Rdzawy pył Część 3

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Rdzawy pył Część 3

Post#1 » 13 lis 2016, o 19:14

Część poprzedniaCzęść pierwsza


Centralny namiot przywódcy Kelwetów był urządzony z wielkim przepychem. Wielkie gobeliny pokrywały wszystkie siedem ścian namiotu. Nie było mowy, aby wódz nie posiadał podłogi z tego powodu stąpaliśmy po dywanie z tak miękkiej wełny, że syciła ona nasz zmysł dotyku. Nie mogliśmy chodzić po tak wspaniałej tkaninie w butach, więc każdy z nas się ich pozbył przed wejściem, jak z resztą nakazywał obyczaj. Jednak z tego powodu w całym namiocie zaczął unosić się odór długo niemytych stóp. Pewnych problemów nasza cywilizacja nie może wyeliminować od tysiącleci. Mimo stosowania różnych dziwnych środków, po całym dniu marszu i tak i tak, trzeba by umyć stopy. A tutaj w miejscu pozbawionym dostępu do bieżącej wody nie było takiej możliwości.
— Witaj, wodzu. — Powiedziałem w ich języku i uniosłem pięść w ich geście pokoju. Co do gestów dowiedziałem się, że pokazanie komuś dłoni oznacza obelgę, a pokazanie dłoni z niezłączonymi palcami jest najgorszym przekleństwem.
— Witajcie, przybysze. — odpowiedział mi, również unosząc pięść na wysokość głowy. Ledwo rozumiałem jego akcent i miałem nadzieję, że nie będzie używał zbyt skomplikowanych słów.
— My chcielibyśmy, pozdrowić was wszystkich i życzyć pokoju nad waszymi domami. — Trochę niemrawo mi szło wyrażanie się w ich mowie. Musiałem zapamiętać ten długi frazes, ze względu na to, że był on stałym elementem oficjalnych powitań.
— Dziękujemy. Niech Pan czuwa nad wami.
Zapadła niezręczna cisza, nikt nie wiedział co powiedzieć, to nie od nas zależała dyplomacja międzygwiezdna. Nasze stosunki z nimi będą musiały określić ministerstwa, no i teraz nie wiadomo, czy spraw zewnętrznych, czy kosmonautyki i kosmologii. Tkwiliśmy w nieciekawym impasie. Co tu odpowiedzieć.
Z opresji wyciągnął mnie kapitan oszczędnym powtórzeniem słów wodza
— Niech Pan czuwa nad wami. Jest mi niezmiernie miło was poznać. — Posiłkował się gestami.
— Mi także. Skąd przybywacie?
— Z bardzo daleka. — Wybrnął kapitan, po to by nie tłumaczyć idei podróży na inne planety. Raczej do końca nie zrozumiał słów wodza, ale ogólny sens wypowiedzi do niego dotarł.
— Nie przypominacie, Labdorian.
— Kim są Labdorianie? — zapytałem
— To lud wyglądający zupełnie inaczej niż my, czy wy. Toczymy z nimi wojnę. Nie znacie ich. To okrutna rasa.
Drgnęliśmy słysząc o innych obcych. Zrozumiałem wydźwięk jego wypowiedzi, ostrzegał nas przed nimi. Przypuszczalnie istniała także inna rasa rozumna na E-4-1. Warto by było ją też poznać, by nasz raport złożony dowództwu był pełen. Oczywiście obserwowali nas przy pomocy satelit szpiegowskich i różnego oprogramowania w naszych skafandrach, przekazujących każde nasze słowo i ruch do centrali lotów w Houston. Informacje dolecą oczywiście po pewnym czasie, ale i tak szybciej niż my. Ja jednak zdołałem całkowicie zakłócić działanie tego oprogramowania w swoim skafandrze.
Zauważając, że nie potrzebują mnie już do rozmowy postanowiłem się ulotnić. Tym razem kapitan nie protestował. Nie miał jak. Przecież nie zrobi mi burdy, przed wodzem pochodzącym z obcej cywilizacji.
Wyszedłem na zewnątrz by przyjrzeć się bliżej zwierzętom zwanym tutaj Pryś. Były to zwierzęta masą i kształtem przypominającym naprawdę wielkie woły. Z tym, że posiadały garb magazynujący tłuszcz, jak u nas wielbłądy. Pewnie idealnie nadawały się do przemierzania pustynnych obszarów planety. Drugim zwierzęciem pociągowym, były Fedze, przypominające domniemane raptory, z tym, że były one odrobinę większe od tych odkopanych na Ziemi. Były one pokryte drobnymi piórami, ale za to bardzo twardymi, dlatego ujeżdżający je Kelweci używali siodeł z grubej skóry.
— Dlaczego na nich nie jeździcie? — zapytałem łamaną mową Beasthize.
— Jeździmy.
— Więc dlaczego na nich nas nie powitaliście? — Chyba udało mi się poprawnie sformułować to pytanie .
— Myśleliśmy, że będziecie kolejnymi maszynami. — Pokazała o co jej chodzi.
— Wiecie czym są maszyny? To wy je zniszczyliście? — zapytałem się odruchowo po polsku.
— Nie rozumiem.
Pokazałem gestami o co mi chodzi. Roześmiała się.
— Wzięliśmy je ze sobą. — chichotała.— Stoją w tamtym namiocie.
— Wiecie czym są? A w ogóle, jak to wzięliście? — Chyba nie do końca zrozumiała moje pytania. Pojęła tylko sens.
— Normalnie. — Odparła po chwili wahania. — Poprowadziliśmy je ze sobą. Nie miały pana i nie wiadomo było skąd pochodzą. Trzeba było je zbadać. Są twoje?
— Nie, całej wyprawy. — Zamyśliłem się. Chyba nie do końca pojęła o co mi chodzi. — Ludzi. — Wyjaśniłem — Ale jak to się stało, że za wami poszły?
— Normalnie, poprosiliśmy je o to.
Zamurowało mnie. O co w tym wszystkim chodzi. Poprosili? Musiałem coś źle zrozumieć.
— Jak?
— Co jak?
— Jak to zrobiliście?
— No, mówiłam poprosiliśmy, zmysłem.
— Jakim zmysłem?
— Dotknij mnie.— Rozkazała. Zdziwiło mnie to. — No już w dowolnym miejscu.
Pogłaskałem ją po twarzy. Roześmiała się.
— Czułeś jak nasza skóra się dotyka.
— Tak.
— Tak samo ja czuję wszystkie roboty. Mogę im rozkazać iść za mną.
Chyba jednak coś źle zrozumiałem.
***
Musiałem to wszystko sobie poukładać w głowie. Rozłożyliśmy obóz tuz obok wioski. Musieliśmy użyć dość starych namiotów, które ja, Joachim i Sandro nieśliśmy na plecach przez całą drogę. Oczywiście oficerowie mieli ich bardziej komfortową wersję (którą też musieliśmy nieść, a ważyła trzy razy więcej od zwykłej), a nas stłoczono w dwóch wielgachnych wojskowych kwaterach. Około dwudziestu trzech na jeden namiot. Piętrowe łóżka polowe, przypominały nam bardziej obóz jeniecki z XX wieku.
— Co tak późno wróciłeś? — Przywitał mnie Sandro. Miałem łóżko tuż obok niego, a po jego drugiej stronie leżał Joachim, widocznie znacznie wcześniej położył się spać, zmęczony dniem nadmiernych wrażeń. Drugi dzień w wiosce kelwetów był równie bogaty w niespodzianki co pierwszy.
Natomiast po mojej drugiej stronie leżał jeden z antropologów, który pochodził przypuszczalnie z Azji południowo-wschodniej. Wiedziałbym, gdyby pochodził z Kambodży, ze względu na to, że miałem bardzo krótki etap zainteresowania tym krajem i przez jakiś czas się uczyłem ich języka.
— Zasiedziałem się.
— Któraś wpadła ci w oko? Obca uroda przyciąga.
— Mylisz się. To nie do końca tak. Choć nie zaprzeczam, że spotkałem się z kelwetką.
— Aha. — Podsumował i próbował mnie prześwietlić wzrokiem. Zapadła naprawdę niezręczna cisza.
— Co myślisz o tym wszystkim?— zapytałem leżącego obok mnie Latynosa.
— Masz na myśli odkrycie nowej cywilizacji, czy to o czym rozmawialiśmy niedawno, o ich niezwykłym talencie?
— Pierwsze. — Wolałem by nikt nas nie podsłuchał.
— Ekscytujące, są w miarę cywilizowani. Już pierwszego dnia udało się z nimi porozumieć. Nie wydają się agresywni. No, może oprócz tego incydentu nad rzeką. Nie wiedzieli jak się z nami skomunikować, więc spanikowali. A ten gagatek, co pokazał im obraźliwy gest, dobrze, że leży pod ziemią. Nie lubiłem sukinsyna. Zawsze wyznaczał dodatkowe warty poza kolejnością. Z resztą, jak ty byś zareagował na obcych panoszących się po twojej ziemi i pokazujących do tego obelżywe gesty? — Rozgadał się. Czasem tak miał.
— Masz rację. — Potwierdziłem.
— No właśnie. Wiesz ja jestem prosty kwatermistrz i powiem ci tak. Jesteśmy w głębokiej dupie. Jeżeli nie dogadamy się z tymi tu tubylcami, to nie przetrwamy drogi powrotnej. Chodzi o te racje żywnościowe. Nikt jak dotąd nie wiózł ich tyle czasu wystawionych na promieniowania gwiazd. Zauważyłeś jak często ludzie nawet teraz na powierzchni, chodzą w krzaki? Potrzebujemy świeżego prowiantu, suchego i dobrze wysolonego mięsa. Jeśli nawet nie znają tutaj soli, to udostępnię im ją ze statku i zostawię trochę w ramach zapłaty za usługi. Naprawdę oni są nam niezbędni.
— Dobrze, rozumiem, ale przecież nas ugościli prawda?
***
Był wczesny wieczór, gdy zostaliśmy zaproszeni na ucztę. Początkowo Osama miał naprawdę mało inteligentne pomysły w kwestii niesienia tu cywilizacji.
— Nauczmy ich rozpalać ogień. Przecież widzisz, że go tu nie znają. A co do za impreza bez ogniska? — Młody najwyraźniej należał do amerykańskiej organizacji skautów.
— Ogień? Powaliło cię do reszty? — Zacząłem mu łagodnie tłumaczyć swoje racje. — Tutaj atmosfera jest złożona z dwudziestu procent metanu. Zgadnij co się stanie gdy jest on zmieszany z tlenem, a ty zaprószysz ogień?
— Mocno się oparzę?
— Spalisz całą planetę. — Westchnąłem. Czego ich uczą w tych szkołach?
— No to może przeszkolenie w kwestii wykorzystania naszej broni palnej? Przecież mają wojnę, z kimś tam. Mają coś podobnego do naszych blasterów, ale są one o wiele gorsze od ziemskich.
— Pierwsze co zrobić, zniszczyć jakąś obcą cywilizację. Ale przecież nie osobiście. W białych rękawiczkach — zacząłem drwić — my nic nie zrobimy. To oni do siebie strzelają i się zabijają. Przybyliśmy tu w pokoju. To te dzieciaki są niegrzeczne i wyrzynają w pień całe osady.
— Skończyłeś? — mruknął przysłuchujący się kapitan.
— Może tak, może nie. To zależy czy coś dodasz do mojej wypowiedzi.
— Też uważam to za fatalny pomysł.
Kolejnych kroków misji cywilizacyjnej nie zdążyliśmy omówić. Kelweci wciągnęli nas w wir zabawy. Częstowali świeżo upieczonym mięsem. Chcecie wiedzieć jak to możliwe? Bo tak naprawdę nie byli aż takimi prymitywami, za których ich początkowo uważaliśmy. Znali palniki elektryczne, działające na zasadzie rezystancji.
Zaraz po skosztowaniu tłustego mięsiwo, ktoś podał mi pękaty worek, w którym przelewał się jakiś płyn. Coś mi przypominał, tak mój n-ty pradziad podobno używał takiego i nazywał go gąsiorem. Przytknąłem usta do worka i pociągnąłem łyk. Nie było aż tak złe, miało parę procent, ale przyjemnie smakowało mlekiem i słodyczą.
Zabawa nie trwała wcale tak długo. Zakończyliśmy ją po może czterech godzinach. Ale za to znacznie poprawiły nam się humory, powoli zaczynały się rodzić kontakty między przedstawicielami obu ras. Być może część, aż nazbyt intymnych.
Ja sam spędziłem większość czasu na rozmowach z Beasthize. Choć rozmowa to dużo powiedziane, przy prawie każdym zdaniu musieliśmy używać gestów, jednak naprawdę miło się z nią konwersowało. Jest jedną z najinteligentniejszych osób, jakie poznałem. Dużo się od niej dowiedziałem na temat ich życia i zwyczajów. Najbardziej mnie zdziwiła ich religia. Nie była jakaś dziwna, wręcz normalna i co najważniejsze prawie identyczna do ziemskiej, a mianowicie ich zbawicielem jest Iosos Christos. Nie mogłem uwierzyć w tak wielkie podobieństwo. Jak ziemianie, on również rozdzielali pismo święte na nowy i stary testament. Oznaczało to dla mnie dwie rzeczy, pierwszą była niebywała możliwość szybkiej nauki ich języka, gramatyki oraz alfabetu. Wystarczy tylko przetłumaczyć Biblię, a raczej stworzyć na jej podstawie słownik polsko-kelwecki. Jako jedyny członek wyprawy kosmicznej wziąłem Biblię ze sobą. To wiąże się z drugą rzeczą, czyżby jednak większość świata się myliła? A religia, uważana za zabobon była prawdziwa?
***
Szybko opuściliśmy zabawę i przenieśliśmy się do namiotu kelwtki. Czułem się jak Marcin Luter czasów najnowszych, tak jak on przekładałem pismo święte na własny język. Wiele zwrotów i tu i tu było archaicznych. Beasthize mi pomagała jak tylko mogła i tłumaczyła wyrazy gestami, tak abym mógł się zorientować, czy dobrze się domyślam polskiego odpowiednika. Oczywiście stanowiło to dla niej dodatkową trudność, ponieważ nie nauczyła się jeszcze rozmawiać w stopniu komunikatywnym po angielsku, a tutaj musiała poznać, zupełnie odmienny język. Jednak oboje byliśmy tak bardzo podekscytowani myślą o wzajemnym dialogu obu planet, że po paru stronach przestaliśmy już zwracać uwagę, na problemy komunikacyjne.
***
Następnego dnia, mieliśmy dzień wolny. Dowódcy ustalali plany na najbliższy czas, a my mogliśmy zająć ręce, jedyną rzeczą, która przyszła nam do głowy. Inwentaryzacją zapasów. Stwierdziliśmy, że tylko w taki sposób nikt się do nas nie przyczepi. Stara dewiza wojskowa podpowiadała nam, że nie jest ganiany ten, który robi coś konstruktywnego. Tak, więc pomagaliśmy naszemu kwatermistrzowi, w liczeniu tubek z pastą odżywczą, sznurówek, do ciężkich wojskowych butów, które mieliśmy na sobie, ilości butli z tlenem, które trzeba było wieźć łazikiem, a później przeładować na pontony, by móc je dotargać, aż tutaj. Oczywiście, to nie my je targaliśmy, ze względu na to, że mieliśmy już pełne plecaki naszego zaopatrzenia. Padło na tych wszystkich naukowców, którzy mieli puste ręce. Oczywiście kadra oficerska i prezydencka świta nie kwapiła się by im pomóc.
Po zakończeniu inwentaryzacji Sandro udał się z raportem do dowództwa, a ja korzystając z wolnego czasu, odnalazłem Beasthize i wzięliśmy się za dalsze tworzenie słownika.
— Dlaczego właściwie to robisz? — Pochyliła się nade mną. Jej skóra wydzielała tak przyjemny zapach, że momentalnie zapomniałem o leżącym przede mną piśmie świętym.
— Słucham? — Napawałem się jej wonią.
— Po co tłumaczysz ją na język tylko tobie znany? Czemu nie od razu na angielski?
— Bo nie umiem. Angielski nie jest moim ojczystym językiem. Muszę się nim posługiwać, by komunikować się z pozostałymi członkami wyprawy, ale nie potrafiłbym operować nim w takim stopniu, by stworzyć słownik. — Zmarszczyła brwi, części słów nie znała, ale chyba domyślała się ich sensu.
— Rozumiem. — Przytuliła się do mnie. Czy ona również czuła to samo do mnie?
***
W poranek ósmego dnia naszego pobytu na E-4-1, zostaliśmy wezwani przed namiot dowództwa.
— Podjęliśmy decyzję by ruszać dalej. Zostawimy tu niewielką placówkę naukową złożoną z lingwistów i antropologów mających zbadać obyczaje tego ludu. My natomiast mamy za zadanie, zapoznać się z pozostałymi plemionami Kelwetów, oraz tą inną rasą zamieszkującą to ciało niebieskie. Czy wszyscy zrozumieli? Wymarsz o jedenastej. Rozejść się.
Ścisnęło mnie w dołku. Przecież tak nie można, nie chcę jej opuścić, zwłaszcza gdy podjąłem się próby przetłumaczenia ich języka na nasz. Musiałem działać i zrobić wszystko by tu pozostać.
— Panie kapitanie! — krzyknąłem w panice. Wszyscy zatrzymali się i zwrócili się w moją stronę. Nikt nie kwestionował rozkazów kapitana dotyczących ogólnej operacji. — Chciałbym prosić o pozwolenie na zostanie tutaj.
— A niby z jakiej racji? — Zdziwił się kapitan. — Masz nam coś do powiedzenia?
— Tak, panie kapitanie — zaszczekałem — Podjąłem się próby przetłumaczenia ich języka do stopnia komunikatywnego.
— No proszę.— Uśmiechnął się jadowicie. — A masz może wykształcenie lingwistyczne? Czy jesteś może geniuszem poliglotą?
— Nie, panie kapitanie. Jednak pomimo tych trudności udało mi się już mniej więcej przełożyć ich alfabet na nasz.
— Czyli twierdzi pan, że byłby w stanie odczytać ich księgi? — Zainteresował się kierownik zespołu językowego.
— Tak. Mógłbym też przekazać wam rozpisany ich alfabet, oraz pokazać jak się konkretnie odczytuje ich napisy.
— Czyli nie od lewej do prawej?
— Właściwie to tak, ale najpierw od góry do dołu, a później przejście do kolejnej kolumny.
Zrobiło to naprawdę wielkie wrażenie na zebranych. Powoli zaczęły się rozlegać szepty za moimi plecami. Kapitan pogrążył się w rozmyślaniu. Po chwili przemówił stanowczym głosem.
— Dobrze, więc, niech pan zostanie. Dodatkowo dołączę do pozostałej tu elity intelektualnej — spojrzał na mnie z wyrzutem — technika do spraw komunikacji, by mógł pan z resztą ekipy, przekazywać nam uzyskane dane.
— Teraz stan pozostałego zespołu badawczego przekracza sumę dziesięciu osób — odezwała się Olga — co oznacza, że musi pozostać z nimi jakiś oficer i niewielka ochrona. Dwóch ludzi powinno wystarczyć.
— Wyznaczam dwóch moich marines. — Postanowił wtrącić się do dyskusji synalek prezydenta. Widocznie czuł się odstawiony na boczny tor w tej wyprawie badawczej. — Którzy są chętni?
Oczywiście jak mieć pecha to, to mieć pecha, do naszej ochrony zgłosił się Goldberg wraz ze swoim najlepszym przyjacielem. Czułem, że dni mojego miłego odpoczynku minęły bezpowrotnie.
***
W obecnej sytuacji nie przekazania informacji dowództwu, o niezwykłych możliwościach dodatkowego zmysłu rasy z E-4-1, znalazłem się w kropce. Nie mogłem z nikim porozmawiać o sprawach mnie dręczących. Nie znałem za dobrze ani, tego fina lingwisty, ani też Azjaty antropologa i nie wiedziałem czy mógłbym im zaufać.
Właściwie to w tym momencie w obozie była jedna, jedyna osoba, na której mógłbym powierzyć tą tajemnicę. Ale tylko przysięga oficerska mogła ją zmusić do tego, by nie przekazywała tej informacji dalej, jednak wciąż nie miałem jednak gwarancji, że nie wbije mi noża w plecy w inny sposób.
Z tego powodu wstrzymywałem się z decyzją o zwierzeniu się jej z informacji, które uzyskałem o kelwetach. Właściwie, to analizując pożyczone przez Beasthize książki, odkryłem, że posiadają oni wiedzę elektrotechniczną większą od naszej. Nic więc dziwnego, że byli w stanie pokierować robotami jak tylko chcieli. Wyobraźcie sobie, że potraficie odłączyć kondensator, a raczej całą część układu, go zawierającą, tylko siłą umysłu. Po prostu, bum, kondensator nie działa, a prąd dalej płynie przewodem. Ciekawe prawda?
Teraz siedziałem nad jedną z tych książek i starałem się dopasować moje okruchy wiedzy, do ich rozumienia elektroniki. Szło to topornie, biorąc pod uwagę częste śmiech towarzyszącej mi kelwetki.
Przekazywałem oczywiście informacje dowództwu na temat obyczajów obecnego tu ludu, jednocześnie posyłając plotkę przy pomocy Beasthize, do plemienia, by nie mówiło nic ekipie badawczej o swoich niezwykłych umiejętnościach oraz nie wspominali o posiadaniu ziemskich robotów. Miało to na celu ich ochronę, ponieważ domyślałem się tylko konsekwencji i działań ziemian na wieść o takim odkryciu.
Pewnie pierwszym rozkazem była by sekcja ciała jeszcze żywego kelweta, po to by szczegółowo zbadać narządy. Paru innych by torturowano, aby zaobserwować używanie przez nich umiejętności manipulacji układami. Nie ma się czemu dziwić, bo na tej planecie ludzi nie obowiązują żadne konwencje. Kapitana nie obchodziłyby jakiekolwiek jęki i lamenty, ma rozkaz wspomóc ekipę badawczą, a skoro robią badania to chyba wszystko w porządku?
Ponure rozważania przerwał mi śmiech Beathize.
— Ale ty robisz śmieszną minę jak się koncentrujesz. — Dotknęła mojego podbródka.
— Naprawdę? — Złe myśli poszły precz, gdy tylko zobaczyłem jej uśmiech.
— No, robisz mniej więcej tak. — Zrobiła naprawdę dziwną minę, wykrzywiając karykaturalnie swoje usta.
— Aż taki jestem brzydki? — Zaśmiałem się.
— Może i masz rację. Widać nie mogę w pełni zobrazować twojej brzydoty. — Droczyła się ze mną.
— Przeciwieństwa się przyciągają, ty natomiast jesteś najpiękniejszą znaną mi istotą.
Przez chwilę nie wiedziała czy wziąć moje słowa za dobrą monetę. Ale naprawdę krótko się wahała zanim mnie nie ścisnęła mocniej i nie przytuliła swojej twarzy do mojego policzka.
— Tak mogłoby być przez wieczność. Mógłbym tu zostać z tobą na zawsze, Beatrice. — wyszeptałem. Lubiła brzmienie swojego imienia w innym języku.
***
Życie powoli toczyło się sielankowym tempem. Przetłumaczyłem parę interesujących książek z biblioteki plemienia obcych. Spędzałem miło czas z Beasthize i raczyłem się jedzeniem innym niż reszta wyprawy, ponieważ jako jeden z nielicznych dałem się przekonać o wyższości jedzenia kelwetańskiego nad tubkami ziemskimi. Dlatego jadłem z nimi mało treściwe zupy, a później porządne drugie dania. Z reguły jedli to co akurat mieli pod ręką, jakiś zestrzelony stwór, złapane stworzenie w jakąś pułapkę, innego dnia rybacy powrócili z połowów przy pobliskiej rzece. Dowiedziałem się przy tym, że większość kelwetów nie umie pływać i ogólnie nie przepadają za wodą.
Musiałem jednak porozmawiać z panią Wice kapitan na temat mojego odkrycia. Było to spowodowane faktem, że pewnego dnia po wejściu do mojego namiotu zobaczyła rozłożone książki z rozrysowanymi układami tranzystorowymi i zażądała wyjaśnień.
— Obieca pani, ze zachowa to w tajemnicy?
— Nie mogę tego obiecać. — mruknęła i rozsiadła się wygodniej.
— No to ja pani tego nie wytłumaczę.
— Wtedy trafisz pod sąd polowy.— Ziewnęła.
— Na podstawie, jakiego artykułu naszej wyprawy?
Zabiłem jej ćwieka. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, wpatrywała się tylko we mnie tymi swoimi błękitnymi oczami, tak samo dużymi, głębokimi i zimnymi jak jezioro Ładoga.
— Może powiesz mi bez jakichkolwiek gróźb?
— A może po prostu przysięgniesz, że mogę na tobie polegać jak na Zawiszy?
— Na kim? — Droczyła się.
— Przysięgasz, czy nie?
— Mam nadzieję, że nie ma to być przysięga małżeńska. — Zaśmiała się, a ja to zignorowałem. — No dobra, masz słowo oficera gwiezdnej floty.
Opowiedziałem jej o moim odkryciu i o tym, czym się zajmuję siedząc cały czas w namiocie.
Część następna
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Tagi:

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Rdzawy pył Część 3

Post#2 » 13 lis 2016, o 20:15

Coś mi się wydaje, że masz tę samą przypadłość - nie znosisz poprawiać własnych tekstów. Też tego nie lubię. Interpunkcja ciągle na tym samym poziomie. Pierwszy akapit. I zapewne przypadkowe powtórzenie, gdybyś przeczytał, nie byłoby problemu.
 Rozwiń, aby przeczytać
Nie było mowy, aby wódz nie posiadał podłogi(przecinek) z tego powodu stąpaliśmy po dywanie z tak miękkiej wełny, że syciła ona nasz zmysł dotyku.
Mimo stosowania różnych dziwnych środków, po całym dniu marszu i tak i tak, trzeba by umyć stopy.

Zwracaj uwagę na przecinki. Ten wyraźnie zmienia sens zdania.
 Rozwiń, aby przeczytać
— Nie przypominacie, Labdorian.
Powinno być:
- Nie przypominacie Labdorian.

Nie jesteś konsekwentny w pisaniu dialogów. Podam jedynie kilka przykładów.
 Rozwiń, aby przeczytać
— Normalnie. — Odparła po chwili wahania.
— Wiecie czym są maszyny? To wy je zniszczyliście? — zapytałem się odruchowo po polsku.
— Ludzi. — Wyjaśniłem
— Co myślisz o tym wszystkim[b]?— zapytałem
leżącego obok mnie Latynosa.

Trochę niestaranny zapis.
 Rozwiń, aby przeczytać
Zaraz po skosztowaniu tłustego mięsiwo mięsiwa, ktoś podał mi pękaty worek, w którym przelewał się jakiś płyn Coś mi przypominał, tak mój n-ty enty pradziad podobno używał takiego i nazywał go gąsiorem.

Tutaj dało znać o sobie techniczne wykształcenie. W tekstach matematycznych piszemy n-ty, tutaj nie
Dowódcy ustalali plany na najbliższy czas, a my mogliśmy zająć ręce, jedyną rzeczą, która przyszła nam do głowy. Inwentaryzacją zapasów.

Mały zgrzyt.

Akcja powoli się rozkręca, ale nadal jest to ślamazarne tempo. Brakuje mi tutaj emocji. Poczekam na dalsze fragmenty.
pozdrawiam

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Rdzawy pył

Post#3 » 13 lis 2016, o 20:25

burak pisze:Coś mi się wydaje, że masz tę samą przypadłość - nie znosisz poprawiać własnych tekstów. Też tego nie lubię. Interpunkcja ciągle na tym samym poziomie. Pierwszy akapit. I zapewne przypadkowe powtórzenie, gdybyś przeczytał, nie byłoby problemu.

Właśnie najgorszą moją cechą jest niedostrzeganie własnych błędów. To nie jest kwestia nieprzeczytania ponownie swojego tekstu, ponieważ ten przewertowałem już parokrotnie. Po prostu ich nie widzę. Do korekty zamierzam podejść całościowo, jak zakończę publikację, wtedy zajmę się poprawianiem baboli.

burak pisze:Akcja powoli się rozkręca, ale nadal jest to ślamazarne tempo. Brakuje mi tutaj emocji. Poczekam na dalsze fragmenty.
pozdrawiam

Dziękuję za przeczytanie ;) Następny fragment będzie bogatszy w akcję (i właściwie kończący całe to opowiadanie, lecz nie przygodę z planetą E-4-1).
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

burak
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 98

Rdzawy pył

Post#4 » 13 lis 2016, o 20:40

Skorzystaj z narzędzia
https://www.languagetool.org/pl/
pozwoli Ci wychwycić większość błędów interpunkcyjnych. Czasami jednak się myli, ale jest przydatne.
pozdrawiam

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1743

Rdzawy pył

Post#5 » 13 lis 2016, o 21:29

O! Wielkie dzięki za link ;)
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Camenne
Jawna opcja Mandaloriańska
Jawna opcja Mandaloriańska
Posty: 5024

Rdzawy pył

Post#6 » 14 lis 2016, o 12:27

Szalona jest twoja interpunkcja, powinieneś znaleźć kogoś, kto się z nią rozprawi.
Namnożyło ci się bardzo dużo zbędnych kropek w dialogach.

To znaczy, gdyby szczypawki były tak duże, to bym bał się do nich podejść.

"bałbym"

— W stanie surowym nie. Ja ze swojej strony radziłbym porządnie ją odfiltrować i wezwać biologa by zbadał ją na obecność drobno żyjątek.

A czym są drobno żyjątka? ;)) Nie prościej drobnoustroje?

Po chwili jeden ze zbędnych na wahadłowcu oficerów, wychylił się zza prowizorycznej osłony, złożonej z naszych mocno wypchanych plecaków, pokazując w stronę strzelających gest pokoju ze Star Trecka.

Star Treka :kuku:

— Jestem Sir Terry Pratchett, posiadam stopień kapitana1 i jestem oficerem floty gwiezdnej Jej Królewskiej Mości.

:lol:

A do do treści:
Akcja nierealna. Zginął jeden z uczestników wyprawy, a pozostali sobie żartują, żądając kwitów na pontony.

Też mi to nie leży.

Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak powinno wyglądać pierwsze spotkanie dwóch obcych cywilizacji, ale mimo wszystko twoja ekspedycja daje olbrzymi kredyt zaufania nieznanemu gatunkowi, po którym tak naprawdę nie wiadomo, czego można się spodziewać. Zwłaszcza, że ich pierwsze spotkanie rozpoczęło się wymianą ognia, która zakończyła się w zasadzie śmiercią aż dwóch członków wyprawy (klakier syna prezydenta i pan od gestu ze Star Treka), a oni bez większego zastanowienia postanawiają przeprawić się na drugą stronę rzeki, by spróbować rozmowy.
Zastanawia mnie przy okazji, czym była ta błyskawica zabijająca ochroniarza syna prezydenta - skoro cywilizacja tych obcych wydaje się mało rozwinięta, skąd mają taką broń i czym ona jest? Dziwne, że nikogo z ekspedycji to nie zastanowiło.
Po-ta-toes! Boil them, mash them, stick them in a stew. Lovely big golden chips with a nice piece of fried fish.


Skróty: Jak poprawnie zapisywać dialogiMyślnik, półpauza i dywiz (łącznik) – jak je poprawnie stosowaćJak wstawić wcięcia akapitowe:piorko: Piórko

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość