Ze zwichniętym skrzydłem / cz.I/

Długa proza (powyżej 10 stron) publikowana w częściach: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
Przypomnienie:
Maksymalna objętość tekstu, jaką można umieścić w jednym temacie, to 10 stron znormalizowanego maszynopisu. Teksty przekraczające tę objętość (fragmenty powieści, długie opowiadania), należy publikować w częściach w dziale "Teksty wieloczęściowe". Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie.
Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Dla tekstów wieloczęściowych, w treści każdej części należy dodać odnośniki do opublikowanych części: pierwszej, poprzedniej i następnej (jeżeli jest dodana). Służy to ułatwieniu czytelnikom dotarcia do reszty tekstu.
Awatar użytkownika
helka pętelka
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 142

Ze zwichniętym skrzydłem / cz.I/

Post#1 » 4 miesiące temu (7 maja 2018, o 11:26)

[czesc-pierwsza]


Vernazza jest piękniejsza niż w moich oczekiwaniach. Słońce coraz mocniej ogrzewa ramiona i kark, wiatr od morza cudownie smaga twarz. Pewna doza szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, chcę zobaczyć wszystko, przemyka myśl. Puszczam wolno taksówkę i idę piechotą. Tylko ja i puste, kręte uliczki, obudowane szczelnie wąskimi kamieniczkami. Zewsząd błoga cisza. Elewacje biją po oczach bogactwem kolorów. Ognista miedź miesza się z szarością kamienia, biel ze złotem i delikatnymi brązami piaskowca. Niektóre domy są nieco zniszczone przez silne morskie wiatry, ale to nie odbiera im uroku.
Czas się rozrzedza. Docieram na kamienne nadbrzeże portu. Przystaję. Rybacy wyciągają z wody wielką sieć. Przy każdej sześciu mężczyzn. Ciągną wszyscy razem, zgodnie, na sygnał najstarszego. Lina się przesuwa, rybacy zapierają się ze wszystkich sił. Sieć powoli zbliża się do brzegu, połyskujące w słońcu ryby podskakują w spienionej wodzie, trzepocząc setkami ogonów. Rybacy wyciągają Adriatyk na brzeg — szepczę, uśmiechając się w duchu.

Zbliża się południe. Bez trudu odnajduję dom Paula. Wydaje mi się opuszczony. Niekoszony trawnik, tylko podjazd pod garaż wysypany jest świeżym, kremowym żwirem. Drzwi frontowe są uchylone. Ostrożnie wchodzę do środka. Deski podłogowe przyjemnie skrzypią. Widzę idealnie wysprzątane wnętrze. Czarne buty, lśniące jak dwa chrząszcze, ustawione równo pod kanapą, oraz nuty na pianinie, świadczą, że Paul jest w domu. Otwierają się drzwi łazienki. Staje w progu, wycierając dłonie w biały ręcznik. Ma wymiętą twarz, widać zmęczenie, ale ciągle jest w kwiecie wieku, wysoki i smukły, czarna czupryna delikatnie przyprószona siwizną, zauważam, choć, czy to w ogóle jest istotne. Paul jest mi bliski i obcy zarazem, coś odeszło nie wiadomo kiedy. Czuję pulsowanie w uszach, nabieram powietrza. Boję się, że nie będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia.

— Och, cześć. Miałaś przyjemną podróż? Nie wyszedłem po ciebie, wybacz. Chciałem ukończyć obraz. Idziemy na kolację, a może wolisz odpocząć?

— Całe wieki nie byłam we Włoszech, tęskniłam. Idziemy.

— Przy Via Roma jest klimatyczna restauracja. Spróbujemy doskonałej tarty z jabłkami.

— Dobierz odpowiednie wino. Najlepiej "Vino de la Cinque Terre". Podobno, znawcy wyczuwają w nim świeżość morskiego, lekko słonego powietrza i pełnej minerałów gleby Vernazzy.

— Ależ oczywiście — mówi z udawanym oburzeniem. — Z pewnością nie popełnię bluźnierstwa — dodaje.

Restauracja to niewielki, parterowy budynek, wciśnięty między dwa domy mieszkalne. Jest skromna, ale czysta. W glinianych wazonach stoją kwiaty. Wygodne, wiklinowe fotele zapraszają. Stolik przykryty lnianym obrusem. Nawet tu, słońce próbuje wedrzeć się pod żółty parasol jak uparty podglądacz. Pojawia się śniada kelnerka z kucykiem przekrzywionym w stronę jednego ucha, o przyjaznej twarzy, skrytej za ogromnymi okularami. Widząc nas, mruga do Paula.

— Stara znajoma? — mamroczę pod nosem.

Paul przytakuje i uśmiecha się figlarnie. Po chwili dziewczyna bez słowa stawia przed nami drewnianą tacę z tutejszymi, twardymi serami. Z chłodnym winem są znakomite. Jem z przymkniętymi oczami, jestem tak głodna, że odzywam się dopiero po deserze.

— Dobre. Dziękuję.

Paul się uśmiecha, kładąc rękę na moim ramieniu.

— Skończyłem malować obraz. Obejrzysz?

Mówi to w dziwny sposób, wbijając we mnie wzrok.

— Doskonale, po to tu przyjechałam.

— Jesteś okrutna. Wiem, wiem, moja osoba nie byłaby w stanie wyciągnąć cię z twojej strefy komfortu.

— Coś w tym jest. Pamiętasz? Nie wchodzę dwa razy do tej samej rzeki.

— Jak pani sobie życzy. Wydawało mi się, że między nami jest chemia. Mam nadzieję, że twój gniew kiedyś minie.

— To była moja przestrzeń — odpowiadam łagodnie. — Nikogo tam nie wpuszczam, wiedziałeś to od początku. Dobrze, że wtedy nie rzuciłam się na ciebie z pazurami. Nie jestem snem, jestem prawdziwa, jestem tutaj i to powinno ci wystarczyć.

Uśmiecha się, odsłaniając białe zęby i dotyka szorstką dłonią mojego policzka. Dobrze wie, że nie powinien tego robić. Zmysł dotyku odgrywa istotną rolę w sferze seksu. Najwrażliwszą na dotyk jest okolica moich nozdrzy i warg. Paul zawsze był przekonany, że jest najważniejszy, we wszystkim chciał grać pierwsze skrzypce, w łóżku też, a człowiek się nie zmienia. Fakt, pojawił się w moim życiu w dobrym momencie, miałam już dość samotnej walki ze światem. Darzyłam go wielką miłością, chciałam wierzyć, że on odwzajemni ten dar. Nie umiał, kazał jej odejść, ignorował ją. Nie chciałam się narzucać! Odeszłam, posłuszna temu głosowi.Jesteś dla mnie wszystkim, co się w moim życiu liczy,powiedział na pożegnanie.Za późno, już dokonałam wyboru, za mocno mnie zraniłeś. Na wszystko jest właściwy czas i pora.
Powinnam czuć do Paula odrazę, ale nie potrafię jej w sobie znaleźć.

Wracamy do domu niespiesznie, słońce powoli gaśnie. Paul pierwszy podchodzi do furtki, ledwo widocznej w wysokim żywopłocie.

— Anno, mam ochotę zburzyć dom, aby nie został kamień na kamieniu. Winorośl rosnąca na zapleczu ma zniknąć do ostatniego pędu. Do malowania potrzebuję więcej światła i ciepłej, oddanej kobiety.

— No cóż, wiem to nie od dziś, kręcą cię rude i gorące, najlepiej o rubensowskich kształtach.

Zabrzmiało to niefrasobliwie, ale jednocześnie czuję, że budzi się we mnie stara bestia. Gdy patrzę na Paula wzrasta we mnie pożądanie. Coś mnie do niego zawsze ciągnie, czemu nie potrafię się temu oprzeć. Pamiętam jeszcze zapach jego skóry.

Wchodzimy do pracowni. Paul zbliża się do mnie, chce objąć.

Odsuwam się. Posmutniał albo mi się wydaje.

— To czyste szaleństwo. Czuję się jak fałszerz obrazów, nie mieści mi się w głowie, że to robię. Ale to też sztuka i tylko takie malowanie mnie interesuje.

Spogląda na mnie i ryczy jak lew. Cały Paul, zawsze lubił przedstawienia.

— Nie zapomnij, że w galerii w Paryżu organizuję ważny dla mnie wernisaż.

Podnosi pędzel i delikatnie muska farbą mój nos.

— I nie obejdzie się beze mnie? Masz taką moc, użyj jej, ruda czarownico. Będzie cudownie, obiecuję.


— Niech cię szlag!

Gdy poszedł otworzyć okno przyglądam się obrazowi. Opisać słowami płótna Paula to marny trud. Dużo lepszym środkiem wyrazu byłby tu kwartet z dwojgiem skrzypiec, fagotem i harfą. To istny Vermeer, Paul go niewątpliwie naśladuje. Czy ten fakt pomniejsza wielkość jego dzieła? Widzę cud kładzionego światła, na różnych rodzajach materii: na skórze ludzkiej, szacie, obiciu krzesła, bielonej ścianie, cud, który Vermeer powtarza stale, ale w innych wariantach. Stara się widzieć w niektórych jego obrazach to, czego nie ma. Zeszłej jesieni fascynowała go "Pani przy szpinecie". Dla mnie i większości krytyków bije z płótna sztywność, chłód i czysta kalkulacja, Paul się z tym nie zgadza.
Modelka ma temperament, tak samo odwraca głowę, ten sam Twój półuśmiech.

"Jest w tym uśmiechu to cudowne Twoje zamyślenie" — Napisał w liście.
Owszem potrafi być bardzo miły, nawet na odległość mnie podnieca, ale mu już nie ufam, nie potrafię. Istnieją myśli, które przychodzą ciągle na ten sam adres.

— I co podoba ci się?

— Jesteś czarodziejem, genialnym fałszerzem. Chyba podpisałeś pakt z diabłem.

— Możliwość jedna to logika. Możliwość druga czary.

— Idę spać, za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Dobranoc, Paul.

— Muszę zmienić naszą historię.

— Chcesz czy musisz? – pytam zaskoczona.

— Chcę.

— To jest coś nowego.

****

Idąc do łóżka, zdaję sobie sprawę, że wszystko, co we mnie było negatywne miało swoje źródło w strachu. Narzekanie, gniew, smutek są jego wynikiem. Obawa przed nieznanym sprawia, że starałm się bronić swojego status quo. Lęk przed niepowodzeniem powstrzymuje mnie przed działaniem. Może dlatego nie chcę przespać się z Paulem, spróbować być z nim jeszcze raz? Boję się, że nasz ponowny związek okaże się nieodpowiednim. Dosyć tych dywagacji, przywołuję się do porządku. Życie jest testem, którego nie sposób uniknąć. Każdy z nas dopóki oddycha staje przed różnymi wyzwaniami, ale zawsze mamy wybór. Ważna jest umiejętność znalezienia czegoś dobrego w każdych okolicznościach...

Noc minęła jakby ptak musnął mnie skrzydłem.

Miękkie światło poranka niesie nieskończone możliwości. Nareszcie znikła we mnie czarna dziura, moje nastawienie do życia jest inne, więcej w nim optymizmu. Może zamiast użalać się nad sobą powinnam wykorzystać swój czas, nigdy nie wiadomo ile go mam przed sobą.[/i Wchodzę, po śniadaniu, do pracowni.

— Nie wiem, czy ktoś kiedyś przygarnie takiego, starego, dużego psa jak ja?

Tak mnie przywitał.Wariat! Otrząsnęłam się i spojrzałam na niego rozbawiona.

— O tym, potem. Pomówmy o obrazie i wernisażu. Chyba chcesz go pokazać światu?

Paul milcząc, odsłonia płótno. W świetle dziennym, wygląda jeszcze lepiej.

— To arcydzieło!

— Nie jestem pewien, muszę coś jeszcze domalować. Zauważyłaś, że moja dziewczyna nie ma w uchu kolczyka z perłą?

— Oczywiście. Są naśladowcy i pionierzy. Podziwiam twój kunszt malarski, pokazujesz więcej i lepiej niż Vermeer, udowadniasz po raz kolejny, jak dużą rolę w malarstwie odgrywa światło. Perły są jednym z elementów typowych dla Vermeera – są obecne na wielu jego obrazach, ty ich unikasz, pozbywasz się też innych jego rekwizytów. Odtworzenie techniki malarskiej, jaką posługiwał się Vermeer, nie jest łatwe. Paleta Vermeera jest bardzo ograniczona, ale zgadzam się, że jego malarstwo ma coś w sobie niezwykłego. Zachwycał impresjonistów, byli równie wrażliwi na światło i barwę, jak on. Ty poszedłeś dalej, jesteś genialnym fałszerzem, lepszym od Hana Meegerena. Masz jedną jeszcze zaletę nie boisz się do tego przyznać. Zostawisz swój podpis, zapominając o jakimś szczególe, tym razem o perle. I to w Tobie kocham. Pokazujesz, że każda myśl może być skreślona, bez szkody dla dzieła, idziesz nawet dalej, dużo dalej.

— Co powiedziałaś? Kochasz mnie?

Nie wiem, co powiedzieć. Paul zakłada ręce na piersi i czeka.

— Jestem zupełnie nieinteresująca.

— Wiesz, że jest odwrotnie.

Przymknęłam oczy, chcąc się uwolnić od dręczących mnie znaków zapytania. Ależ to było trudne...

— Paul, daj mi odczuć, że to wszystko ma sens.

Pali mnie w skroniach. Ta rozmowa i atmosferą naszego spotkania. Mam wrażenie, że zwiedzam pole bitwy po zakończonej walce. [i]Czego się spodziewałam, przyjeżdżając tutaj?


— Bywają gwiazdy, które eksplodują i znikają. Nasza nigdy nie zgasła. To między nami zawsze było i jest czymś więcej – wyrywa mi się.

Na dźwięk moich słów uśmiech Paula wędruje z ust do oczu, jakby to co powiedziałam przyniosło ulgę. Wyraz jego twarzy staje się radosny jak u dziecka.

— Tak— zgodził się.— Ann, kocham cię! Kocham!

Dodaje i wybiega z pracowni.

****

To ostatnie słowa, jakie zapisała moja matka w swoim pamiętniku. Jej słowa poruszają we mnie znajomą, dziwną nutę, która zawsze się odzywa, kiedy czytam jej zapiski.
Dalej już nic nie ma, oprócz numerów telefonów i jakichś adresów. Chętnie bym pani pomogła, ale nie umiem. Wiem tylko tyle, że obraz mala mojego ojca, o którym pisze mama, spotkał się w Paryżu z krytyką części znawców. Ojciec bardzo się tym przejął, spakował wszystkie obrazy i wrócił do swojej samotni, znikając z pola widzenia. Nie minęło kilka miesięcy i znowu pojawił się w Paryżu by prosić mamę, aby do niego wróciła. Zrobiła to, jestem tu, jestem owocem tego spotkania. Na zdjęciach rodziców z tego okresu widać wzajemny podziw, uwielbienie, atencję. Trwało to niestety krótko. Na początku mama dzielnie znosiła jego humory. Upierał się, że nie będzie nosić zimowych butów, woli zamszowe clarksy.

— Ja takich betoniarek, jak nosicie w tej okolicy, nie włożę nawet do trumny — mówił, choć śnieg i niskie temperatury i tak zmuszały do zmiany obuwia.

Chyba był dobrym mężem, przynajmniej tak go odbierałam, ale żył w dwóch równoległych rzeczywistościach, zmienny jak chorągiewka, w razie potrzeby czarujący, a kiedy indziej drapieżny, działający z zimną premedytacją, zależnie od celu, jaki sobie postawił.

Pyta pani, co ojca zafrapowało w malarstwie Vermeera, w jego "Dziewczynie z perłą". Właściwie nigdy na temat nie rozmawialiśmy. To chyba nic dziwnego, że właśnie ten obraz go tak zafascynował. Ile w nim jest fatalnej, niespełnionej miłości, kiedyś napomknął. Wiadomo, że oryginał niejednego twórcę rzucił na kolana, nakręcono o nim film, Tracy Chevalier napisała książkę.

Ojciec był dziwny, nie przeszkadzało mu, że przylgnął do niego przydomek genialny fałszerz, to mu wręcz schlebiało. Dla mnie ten obraz Vermeera też jest niezwykły, kryje jakąś tajemnicę, jest na ten temat kilka hipotez, żadna mnie nie przekonuje. Krytycy twierdzą, że obraz ojca może z nim konkurować, że lepiej czuł światło.
Tak, ojciec do końca życia mieszkał w Vernazzie. Swojej samotni nie zmiótł z powierzchni ziemi i nie przebudował, mimo że wielokrotnie obiecywał to mojej matce, to była jego kryjówka. Mama była cudownym, cierpliwym człowiekiem, zawsze rozgrzeszała ojca, wnosiła do domu tyle słońca i niezwykłą siłę ducha, niesłabnącą nawet w najgorszych chwilach. Przeszła przez większość drogi życia z wyrokiem. Zjadł ją rak. Po śmierci mamy ojciec popadł w marazm, ukrywał się przed światem i wszystko jak zwykle komplikował. Godzinami mógł siedzieć bez ruchu i wpatrywać się w toń Adriatyku, prawie nie brał pędzla do ręki. Serce się krajało na jego widok. O przepraszam, po tym jak mama odeszła, swojej "Dziewczynie z perłą" domalował kolczyk. Na kartce, którą znalazłam po jego pogrzebie między nutami, napisał: Zatraciliśmy poczucie czasu, Mistrzu. Za długo żyliśmy niemym oczekiwaniem na spełnienie... Twoją perłę zastąpiłem nefrytem. Przekładam kamień życia nad łzy aniołów.
Nie rozumiem tych słów, może to jakieś mistyczne uniesienie, ojciec do końca życia był zauroczony Vermeerem, chyba nie tylko jego malarstwem. W człowieku mieszka kilka dusz. Domalowany przez ojca kolczyk jest ledwo widoczny, nie ma w nim światła, z bliska dla mnie to zwykły zielony kamyk owinięty czarną nicią, nic więcej. Wszystkie obrazy ojca nadal wiszą w domu we Włoszech, ten okazały zbiór przekracza możliwości lokalowe obiektu. To rodzaj galerii rozbudzającej mój umysł i zmysły. W testamencie poleca mi je spalić. Oczywiście tego nigdy nie zrobię.
Dom, który pani widzi, z czasem, zarósł szczelnie winoroślą, wygląda jak zielony sarkofag, ostatnio nie mogłam nawet dostać się do klamki u drzwi wejściowych. To odizolowana, zamknięta całość z własną atmosferą. A jednak trudno coś powiedzieć o tej przestrzeni, opisać ją, nazwać. Lubię o nim myśleć terytorium pustki, chociaż pustki niecałkowitej. To znikanie na moment. W nim przyglądam się zapomnieniu. To przestrzeń dwoista, niejednoznaczna, tak bardzo wyobrażona. Przedmioty wpadają w długie trwanie, w zagęszczenie dni, przesuwają się po powierzchni stołu, przechylają na meblach, wypychają się nawzajem poza ich krawędzie. Wydaje mi się, że ojciec w tym mieszkaniu obsesyjnie liczy czas, nie śpi i całe noce rozmawia nie wiadomo z kim.Teraźniejszość każe się skupiać na sobie.
Sama nie wiem czy chcę dalej opowiadać o rodzicach, o historii ich związku. Też nurtuje mnie wiele pytań. Ich życie nie jest zapisane na szkle, zagadka goni zagadkę. Spotkali się gdzieś w pół drogi między piekłem a niebem, to pewne, ale to moi rodzice. Gdy tu przyjeżdżam przypomina mi się opowieść o ptaku, który ze zwichniętym skrzydłem wraca do gniazda.

Tagi:

Wróć do „Proza: teksty wieloczęściowe”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość