nie wydamy ich. — stwierdziłem — To własność ekspedycji naukowej wyższych uczelni z całego świata. Tu musi być porządek, a nie jak w wojsku.
— Rozkazuję wam wydać pontony. — ryczał na nas kapitan.
Wszyscy ze śmiechem przypatrywali się tej scence, idealna drwina z biurokracji, której mieliśmy dość, już po pierwszych dniach od zapisu na misję.
— Dobra, chłopaki, ja biorę za to odpowiedzialność. — Puściła do nas oczko Olga.
Przegrałem głosowanie stosunkiem głosów 2:1. Ale wszyscy troje wywalczyliśmy sobie prawo do bycia członkami wycieczki na drugi brzeg rzeki.
***
Oczywiście wykorzystano nas, jako biologiczne silniki napędowe pontonów. Ja na szczęście dostałem ekipę pozbawioną wyższych szarż i tytułów. Samych ludzi nauki, trzech biologów i dwóch antropologów oraz jednego etnologa i zarazem lingwistę języków martwych. Miło się z nimi płynęło. Dowiedziałem się, czego oczekują na drugim brzegu. Biolodzy byli mi bardzo wdzięczni za interwencję w sprawie zabijania lokalnej fauny, choć zyskali pierwszy okaz do zatopienia w formalinie. No, dobra bardzo zniszczony okaz w wyniku zjedzenia dużej części mięśni przez wielkie skorki.
Gdy dopłynęliśmy na drugi brzeg, pierwszy musiał wysiąść zdobywca nowego świata, wraz z obstawą. Musieliśmy czekać na piaszczystej plaży, nim marines dopłyną. Czy to nie dziwne, że piechota morska, tak słabo wiosłuje?
Obcy czekali na nas pod osłoną rzadkiego lasku, bardziej bogatego w krzewy, niż drzewa, które tutaj bardziej przypominały rozłożyste i wysokie krzaki, niż nasze palmy, odpowiadające takiemu klimatowi. Przyglądając się bliżej tubylcom, potwierdziłem swoje przypuszczenia, przypominali nas. Byli wysocy, w dużej mierze rudowłosi, ze jedną ze znaczących różnic, była czerwona skóra. Nie barwy miedzi jak u Indian, lecz czerwona, wręcz szkarłatna. Ale nie ta była najbardziej rzucająca się w oczy. Wydawało mi się, że posiadają również ogon.
Poczet naszych przedstawicieli zaczął zbliżać się do lasu, a w odpowiedzi wyruszyła ku nim równie liczna jak nasza, grupa tubylców. Obok mnie fiński etnolog, drżał ze zdenerwowania, ponieważ odmówiono mu uczestnictwa w pierwszym oficjalnym kontakcie z obcą cywilizacją.
— Witajcie. — wykrzyknął po angielsku Osama. Nie wydawało mi się, żeby znali ten język. Z lasu dobiegały niezidentyfikowane jęki i parsknięcia. Po chwili z zza drzew wyszła grupa tubylców i zaczęła ostrożnie zmierzać w stronę naszego przedstawicielstwa.
— Widocznie coś zrozumieli. — mruknął kapitan.
— Albo działają instynktownie. — dodała Olga.
Obie grupy stanęły twarzą w twarz. Gdybym był bliżej przypuszczalnie dostrzegłbym więcej szczegółów ich fizjonomii, a z mojego punktu obserwacyjnego udało mi się potwierdzić tylko istnienie ogona.
Wyglądało na to, że nie wiedzą jak zacząć konwersację, gdy druga strona nie zna twojego języka. Jęknąłem w duchu, będziemy stać tutaj resztę dnia, jeśli się to nie zmieni. Po chwili poczułem na sobie czyjeś spojrzenie.
— Nie byłbyś sobą, gdybyś nie miał pomysłu, co zrobić w takiej sytuacji. Jednak wiem jak wielkim jesteś leniem i jak bardzo nie chce ci się cokolwiek robić nadprogramowego, co nie przyniosłoby ci żadnych korzyści.
Wzruszyłem ramionami. Miał rację, nie będę samego siebie oszukiwał.
— I co z tego?
— Zrób to. — Przyklepał sprawę Sandro.
— Idziecie ze mną. Wy także. — Wskazałem na badaczy za mną — Wiem, ze was to cholernie interesuje, a lepiej trafić za kraty w doborowym towarzystwie.
Całą grupą dziewięciu osób złamaliśmy zakaz kapitana i ruszyliśmy w stronę obrad międzyplanetarnych cywilizacji.
***
Nie wiem, czy udało nam się dobre wejście. Na sto procent udało się zdenerwować przedstawicieli lokalnej władzy. Chyba spodziewali się ataku widząc kolejną grupę kierującą się w ich stronę.
— Ja, Błażej — wskazałem na siebie — Błażej, Bła-żej. A ty? — Wskazałem palcem na osobnika stojącego naprzeciwko mnie.
— Błagam niech ktoś inny się przedstawi, bo nawet my mamy problemy z wymową jego imienia. — jęknął Joachim.
— Barkh Indi Glowel Prytan — Przedstawił się tubylec, a przynajmniej na to mi wyglądało. Miał dziwne narośle nad czołem, wolałem go o to nie pytać, zwłaszcza, że wszyscy pozostali też takie mieli.
— On nasz wódz — wskazałem na Osamę i pokazałem gestami władzę, potęgę i siłę, oraz po chwili opadłem na kolana czyniąc przed zdziwionym Amerykaninem pokłony.
Mój ,,rozmówca" najwyraźniej zrozumiał moją pantomimę, ponieważ wykonał gest oszczędnego ukłonu. Później wskazał na najstarszego z nich i wykonał gesty, które w moim mniemaniu znaczyły groźny i szanowany oraz powtórzył mój gest z władzą. Pokłoniłem się ich przywódcy i pokazałem gest powitana swojemu rozmówcy. Widząc brak reakcji, pokazałem na moim kapitanie co on oznacza, a później znów wyciągnąłem rękę w stronę tubylca. Odwzajemnił uścisk. Zauważyłem przy tym, że posiada on tylko trzy palce u dłoni i przeciwstawny kciuk. Kapitan poszedł za moim przykładem i również się przywitał.
— Jestem Sir Terry Pratchett, posiadam stopień kapitana1 i jestem oficerem floty gwiezdnej Jej Królewskiej Mości.
— Barkh Indi, Klung de Kelwet.
— Świetnie, to jak już się wszyscy znają to może was już zostawię w spokoju. — Zaspokoiłem swoją wrodzoną ciekawość i ruszyłem ich rozmowę z miejsca. Czas się wycofać i żyć dalej spokojnym życiem podrzędnego gościa na wahadłowcu międzyplanetarnym. Chciałem już robić taktyczny odwrót, gdy poczułem silny uchwyt kapitana.
— Nie tak szybko robaczku — wysyczał — twoja robota jeszcze się nie skończyła. Kontynuujmy przerwaną konwersację.
Diabli nadali mi moją ciekawość i wrodzony zapał do zaczynania dowolnej roboty.
1 Na polskie stopnie marynarki wojennej jest to pełen komandor.
***
Powoli szliśmy do wioski tubylców. Byliśmy zdani na miejscowych przewodników, ze względu na to, że na naszych mapach nie było, żadnych najmniejszych oznak położenia ich wioski. Tylko rzadki las mieścił się w tych okolicach.
Byłem wymęczony swoją pracą, jako tłumacza improwizowanego migowego. Dalej nie rozumieliśmy ich języka i nie poznaliśmy nawet jednego słowa. Jedynym, który cieszył się z takiego obrotu rzeczy był nasz Fin lingwista.
— Niesamowite. Całkiem nowy język.
— A jaki miał być? Stary, ziemski? — mruknąłem zirytowany jego gadatliwością. Czemu wszyscy dookoła mnie są tacy gadatliwi?
— A widzieliście te stroje?
— Nie wyglądały na zbyt dobry materiał.
— Tak, bo jest to robota ręczna, przypuszczalnie szyją je w swoich wioskach, bo nie znają narzędzi parowych, ani masowej produkcji. Niesamowite.
— Czy ja wiem? Brak fabryk oznacza, brak rozwiniętej cywilizacji. Zniszczyli nasze łaziki tylko, dlatego, że im się nie podobały, albo się ich bali. Możliwe, że z ich resztek zrobili sobie noże czy dzidy. — Drwiłem sobie w najlepsze, z ich poziomu życia.
— Może jednak są bardziej rozwinięci niż myślisz?
[center]***[/center]
To nie była osada, bardziej przypominało to obozowisko harcerzy, widocznie tubylcy wiedli koczowniczy tryb życia. Pierwsze mijane przez nas namioty przypominały mi te, pod którymi nocowałem za dzieciaka, kiedy z kolegami bawiliśmy się w partyzantów i spędzaliśmy całe dnie po lasach. Z tym, że tamte były wykonane z tworzyw sztucznych, a te tutaj, ze skór jakiś zwierząt. Nie wyglądało to zbyt okazale. Widocznie ta cywilizacja była tak prymitywna, że nie zakładali miast i osad, możliwe nawet, że tylko polowali, nie znając hodowli. Po przejściu kawałek dalej, moje przemyślenia okazały się błędne. Zobaczyliśmy zagrodę z wielkimi, włochatymi stworami, które na nasz widok zaczęły głośno ryczeć. Jeden z tubylców podskoczyłby je uciszyć. Starł się z największym z nich rogami, a zwierzę ustąpiło. Zaraz potem wszystkie inne również przestały wydawać jakiekolwiek dźwięki. Idąca zaraz za nami samica, przynajmniej tak mi się zdawało, bo posiadała piersi, zaczęła nam tłumaczyć na migi co się zdarzyło. Zrozumiałem mniej więcej, coś podobnego do zwierzę, które nazwała prychając ,,Pryś", niepokój, obcy, wskazała tym samym na nas, ululać, głowa, pokój. Nie najlepiej to rozumiałem, więc postanowiłem zacząć od przedstawienia.
— Beasthize. — Pokazała na siebie, po tym jak się jej przedstawiłem.
— Beatrice — Powtórzyłem po swojemu imię, które mi się skojarzyło.
— Gup.— najwyraźniej oznaczało to potwierdzenie.— Bazej — powiedziała wskazując na mnie.
— Tak, to znaczy gup.
— Gup, tak — pokiwała głową — Wyp — pokręciła.
— Wyp — powtórzyłem gest — to u nas znaczy nie.
Moja konwersacja zaczęła przyciągać coraz więcej głów próbujących uchwycić każde słowo. Wszyscy łaknęli jak wody, nauki konwersacji z drugą rasą.
— Nas? — pokręcił głową.
— Wyp, to znaczy nie. Nas znaczy to. — Pokazałem na siebie i każdego z moich towarzyszy. — Nas.
— Nas. — Pokazała na wszystkich nie wyłączając mnie.— Kelwet — pokazała na swoich pobratymców.
— Kelwet? — Wskazałem na każdego dookoła, zarówno tubylców jak i ludzi.
— Wyp. Kelwet. — Pokazała na wszystkich swoich pobratymców. — Nas. — Wyróżniła tylko ludzi.
— Ach, tak, już rozumiem o co ci chodzi. — Oświeciło mnie. Mówiła tylko o swojej rasie. Nie zrozumiała, tego, że starałem przekazać jej ideę grupy. — Kelwet — pokazałem na nich.
— Gup. — potwierdziła.
— Ludzie. — pokazałem na swoich towarzyszy. — Nas. — Wskazałem na wszystkich dookoła.
— Nas — również zatoczyła krąg ręką. — Ludzie — wskazała na towarzyszących mi Joachima i Sandra.
— Tak. Gup.
— Tak. — Ucieszyła się.
Pierwsze koty za płoty. Zaczęliśmy się komunikować werbalnie.
Podjąłem dalszą naukę w drodze do stolicy plemienia.
Część następna
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Tagi:

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Rdzawy pył

Post#2 » 12 lis 2016, o 12:55

Witam.
Nadal są dość liczne potknięcia interpunkcyjne. Dla przykładu dwa pierwsze zdania.
 Rozwiń, aby przeczytać
Minęła ponad godzina(przecinek) nim zaobserwowaliśmy pierwsze zwierzęta. Tak jak przypuszczaliśmy(przecinek) te żyjące głęboko na pustyni muszą prowadzić nocny tryb życia.

Tekst trochę kuleje, np.
 Rozwiń, aby przeczytać
Zwierzęta te(zbędne) nie przypominały za bardzo naszych ptaków.brak spacji Posiadały parę górnych łap, które były dość krótkie i wątłe, oraz parę dolnych łapzbędne powtórzenie, mięsistych wystarczająco (wystarczająco mięsistych) by zwierzę mogło wylądować na powierzchni i się po niej przechadzać.
Przypominały mi trochę szczypawki z dzieciństwa. To znaczy, gdyby szczypawki były tak duże, to bym bał się do nich podejść.
Wiedziałem, że dobrze wiedziała, co konkretnie polałem oraz, że alkohol o tak wysokiej procentowości został zdelegalizowany w prawie wszystkich krajach świata.
— Jak to nie podziałać? — zapytał się synalek dyktatora.

Akcja nierealna. Zginął jeden z uczestników wyprawy, a pozostali sobie żartują, żądając kwitów na pontony.
No cóż, powiem krótko - nie zachwycił mnie ten fragment. Dla mnie beznamiętny, brak emocji. Narracja prowadzona w mało przekonujący sposób.
pozdrawiam.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Rdzawy pył

Post#3 » 12 lis 2016, o 13:08

Dziękuję za uwagi :D
Uwielbiam krytykę, ponieważ dzięki niej mogę poprawić swój styl pisania. Mam nadzieję, że uda ci się dotrwać do końca opowiadania ;)
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości