Zachęcamy do komentowania! Co miesiąc na zwycięzcę tytułu Komentatora Miesiąca czeka nagroda książkowa!

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#1 » 22 kwie 2018, o 20:43

OSTATNI KRÓLEWSKI GRYF

Część poprzednia

Rozdział III

Wersja 1.03

Język ma ogromne znaczenie nie tylko dla pisarzy, ale dla całych narodów i państw.
Wojny są w pewnym względzie błędami składni.

Curzio Malaparte


Gdy ruszali, świtało, a promienie słońca zaczęły oświetlać spokojną i nietkniętą konfliktami możnowładców krainę. Dwaj jeźdźcy nieśpiesznie ruszyli drogą wiodącą ku traktowi, łączącemu barbarzyńskie Królestwa Północy z sielskimi południowymi krainami, których rozkwitu nie zakłócały konflikty królów. Według niektórych granicę między jednymi a drugimi stanowi rzeka Jaruga, ponieważ Cintra i Sodden należą już do jednych z najzamożniejszych i najspokojniejszych królestw znanego świata. Według drugich, liczących znacznie pokaźniejsze grono, części kontynentu rozdzielają góry Amell i w tym wypadku obie te krainy należą do grona Królestw Północy, choć ciężko je określić mianem barbarzyńskich.
— Ach — przeciągnął się Rastosław — wolałbym jeszcze poleżeć w pierzynach, ale słowo tak sławnego łowcy potworów, jest dla mnie rozkazem.
— Jeśli masz zamiar dalej gadać głupoty, to stul dziób i daj mi pospać w kulbace. — Wiedźmin wstał lewą nogą ze swojego stogu siana w stajni, gdzie również spał kurier, więc jego mowę o pierzynie można włożyć między bajdy i klechdy.
— To może zacznę temat o pogodzie. Zimno dzisiaj na polu.
— Na dworze — poprawił go Azamir.
— Znajdujemy się na północy i szanuj, jak tu mówimy. Tutaj wychodzimy na pole. — Goniec godnie uniósł swój nos ku niebu.
— Wszyscy zwracacie uwagę na taką pierdołę?
— To nie jest pierdołą, mój przyjacielu. Poprawnie należy mówić, wyjść na pole, ponieważ żołnierz umiera na polu bitwy, rolnik idąc pracować, idzie do pola, a buraki rosną w polu. Pole to przestrzenny rozkład wielkości, a nie tylko obszar uprawy rolnej, zrozumiałeś?
— Jasne. Ja jednak pochodzę z południa i mówię na dwór.
— A ruszając doglądać pracy chłopów, gdzie idziesz?
— Na pole. — Dał się złapać wiedźmin.
— I widzisz. Jednak mówisz na pole! — Kurier uniósł triumfująco swoją pięść ku zasnutemu chmurami niebu.
— To od dzisiaj będę mówił: „Na zewnątrz”, by nie zranić twoich północnych upodobań językowych.

***

Z zapadłej chaty wyszedł skacowany chłop, by obrobić kawałek ojcowizny. Spostrzegłszy mijających go jeźdźców, splunął z pogardą, ponieważ nie należał do miłośników wyperfumowanych panów, którzy zamiast normalnie pracować, uprawiając rolę, zajmowali się innymi rzemiosłami. Spojrzał jeszcze raz na kawałek swojej zarośniętej chwastami ziemi. Jakiś czas temu minęła już pora zasiania pierwszego ziarna, od tamtego czasu nie miał ochoty zajmować się tą częścią pola.
— Jadźka! — wezwał władczo swoją żonę.
— Czegu sie drzesz z samego rana? — Białogłowa wyszła z obory, niosąc dwa wiadra mleka.
— Choćże na dwór, będziem pielić.
Nawet w zapadłych wsiach nad brzegiem Pontaru zaczęły kwitnąć wielkopańskie obyczaje z południa.


***

Około słonecznego zenitu zrobili postój przy niewielkim zagajniku. Większość dotychczasowej podróży spędzili milcząc, z powodu tego, że posłaniec obraził się na wiedźmina, a ten ani myślał o przeprosinach. Co najdziwniejsze to łowca potworów zmiękł, pomimo swojej upartości, gdy zaczęło go boleć miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę. Najpierw musiał parokrotnie przeprosić przyjaciela za swoje wcześniejsze zachowanie, co nadzwyczaj mocno zachwiało jego poczuciem godności osobistej. Następnie parokrotnie powtórzyć prośbę o postój, by jego nobilitowany tyłek mógł zaznać chwili wytchnienia od końskiego siodła. Cała ta sytuacja była nad wyraz krępująca i upokarzająca dla wiedźmina.
— Co u mojego zbawiciela smoków i pogromcy dziewic? — Żartobliwie zadał pytanie Rastosław.
Wiedźmin już chciał odpowiedzieć przekleństwem lub innym posłaniem do diabła, ale wolał milczeć. Powodem było, że w perspektywie mieli do pokonania niewyobrażalny dystans, którego jego siedzenie najpewniej długo nie zniesie. Wolał, więc zachować swoją ripostę dla siebie, niż wyrazić ją głośno i znów przez godzinę przepraszać i prosić o możliwość postoju.
— Jeśli mi rzyć odpadnie od jazdy po tych wertepach, to ty jej będziesz szukał.
— Jeżeli naprawdę to się zdarzy, wtedy osobiście złapię ją w worek i sprzedam na targu osobliwości, ponieważ będzie to najbardziej wyszczekana dupa w całym znanym nam świecie.
Po tej odpowiedzi posłaniec zaniósł się śmiechem na tyle głośnym, że spłoszył wszystkie okoliczne ptaki oraz inne stworzenia. Oficjalnym powodem postoju miało być upolowanie jakiegoś dzikiego zwierza na obiad, lecz po wokalnym popisie gońca, w okolicy nie było żadnego zwierzęcia gotowego do zamiany w strawę nad ogniskiem.
Azamir cierpiał w milczeniu.

***

Wieczorem popasali nad rwącym strumieniem. Byli już na granicy ziemi zwanej Velen i zamierzali ją pożegnać, by wjechać głębiej w Temerię. Słońce powoli zaczynało znikać za horyzontem, rozpraszając światło w kroplach deszczu, zatrzymanych na liściach okolicznych drzew. Ptaki niespiesznie zaczynały zapadać w sen, a życie w lesie powoli zamierało. Najlepsza pora dla tropicieli, ponieważ granica pomiędzy dniem a nocą powodowała, że stworzenia dzienne powoli zmierzały do swych leży, a te nocne czekały na zniknięcie ostatniego blasku słońca i zapadnięcia ciemności.
Z tego powodu złorzeczenia wiedźmina słyszano nawet w najdalszych okolicach. Stał on bowiem, po kolana w strumieniu i szorował swoje jedyne portki, które nieszczęśliwie zostały zabrudzone ptasim guanem, gdy łowca potworów stawał obozować.
— Ażeby ci pióra odpadły ty czarci wypierdku, żeby ci ziarno w gardle stanęło, kurwisynu jeden.
— Płoszysz mi ryby. — Wygodnie rozparty na brzegu kurier obserwował poczynania Azamira próbującego sprać resztki ptasiego gówna. Od niechcenia moczył w wodzie wędkę, by tylko mieć powód do przebywania nad brzegiem i nabijania się z przyjaciela. Od tego przecież są.
— Uważaj, bo złapiesz jeszcze jakąś lampę z dżinem i narobisz nam kłopotów.
Wiedźmin ciągle żartował z ulubionego zajęcia swojego kompana. Prawie nigdy nic mu nie brało, choć każdy z nich, w skrytości duszy, marzył o szczupaku na kolację.
— Tak, już to widzę.
— Weź, odłóż swój kijek, bo nie nałożyłeś nawet przynęty. Rusz tyłek i nazbieraj chrustu, bo woda ma temperaturę niską jak jasna cholera, a ja byłbym bardzo kontent, jeśli przywitałaby mnie perspektywa rozpalonego ogniska.
— Ja będę harował, a jaśnie pan, będzie dbał o swój wygląd?
— Widziałeś, co się stało, sukinsyn wziął mnie na cel i zrobił wszystko by trafić guanem, tak aby miało jak największy rozprysk.
— Gadaj sobie, gadaj, ja swoje wiem. Unikasz roboty. Zawsze tak to wygląda, przyzwyczajony jestem do tego. Teraz sługa Rastosław pójdzie nazbierać chrustu i drewna na ognisko, by jaśnie pan Azamir, po skończeniu zażywania kąpieli mógł rozgrzać swoje stare kości.
Obaj zamilkli na chwilę, z tą różnicą, że goniec królewski robił to na brzegu z uśmiechem na całą twarz, a wiedźmin stał z nietęgą miną po kostki w mule i po kolana w mętnej wodzie. Grę na cierpliwość oczywiście przegrał ten drugi.
— ... Proszę? — Błagalny ton mutanta potrafiłby poruszyć nawet serce z kamienia.
Kurier zarechotał, tym razem na tyle głośno by słyszano go na drugim brzegu rzeczki. Sytuacja zdawała się kuriozalna dla każdego, kto znał jakiegokolwiek innego wiedźmina, prócz samego Azamira von Malhoun, ponieważ mieli oni nieposzlakowaną reputację zimnych zabójców potworów. Być może wszyscy wiedźmini ze szkoły gryfa mieli wielkie poczucie honoru, lecz tak ciapowaty potrafił być tylko on.
Rastosław odrzucił wędkę za siebie, nie zaprzątając sobie głowy jej dalszym losem. Azamir miał rację, nie było na niej haczyka, ani tym bardziej przynęty. Goniec wyszczerzył zęby do towarzysza i bez słowa ruszył w stronę rzadkiego lasu rosnącego przy miejscu obozowania.
Łowca potworów śledził wzrokiem odejście przyjaciela, a gdy ten zniknął za drzewami, z ulgą zanurzył rozognione od jazdy pośladki, w mętnej wodzie wydając ciche westchnienie ulgi.

***

Z błogiego stanu relaksu wyrwał go okrzyk z pobliskiego lasu. Rozpoznał po głosie swojego towarzysza, więc czym prędzej próbował naciągnąć na siebie przemoczone skórzane spodnie; niemrawo mu to szło, ponieważ rozmiękła skóra znacznie zwiększyła swój ciężar.
Po chwili z zagajnika wyłonił się królewski goniec ścigany przez grupę nekkerów. Stworzenia te przypominały skrzyżowanie goblina z utopcem. Oficjalnie klasyfikowano je jako ogrowate, choć żyły pod ziemią i nie przypominały swoich wielkich zielonych pobratymców. Wyglądały chuchrowato, lecz miały długie pazury i ostre zęby, więc biada temu, kto je zlekceważył. Wielkością dorównywały sześciolatkowi, miały nadmiar bladoróżowej, błoniastej skóry, oraz niewielkie oczy. Z reguły atakowały w stadach, rzadko kiedy toczono starcia z pojedynczymi osobnikami. Łączył je szczep, zwykle grupa zwiadowcza liczyła pięć lub sześć osobników. Tak było i w tym przypadku.
Na widok przeciwników wiedźmin zmobilizował swoje siły. Miał problem z usłyszeniem, co konkretnie krzyczał jego przyjaciel, lecz zrozumiał sens.
— Rzuć mi srebrny miecz! — wykrzyczał wiedźmin, brnąc przez zamulone dno. Człowiek nie powinien biec szybciej niż nekkery, to dla najzwyklejszego mężczyzny stanowi niemożliwość, pomyślał Azamir, choć w tym momencie był wdzięczny za niebywałą kondycję i sprawność ruchową kuriera.
— Który to? — Goniec w panice podniósł oba miecze ku górze, jak tylko je pochwycił.
Nie uzyskał odpowiedzi, wiedźmin bowiem został właśnie przez coś wciągnięty pod wodę. Dopiero po chwili wynurzył się, a od jego uda, aż po kostkę, ciągnął się krwawy ślad zadany pazurami potwora.
— Rzucaj! — powtórzył łowca potworów. A po chwili złapał w rękę jeden z mieczy. — Nie ten, ten jest stalowy.
— A jaka to różnica? — Rastosław w panice podjął rejteradę pod drzewo.
— Ten służy do szermierki, a srebro bardziej zraniłoby tego skurczybyka. — Wbił miecz w wodę, a ona zafalowała intensywnie i jeszcze bardziej zmąciła, a do barwy zielonobrunatnej dołączył lekki odcień czerwieni. — Ale każdym dam radę pokonać takiego dziadygę.
— Pomóż mi, a nie gadaj po próżnicy. — Kurier zwrócił uwagę na istotny dla siebie element działań na brzegu. Drugim stanowiło podejście jednego z nekkerów do uwiązanych koni, na nieszczęście dla niego, podszedł do nich od tyłu i oberwał od ogiera kopytem w głowę, gdy ten szarpnął się w panice. Potwór po otrzymaniu ciosu padł nieprzytomny na ziemię, ponieważ Azamir nie oszczędzał na podkowach.
Mutant robił wszystko by stłumić w sobie ból, lecz eliksir mogący mu w tym pomóc leżał w końskich jukach, a drogę do nich blokowało mu pięć nekkerów. Klnąc już nie tylko w myślach, ale i pod nosem nieudolnie zaszarżował, powłócząc jedną nogą, z której dość obficie wypływała krew. Wiedźmin podejrzewał, że o mały włos cios utopca minął tętnicę udową i mógł poważnie rozszarpać parę mniejszych naczyń krwionośnych. Jeśli szybko tego nie zakończy, ma szansę na omdlenie z powodu utraty krwi. Regeneracja gryfów nie stała na tak wysokim poziomie, jak w reszcie szkół, była to cena, którą przyszło zapłacić za lżejszy proces mutacji.
Jeden z nekkerów podjął atak na niego, a wiedźmin eleganckim ruchem pozbawił go głowy. Odsłonił swoje ciało, co stanowiło cenę za wzorową dekapitację, lecz jednocześnie wiedział, że żaden ze stworów nie zdoła wykorzystać nadarzającej się okazji. Następny relikt otrzymał pchnięcie w tył głowy, tak aby klinga miecza wyszła mu oczodołem. Azamir zostawił miecz w głowie nekkera i przy pomcy piruetu doskoczył do kuriera skulonego pod drzewem. To stanowiło poważny błąd. Sapnął z bólu, gdy wylądował, ale od razu sięgął w stronę torby z eliksirami i szybkim ruchem wyjął korek jednego z flakonów, po czym wychłeptał jego zawartość. Po konsumpcji wykonał zwrot w stronę przyjaciela. Potwory zbliżały się. Wyrwał Rastosławowi z ręki srebrny miecz i wyszczerzył zęby do trójki przeciwników. Twarz poszarzała mu, a naczynia krwionośne nabrzmiały.
— Czas zakończyć tę farsę — mruknął pod nosem.
Przedstawienie musiało trwać.

***

— Zaraza — zaklął wiedźmin, przykładając sobie do nogi tkaninę, zamoczoną w środku przyśpieszającym regenerację ran. Eliksir tłumił ból, lecz nie eliminował go całkowicie. Krew w rzece, nie pochodziła od utopca, lecz z jego własnej goleni.
— To było niesamowite. Za każdym razem jak widzę twoje popisy mieczem, nie mogę wyjść z podziwu. Tylko ty jeden poruszasz się z taką gracją, tworzysz swoisty taniec śmierci.
— Wyjaśnijmy sobie coś, o walce możesz mówić naprawdę wiele, wręcz wszystko tylko nie porównuj jej do tańca. On posiada rytm, a rytm zabija.
Kurier chwilę po zakończeniu walki, jak gdyby nigdy nic powrócił do lasu po chrust i gałęzie, po to, by rozpalić ognisko. Azamir w tym czasie zdołał jedynie dotrzeć do swojego ogiera i wyciągnąć parę niezbędnych mu rzeczy. Najpierw polał poszarpaną ranę środkiem dezynfekującym. Jako wiedźmina nie imały się go infekcje, lecz bez tego rana miała szansę nie wygoić się w wystarczającym stopniu. Posiadał odporność na choroby zakaźne rodzące się wewnątrz organizmu, lecz na nadkażenia ran, wiedźmińskie mutacje, go już nie uodporniły. Następnie zażył kolejny eliksir przeciwbólowy, ponieważ adrenalina przestawała już wydajnie działać, a przez nią przenikał teraz ból spotęgowany działaniem płynu wylanego na ranę. Dopiero wtedy oblał całą nogę dekoktem zasklepiającym ranę i na moment zemdlał.
Siedzieli teraz przy wesoło trzaskającym ognisku i nadszarpywali rezerwy suchego prowiantu. Początkowo oczywiście Rastosław narzekał na brak świeżego mięsa w posiłku, ale po sugestii wiedźmina, że przecież ma swobodny dostęp do pokrojonego surowca leżącego wokoło obozowiska, królewski goniec poddał się i z godnością zaczął przygotowywać posiłek z ich skromnych zapasów. Nie uprzątnęli zwłok zabitych potworów, ponieważ żaden z nich nie miał do tego sił, a padlinożercy zamieszkujący okoliczny las gardzili zwłokami innych ścierwojadów. W pierwotnym planie mieli zakończyć dzisiejszy dzień w zajeździe położonym dwie godziny jazdy stąd, lecz z powodu jęczenia wiedźmina o postój utkwili w takiej, a nie innej sytuacji.
— To jak mam więc to nazwać? Bardzo szybkie wymachiwanie mieczem?
— Nazywaj to, jak chcesz, byle nie była to nazwa związana z żadnym taktem lub rytmem. To przynosi pecha.
Goniec już miał zapytać, co przyniosło mu dziś tak wielkiego pecha, że skończył z rozszarpaną golenią, ale po chwili stwierdził, że nie warto drwić z kogoś, kto dwie godziny temu ocalił mu życie. Po prostu nie wypada, robić podobnej rzeczy. Nie mógł się jednak powstrzymać, przed lekkim szyderstwem z przyjaciela.
— Zechce zatem Pan spożyć posiłek? Czy jest Pan kontent z wielkości ogniska?
— Zechce i jest kontent.

***

Jedynym punktem oświetlającym polanę stanowiło ognisko, księżyc kończył wchodzić w fazę nowiu, a gwiazdy jak na złość zostały zasnute chmurami. Jednemu to odpowiadało, a drugiemu nie.
— Tęskniłem za tym — westchnął i po chwili dodał. — Tak jest i to mi się podoba. Azamir i Rastosław, dwóch wiernych przyjaciół i podróż pełna przygód! To bomba! Znów mnie wzywa szlak...
— Możesz być ciszej? Liżę rany.
— Twoja markotność wynika z tego, że wyszedłeś z wprawy, zranił cię jakiś zwykły mały gnojek i uraziło to twoją nadmuchaną dumę, a po zrobieniu w niej dziurki powietrze uszło jak z przebitego świńskiego pęcherza.
— Możliwe jest, że mógłbym przyznać Tobie rację, ale tego nie zrobię. Czy zechciałbyś skończyć? Muszę wypocząć i miłym jest mi myśl o śnie.
Zapadła niezręczna cisza, nie wiadomo kto stał się bardziej markotny, czy wiedźmin, który wiedział, że przyjaciel miał rację co do zastania starych kości i lekceważenia podstawowych odruchów wiedźmińskich; czy też kurier będący zmartwiony zachowaniem przyjaciela i zatroskany jego stanem zdrowia. Wbrew pozorom, między nimi powstała jedna z dziwniejszych relacji znanych w całym świecie, ponieważ nie pasowali do siebie w żadnym stopniu, a pomimo to połączyła ich nić przyjaźni.
— Nim zaśniesz, chciałbym omówić pewną kwestię. — Głos gońca spoważniał. Nie wróżyło to zbyt dobrze.
Łowca potworów podniósł się z posłania, opierając swój ciężar na łokciach. Zresztą posłanie, to za dużo powiedziane, ponieważ leżał na wytartym wełnianym kocu i nakrył ciało swoim starym płaszczem. Niebyły to komfortowe warunki dla rycerza przywykłego do spania po kasztelach, ale w swoich podróżach Azamir spał już w gorszych warunkach.
— Mów. — Łaskawie pozwolił mu mutant.
— To ty będziesz mówił.
Wiedźmin przypomniał sobie rozmowę w karczmie na Rozstajach, przełknął ślinę, choć ta nie chciała napływać do ust. Nie mógł zdradzić tajemnic mutacji nawet najlepszemu przyjacielowi. Nie chodziło tu nawet o przysięgi. Motywacją dla milczenia stała się troska o zachowanie zdrowia i życia towarzysza, ponieważ ta wiedza mogła go zniszczyć, podobnie jak wydrenowała psychikę nauczyciela alchemii, tak, że potrzebował paru lat, nim zaczął uczestniczyć w próbach traw.
— Musimy omówić drogę, jaką ruszymy na południe.
Łowcy potworów ulżyło, odczuwał radość z powodu wszechobecnej ciemności, niepozwalającej jego kompanowi odczytać wyrazu twarzy, jaki miał w tej chwili. Wiedział, że przyjaciel będzie nalegał na poznanie tajemnic wiedźmińskich i odczuwał radość, że nie nastąpiło to w tej chwili. Znów odwlekł w czasie nieuniknione.
— Proponuję ruszyć przez Dorian — Azamir próbował panować nad swoim głosem, by pozostał on spokojny i chłodny — później skręcić na Mayennę, a następnie ku Brugge i przeprawić się przez Jarugę w Dillingen. Później w Cintrze pojedziemy przez Chociebuż i Tigg, ku Erlenwaldowi i schodom Marnadalu. Gdy dotrzemy na drugą stronę gór Amellu, pomyślę co dalej.
— Nie ma krótszej drogi?
— Jest — potwierdził wiedźmin — przez Broklion.
Kurier prawie odskoczył od ogniska, przerażała go sama myśl o wejściu do lasu opanowanego przez driady. Pogłoski mówiły, że ocaleni byli wypuszczani bez oczu, by nie wskazali dróg do schronień panien leśnych, choć wyłupywały ich gałki dopiero przy wypuszczaniu jeńca, tak aby mógł on przekazać, co widział w samym lesie, oraz przekazać wieści o torturach i śmierci swoich towarzyszy.
— Odpada. — Zadecydował eskortowany. — Może jakaś inna?
— Ta stanowi najkrótszą i najbezpieczniejszą.
— Gdzie leży najbliższe miasto stąd?
— Gors Velen, stolica tego regionu. To właściwie jedyna większa osada. Całkowicie byśmy zboczyli z drogi.
Wiedźmin spojrzał na swojego towarzysza, goniec siedział uśmiechnięty i pogodny. Coś kombinuje, tylko co? — pomyślał łowca potworów.
— Nieważne, mamy coś ważnego do kupienia i choćby, dlatego warto zboczyć z trasy.
— Co jest tą ważną rzeczą? — Azamir ziewnął, powoli zaczynała nużyć go ta rozmowa.
— Twoje spodnie przyjacielu, bo przecież nie masz zapasowych, prawda?
Gryfita spojrzał na strzęp spodni, którym brakowało prawie całej nogawki. Milcząc, przyznał towarzyszowi rację.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Tagi:

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1309

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#2 » 29 cze 2018, o 18:42

dwaj jeźdźcy nieśpiesznie wybrali drogę
Z tego, co zrozumiałam (może się mylę), chciałeś napisać, że się nie śpieszyli, czyli spokojnie jechali(?), czy może stali i nieśpiesznie wybierali drogę? :P Bo to drugie brzmi dziwacznie.
''graniczne'' i ''granicę'' - niby nie to samo, ale stoją tak blisko siebie, że mam wrażenie powtórzenia.
wolałbym jeszcze poleżeć w pierzynach, ale słowo tak sławnego łowcy potworów, jest dla mnie rozkazem
ja rozumiem, że uniwersum i charakterystyczny dla tego styl, zarówno wypowiedzi, jak i narracji, ale to brzmi sztucznie.
— Znajdujemy się na północy i szanuj, jak tu mówimy. Tutaj wychodzimy na pole. — Goniec godnie uniósł swój nos ku niebu.
O nie! Mój światopogląd legł właśnie w gruzach. Przecież na Śląsku mówi się ''na pole'', a u mnie, na północy, ''na dwór'', bo my szlachta! :chlip: :chlip:
Jakiś czas temu minęła już pora zasiania pierwszego ziarna, od tamtego czasu nie miał ochoty zajmować tą częścią pola.
chyba zgubiłeś ''się'';
— Choćże na dwór, będziem pielić.
Nawet w zapadłych wsiach nad brzegiem Pontaru zaczęły kwitnąć wielkopańskie obyczaje z południa.
Lovam tą wstawkę. :D
co nadzwyczaj mocno zachwiało jego poczucie godności osobistej
chyba jednak ''zachwiało jego poczuciem''
— Jeśli mi rzyć odpadnie od jazdy po tych wertepach, to ty jej będziesz szukał.
— Jeżeli naprawdę to się zdarzy, wtedy osobiście złapię ją w worek i sprzedam na targu osobliwości, ponieważ będzie to najbardziej wyszczekana dupa w całym znanym nam świecie.
:kocham: :kocham2: :kocham3:
Oficjalnym powodem postoju miało być upolowanie jakiegoś dzikiego zwierza na obiad, lecz po wokalnym popisie gońca, w okolicy nie było żadne zwierzęcia gotowego na zamianę w strawę nad ogniskiem.
coś tu nie gra!
przyjaciela i bez słowa ruszył w stronę rzadkiego lasu rosnącego przy miejscu obozowania.
Łowca potworów śledził wzrokiem odejście przyjaciela
powtórzenie.
a gdy ten zniknął za drzewami, z ulgą zanurzył rozognione od jazdy pośladki, w mętnej wodzie wydając ciche westchnienie ulgi.
skisłam :D
Było tak dobrze! Przez całą pierwszą połowę rozdziału, ale tutaj znowu wynurza się Twoja tendencja do tworzenia dziwacznych określeń:
Integrował je szczep

wynurzył swoje ciało

wykrwawienie organizmu

Kolejny relikt dostał precyzyjne pchnięcie


Azamir nie marnował czasu, zostawił miecz w głowie nekkera, a sam wykwintnym piruetem wykorzystał utworzoną lukę i doskoczył do kuriera skulonego pod drzewem. To stanowiło duży błąd. Sapnął z bólu, gdy wylądował, od razu sięgając w stronę torby z eliksirami, szybkim ruchem wyjął korek jednego z flakonów, po czym wychłeptał jego zawartość. Po konsumpcji wykonał zwrot w stronę przyjaciela. Wyrwał mu z ręki srebrny miecz i wyszczerzył zęby do trójki przeciwników. Twarz poszarzała mu, a naczynia krwionośne nabrzmiały. Przedstawienie musiało trwać.
Pomijając dwa ostatnie zdania całość brzmi trochę zbyt sztucznie i pompatycznie. Dobre opisanie walki to niełatwa sprawa, ale warto nad tym popracować. Co do ostatniego zdania - z racji tego, że akapit kolejny jest już po walce, to zamieniłabym na coś w stylu ''czas zakończyć tą farsę/to przedstawienie'', ale to tylko moja luźna sugestia.
miał immunitet na infekcje
kolejne dziwaczne :D
lecz na nadkażenia ran, wiedźmińskie mutacje, go już nie uodporniły.
nie jestem masterem w przecinki, ale tutaj wydają mi się one zbędne, bo nie brzmi to jak typowe wtrącenie.
ma swobodny dostęp do pokrojonego surowca leżącego wokoło obozowiska
a ja się zastanawiam, czemu będąc w dziczy nie spalili tego albo co innego, bo na ich miejscu martwiłabym się, że mi się jakieś wilki czy inne kie czorty zlecą w nocy do padliny;
Możliwe jest, że mógłby to potwierdzić, ale czy mógłbyś skończyć?
nie brzmi to zgrabnie i ogółem coś mi tu nie gra.
Łowca potworów uniósł tułów, opierając go na łokciach, z posłania.
znowu dziwnie.
Nie ważne, mamy coś ważnego do kupienia i choćby, dlatego warto zboczyć z trasy.
Nieważne.

Podsumowując: ogółem jak dla mnie najlepszy rozdział z dotychczas opublikowanych. Tym razem naprawdę się wciągnęłam. Pierwsza połowa wyszła Ci lepiej i gdyby tak szło Ci pisanie tego opowiadania, to byłbyś już na właściwej drodze. :) Ale w drugiej połowie znowu wkradły się dziwaczne określenia, do których tworzenia masz skłonność.
Ogółem: jest lepiej, ale może być jeszcze lepiej.
Chcę więcej!
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1737

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#3 » 30 cze 2018, o 00:27

Dural, jak ochłoniesz po łacinie i naniesiesz poprawki Karen, to daj znać. Też bym przeczytał.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#4 » 30 cze 2018, o 11:52

Ochłonąć po łacinie, udało się, ale mnie choróbsko rozkłada, a mam przeprowadzkę do popełnienia. Postaram się nanieść poprawki jak najszybciej.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1737

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#5 » 30 cze 2018, o 12:10

DuralT pisze:...mnie choróbsko rozkłada, a mam przeprowadzkę do popełnienia.
Cholera! Redaktor Jerzy Urban pisał, że pechowiec może złapać syfa, wąchając różę :))

DuralT pisze:Postaram się nanieść poprawki jak najszybciej.
Postaraj się wyzdrowieć.

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1309

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#6 » 30 cze 2018, o 12:27

Uuuu, Dural, wakacje się zaczynają, a Ciebie choróbsko rozkłada. Niedobrze. Zdrowiej!
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#7 » 30 cze 2018, o 12:51

Normalne jest to u mnie po sesji. Tłumię w sobie wszelkie zarazki, przy pomocy stresu i takich ilości kofeiny, że dopiero po zaliczeniach zaczynają one mnie atakować, a ja wtedy już kapituluję. Oczywiście i tak to zaniedbam, bo muszę przygotować się do przeprowadzki.
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

szczepantrzeszcz
Autor miesiąca
Posty: 1737

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#8 » 30 cze 2018, o 13:37

Jakieś dziesięć dni temu wirusy próbowały mnie atakować. Zaaplikowałem im gorącą herbatę, ratafię i wściekły prysznic o temperaturze zbliżonej do temperatury herbaty. Czułem, jak się wspólnie zastanawiają, czy moje jestwo jest tym właśnie miejscem, w którym pragną ułożyć sobie życie. Potem obejrzałem mecz Polska-Senegal i moje patriotycznie nastawione mikroby popełniły zbiorowe samobójstwo.

Awatar użytkownika
DuralT
USS Gerald R. Ford
USS Gerald R. Ford
Posty: 1675

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#9 » 6 lip 2018, o 14:35

Karen pisze:
dwaj jeźdźcy nieśpiesznie wybrali drogę
Z tego, co zrozumiałam (może się mylę), chciałeś napisać, że się nie śpieszyli, czyli spokojnie jechali(?), czy może stali i nieśpiesznie wybierali drogę? :P Bo to drugie brzmi dziwacznie.
''graniczne'' i ''granicę'' - niby nie to samo, ale stoją tak blisko siebie, że mam wrażenie powtórzenia.
wolałbym jeszcze poleżeć w pierzynach, ale słowo tak sławnego łowcy potworów, jest dla mnie rozkazem
ja rozumiem, że uniwersum i charakterystyczny dla tego styl, zarówno wypowiedzi, jak i narracji, ale to brzmi sztucznie.
— Znajdujemy się na północy i szanuj, jak tu mówimy. Tutaj wychodzimy na pole. — Goniec godnie uniósł swój nos ku niebu.
O nie! Mój światopogląd legł właśnie w gruzach. Przecież na Śląsku mówi się ''na pole'', a u mnie, na północy, ''na dwór'', bo my szlachta! :chlip: :chlip:
Jakiś czas temu minęła już pora zasiania pierwszego ziarna, od tamtego czasu nie miał ochoty zajmować tą częścią pola.
chyba zgubiłeś ''się'';
— Choćże na dwór, będziem pielić.
Nawet w zapadłych wsiach nad brzegiem Pontaru zaczęły kwitnąć wielkopańskie obyczaje z południa.
Lovam tą wstawkę. :D
co nadzwyczaj mocno zachwiało jego poczucie godności osobistej
chyba jednak ''zachwiało jego poczuciem''
— Jeśli mi rzyć odpadnie od jazdy po tych wertepach, to ty jej będziesz szukał.
— Jeżeli naprawdę to się zdarzy, wtedy osobiście złapię ją w worek i sprzedam na targu osobliwości, ponieważ będzie to najbardziej wyszczekana dupa w całym znanym nam świecie.
:kocham: :kocham2: :kocham3:
Oficjalnym powodem postoju miało być upolowanie jakiegoś dzikiego zwierza na obiad, lecz po wokalnym popisie gońca, w okolicy nie było żadne zwierzęcia gotowego na zamianę w strawę nad ogniskiem.
coś tu nie gra!
przyjaciela i bez słowa ruszył w stronę rzadkiego lasu rosnącego przy miejscu obozowania.
Łowca potworów śledził wzrokiem odejście przyjaciela
powtórzenie.
a gdy ten zniknął za drzewami, z ulgą zanurzył rozognione od jazdy pośladki, w mętnej wodzie wydając ciche westchnienie ulgi.
skisłam :D
Było tak dobrze! Przez całą pierwszą połowę rozdziału, ale tutaj znowu wynurza się Twoja tendencja do tworzenia dziwacznych określeń:
Integrował je szczep

wynurzył swoje ciało

wykrwawienie organizmu

Kolejny relikt dostał precyzyjne pchnięcie


Azamir nie marnował czasu, zostawił miecz w głowie nekkera, a sam wykwintnym piruetem wykorzystał utworzoną lukę i doskoczył do kuriera skulonego pod drzewem. To stanowiło duży błąd. Sapnął z bólu, gdy wylądował, od razu sięgając w stronę torby z eliksirami, szybkim ruchem wyjął korek jednego z flakonów, po czym wychłeptał jego zawartość. Po konsumpcji wykonał zwrot w stronę przyjaciela. Wyrwał mu z ręki srebrny miecz i wyszczerzył zęby do trójki przeciwników. Twarz poszarzała mu, a naczynia krwionośne nabrzmiały. Przedstawienie musiało trwać.
Pomijając dwa ostatnie zdania całość brzmi trochę zbyt sztucznie i pompatycznie. Dobre opisanie walki to niełatwa sprawa, ale warto nad tym popracować. Co do ostatniego zdania - z racji tego, że akapit kolejny jest już po walce, to zamieniłabym na coś w stylu ''czas zakończyć tą farsę/to przedstawienie'', ale to tylko moja luźna sugestia.
miał immunitet na infekcje
kolejne dziwaczne :D
lecz na nadkażenia ran, wiedźmińskie mutacje, go już nie uodporniły.
nie jestem masterem w przecinki, ale tutaj wydają mi się one zbędne, bo nie brzmi to jak typowe wtrącenie.
ma swobodny dostęp do pokrojonego surowca leżącego wokoło obozowiska
a ja się zastanawiam, czemu będąc w dziczy nie spalili tego albo co innego, bo na ich miejscu martwiłabym się, że mi się jakieś wilki czy inne kie czorty zlecą w nocy do padliny;
Możliwe jest, że mógłby to potwierdzić, ale czy mógłbyś skończyć?
nie brzmi to zgrabnie i ogółem coś mi tu nie gra.
Łowca potworów uniósł tułów, opierając go na łokciach, z posłania.
znowu dziwnie.
Nie ważne, mamy coś ważnego do kupienia i choćby, dlatego warto zboczyć z trasy.
Nieważne.

Podsumowując: ogółem jak dla mnie najlepszy rozdział z dotychczas opublikowanych. Tym razem naprawdę się wciągnęłam. Pierwsza połowa wyszła Ci lepiej i gdyby tak szło Ci pisanie tego opowiadania, to byłbyś już na właściwej drodze. :) Ale w drugiej połowie znowu wkradły się dziwaczne określenia, do których tworzenia masz skłonność.
Ogółem: jest lepiej, ale może być jeszcze lepiej.
Chcę więcej!


Dziękuję za miłe słowa i wypunktowanie błędów, postaram się sprostać zadaniu i zadowalająco poprawić treść. Jest mi niezmiernie miło, że tak wiele fragmentów uznałaś za zabawne, ponieważ uważam, że nawet w tak mrocznym świecie jak Wiedźmina jest miejsce na śmiech i humor, po to również był Jaskier w książkach AS.

Karen pisze:
wolałbym jeszcze poleżeć w pierzynach, ale słowo tak sławnego łowcy potworów, jest dla mnie rozkazem
ja rozumiem, że uniwersum i charakterystyczny dla tego styl, zarówno wypowiedzi, jak i narracji, ale to brzmi sztucznie.

Właściwie nie jest to zdanie z uniwersum Wiedźmina A.Sapkowskiego, a z polskiej gry osadzonej w quasifantasy świecie rodzimych wierzeń i mitologii, a znanej jako Polanie II. Sparafrazowałem powiedzenie łowcy z tej produkcji, jako nieznaczący smaczek dla miłośników polskich gier, ponieważ była to jedna z niewielu polskich produkcji, która ukazała się na rynku zagranicznym (pod nazwą Knightshift). Jeśli to naprawdę źle brzmi, to wykreślę lub napiszę inaczej to zdanie.

Karen pisze:
— Znajdujemy się na północy i szanuj, jak tu mówimy. Tutaj wychodzimy na pole. — Goniec godnie uniósł swój nos ku niebu.
O nie! Mój światopogląd legł właśnie w gruzach. Przecież na Śląsku mówi się ''na pole'', a u mnie, na północy, ''na dwór'', bo my szlachta! :chlip: :chlip:

Właśnie dlatego, używając krzywego zwierciadła, sprawiłem, że to na północy mówią "na pole". Uważam to za jeden z lepszych żartów i sposobów na zabawę z czytelnikiem. Taki typowy polski humor.

Karen pisze:
ma swobodny dostęp do pokrojonego surowca leżącego wokoło obozowiska
a ja się zastanawiam, czemu będąc w dziczy nie spalili tego albo co innego, bo na ich miejscu martwiłabym się, że mi się jakieś wilki czy inne kie czorty zlecą w nocy do padliny;

Dziękuję za tę uwagę, dodałem do tekstu wyjaśnienie, dotyczące zwyczajów padlinożerców.

szczepantrzeszcz pisze:Dural, jak ochłoniesz po łacinie i naniesiesz poprawki Karen, to daj znać. Też bym przeczytał.

Daję znać :hello:
— No to płyńmy dalej, marynarzu, bo?
— Navigare necesse est, vivere non est necesse.
Andrzej Ziemiański – Pomnik Cesarzowej Achai - Tom V

Awatar użytkownika
Karen
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Mistrzyni tortur narzędziami dentystycznymi
Posty: 1309

Ostatni królewski gryf: Rozdział III [Wiedźmin]

Post#10 » 6 lip 2018, o 22:47

Cieszę się, że uwagi się przydały.
Co do tej jednej wypowiedzi, to dla mnie serio brzmi sztucznie, ale czy zostawisz ją jako smaczek związany z grą - Twoja decyzja :)
Jeśli nie wiesz, co masz dalej zrobić, to zrób sobie kawę.

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość