Strącenie - Część Druga

Długa proza: fragmenty powieści, długie opowiadania i tasiemce innej maści.
Regulamin forum
W tym dziale należy publikować opowiadania, powieści oraz inne długie formy prozatorskie. Utwory krótkie (drabble, miniatury, krótkie opowiadania) publikujemy w dziale "Miniatury i drabble".

Przydatne definicje
drabble – krótka forma literacka licząca dokładnie sto słów

miniatura literacka (short story) – krótki utwór składający się z mniej niż 7 500 słów

opowiadanie – krótki utwór epicki o prostej akcji, niewielkich rozmiarach, najczęściej jednowątkowej fabule, pisany prozą

powieść – długi utwór narracyjny opisujący rozbudowany ciąg zdarzeń

Jeżeli twój tekst jest dłuższy niż 25000 tysięcy znaków ze spacjami, należy go podzielić na części. Każda część musi znaleźć się w osobnym temacie i nie przekraczać ww. objętości.
Nazwa tematu powinna składać się z tytułu tekstu. Dodatkowo, dla tekstów wieloczęściowych, w tytule należy podać numer części, na przykład "Tytuł - część 1". W przypadku publikowania fanfiction, należy podać źródło w nawiasie kwadratowym, przykładowo: "[Harry Potter] Tytuł opowiadania".
Każdy tekst należy odpowiednio otagować. Tagi wybieramy z pola pod tytułem tematu. Listę tagów oraz ich podział można znaleźć na podstronie. Dla publikacji wieloczęściowych funkcjonuje dodatkowy tag tekst wieloczęściowy, a dla fanfiction fandomowe (np. fanfiction-harry-potter).
Awatar użytkownika
Troxx
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 96

Strącenie - Część Druga

Post#1 » 18 sie 2018, o 21:39

Zimna podłoga z nanotytanu.
Na niej się obudził.
Ze snu wyrwały go turbulencje. Gdy wniósł głowę, rozejrzał się dookoła. No tak. Był na jakiejś krypie. Do takiego wniosku doszedł słysząc ryk silników. Mógł się tego spodziewać. Zapamiętał tylko moment kiedy ziemskie służby porządkowe dosłownie rzuciły się na niego. Tylko tyle. Dalej trwała tylko ciemność i tajemnicze trzaski w tle. Jakby ktoś mu grzebał w głowie jak w zepsutym ergo dysku.
Matt wciąż czuł jak pęka mu łeb. W dodatku stary, ziemski sposób na rozmasowanie czoła nie pomagał.
Pomieszczenie, gdzie go rzucili wyglądało na dość spore. Cholerna, zawilgocona szatnia dla drugorzędnych sportowców. Tylko bez prymitywnych szafek. Tak to kojarzył. Panował tutaj półmrok. Na długich rzędach siedzisk, zalegała cała masa różnorodnych osobistości wielorakiego pochodzenia. Część z nich rozmawiała, albo po prostu włóczyła się po kątach z przylepionym do dłoni papierosem. Niektórzy czuli się tutaj jak w domu.
Póki co, Matt nie dostrzegał tutaj przyjaznych twarzy. Lepiej nie wdawać się z nikim w dyskusję. Musiał usiąść na jednej z ław. Coś zmusiło go, by otulić dłońmi swoją twarz. To wszystko w głowie mu się nie mieściło. Miał ochotę płakać, ale to nie czas i miejsce. Jeszcze się wypłacze. Szybko zaczął oceniać z kim ma do czynienia. Praktycznie same świry, gadające do siebie i mordercy ze szramami w różnych rejonach twarzy.
To jakaś paranoja. Wydawało mu się, że wszyscy co jakiś czas spoglądają na niego, mimo że nie widział końca swojego nosa w tej norze. Postanowił się przejść trochę po pokładzie by chociaż trochę wyładować napięcie. Ta łajba śmierdziała na odległość Ziemią i jej owocami. Również tutaj ściany udekorowano w ogromne telebimy. Przez cały czas serwowano na nich treści propagandowe, głównie gloryfikujące ZRL i mesjanistyczną rolę Szwadronu. Na Błękitnej tego pełno. Puszczali to w kółko aż do porzygania. Na jednym z ekranów widniał w pełni uzbrojony po zęby mech, który brnie mozolnie w stronie kamery. Monstrum po chwili zatrzymuje się w niewielkiej odległości od kamery, jednak obiektyw obejmuje go w całości. Potem poleciała klasyka. Metaszklany właz otworzył się. Wyćwiczona i wyprana morda operatora tej machiny, z miejsca szczerzyła kretyńsko zęby. Jego puste oczy mówiły wszystko. W umyśle tego nieszczęśliwca nie było już nic, prócz tych wykutych bzdur.
– Z dumą służę Szwadronowi Gwiezdnemu. Każdego dnia walczę o demokrację i bezpieczny byt naszych obywateli. – Matt tak się zastanawiał jak mu by poszła ta pusta gadka z radosnymi ustami, pełnymi błota i piachu. Aż Flame uśmiechnął się pod nosem. Za chwilę kolejna scenka. Młoda dziewczyna w wypukłym myśliwcu typu Falcon. Na początku odwala pokazówkę różnych manewrów powietrznych. Tuż po lądowaniu pilotka wysiada ze swojego interceptora. Jest jeszcze bardziej uśmiechnięta niż poprzedni bałwan. Ba, musiała nawet zdjąć swój pilotarski hełm, by widz mógł dokładnie zobaczyć jej naiwność. Naturalnie takich scenek było więcej, ale Matt nie dał już rady. Z tych nerwów zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu papierosa. Na szczęście nie dorwali się do jego markowych ciuchów, ale do skrytek już tak.
Ktoś podszedł do młodzieńca. Niewiele starszy od niego mężczyzna wyglądał jak Ci prymitywni oraz silni indianie, których zamknięto w odizolowanych rezerwatach. O dziwo zapuścił sobie długie włosy. Dziw, że pozwolili mu nosić taką fryzurę. Rdzenny przywitał się skinieniem i poratował go papierosem z wymiętej paczki. W końcu zdał się na skromny uśmiech. Zmęczona twarz tonęła w głębokich zmarszczkach. Podejrzany typ, ale zajarać trzeba. Matt odebrał rulonik z tytoniem i zapalił biały koniec własną zapalniczką. Tego mu nie ukradli.
– Dzięki. – Tylko cicho odparł. Ograniczył swoje emocje do absolutnego minimum. Starał się. W końcu to obcy. Nie przepadał nigdy za kimś, kogo w ogóle nie znał.
Nieznajomego to nie wzruszyło. Stanął obok cyfrowych projekcji. Zerkał na nie i z dumą podniósł głowę.
– Tak tak kolego, oto nasza pokuta. Nie jesteśmy tu bez powodu, bowiem wszyscy jesteśmy grzesznikami. – Ostatnie słowa wypowiedział wraz z przefiltrowanym dymem. Był taki dumny.
Z siebie.
–Pokuta? O czym ty chrzanisz człowieku? – Szaleniec czy fanatyk? Na jedno wychodzi. Matt przez chwilę się nad tym zastanawiał. Nie na długo, bo ten papieros o mało nie rozerwał mu płuc. Myślał, że się udusi tym szlugiem. Szaleniec w końcu odwrócił głowę w jego stronę.
– O nowym porządku. Wkrótce nadejdzie Wielki Ogień, który nas oczyści z brudu.
Zabawne. Indianin prawił kazania niczym starożytni kapłani w erze, kiedy religia stanowiła trzon na ziemskim podole. Wszystko się zmieniło, gdy ster przejął nowy rząd.
– To może zacznij najpierw od siebie. Powiedzmy osiedlisz się na jakiejś planecie, rzucisz palenie, założysz rodzinę.. Zamieszkasz wśród dzikich zwierząt w podmokłej dżungli. Tam twoje miejsce. Ponoć galaktyka Astet jest obfita w zalesione globy. Tak słyszałem. – Wzruszył jedynie ramionami.
Nawet się nie zorientował kiedy tubylec się zbliżył, by chwycić go za ogoloną potylicę. Flame dokładnie sobie obejrzał szaleńca. Nie mrugnął ani razu. Za to wysoko podniósł podbródek, jakby chciał go ucałować w wysokie czoło.
– A teraz bracie posłuchaj. Wytęż swoje nędzne komórki myślowe i wyjałowione zmysły. W przeszłości żyłem iluzją sielanki dnia codziennego. Miałem żonę i dziecko. Naiwnie myślałem, że spokojnie doczekam swoich dni. Pewnego razu moja żona zachorowała. Niestety choroba śmiertelna. Dokładnie pamiętam ten dzień. O tak bracie. Bestia się zbudziła.
Nerwowo zacisnął palce na czasce Matta. Zrobił krótką pauzę i znowu gadał dalej.
– Przemówiła do mnie. Otworzyła mi oczy. Drogę do zbawienia otwarł mi mord na własnym dziecku i wyjęciu mu gorącego, świeżego serca. Poczułem, jak zmywam z siebie grzechy moich przodków. A ty niegodziwcze? Co zrobiłeś dla ludzkości? Ja Cię poprowadzę chłopcze.. Ja będę drogowskazem. Ja… Joe Stone.
Matt nie odpowiedział. Zamiast tego wyrwał się z jego uścisku i uciekł na drugi koniec pomieszczenia. Szaleniec wcale się nie odwrócił do chłopaka. Po prostu dalej tkwił w tej samej pozycji. Już Nie kontrolował cichego chichotu, który mu się do przykleił do gęby na stałe. A co z Mattem? Nigdy tak się nie bał, jak to nastąpiło właśnie teraz. Całe ciało młodzieńca zostało pochłonięte w całości przez drgawki. Myślał, że ten koszmar skończy się wraz z procesem sądowym. To dopiero początek. Kolejna turbulencja. Stres osiągnął szczytowy poziom.
Charakterystyczny łomot ciężkiego stąpania pancernych butów, roznosił się dosłownie wszędzie. Pojawiło się światło. Szerokie drzwi rozwarły się przed obliczem rekrutów. Wysoka postać stała z założonymi rękami. Czerwone naramienniki dość wyróżniały się wobec czarnego korpusu. Jego ekwipunek przyozdabiały nietypowe pagony. Matt nie znał się na wojsku i militariach. Szare komórki, które zbierały się do kupy po ostatnim wydarzeniu, tylko przypuszczały, że gość nie zasila szeregów typowych kaprali. Naszpikowana elektroniką powłoka, wykonana z termicznego szkła, rozpłynęła się na boki gdzieś w odmęty pancerza. Jej struktura naturalnie była przeźroczysta, więc każdy, kto miał zwinne oczy, mógł dostrzec bogaty interface na ciekłej powierzchni.
W pełni zobaczyli nalaną, wąsatą twarz. Ukutą, jakby z jednego, szorstkiego głazu. Unitarka i wieloletnie doświadczenie tego nauczyło. Zero emocji. Niektórzy skazańcy założyli potajemne kolektywy między sobą. Wspólnie komentowali przybycie oficera. Po drodze wypluwali kiepskie żarty.
– Zamknąć pyski! Teraz słuchajcie panienki. Żarty się skończyły. Jestem porucznik Max Terrey. Od dziś to ja wami rządzę. Jecie, kiedy ja pozwolę, śpicie, kiedy ja pozwolę i drapiecie się po jajach, kiedy dostaniecie ode mnie takie pozwolenie! Nie jesteście na Błękitnej, więc burdelu nie będzie. W Astet Szwadron rządzi! Dokonam wszelkich starań, by zrobić z was prawdziwych mężczyzn. Zawszone cioty. W bazie Steeldrake na planecie Xyria, rozpoczniecie szkolenie unitarne i poznacie starszych kolegów. Po lądowaniu dostaniecie czas na zakwaterowanie.
Dostaliście szansę. Nie zmarnujcie jej. Wasze uczynki będą wybaczone, a wy… przysłużycie się ludzkości. Jeszcze mi za to podziękujecie.
Tyle miał do powiedzenia. Skończył, więc opuścił towarzystwo. Nie wielu na tym pokładzie przejęło się tym, o czym akurat gadał. To się zmieni, gdy wsiąkną w oddziały. Przynajmniej wierzą w to Starsi.
Pozostały dwie godziny ziemskie do lądowania. Żeńska wersja SI wygłosiła komunikat. Poza tym, nie działo się nic specjalnego. Ktoś splunął kilka razy, ktoś rechotał obrzydliwie.
Tylko Matt całkowicie zamknął się w sobie. Siedział skulony w kącie. Cały czas myślał o dotychczasowym życiu, jakie prowadził. Najpierw przychodziły myśli, potem słowa.
– Majstersztyk.. Majstersztyk.
Nic nie trwa wiecznie. Trzepnęło ponownie pokładem. Tym razem nie były to zwykłe turbulencje. Najpierw zawył alarm. To nie wystarczyło. SI oczywiście musiała powiedzieć swoje. Suchy i chłodny modulator dźwiękowy nakazywał zachować całkowity spokój.
Kolejny wstrząs. Z lewej iskrzyło. Jakaś instalacja puściła. Prawa burta natomiast zajęła się ogniem i duszącym dymem. Aż w gardło drapało. Niektórzy nie przeżyli, ale Matt miał się całkiem dobrze. Od razu zareagował, gdy kolejny transformator fazowy wyleciał w powietrze. Odłamki z metalowej puchy trochę go pokaleczyły, ale były to zaledwie lekkie zadrapania. Pomocy nie znalazł. Wielu zginęło na pokładzie. Ci, co przetrwali, sami walczyli o dalsze życie. Znalazł się nawet taki, co dosłownie ryczał z bólu. Dlatego Flame nie widział sensu nikomu pomagać.
Próbował dostać się do kabiny pilota. Próbował, bo ciągle coś mu stawało na drodze. Pośpiech ani razu nie pozwolił mu na patrzenie pod nogi, dlatego prawie się wywalił, potykając się o jakieś spalone na wiór ścierwo z nanotytanowymi łapami. Tak się zastanawiał nad wykonaniem tego cyborga, że o mało nie oberwał zerwanym panelem w głowę.
Dotarł do niewielkich drzwi. Wyglądało na to, że panel kontrolny doznał niebywałego zwarcia. Zamienił się w iskrzycą pułapkę, a automatyczne podwoje zamknęły się na dobre. Na początlu użył siły. Wsunął palce między szczeliny i palcami próbował rozsunąć upartą konstrukcję. Spocił się tylko i zastękał, a naciągnięte stawy zaczęły trzaskać. Przysłowiowa robota głupiego.
Gonił go morderczy czas. Ponowił próbę raz jeszcze. Zawył z bólu, a następnie wyciągnął ze szpary zdrętwiałe paliczki dłoni. W tym momencie do jego pustego jak kufel łba, przypełznął pomysł.
Ziemskie filmy są najlepsze.
Efekciarski motyw ze spajaniem przewodów w końcu znajdzie swoje zastosowanie w rzeczywistości. Kto wie.
Z prądem elektrycznym lepiej się nie pieścić. Im dłużej będzie się z tym babrać, tym gorzej dla niego. Ostrożnie wyjął oba linkery z puszki. Zbliżył je tylko na kilka sekund, a i tak wychylił się znacznie do tyłu. Bał się że zginie tutaj jak ostatni głupiec, który nie potrafi obchodzić się z prostymi rzeczami. Powinien za to dostać jakąś nagrodę, bo mu się udało.
Chociaż iskry wyskakiwały na niego z dzikim impetem, jego sztuczka spowodowała, że coś ruszyło. Zielona miniaturka pozwoliła mu na głęboki oddech i oczekiwane otwarcie. Zdenerwowanie opadło. Podobnie sprawa się miała co do ciała Matta, które znowu przybrało formę lekkiego zgarbienia.
Nawet nie odpoczywał. Wszedł od razu jak do siebie. Nie spotkał tam miłego powitania. Powykręcane zwłoki pilota, praktycznie przykleiły się do prawej ściany. Natomiast to coś, co przypominało porucznika Maxa Terreya, to zaledwie kawał mięsa. Dozownik gorącej pary z silnika i podzespołów, potraktował go należycie. A co po za tym? Wszystko przed Mattem świeciło i migotało w błękitach. Prawie. Panel sterowniczy stał na baczność ustawiony tak, by idealnie wpasować się do wymogów. Najwidoczniej o pilotów tutaj dbano. Rekrut jedynie podrapał się po łbie, bo za cholerę nie wiedział, który przycisk do czego służył. Podobnie było z przekładniami. Za dużo tego tutaj. Dobijały dodatkowo spore ekrany, które świeciły czerwienią jak latarnie ziemskich domów schadzek.
Flame aż podskoczył, gdy z nad panelu wyjawiła się widmowa głowa jakiegoś starego trepa. Klepała bez końca. Na szczęście bezdźwięcznie. Jakby tak wyrzucić zakuty łeb z nadajnika transmisyjnego, to za pewne poczułby się jak w rodzimym Exzenit Casino. Naciskał wszystko po kolei. Nie mógł się oprzeć. Zupełnie jak dzieciak, który wpycha łapy do kontaktu. Pozostał tylko drążek sterowniczy, który ani nie drgnął kiedy objął go łapami. Wyraźnie dało się odczuć opór blokady awaryjnej. Przy okazji zerknął na wizjer z rzutem okrętu w pustej przestrzeni cyfrowej.
Naturalnie model został na tyle uproszczony i przeźroczysty, by operator miał wgląd na to, co się obecnie dzieje. Pierwowzór pozostał nietknięty, jednak drażnił oczy trójkąty znacznik. Pulsował, jakby miał zaraz wybuchnąć. Wygnaniec zmrużył oczy, bo za cholerę nic z tego nie rozumiał. Jemu wystarczyłby autopilot i wygodny fotel.
Tymczasem ktoś na tyłach urządził sobie arenę. Matt przez chwilę pomyślał,że kogoś tam kompletnie pogięło. Banita próbował uratować całą załogę przed katastrofą, a tamci po prostu ryczeli na siebie, prawdopodobnie okładając się przy okazji pięściami. Idiotów nie sieją. Wciąż głowił się jak zwolnić ten cholerny kontroler.
– Oddaj mi ją! Oddaj mi swoją duszę! Pokłoń się Wszechrzeczy! – Zaraz. Te nadęte farmazony znał. Za ledwie jedna osoba była w stanie tak kłapać jęzorem. Przypuszczał do kogo należy ten paskudny wokal.
Błąd. To nie domniemanie tylko pewność.
Nie chciał nawet tam zerkać. Kiedy jednak chłopięcy krzyk wyleciał w powietrze i odbijał się od zimnej konstrukcji, od razu przykuto uwagę młodziaka.
Pył i ogień. A za nimi rozmyta sylwetka wysokiego mężczyzny.
Posypały się zęby.
Flame nawet nie widział kiedy cicho zająknął, gdy osiłek rzucił martwą już ofiarą niczym mokrą szmatą o ziemię. Skończył. Wiedział, że ktoś go obserwuje. Stanął na wprost.Złączył dłonie w modlitewnym geście. Ciężko powiedzieć, co młodzieniec miał przez to rozumieć. Zadowolenie z dobrze wykonanej roboty? A może.. Oczyszczenie… krwią?
Jedno było pewne. Matt będzie następny.
Między płomieniami fanatyk chyba czuł się dobrze. Szedł sobie spacerkiem, a tuż za plecami szaleńca latający konstrukt popadał w ruinę.
Jakby on sam to uczynił.
Zupełnie inaczej sprawa miała się co do Matta. Sytuacja się zaostrzyła. Jeśli nic nie zrobi, serce chłopaka dozna prawdziwej ekplozji. Spenetrował wszystko co się dało. Zaczął od gruzu i niewielkich wnęk o dość oryginalnym kształcie, a kończył na szczątkach ciał.
Nie znalazł komplenie nic, zastanawiając się gdzie u licha podział się cały arsenał. A tak marzył by potrzymać w łapach ciężki karabin laserowy SML-22, o którym tak dużo czytał. Zadowolił się jedynie gruzem. Rzucał nim w swojego przyszłego oprawce. Znając swój pech nie trafi ani razu.
Tak się właśnie stało.
Ten manewr sprawił, że mężczyzna dostał białej gorączki.Spokojny chód zmienił się w wciekły bieg. Po drodze rzucał wyzwiskami, skomponowanymi z jakimś wyzwalaniem cielesności. Flame żadnego słowa nie zrozumiał. Na głowie dzieżrył inne zmartwienia.
Psychol dopadł swoją ofiarę. To tylko kwestia czasu. Młodzieniec próbował podnieść kawał bloku nanotytanu, służący za pancerz dziobu. Obrał chęć użycia go jako broń albo nawet tarczę.
Nawet nie miał gdzie uciec, kiedy dostał dwoma, solidnymi sierpowymi w podbródek. Na kilka sekund widoczność Matta ograniczyła się zaledwie do plam i rozmazanych krztałtów.
Czuł się jak dziecko wyjęte z kąpieli. Zwłaszcza, gdy czerwonoskóry przycisnął swoje łapy do jego szyi.
– Jesteśmy tylko gnojem Wszechświata. Tylko śmierć nasz oczyści. – Zaczęło się. Ponownie uważał się za mądrale i prawił bajeczne hasełka.
Ciężko na takie coś mu odpyskować. Nie mówiąc już o oddychaniu. Mlodzieniec pogwizdywał niektonrolowanie. To przez powietrze, które wąskim ciągiem wlatuje do płuc.
Ale jakie to ma znaczenie, skoro tubylec go zaraz pozbawi życia przez uduszenie, przy okazji wyszeptując modły ostatniego namaszczenia?
Nie pozostawał bez rartunku. Rura z odpływem ciepła. Dobrze ją zapamiętał, ale jej umiejscowienie już nie. Poza tym doznał dziwacznych hallucynacji. Oczy szaleńca oślepiały go swoim blaskiem. Jakby ktoś do wnętrza gałek ocznych wsadził fotolexy. Ponoć psychopaci nigdy nie mrugają, dlatego to zjawisko tak eskalowało. I tak to nie miało już zbytniego znaczenia. Młodzieniec żegnał się ze swoim życiem i w fatalistycznym pogodzeniu przymknął powieki.
Ale coś nastąpiło w brew jego oczekiwaniom.
Kolejny wybuch i wstrząs. Stone zaznał chwilowego zamroczenia. W uszach mu zadzwoniło.
– Kurwa ogłuchłem! Panie, dlaczego mnie ukarałeś?! Panie! – Facet dosłownie wydrapywał sobie uszy chcąc pozbyć się demona, który mu się tam wkradł do środka. By to uczynić oczywiście musiał puścić Matta, który szybko dostrzegł swoją ostatnią deskę ratunku. Całkiem niedaleko była umiejscowiona. Wyobraźnia zadziałała błyskawicznie. Czasu otrzymał od losu co nie miara. Najwidoczniej psychol musiał pogadać z sobą przez dłuższy czas. Przy okazji przepraszał swoje stare bóstwo, że zawiódł podczas swojej chorej pielgrzymki. A młody wciąż czuł te oślizgłe łapska na swojej szyi, którą jakoś rozmasowywał. Tak na prawdę wymacywał, czy aby jakiegoś choróbska skórnego nie złapał. Skąd wiadomo gdzie pchał wcześniej palce?
– Twój zaszczany pan nie usłyszy cię… Jesteśmy tylko ja i ty. Czas wyrównać rachunki… Joe – Każda wypowiedź Matta zwieńczały hausty głębokich wdechów.
Koniec tego pomiatania.
Pierwszy cios w twarz. Indianin nawet nie drgnął. Nic poczuć nie mógł. Ale to nie był koniec. Młodzieniec miał wystarczająco siły, by walnąć go ponownie w to samo miejsce. Pogawędka przerwana. Olbrzym natychmiast się opamiętał. Musiał już całkowicie odlecieć, bo tym razem zabawiał się w boksera. Garda, łapy między nosem. Praca nogami.. Tak to właśnie wyglądało. Pływał w tej roli jak ryba w wodzie. Bokser jak to bokser. Delikatnie podskakiwał w stronę Matta, zbliżającego się do upragnionego kanału cieplnego. Plastykon z metalowymi pierścieniami nie ważył wiele.
Całe szczęście.
– No chodź bydlaku.. Chodź. – Dolewał soczystej oliwy do ognia. Starał się mówić wyraźnie, by osiłek mógł usłyszeć każde słowo i wpaść w zaplanowaną pułapkę.
Kto czeka, ten błądzi. A on nie zamierzał tak stać. Obie dłonie mocno chwyciły prowizoryczną broń. Którą szybko nakierował wprost na twarz osobnika. O tak, nie mógł się doczekać efektów. Osiemdziesiąt stopni celcjusza nieskalanych wyziewów robiło wrażenie.
Zaczęło się skromnie od głośnego pisku. Jakby ktoś kastrata uczył śpiewać. Skóra przybrała postać węgla kamiennego, wydobywanego głównie na Ziemi. Czysta czerń. Gałki oczne rozerwało.
Prawdopodobnie szczątki przykleiły się na twarzy Matta. Nie zwracał na to uwagi. Skupił się zbyt na tym cudnym pokazie. Smoliste płaty odrywały się jeden po drugim. Matt nawet każdego cichutko przeliczał. Na deser ujawniła się mięsna, soczytsa powłoka. Młodzieńcowi aż zachciało się jeść. Chyba wolał krwiste bewsztyki.
– No to jesteśmy kwita Joe. – Porzucił oręż. Show należy oglądać do końca. Dlatego też smakował każdej sekundy, kiedy kawał cielska runął na nanotytan z dość metalicznym hukiem.
Koniec, pozamiatane.
Dość tych zabaw. Nic wiecznie nie trwa, a trzeba zając się sterami transportowca. Z uporem maniaka jeszcze raz przestudiował te same wskaźniki i parametry. Wszystko pozostało na miejscach. Ustał także i ostrzał. Drążek sterowniczy wciąż był zablokowany. Jak na złość.
– Odblokuj ster ty pierdolona dziwko! – Za tym wszystkim stała SI w żeńskiej postaci. Koszmar obecnych czasów. Oczywiście zripostowała słowa młodzieńca sterylnym głosem.

AUTORYZACJA PILOTA NIEUDANA. HASŁO NIEPOPRAWNE


– Cholerna baba. Wszystko jej wolno – Warknął i walnął pięściami w świecący pulpit.
Każdy statek jest przypisany do konkretnej jednostki i stanowiska wraz z osobistym asystentem SI. Nie ma wyjątków. Kradzież własności Szwadronu jest praktycznie równomierny z karą śmierci tego, kto tą własność użytkował. Na służbie, lub poza nią.
Chętnie by ją odłączył, ale chyba ktoś zrobił to już za niego. Wszelkie wizjery zagasły, a żadna lampka kontrolna już nie świeciła. Wentylacja zosała odcięta. Grobowa cisza kaleczyła uszy.
Matt podrapał się po łbie. Zachodził w głowę co się właściwie stało i czy to nie jego sprawka.
Zakołysało krypą. Coś wyrwało główne wejście. Stalowy właz przeciął płaszcz gęstego dymu. Szarawa smuga zatańczyła, wijąc się w stronę lichych szafek na rzeczy osobiste.
W miejscu eksplozji wyłoniły się dwa jasne punkty. Mnożyły się. Jakby szły marszem w jednym szeregu. Gdy Matt ujrzał rozmyte sylwetki w pancerzach Szwadronu, myślał o ratunku dla ocalałej załogi. A kij, sam potrzebował pomocy. Wycieńczenie nie pozwalało mu na ruszenie z miejsca, mimo wszystko próbował iść w kierunku zbawicieli.
Coś tu jednak nie grało. Zamiast pomóc rannym, po prostu ich dobijali. Jeszcze przedtem sprawdzali podstawowe funkcje życiowe. Jeśli ktoś nie kwalifikował się, to oddawali precyzyjne strzały z karabinów szturmowych wprost w głowę. Jeden z nich oceniał i wydawał rozkazy. Drugi bez gadania wykonywał. Chodzili parami. Nad całym procederem czuwał kobieca mowa. Spokojna i jedwabna, ale i dominująca.
– Szukajcie dalej. Potrzebujemy ludzi całkowicie zdolnych do walki. Ciężko rannych nie oszczędzajcie. Ruchy! Mamy niewiele czasu. Zaraz tu mogą być posiłki. Te ścierwa pilnują każdego transportu.
Kompletnie nic z tego nie rozumiał. Nie miał już siły nawet uciekać. Ani myślał męczyć się z bydlakami z pełnym uzbrojeniu. Nawet nie miał nic pod ręką, by się skutecznie obronić.
Zbrojny przeszedł przez ogołocony próg. Bez trudu rozunął do końca oba skrzydła podwoi wspomaganymi technologią łapami. Od razu wycelował w mężczyznę. Nie brał się nawet za prowadzenie dyskusji. Od tego jest ktoś inny. Czerwony punkt lasera gonił po płaskim czole.
– Tutaj Poroczko. Ja znayszov szcze jednego. Wyglądye zdrovym. Mojy sensory nie wyvakryly w ny poszkodzen. – Stwierdził słowianin. Chyba jakiś Rosjanin, czy Ukrainiec, bo mówił wspólnym, łamanym. Matt zrozumiał z tego zlepka słów tylko połowę. Próbował do niego zagadać, ale ten cały czas kiwał na boki swoją bronią. Przekaz stawiał jasno – Żadnego gadania.
Przybył kolejny. Nosił ten sam ekwipunek. Przybysz złapał za rękę Ukrainca i pogroził palcem.
– Nie. Musimy mieć go żywego. Nie jesteśmy bestiami jak oni. Nie pamiętasz? Dzięki temu mamy przewagę i zaufanie cywili. Ja z nim pogadam – Matt mógł się wcześniej domyślić. To ta sama kobieta, którą słyszał przez komunikator. Jej uroczy głosik wbił mu się w korę mózgową.
– A więc jesteś świeżo upieczonym banitą. Jak się nazywasz? – Zarzuciła swój karabin na pasku przez ramię. Być może chciała pokazać, że nie ma co do niego wrogich zamiarów.
– Flame. Matt Flame. Kim jesteście? Dlaczego zabijacie swoich towarzyszy? – Wciąż nie mógł rozplątać języka. Czuł się jak niemowle, które zagubiło się w wielkiej sali.
Dziewczyna założyła ręce na siebie. Przypominało to jakby gadała ze starym, dobrym kumplem. Pewność siebie to miała.
– Jestem Alex Donners. Vasila Poroczko już znasz. Dla twojej wiadomości to nie są nasi towarzysze. Szawdron Gwiezdny chce zniewolić.. Nas wszystkich. Jako niezależna opozycja zjednoczyliśmy się jako Freehand. Jest nas niewielu, ale udało nam się uratować kilkadziesiąt osób przed praniem mózgu jakim jest Neurosymptoza. Jako dawni Szwadroniści wiemy wszystko do czego te potwory są zdolne. Polujemy na samotne transporty, taki jak twój. Przejęliśmy kilka krążowników,wyposażonych w generatory siatek submagnetycznych. Silne pole neutralizuje działanie okrętu.
Do zgromadzonych dołączyła reszta rebeliantów.
– Neurosymptoza? A co to za cholerstwo?
– Środki chemiczne, które otępiają pewną część neuronów. Udana aplikacja takich środków pozwala na całkowitą indoktrynację. Oczywiście są skutki uboczne. Poza tym działają przez jakiś czas, dlatego wymagane jest stałe dawkowanie. Poznaliśmy sposoby by zneutralizować działanie. Jeśli staniemy razem przeciw Szwadronowi, tych skurwieli dosięgnie sprawiedliwość.
– Seks i wodka haraszo za vsie. Voyna nikogda ne izmenicja – Wciął się do rozmowy Vasil. Matt wolał nie wiedzieć co miał na myśli.
– Dobra, dobra. Przed chwilą widziałem co twój przyjaciel i reszta zrobiła z rannymi. Niewiele się od nich różnicie. Co mnie obchodzi wasza prywatna wojna? Jestem zwykłym pracownikiem Dream Heaven Company. W mgnieniu oka straciłem dom i żonę. Przestań więc mi chrzanić bajki o sprawiedliwości! Wyrzucono mnie, jak śmiecia. Uznano jako zbrodniarza!
– Więc co zrobisz? Dokąd polecisz? Zginiesz przy pierwszym rajdzie piratów, czy innego ścierwa. Astet to surowe pustkowie. Samotni wędrowcy szybko rozpływają się. Pomyśl Matt. Dostałeś nowe życie. Przypomnij sobie co Tobie zrobili. Wykopali Cię jak obcego z własnej rezydencji. Możesz to zmienić, odpłacić się – Opancerzona ręka spoczęła na ramieniu młodocianego. Nic to nie dało. Próbował odtrącić czuły gest i słowo.
Lepiej nikomu nie ufać, jeśli się go lepiej nie pozna.
Nic nie było pewne. Matt Flame, będąc dorosłym mężczyzną po prostu zaczął płakać. A przybyszom to wcale nie przeszkadzało. Każdy przez to przechodził.
Rozpacz to powitanie dla Astet – Piekła we Wszechświecie i nowego domu.
Font, nie czcionka!

Tagi:

Awatar użytkownika
Troxx
lekki sztylet
lekki sztylet
Posty: 96

Strącenie - Część Druga

Post#2 » 23 sie 2018, o 13:33

"Chociaż iskry wyskakiwały na niego z dzikim impetem.." Chyba za mało leżakowało ;)
Font, nie czcionka!

Wróć do „Proza: opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości